Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mpreg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mpreg. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 grudnia 2018

Christmas Special 2018 - Andrew Sheva x Fabien Trezeguet

UWAGA!
TEMATEM PRZEWODNIM ŚWIĄTECZNEJ NOTKI SPECJALNEJ JEST MPREG (MĘSKA CIĄŻĄ).
JEŚLI NIE GUSTUJECIE W TEJ TEMATYCE, DORADZAM POMINIĘCIE TEGO WPISU.

Boże Narodzenie. Sezon cudownych chwil dla rodzin, a jednocześnie koszmar dla ciężarnych przechodzących przez okres zachcianek. Przyozdobione z przepychem domy i ogrody, starty brudnych naczyń w zlewach, wypełnione po brzegi lodówki i ten jeden problem, którego nie sposób zignorować – silna potrzeba zjedzenia czegoś, czego akurat tego dnia nie ma w tej wypchanej świątecznie lodówce.
Ciepła, rozgrzana od ciał pościel, delikatna, puszysta piżama, rozkosz leżenia w łóżku, cudowne sny, które wprawiają w cudowny nastrój rankiem i to nieznośne burczenie w brzuchu oraz ochota na coś konkretnego, ale niedostępnego na wyciągnięcie ręki.
Andrew pogładził się po całkiem sporym brzuchu, w którym już nie tak mały Cud na pewno śnił właśnie w tej chwili o lodach śmietankowych na czekoladowym cieście polanym sosem tabasco, ponieważ właśnie na to miał w tej chwili ochotę Andrew. Chociaż ochota to mało powiedziane, ponieważ młody mężczyzna wręcz trząsł się z potrzeby, aby zjeść właśnie to. Ciasto czekoladowe z lodami śmietankowymi i sosem tabasco. Tyle że w domu mieli TYLKO ciasto. Nie było lodów, nie było sosu, ponieważ nigdy go nie używali, nigdy jakoś specjalnie za nim nie przepadali.
Fabien spał cicho na plecach, nieświadomy tego, że jego kochanek leżąc obok wpatrywał się w jego profil, myśląc intensywnie nad swoim następnym ruchem, walcząc z tą potężną potrzebą zjedzenia tego, czego życzył sobie w tej chwili jego Cud.
Andrew westchnął ciężko czując, że przegrywa właśnie z zachciankami dziecka w swoim brzuchu. Dziecka, które było cudem, ponieważ nie powinno w ogóle zostać spłodzone. Dwóch mężczyzn nigdy nie spłodziło przecież dziecka! A przynajmniej nie w rzeczywistym świecie. A jednak w tym wypadku coś się wydarzyło, coś co pozwoliło na to, aby seksualne szaleństwa Andrew i Fabiena zaowocowały ciążą.
Młody mężczyzna dźgnął śpiącego obok kochanka w bok. Ten zamruczał coś niezadowolony, ale nie obudził się. Andrew przewrócił oczyma i dźgnął ponownie.
- No budź się niedźwiedziu! - syknął wbijając palcem między żebra mężczyzny.
Fabien podskoczył gwałtownie i spadł z łóżka z głośnym stękiem, kiedy jego ciało zetknęło się boleśnie z twardą drewnianą podłogą.
- Co się dzieje?! - wystarczyła chwila, a już stał przy łóżku patrząc z troską na swojego ciężarnego partnera.
- Nic. - odpowiedział spokojnie blondyn i sięgnął po dłoń kochanka, który odetchnął głęboko uspokajając szybko pędzące serce. - Nasze maleństwo ma ochotę na lody z sosem tabasco na cieście…
- Teraz?
Andrew przewrócił oczami.
- Nie, jutro i dlatego cię budzę. - prychnął. - Oczywiście, że teraz!
- Jest Boże Narodzenie… - mężczyzna spojrzał na zegar stojący na szafce nocnej po jego stronie łóżka. - Druga nad ranem w dzień Bożego Narodzenia.
- Powiedz to tej istotce tutaj. - blondyn wskazał na swój brzuch.
Fabien zmarszczył brwi patrząc na wielki brzuch kochanka, a następnie w jego zielone oczy. Kolejny raz tego ranka nabrał głęboko powietrza w płuca.
- Wiem doskonale po kim to ma. - wymamrotał pod nosem i zmarnowany poczłapał do fotela pod oknem, na którym ułożone były jego ubrania. Powoli zaczął zakładać je na siebie.
Andrew uśmiechnął się czule patrząc na jego przygarbione plecy. Jego wielki, silny mężczyzna.
- Lody śmietankowe i sos tabasco. - rzucił rozkazującym tonem. - Wciąż mamy ciasto czekoladowe, prawda?
- Jeśli go jeszcze nie zjadłeś… Uch! - stęknął, kiedy dostał w plecy poduszką rzuconą przez kochanka. - Dobrze, sprawdzę. - zrezygnowany podniósł poduchę z podłogi i wręczył ją Andrew, który właśnie wyciągnął po nią ramiona. - Boże Narodzenie, druga nad ranem, a ja mam znaleźć gdzieś lody śmietankowe i sos tabasco. Czy to nie mogło być coś łatwiejszego do zdobycia, kiedy otwarte są tylko stacje benzynowe i sklepy nocne należące do desperatów? - pochylił się nad brzuchem blondyna i pocałował napiętą skórę, pod którą w bańce wód płodowych rosło jego maleństwo, jego Cud.
*
Fabien zadrżał na całym ciele, kiedy opuścił ciepłe wnętrze domu i stanął na zaśnieżonym ganku. Jego oddech zamieniał się w wielkie kłęby pary, a wciągane przez nos powietrze mroziło włoski w nosie przemieniając każdy z nich w malutki sopelek lodu. Ależ oczywiście, że jego dziecko musiało wybrać sobie właśnie świąteczny bardzo wczesny poranek z temperaturą grubo na minusie aby mieć zachciankę. W końcu było także dzieckiem Andrew, a to naprawdę wiele wyjaśniało.
Fabien zastanowił się przez chwilę nad swoimi opcjami, po czym sięgnął po miotłę stojącą przy schodach i zasłonił oczy okularami, które miały chronić jego oczy przed zimnym powietrzem i drobinkami śniegu podczas lotu. Jakby na zawołanie podmuch wiatru podniósł z ziemi błyszczące drobinki zmarzniętego śniegu, który roziskrzyły się cudownie w powietrzu. Przynajmniej nie sypało, chociaż śnieg oznaczałby chmury i względne ocieplenie powietrza. Fabien sam już nie wiedział, którą z opcji woli. Był już za stary na takie zabawy.
Ile właściwie miał już lat? Przestał liczyć po trzydziestce i prawdę mówiąc naprawdę nie wiedział już ile skończył w tym roku. Tak było wygodniej biorąc pod uwagę o ileż młodszy od niego był Andrew.
Dosiadł miotły, odbił się od ziemi i skierował w stronę najbliżej znajdującego się sklepu, który mógł być otwarty tego dnia i o tej godzinie.
Dwa zamknięte sklepy nocne i dwie niewystarczająco wyposażone stacje benzynowe później, Fabien wszedł do ciepłego wnętrza trzeciej stacji. Młoda ekspedientka spojrzała na niego ze zdziwieniem, jednak kiedy powiedział jej czego potrzebuje, uśmiechnęła się do niego ciepło.
- Niech zgadnę, dziecko w drodze? - kiedy przytaknął, zaśmiała się cicho i wyszła zza lady, aby pomóc mu znaleźć buteleczkę sosu pośród półek. Przy okazji sama zanurkowała do zimnej lodówki po pudełko lodów.
Fabien zostawił jej spory napiwek, złożył szybkie, ale szczere życzenia i z ulgą wracał do domu, gdzie czekał na niego głodny i na pewno marudny kochanek.
*
- Mój bohaterze! - zawołał z nieukrywanym entuzjazmem Andrew, jednak jego wzrok nie był skierowany na Fabiena, ale na talerz z ciastem i lodami. Młody mężczyzna był wdzięczny losowi za tak cudownego kochanka i ojca dla swojego dziecka, ale nie mógł ukryć tego, że w tamtej chwili potrzeba zaspokojenia zachcianki była silniejsza niż cokolwiek innego.
- Taaa… - mruknął Fabien podając ciężarnemu chłopakowi jego zamówienie oraz buteleczkę sosu. Patrzył z obrzydzeniem, jak jego kochanek polewa górę cukru i kalorii obficie tabasco.
Zrezygnowany Fab rozebrał się i wsunął pod ciepłą pościel. Towarzyszyło temu mlaskanie i zadowolone mruczenie Andrew.
Zaczął już przysypiać, kiedy szczupły palec wbił się w jego żebra. Zaspany mężczyzna jęknął płaczliwie i przekręcił głowę na bok, spoglądając w pełne słodyczy i prośby oczy miłości swojego życia.
- Przyniesiesz mi mleczka?
- Wiesz, że nie mam wyjścia i zrobię to, chociażbym miał się dowlec do kuchni na klęczkach z zamkniętymi oczami. - odpowiedział podnosząc się z westchnieniem.
- Ciepłe! - zawołał za nim chłopak, kiedy mężczyzna dotarł do drzwi.
- Tak, tak… - co za różnica, czy spędzi w kuchni minutę, czy pięć czekając aż mleko się podgrzeje.
Kiedy jego dwie najukochańsze osoby zostały nakarmione i napojone, mógł ostatecznie położyć się spać. Andrew pocałował go z wdzięcznością w policzek i przytulił się do jego jeszcze niezbyt ciepłego boku. W przeciwieństwie do ciała Fabiena, ciało Andrew było gorące i teraz zadziałało niczym piec.
Zanim Fabien odpłynął w tak upragniony świat sennych marzeń i odpoczynku, zdołał się jeszcze zastanowić, ile czasu mu zostało, zanim jego kochanek znowu czegoś będzie potrzebował lub po prostu uzna dzień za oficjalnie rozpoczęty i postanowi zanurkować pod choinkę w salonie, aby wygrzebać spod niej wszystkie prezenty, jakie przygotował dla niego Fabien. Fab usiądzie wtedy obok i zacznie otwierać te pakunki, które były przeznaczone dla niego.
Sheva uśmiechał się patrząc na zasypiającego kochanka. Ich dziecko nie mogło trafić na lepszego tatę.

środa, 24 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXV - Albus Dumbledore

- Więc? Co planujesz teraz zrobić? - Gellert leżał na boku i podpierał głowę ramieniem, aby lepiej mnie widzieć. Leżałem obok niego na plecach i wpatrywałem się w sufit zamyślony.
- Nie mam pojęcia. - przyznałem szczerze, chociaż nieszczególnie byłem tym faktem zachwycony. Nienawidziłem sytuacji, w których nie wiedziałem, co robić.
- Mogę spróbować ci jakoś pomóc. - zaoferował, ale jego uśmiech nie zwiastował niczego dobrego.
- Jak? - postanowiłem nie odrzucać jego wyciągniętej w moją stronę pomocnej dłoni.
- A bo ja wiem? - Gellert przewrócił oczyma, jakbym był dzieckiem, które zadaje niemądre pytanie.
- Gellercie, nie chcę żadnych dodatkowych problemów. Ten jeden mi wystarczy, a jeśli musiałbym później jeszcze sprzątać po tobie…
- Tak, tak, wiem. Już to kiedyś przerabialiśmy i teraz ty jesteś bohaterem, a ja tym złym, który siedzi zamknięty w wieży, jak cholerna księżniczka.
- Ale za to jaka księżniczka. Gdyby każda taka była, zamiast być dyrektorem latałbym po świecie i uwalniał je z ich więzień. - rzuciłem zaczepnie.
- Ha! I myślisz, że pozwoliłbym ci na uganianie się za innymi? - wyzywające spojrzenie dzikich oczu mojego kochanka nie pozostawiało miejsca na jakiekolwiek wątpliwości.
Gellert nie lubił się dzielić i obejmowało to także mnie. Miał mnie na wyłączność, nie ważne czy między nami się układało, czy też nie, moim obowiązkiem było pozostać mu wiernym, nawet gdybym miał cierpieć katusze z niezaspokojenia, kiedy on jest daleko.
- Księżniczek mu się zachciewa. - prychnął poirytowany i ukąsił mnie w ucho na tyle mocno, aby wyrwać  moich ust syk bólu. - Zadbam o to, abyś nie miał sił myśleć o czymkolwiek!
*
Godzinę później nie byłem bliższy znalezienia rozwiązania problemu znikających ubrań, chociaż bezsprzecznie czułem się niepokonany i mógłbym przenosić góry, gdybym nie był taki zmęczony.
- Poczekaj aż problem sam się rozwiąże. - Gellert wodził palcem po moim policzku rysując na nim runy dotykiem. - Prędzej czy później musi się wydarzyć coś, co naprowadzi cię na właściwe rozwiązanie. Najlepsze, co możesz zrobić to słuchać, co się mówi. Uczniowie mają nad tobą tę przewagę, że jest ich więcej, a więc więcej widzą i słyszą, a później gadają. Nastaw się na odbiór i poleć zrobić to samo nauczycielom. Pamiętasz dlaczego ja w końcu zostałem pokonany? Myślałem, że dam radę samemu podbić świat. Na początku szło łatwo, później pojawiły się problemy, a ostatecznie ty udowodniłeś, że nie mam szans znaleźć się na szczycie, ponieważ potrzebuję do tego właśnie ciebie.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Miał rację, sam nie mogłem udźwignąć wszystkich odpowiedzialności, jakie na mnie spoczywały, a błądzenie po ciemku nie było rozwiązaniem.
- Masz rację. - przyznałem.
- Wiem o tym. Chociaż myliłem się, kiedy mówiłem, że nie zdołasz odkryć eliksiru na chwilową zmianę płci.
Zarumieniłem się przypominając sobie swoje liczne porażki oraz ostateczny sukces, który zaowocował dokładnie tak, jak chciałem. Żywy dowód mojego sukcesu uczył się teraz w Akademii Magii Beauxbatons. Dowód, o którym nie wiedział nikt poza naszą dwójką oraz samym wspomnianym dowodem. Dziecko, którego się nie spodziewaliśmy, chociaż mieliśmy nadzieję je spłodzić. Nasz największy i najpilniej strzeżony sekret.
- Gdybym był młodszy podjąłbym kolejną próbę, tym razem na sobie. - wyznał, na co spojrzałem na niego zaskoczony. - Byłem młody i wydawało mi się, że mam już wszystko, a teraz żałuję, że nie dałem z siebie więcej. Nie bądź taki zdziwiony! - roześmiał się chyba trochę zawstydzony. - Świadomość, że zostawisz coś lub kogoś po sobie, kiedy się zestarzejesz jest kusząca.
- Nie jesteśmy jeszcze tak starzy.
- Masz rację, przed nami jeszcze wiele lat życia, ale kiedyś przyjdzie na nas czas. Dobra, nie wiem skąd mi się to wzięło! - porzucił melancholijny temat i zmiażdżył moje usta swoimi.
*
Rozkręcaliśmy się dopiero, kiedy przez uchylone okno do sypialni wleciał papierowy ptak z wiadomością. Zignorowalibyśmy go, ale krążył wokół nas z taką zaciętością, że nie byliśmy w stanie skupić się na sobie nawzajem.
Gellert złapał go i zmiażdżył w dłoni zanim mi go nie podał. Rozwinąłem wiadomość karcąc partnera wzrokiem, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami.
- To od Horacego. Chciałby ze mną porozmawiać na temat „ostatnich niepokojących wydarzeń, które na szczęście nie zachwiały jego pozycją poważanego i szanowanego nauczyciela, ale ugodziły w jego dumę”. - przeczytałem na głos.
- Merlinie, on nic się nie zmienił przez wszystkie te lata, co?
- Jest grubszy i starszy, ale jego ego pozostało niezmienione.
- Odpowiedz mu, że pracujesz nad sprawą i znajdziesz dla niego czas dopiero późnym wieczorem.
Kim byłem aby mu się sprzeciwiać? Zrobiłem więc dokładnie tak, jak mi polecił, nie wychodząc nawet z łóżka.
W tym czasie Gellert przygotował dla nas herbatę i przyniósł ciastka. Zrobił to jednak bardziej dla siebie niż dla mnie. Byłem pewny, że zgłodniał i tylko dlatego wysilił się na tyle, co z jakiegoś powodu naprawdę mnie bawiło.
Jedząc wyraził sobie niezadowolenie z faktu, że ciągle nam dzisiaj przeszkadzają, chociaż cieszył się, że nauczyciele w pełni na mnie polegają. Dzięki temu nikt nie podejrzewał, że spotykam się z kimś jego pokroju i że sam pomogłem mu znaleźć sposób na wymykanie się z jego więzienia raz na jakiś czas.
- Ludzie widzą to, co chcą widzieć. - zakończył i zaklęciem pozbył się okruszków ze pościeli oraz pustego talerza i kubków.
Patrzyłem na niego analizując jego ostatnie zdanie. A co jeśli za całe zamieszanie w szkole nie odpowiadał uczeń, który, rozmyślnie lub nie, rzucił jakieś dziwaczne zaklęcie? Przecież nie rozpoznawał go żaden z moich nauczycieli. Gellert proponował podsłuchiwanie uczniów, ale może powinienem sięgnąć dalej, bo do samego Hogsmeade. Osoby w Hogwarcie wywodziły się z podobnych środowisk. Uczniowie byli uczniami, nauczyciele obracali się raczej pośród osób na swoim poziomie. W mieście jednak można było trafić na osoby, z każdego środowiska społecznego i o różnym statusie. Jeśli tam nikt nie słyszałby o podobnym przypadku, mógłbym poczuć się pokonany, ale gdyby jednak ktoś rzucił na to trochę światła…
- Jesteś genialny, Gellercie!
- Hm? Tak wiem, ale możesz mi wyjaśnić dlaczego akurat teraz… - mruknął niewyraźnie, kiedy zgniotłem go w mocnym uścisku swoich ramion.
- Powiem ci później. - zapewniłem i pocałowałem go z nową pasją, jaką w sobie odnalazłem. Był zaskoczony, ale nie opierał się.
Byliśmy parą dorosłych mężczyzn, o których słyszał cały czarodziejski świat, a zachowywaliśmy się jak nastolatkowie. Przy nim czułem się o wiele młodszy niż byłem w rzeczywistości, miałem wrażenie, że czas zatrzymał się na najszczęśliwszych chwilach naszego życia, jakby te przykre nigdy się nie wydarzyły.
Rozpływałem się w jego ramionach i miałem nadzieję, że on rozpływa się w moich. Nie mieliśmy już w prawdzie sił na kolejne namiętności, ale nasze języki kochały się ze sobą między naszymi połączonymi ustami i to w zupełności nam teraz wystarczało. Silne, szczupłe dłonie mężczyzny łapały garściami moje włosy i pociągały za nie lekko, kiedy zmienialiśmy pozycję. Moje w palce pieściły wtedy jego kark i ramiona, jakbym obawiał się, że pod mocniejszym dotykiem jego ciało zacznie pękać i rozpadać się niczym porcelana, z którą ktoś nie obchodził się należycie ostrożnie.
Mieliśmy dla siebie jeszcze tylko tych kilka godzin, zanim mój kochanek nie będzie zmuszony wrócić do swojego więzienia aby nikt nie zauważył jego zniknięcia. Nie chcieliśmy przecież rozsiewać paniki, ale zwyczajnie być ze sobą mimo błędów jakie w życiu popełniliśmy. Każdy czasami błądzi, ale to nie znaczy, że błądzący nigdy nie odnajduje właściwej drogi.
W końcu oderwaliśmy się od siebie, a Gellert opadł na pościel usatysfakcjonowany i wyraźnie zadowolony. Ułożyłem się obok niego i tuliłem się w jego ciało. Objął mnie i wodził palcami po skórze moich pleców jak zawsze, kiedy leżeliśmy spleceni ze sobą ciesząc się po prostu sobą nawzajem.
Ta chwila była nasza, a droga jaką przeszliśmy aby do niej dotrzeć była wyboista, ale nie niemożliwa do pokonania.



niedziela, 5 sierpnia 2018

Kartka (nie) z pamiętnika - Alice Mbappe

Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. Pytana o swoje prorocze sny zawsze wyjaśniała, że jej ciało jest po prostu wrażliwe na wszystkie bodźce odbierane z zewnątrz, które później w formie snów są analizowane przez jej mózg. Wiedziała wprawdzie, że jej babka od strony matki praktykowała voodoo, zaś pradziadek ze strony ojca był szamanem, który narkotyzował się jakimiś roślinami dla sprowadzenia wizji, jednak szczerze wątpiła by miało to jakikolwiek wpływ na nią oraz „dar”, który jej przypisywano, a w który ona nie wierzyła. W końcu nie pamiętała wszystkich swoich snów, a te, które pamiętała, wydawały się raczej łatwe do przewidzenia, kiedy zastanowiła się nad tym głębiej.
To, co działo się z nią w tej chwili było jednak czymś zupełnie innym. To nie był sen, ponieważ nie spała. Była w pełni świadoma tego, że znajduje się na korytarzu otoczona przez tłum uczennic czekających na następne zajęcia przed klasą. Jednocześnie jej umysł odpływał jednak w gęstą, odległą senną mgłę. Czegoś takiego zdecydowanie nie doświadczyła do tej pory na jawie.
A wszystko to przez NIEGO! Przez niego lub te cholerne krewetki, które zjadła na obiad. Może były nieświeże? A może zawierały jakieś trujące związki z powodu zanieczyszczenia środowiska przez ludzi? Jakkolwiek by nie było, wszystko zaczęło się, kiedy przeszedł obok i przypadkiem otarł się o nią ramieniem.
Andrew Sheva. Uczeń wyższego rocznika, z którym nigdy nie rozmawiała, chociaż w pewnym stopniu ją fascynował, coś ją do niego przyciągało, jakby mieli ze sobą coś wspólnego. Nie wiedziała jednak co i nigdy nie zabiegała o to aby się dowiedzieć.
Teraz patrzyła na niego zamglonym wzrokiem i nie była w stanie poruszyć najmniejszym nawet mięśniem ciała.
Mgła, która ją otulała zaczęła rzednąć i na środku szkolnego korytarza, niczym w ekranie telewizora, zaczęła dostrzegać zupełnie inny świat. Widziała wnętrze wielkiego, pięknie urządzonego domu. Jedną ze ścian pokrywała gablota wypełniona pucharami i nagrodami, gdzieś w pobliżu stało biurko zawalone papierami. Dom wessał ją głębiej, szczegóły się zamazały i nagle znowu otoczenie nabrało ostrości. Znajdowała się za drzwiami łazienki, z wnętrza której dochodziły odgłosy wymiotów. Po chwili jednak ustał zastąpiony dźwiękiem spłukiwanej w toalecie wody oraz wody lejącej się z kranu do umywalki.
Drzwi otworzyły się i wyszedł z nich młody, atrakcyjny mężczyzna o zmęczonej twarzy i przekrwionych oczach. Andrew Sheva, choć starszy, niż ten, którego znała z widzenia teraz.
- Wypij, może ci przejdzie. - usłyszała za sobą łagodny męski głos.
Andrew odebrał od kogoś kubek pachnącego miętą naparu i uśmiechnął się słabo.
- Dziękuję. - rzucił i podmuchał parujący napar. Upił łyk, po czym szurając nogami, jakby nie mógł ich unieść nad ziemię, ruszył w stronę jedynych otwartych drzwi.
Zniknął za nimi, a Alice ponownie poczuła, jak coś ją zasysa, jakby była przyklejona do podłogi, a jednocześnie wciągana przez wielki odkurzacz nad sobą. Nie było to przyjemne uczucie i sprawiało, że kręciło jej się w głowie.
Kiedy koszmarne uczucie minęło, stała pośrodku wielkiego, jasnego pokoju. Andrew z podciągniętą pod brodę koszulką oglądał w lustrze swój wystający brzuch.
- Niemożliwe… - mówił do siebie z niedowierzaniem.
Odwrócił się w prawo, następnie znowu w lewo, stanął przodem do lustra i znowu powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą.
- Niemożliwe…
Alice zrobiło się niedobrze, kiedy ssanie powróciło, ale jeszcze to wytrzymała.
Wydawało jej się, że któraś z przyjaciółek stojących obok jej fizycznie prawdziwego ciała coś powiedziała, zaś ona jej odpowiedziała, chociaż nie wiedziała o co chodziło i nie czuła nawet ruchu własnych warg, a jednak miała pewność, że się odezwała i nawet się roześmiała.
Jak to możliwe skoro stała teraz w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które wywołało u niej ciarki na całym ciele? Widziała tył głowy i plecy kobiety siedzącej przed niewielkim monitorem jakiejś szkaradnej, przypominającej pokracznego robota maszyny, obok niego leżał rozebrany do połowy Andrew Sheva. Gdzieś w pobliżu jakiś inny mężczyzna chodził w kółko podenerwowany. Kobieta wycisnęła paskudne gluty na wystający brzuch Andrew i przyłożyła do niego coś, czego dziewczyna nie widziała wyraźnie, ponieważ przysłaniała to ręka kobiety. Prawdę mówiąc wcale nie była ciekawa, co to dokładnie było. Może właśnie miała być świadkiem jakiejś koszmarnej zbrodni? Zabójstwa, którego ofiarą padnie chłopak?
- To niemożliwe… - usłyszała zachrypnięty kobiecy głos.
- Co?! - warknął ten, który dotąd krążył w kółko.
- Niemożliwe…
- Co jest, cholera, niemożliwe?!
Andrew pobladł na twarzy.
- To dziecko. - rzuciła z niedowierzaniem kobieta.
- Co?! - Andrew i mężczyzna, który wydawał się stać za plecami Alice wykrzyknęli jednocześnie.
- Boże, jest w ciąży. - kobieta chyba zasłoniła usta dłonią.
Jasny blask, który niespodziewanie wybuchł przed oczami Alice oślepił ją na chwilę, a ból przeszył głowę, jakby ktoś wbijał jej igłę w skroń. Szarpnął nią odruch wymiotny, ale była pewna, że jej ciało wcale tego nie odczuło, jakby było oddzielone od duszy, chociaż do tego nie doszło. Równie szybko, jak pojawiła się jasność, zapadły ciemności, które ukoiły jej obolały umysł i pozwoliły jej zapanować nad sobą.
Jej oddech się wyrównał, znowu słyszała odgłosy uczennic na korytarzu oraz głosy swoich przyjaciółek, widziała znikającą za rogiem postać Andrew Shevy.
- Alice? - jedna z przyjaciółek położyła jej dłoń na ramieniu. - Zbladłaś, dobrze się czujesz?
- Muszę do toalety. - odpowiedziała pospiesznie i nie zastanawiając się ruszyła w stronę najbliższej łazienki dziewcząt. W głowie miała całkowitą pustkę, która powoli zapełniała się wspomnieniami tego, co działo się z jej ciałem, kiedy duch odpłynął w senne odmęty wizji, majaków, czy czymkolwiek to było.
Biorąc ten sam zakręt, za którym chwilę wcześniej zniknął Andrew Sheva, zdołała dostrzec jeszcze jego plecy i nagle przed oczyma stanął jej jego obraz z wielkim niczym piłka brzuchem, który gładzą dwie pary dłoni.
Szarpnięciem otworzyła drzwi toalety i podbiegła do umywalki. Wszystkie mięśnie jej ciała spięły się, a piersią szarpnęło, kiedy zaczęła wymiotować różowawą mazią, w której mogła jeszcze odróżnić kawałki krewetek od ryżu oraz warzyw, które wydawały się poszatkowane. Kolejne szarpnięcie i kolejna porcja wymiocin wylądowała w umywalce. Alice nie widziała zupełnie nic przez załzawione oczy. Odkręciła wodę i pozwoliła jej spłukać przetrawioną do połowy zawartość żołądka.
Co to cholera było?! Myślała, kiedy zaczęła się uspokajać. Najchętniej skontaktowałaby się teraz z babcią, która może zdołałaby rzucić na to wszystko trochę światła, ale wstydziła się opowiedzieć komukolwiek o tym, co widziała, jeśli w ogóle coś widziała. Merlinie, może to po prostu wytwór jej zestresowanego bliskimi egzaminami umysłu? A może dowód na to, że popada w obłęd, jak jej cioteczna babcia, która kilka lat wcześniej powiesiła się na klamce od drzwi toalety zaraz po świętach bożonarodzeniowych?
Jeśli popadła w obłęd tak jak ona, to nie chciała się do tego przyznawać przed kimkolwiek.
Opłukała usta, otarła oczy i wilgotne policzki, doprowadziła się pospiesznie do prządku i wyszła z łazienki mając nadzieję, że nie doświadczy nigdy więcej tego, przez co przyszło jej przejść niespełna pięć minut wcześniej.
Wróciła do przyjaciółek i uśmiechnęła się do nich przepraszająco.
- To te krewetki. - wyjaśniła zwięźle.
Tego dnia nie odważyła się już rozglądać wokół siebie, aby przypadkiem nie zatrzymać wzroku na tym, który wywołał u miej ten dziwny napad szaleństwa. Nikomu też o tym nie powiedziała, zaś w pamiętniku pod datą zostawiła pustą, niezapisaną stronę, która wydawała się krzyczeć, że wydarzyło się coś, czego wolała nie wspominać.
Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. I rzeczywiście musiała mieć rację, ponieważ nie przewidziała, że ta właśnie pusta strona pamiętnika będzie prześladować ją przez całe życie i nie pozwoli jej zapomnieć o wydarzeniach tamtego dnia.