Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OCs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OCs. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLII - Fabien Trezeguet

🐣🐤🐥Wesołych, zdrowych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych! Może i spędzamy je w cieniu epidemii, / zarazy / apokalipsy, ale i tak powinniśmy się z nich cieszyć. Nie wiemy przecież czy i w jakich warunkach doczekamy kolejnej Wielkanocy. 🐰🐇🐓

P.S. Jako że od jakiegoś czasu nie "czuję" pary, jaką są Fabien i Andrew, postanowiłam o nich napisać, aby odnaleźć na nowo ich uczucia i drogę, którą mają podążać.


Siedząc przy obiedzie, przypatrywałem się entuzjastycznie opowiadającemu o swoich przygodach na boisku oraz nowych kolegach Andrew. Rumieńce na twarzy, błysk w oku, niemal piskliwy z podekscytowania głos. I nie miało to nic wspólnego ze mną.
Czy znowu odsuwaliśmy się od siebie? Nie byłem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Andrew rozpoczął nowy etap życia, był młody, pełen energii. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, która pozwalała mu na różnego rodzaju życiowe eksperymenty. Także w kwestii miłości.
Nie, nie chciałem się nim dzielić z nikim! Ale czy mogłem mu zabronić czegokolwiek? Gdyby chciał się rozstać, serce by mi pękło, ale nie odmówiłbym mu. Byłem od niego o wiele straszy, moja praca była czasami niebezpieczna i za wszelką cenę musiałem unikać jakichkolwiek przejawów sławy, czy też zainteresowania publicznego, jeśli nie chciałem wylądować w więzieniu. Jakby tego było mało, byłem ślepy na jedno oko, wzrok w drugim zaczął mi się trochę zamazywać przy czytaniu, więc niechybnie musiałem zainwestować w okulary, a we włosach zaczęło pojawiać się coraz więcej siwych włosów. Co więc poza rozmowami o quidditchu miałem do zaoferowania?
Kochałem go. Oczywiście, że go kochałem. Ale czasami miłość oznacza, że musisz pozwolić komuś odejść. Nie możesz trzymać ukochanej osoby przy sobie na siłę. Ale co z walką o miłość? Walczyć warto, ale tylko wtedy, kiedy ta druga osoba chce abyś o nią walczył.
- Marszczysz się. - słowa Andrew połączone z lekkim dotykiem jego palca na moim czole sprowadziły mnie na ziemię. - Dlaczego tak się marszczysz? - chłopak zaczął przyglądać mi się podejrzliwie. - Mam dla ciebie prezent, czekaj.
Nagła zmiana tematu bardzo mnie zaskoczyła. Chociaż jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt prezentu. Czy powinienem odebrać to jako zły znać? Czytałem artykuł, w którym autor sugerował, że kiedy mąż zaczyna przynosić żonie kwiaty bez okazji może to oznaczać zdradę. Ot, chce zabić poczucie winy prezentem.
- Proszę. - Andrew położył przede mną prostokątne pudełeczko. - No dalej, otwórz.
Podniosłem je i potrząsnąłem.
- Jeśli zepsujesz, nie odpowiadam za to. - przewrócił oczyma.
Otworzyłem więc pakunek ostrożnie i wyjąłem z niego etui, w którym znajdowały się okulary. Spojrzałem na mojego partnera tym mocniej marszcząc czoło, byłem tego świadomy.
- Coraz częściej mrużysz oczy i marszczysz czoło, kiedy na coś patrzysz, starasz się coś przeczytać. Przykro mi, ale czas zainwestować w pierwsze okulary. Przymierz.
Szlag. Co innego samemu zdawać sobie z czegoś sprawę, a co innego, kiedy partner daje ci do zrozumienia, że się starzejesz.
Nie mając innego wyjścia, założyłem okulary. Na początku wszystko było rozmazane, ale po chwili obraz wyostrzył się, kiedy szkła same dostosowały się do mojej wady wzroku.
- Wow, mmm….
Spojrzałem na Andrew, który przyglądał mi się z uśmiechem.
- Nawet nie podejrzewałem, że będziesz w nich wyglądał tak seksownie. Taki gorący bibliotekarz lub profesor.  A może powinienem mówić do ciebie „Tatusiu”?
- Co?
- No dobrze, wiem, że okulary nie mają nic do tego, ale tak mi się powiedziało…
- Nie rozumiem…
- Eh, a więc słuchaj mój ty człowieku jaskiniowy. Bo widzę, że zatrzymałeś się na erze wciągania za włosy do jaskini… Chodzi o takie… zboczenie, z braku w tej chwili innego określenia, kiedy to jeden z partnerów nazywany jest Tatusiem, Tatuśkiem, Tatkiem, wiesz o co chodzi, a drugi Chłopcem. I teraz, słoneczko moje przyćmione, słuchaj uważnie. Tatuś to osoba, która zazwyczaj odczuwa wewnętrzną potrzebę zajmowania się, opiekowania swoim partnerem jakby był dzieckiem. Tymczasem Chłopiec to ktoś, kto potrzebuje aby ktoś się nim zajął w takim czy innym stopniu, jakby był wspomnianym dzieckiem.
Patrzyłem na niego marszcząc się, jak sucha śliwka, co najpewniej mówiło więcej niż tysiąc słów.
- Dobrze, podam ci przykład i zacznę od Chłopca. Wyobraź sobie mężczyznę, który sprawuje istotną funkcję, zawsze musi być w pełnej gotowości, odpowiada za wszystko i wszystkich, ma bardzo dużo na głowie. I ta osoba potrzebuje wytchnienia, potrzebuje chwili, kiedy nie musi martwić się niczym, decydować, kiedy ktoś inny decyduje za nią, a ona po prostu sobie jest, jak dziecko. Wiek tego dziecka to już kwestia indywidualna. I tutaj na scenę wchodzi Tatuś. Osoba, która ma naturalną potrzebę i predyspozycje do zajmowania się tamtym mężczyzną, zapewnienia mu opieki i poczucia bezpieczeństwa, przejęcia kontroli. I tutaj też „wiek” Chłopca zależy od tego, jakie potrzeby ma Tatuś. Taki związek nie musi mieć podłoża seksualnego. Chodzi o zaspokojenie pewnych wewnętrznych, powiedziałbym, że psychologicznych potrzeb. Rozumiesz?
Skinąłem głową.
- Jak widzisz to nie ma nic wspólnego z twoimi okularami, tak mi się tylko głupio powiedziało. Nie potrzebuję też tatusia, ale gdybyś kiedyś…
- Nie, dziękuję! - przerwałem mu szybko.
- No to doskonale. Skoro to mamy za sobą… - Andrew wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Usadowił się na moich kolanach. - To wróćmy do tematu seksownego bibliotekarza lub profesora. - zaczął wodzić palcem po mojej brodzie i policzku. - Która rola bardziej ci odpowiada?
- Więc chcesz mi powiedzieć, że ja w okularach już ci nie wystarczam i potrzebujesz zabaw? - wiedziałem, że tak nie jest, ale i tak chciałem żeby obsypywał mnie zapewnieniami. W końcu jeszcze chwilę wcześniej zastanawiałem się nad tym, czy mu wystarczam, czy może powinienem zrobić miejsce dla kogoś młodszego kto stanąłby u jego boku.
- Hm, niech pomyślę. W sumie to odpowiedź brzmi tak i nie.
- Hę?
- Wystarczasz mi, ale czasami zabawy erotyczne urozmaicają, a ja lubię urozmaicenia.  Więc dopóki nie przyzwyczaję się do okularów na nosie mojego srebrnego lisa, mam zamiar tę sytuację wykorzystywać. - Andrew zaczął palcem gładzić mój nos. - Zanim jednak przyjdą ci do głowy jakieś głupoty, a wiem, że przyjdą, ponieważ już przez to przechodziliśmy, zaznaczę wyraźnie i z dużym naciskiem, że w tych zabawach musisz uczestniczyć ty. Nie chcę byle jakiego bibliotekarza czy psora, chociażby byli nie wiem jak przystojni. Chodzi mi o ciebie.
Położyłem dłonie na jego pośladkach i ścisnąłem, co wywołało radosne mruczenie mojego chłopaka.
- Powiedz mi więcej. - zażądałem. Najwyraźniej potrzebowałem się dowartościować, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy.
- Widzisz, mój ty wątpiący w siebie mężczyzno… Tak się składa, że lubię starszych od siebie mężczyzn. I nie ukrywam, że lubię też twoje wysportowane ciało. Będę się nim cieszył póki nie zaczniesz przybierać na wadze i zarastać tłuszczykiem. Wtedy przerzucę się na twoje dodatkowe centymetry. Podobają mi się twoje przeplatane siwizną włosy, ale kiedy będziesz całkiem siwy, wtedy będą podobały mi się tylko takie. Nie szczególnie leciałem na okulary, póki ty ich nie założyłeś. Mówiąc najprościej, chcę ciebie, Fabienie. I kiedy ty martwisz się tym, że się starzejesz… nie zaprzeczaj!
Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rzeczywiście planowałem zaprzeczyć.
- Kiedy ty martwisz się tym, że przybywa ci lat, ja martwię się tym, że jestem za młody i nie mogę zaoferować ci stabilizacji życiowej, której na pewno potrzebujesz. Nadal jedziemy na tym samym wózku wątpliwości.
- Nie sądziłem, że masz czas o tym wszystkim myśleć. - przyznałem trochę zawstydzony. - Przy twoich treningach, meczach, spotkaniach z kolegami, nie myślałem, że masz czas martwić się takimi rzeczami. - oparłem czoło o jego głowę.
- Oczywiście, że się martwię. Nie chcę żebyś był nieszczęśliwy i znudzony mną. Może i jestem twoją drugą połówką, ale to wcale nie znaczy, że nie musisz być ze mną szczęśliwy. Tym bardziej, że się zmieniam, a to znaczy, że cały czas musisz swoje uczucia dostosowywać to tych zmian…
- Niczego nie dostosowuję, Andrew. Kocham cię takim, jakim jesteś. To, co jest w tobie najgłębiej się nie zmienia nigdy.
Na twarzy chłopaka pojawił się słodki uśmiech.
- Doskonale. W takim razie będzie pan pracownikiem biblioteki, panie Trezeguet. Proszę zasuwać do salonu i zastanowić się jaką książkę mi pan poleci. Podpowiem, że powinna być to kamasutra.
Przewróciłem oczyma przez co zarobiłem kuksańca w bok. Andrew zsunął się z moich kolan i zgonił mnie z krzesła. Najwyraźniej naprawdę planował wykorzystać swój pomysł, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko pozwolić mu na wszystko.
Tak, bezsprzecznie owinął sobie mnie wokół palca.

niedziela, 29 marca 2020

Kiedy przyjaciele nie mogą wiedzieć...

16 maja

Otrzymałem od dyrektora wiadomość z prośbą o spotkanie dotyczące naszej ostatniej rozmowy. Została mi dostarczona w sposób tak dyskretny, że nawet moi przyjaciele o niczym nie wiedzieli. I chciałem aby tak zostało. Syriusz wiedząc o spotkaniu chciałby abym powiedział mu kim ma być mój nauczyciel, a ja nie wiedziałbym, co mu powiedzieć, aby nie zdradzić jego tożsamości. Zresztą, podejrzewałem, że kiedy w końcu sam się dowiem, będę w szoku, który uniemożliwi mi myślenie, a co dopiero zmyślanie. Nie, Syriusz nie mógł się dowiedzieć o niczym.
W związku z tym pojawiał się inny problem, ponieważ musiałem pojawić się w gabinecie dyrektora o wyznaczonej godzinie, ale moi przyjaciele nie mogli wiedzieć, że w ogóle tam idę.
Jak ja w ogóle miałem to zrobić?
Wymknięcie się pod pozorem nauki w bibliotece odpadało. Byliśmy przed egzaminami, a więc szybko znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mi towarzyszyć, a znając życie byłby to Syriusz. Zamknięcie się w toalecie również byłoby bezsensowne, a kąpiel w łazience prefektów również mogłaby skończyć się towarzystwem Syriusza, więc znowu wracałem do punktu wyjścia.
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje życie aż w takim stopniu było zdominowane przez przyjaciół, a w szczególności przez mojego chłopaka. Nagle czułem się osaczony.
Zamyślony spojrzałem w bok i nagle wiedziałem już co muszę zrobić.
Podczas przerwy między zajęciami wykorzystałem wymówkę z toaletą aby napisać wiadomość do Zardi. Poprosiłem ją w niej o pomoc, podając godzinę, o której chciałem aby po mnie przyszła, zaznaczając, że chcę by była moim alibi oraz dodając informację o potrzebie bycia z nią sam na sam. Tym samym znalezienie wymówki zrzucałem na jej barki, ale wiedziałem, że nie będzie miała mi tego za złe. A przynajmniej nie do końca.
Kiedy wróciłem do przyjaciół czekających na eliksiry, stanąłem obok przyjaciółki udając, że próbuję podsłuchać jej rozmowę z koleżankami. W tym czasie starając się zrobić to niepostrzeżenie, wsunąłem jej w dłoń swój liścik. Zardi drgnęła i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Ale mi serce podskoczyło! - syknęła – Nie czaj się tak obok! - skarciła mnie aby ukryć swoją reakcję na moje zachowanie i wiadomość, którą jej dałem, a której się nie spodziewała. Nie wiedziała o co chodzi, ale i tak zacisnęła dłoń na liściku. Ufała mi, a ja ufałem jej.
- Przecież wcale się nie czaiłem! - odpowiedziałem z udawaną urazą.
- Byłam zajęta rozmową, a tu nagle taki Lupin! Oczywiście, że się czaiłeś!
- Starałem się dowiedzieć o czym rozmawiacie i to otwarcie, więc…
- Milcz i nie podsłuchuj! - dziewczyna prychnęła, wydęła dolną wargę, a następnie uśmiechnęła się do mnie, ale jednocześnie odgoniła mnie od siebie i koleżanek.
Wiedziałem, że robi to tylko po to, aby lepiej ukryć mój liścik. Była niesamowita i dlatego byłem pewny, że znajdzie sposób, aby wyrwać mnie z macek przyjaciół na tych kilka chwil niezbędnych na spotkanie z dyrektorem.
Jej odpowiedź ma moją wiadomość otrzymałem po eliksirach, kiedy wychodząc z sali poklepała mnie po ramieniu nie mówiąc zupełnie nic. Nie musiała. Wiedziałem, że przeczytała liścik i chociaż nie mogła wiedzieć o co chodzi, zgodziła się mi pomóc.

O wyznaczonej godzinie siedziałem z przyjaciółmi przy stoliku w Pokoju Wspólnym, kiedy Zardi wyrosła przy nas jakby spod ziemi.
- Remiiii… - zajęczała prosząco. - Ta książka, którą mi ostatnio poleciłeś! - zaczęła mówić przejęta, spięta i jakby zasapana. - O, Merlinie! Nie wiem, czy mam cię przytulać, czy dusić! Jest niesamowita i tyle się w niej dzieje! Nie, nie, nie! Muszę się wygadać, po prostu muszę! - złapała mnie za ramię i pociągnęła w górę. - Kradnę wam Remusa. - rzuciła do chłopaków, a następnie znowu zwróciła się do mnie. - Nie usiedzę, tyle emocji! Idziemy pokręcić się pod szkole, żebym rozładowała napięcie. Merlinie, Remi! Gdybym wiedziała, że ta książka jest tak niesamowita wcześniej… - mówiła szybko, głośno, jak nakręcona i powoli odciągała mnie od chłopaków.
- Ostrzegałem cię! - postanowiłem wejść w rolę. - Niedługo wrócę! - rzuciłem do przyjaciół, którzy patrzyli na nas jakby mi bardzo współczuli. - Mówiłem ci, że nie będziesz mogła żyć normalnie, kiedy ją przeczytasz. Ty przynajmniej możesz o niej porozmawiać ze mną, a ja nie miałem nikogo! - próbowałem się nakręcić.
- Nie wiem jak to wytrzymałeś! Przecież on jest niesamowity! Kiedy się spotkali w tej księgarni podczas spotkania autorskiego… - zapiszczała cicho. - To było takie niesamowite! - przeszliśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy. - Nie mam zielonego pojęcia o czym mówię, ale powinnam dostać Oskara za najlepszą grę aktorską. - rzuciła, kiedy tylko przejście zamknęło się za nami. - Chodź, musisz mi powiedzieć o co chodzi!
Oddaliliśmy się na bezpieczną odległość zanim z westchnieniem zacząłem się tłumaczyć.
- Muszę spotkać się z dyrektorem w bardzo ważnej sprawie, ale nikt nie może o tym wiedzieć. To bardzo ważne i ściśle tajne. - cóż, tylko tyle mogłem jej zdradzić.
- Chwila… Ściśle tajne, więc nic mi nie powiesz, a dobrze wiesz, że jestem ciekawską bestią i będzie mnie to teraz zżerało? W takim razie musi to być niesamowicie tajne i musisz być zdesperowany.
- Nie zaprzeczę…
- Dobra, zrobimy tak. Pójdę z tobą pod gabinet dyrektora i zaczekam na ciebie ile będzie trzeba. Na wszelki wypadek schowam się gdzieś żeby mnie nikt nie wiedział. Musisz mi tylko jedno powiedzieć. Cokolwiek robisz, nie krzywdzisz tym Syriusza?
- Nie. - odpowiedziałem od razu. - Poza tym, że mam przed nim tajemnice. Ale robię to dla niego i jego bezpieczeństwa.
Dziewczyna skinęła głową. Szliśmy powoli w stronę schodów mając jeszcze trochę czasu zanim będę musiał stawić się u dyrektora.
- I nie będzie to miało wpływu na wasz związek? - Zardi dopytywała dalej.
- Nie sądzę. Sprawa, którą muszę załatwić nie jest związana z moim życiem miłosnym. - zastanowiłem się chwilę. - To tajemnica wilkołaka. Jest związana z moją lykantropią.
- Dobra, przyjmuję to do wiadomości i akceptuję. Nie musisz mi mówić nic więcej. - dziewczyna posłała mi szczery uśmiech.
Cieszyłem się, że ją miałem, że zawsze mogłem na nią liczyć. Była jedyna w swoim rodzaju i wiedziałem, że jeśli w przyszłości wpakuję się w jakieś tarapaty, ona postara się mi pomóc z nich wyjść. I ile nie mogłem prosić Syriusza o pomoc, kiedy chodziło o łamanie prawa czarodziejów lub coś nie do końca legalnego, o tyle kiedy chodziło o Zardi nie musiałem się martwić. Ona nie miał pracować jako Auror.
Kiedy dotarliśmy pod wejście do gabinetu Dumbledore’a miałem wciąż sporo czasu. Wykorzystałem go więc na rozmowę z przyjaciółką o tematach niezwiązanych z naszą obecnością w tym miejscu. Zardi przyznała, że nie wie co chce robić po szkole, że ma tysiące pomysłów, ale żaden nie jest konkretny i najprawdopodobniej nie wciągnie jej na tyle, aby miała poświęcić temu całą resztę życia. To, co naprawdę ją interesowało nie było niestety opłacalne i nie mogłoby jej w przyszłości utrzymać.
Kiedy nadszedł czas, podałem hasło kamiennemu strażnikowi i wspiąłem się po schodach do gabinetu. Byłem właśnie przed drzwiami, kiedy dyrektor zaprosił mnie do środka, więc wszedłem czując szaleńcze bicie mojego serca i słysząc w uszach jego dudnienie.
Dumbledore był sam, więc nie do końca wiedziałem czego mam się spodziewać.
- Usiądź, Remusie. - wskazał mi krzesło, więc zająłem miejsce przed jego biurkiem.
Cisza, która zapadła była przerażająca, ale może to dlatego, że właśnie warzyły się moje losy. Przyjąłem, że dyrektor chce mi powiedzieć kim będzie mój nauczyciel, ale może chciał mi oświadczyć, że osoba, o której myślał się nie zgodziła. Nie zdziwiłbym się. W końcu nie każdy chciał uczyć wilkołaka.
- Remusie… - zaczął mężczyzna, a ja wstrzymałem oddech.

niedziela, 12 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLI - Andrew Sheva

Leżąc w łóżku obok śpiącego Fabiena, przyglądałem się jego twarzy. W jego włosach pojawiło się kilka siwych pasm, a wokół oczu skórę załamywały drobne, jeszcze dosyć płytkie zmarszczki. Jak ktoś tak cudowny mógł chcieć kogoś takiego jak ja? Co tak naprawdę miałem mu do zaoferowania?
Dobra, może i Fab nie miał wyjścia i musiał się we mnie zakochać lub przynajmniej ze mną być ze względu na całą tą duszę Anioła, czy w co tam wierzyła jego rodzina, ale mój problem pozostawał moim zdaniem nierozwiązany. W końcu jakieś tam machinacje losu nie sprawiały, że w jakikolwiek stopniu byłem partnerem odpowiednim dla Fabiena.
Marcelowi udało się znaleźć ideał, więc nic dziwnego, że był w nim zakochany po uszy. Fillip był przecież niesamowicie przystojny, inteligentny, łagodny i troskliwy, ale kiedy musiał, potrafił zamienić się w bestię.
A ja? Byłem młody i pod wieloma względami po prostu głupi. Udawałem, że wiem wszystko i jestem mądrzejszy, niż w rzeczywistości. Może i podobałem się niektórym osobom, ale tak naprawdę na swój wygląd pracowałem od zawsze, starając się wyróżniać w jakiś sposób.
Bogowie! Miałem durne siedemnaście lat, podczas gdy on był dorosłym mężczyzną! Byłem dzieciakiem, który dopiero kończył szkołę, zaś Fabien stał na czele Rodu!
Kiedyś już nasz związek przeżywał kryzys spowodowany moimi negatywnymi myślami, które sam nie wiem skąd się wzięły. Pewnie z tego samego miejsca, co te męczące mnie teraz. Czy gdybym poznał Fabiena później moje nastawienie byłoby inne? Czy uważałbym wtedy, że jestem go wart, tak jak teraz wydawało mi się, że nie przedstawiam sobą żądnej wartości? Może i byłem u progu kariery sportowej, ale wiele w tym temacie zawdzięczałem ojcu.
Westchnąłem cicho i pocałowałem Fabiena w czoło wymykając się z łóżka.
Dalsze bezczynne leżenie nie miało najmniejszego sensu.
Skoro w moim żyłach płynęła krew szamanów, cokolwiek miało to oznaczać, jako że nikt do końca nigdy nie wyjaśnił mi tej kwestii, to może jednak było coś, co mogłem zrobić, aby w końcu pozbyć się swoich wątpliwości.
Zaszyłem się w bibliotece, niewielkim, ale przytulnym pokoju, który uwielbiałem nie tylko ja, ale także Fabien. Doskonale wiedziałem, że żadna ze zgromadzonych tam książek mi nie pomoże. Znałem je doskonale i większość z nich zaliczała się do najnowszych powieści, w tym także romansów, bez których nie mogłem się obejść. Żadnych magicznych, starych druków. Najnowsze tytuły, które dla wielu osób nie przedstawiały żadnej wartości.
Skoro byłem szamanem to musiałem mieć jakąś dodatkową moc. Szamani wprawiali się w trans za pomocą halucynogenów, więc może gdybym tego spróbował, mógłbym dotrzeć do swoich korzeni.
Nie wiem nawet dlaczego przyszło mi to do głowy, ale jak przystało na niedojrzałego dzieciaka, lubiłem czasami realizować swoje durne i równie niedojrzałe i niepoparte niczym pomysły. Ten niewątpliwie do takich należał.
Tylko czym miałem się niby wprawić w trans? Trudno, musiałem improwizować. Może gdybym tak nadmiernie się wyluzował… Mieszanka rumianku, melisy i dziurawca? Te zioła przynajmniej miałem w kuchni, więc mogłem spróbować. Wypić czy zapalić i nawdychać się dymu?
Postanowiłem postawić na bezpieczniejszą opcję, a więc picie.
Nie chcąc czekać ani chwili, jako że mogłem zmienić zdanie lub pójść po rozum do głowy, poczłapałem na bosaka do kuchni i zabrałem się za robienie silnego, paskudnego w smaku wywaru, który później zabrałem z powrotem do biblioteki. Tam rozsiadłem się w fotelu i dmuchałem w wielki kubek śmierdzącego napoju.
- Jak ci, Sheva, pikawa siądzie to będziesz miał pozamiatane. - rzuciłem do siebie na chwilę przed pierwszym łykiem. Paskudztwo! Smakowało trawskiem i wykrzywiało twarz. Mimo wszystko dmuchałem i piłem gorący wywar dalej.
W połowie kubka poczułem, że moje ciało się rozluźnia, co było normalne biorąc pod uwagę mieszankę jaką sporządziłem. Po wlaniu w siebie trzech czwartych, zrobiło mi się bardzo wesoło, co podobno było normalne jeśli wywar z dziurawca jest zbyt silny. Krótko mówiąc, coś się działo, a to chyba dobrze.
Ile czasu minęło zanim usnąłem? Sam nie wiem, ale niewątpliwie mi się przysnęło, ponieważ obudziłem się obolały z powodu niewygodnej pozycji i trochę zziębnięty. Moje ciało nadal było rozluźnione, ale nie cieszyła mnie już każda rzecz i każda myśl, jak wcześniej, kiedy piłem ten paskudny roztwór z zielska. Nie wywołałem też żadnego transu, chociaż naprawdę myślałem, że może mi się to udać.
Wróciłem do łóżka i wsunąłem się pod ciepłą kołdrę obok nadal śpiącego Fabiena. I nagle przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro nie mogłem cofnąć czasu i przekonać się jak wyglądałoby moje życie i spotkanie z Fabienem, gdyby doszło do niego dopiero teraz lub nawet jeszcze później, to mogłem przecież spróbować czegoś innego. Zamiany ciałami! Zobaczyłbym siebie jego oczyma, może nawet zdołałbym zachować tylko swoją świadomość i poczuć dokładnie to, co on czuł do mnie. Wtedy naprawdę mógłbym dowiedzieć się o sobie i naszym związku czegoś więcej. Tylko jak to zrobić? Czy udałoby mi się sporządzić eliksir, który przeniósł by moją świadomość do ciała Fabiena i odwrotnie?
Musiałem przecież coś zrobić! Nie mogłem zostawić swoich wątpliwości samym sobie, ponieważ urosłyby do niebywałych rozmiarów.
- Fab! - potrząsnąłem ramieniem mojego chłopaka. - Fab, obudź się, mam pytanie.
Mężczyzna wymruczał coś niezrozumiałego, co dziwnie przypominało wiązankę przekleństw i przetarł oczy ziewając.
- Andrew, dlaczego mnie budzisz? - wymamrotał, ale nie otworzył oczu.
Cóż, nie musiał mnie widzieć, aby mi odpowiedzieć, więc nie było to problemem.
- Chcę zamienić się ciałami. - odpowiedziała mi cisza.
- Czekaj! Coś mi się chyba przyśniło. Że co?
- Chcę zamienić się ciałami. Chcę poczuć to, co czujesz ty, zobaczyć to, co widzisz ty.
- Po jaką cholerę?
- Po prostu tego potrzebuję, dobra? - mogłem spodziewać się takiej a nie innej reakcji z jego strony. - Potrafiłbyś zrobić eliksir lub znasz kogoś kto potrafi?
- Boże, jest środek nocy, a ty budzisz mnie po coś takiego?
- To ważne!
- Dobrze, nie krzycz. Tak, znam kogoś, ale porozmawiamy o tym rano, jeśli nadal będziesz pamiętał tę głupią zachciankę.
- No… Niech będzie. - zgodziłem się, chociaż najchętniej już teraz zaplanowałbym wszystko. Gdyby to Fab potrafił sporządzić eliksir od razu wygoniłbym go do pracy nad nim. Już nie mogłem doczekać się chwili, kiedy będę Fabienem, a on będzie mną. To mogło skończyć się katastrofą, nie wywrzeć na nas żadnego wrażenia lub okazać się przełomem.
- Fabien, śpisz?
- Boże, Andrew, serio? - jego męczeński jęk sprawił, że było mi go trochę żal, ale tylko trochę.
- Co ty we mnie widzisz?
Mężczyzna westchnął, przetarł twarz dłońmi i z trudem uchylił powieki aby na mnie spojrzeć.
- Na pewno nie pobudki w środku nocy. - rzucił kąśliwie na początek. - Co się dzieje, Andrew? Ale tak serio.
- Gdybyś spotkał mnie dopiero teraz, co byś pomyślał? Czułbyś to samo, co dawniej?
Kolejne westchnienie. Fab objął mnie i przycisnął do swojej piersi.
- Na pewno nie czułbym tego samego. Obaj bylibyśmy starsi, ja może lepiej panowałbym nad swoją euforią i ciałem, a ty byłbyś pewnie bardziej doświadczony i nie koniecznie zwróciłbyś na mnie uwagę. Musiałbym znaleźć sposób, aby jakoś cię poznać i zainteresować sobą, co byłoby trudne biorąc pod uwagę mój wiek. Na pewno poświęciłbym więcej czasu na to żebyś mnie poznał i żeby poznać ciebie. Nie rzuciłbym się na ciebie tak jak to zrobiłem. Patrzyłbym na ciebie i widział zabawnego, pewnego siebie, często szalonego chłopaka, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, której nie chciałbym zrujnować, chociaż i tak nie potrafiłbym po prostu odejść i pozwolić ci po prostu żyć beze mnie obok. Nie znalazłbym w sobie na tyle siły. Czy teraz mogę już spać?
- A śpij sobie, dziadku! - prychnąłem, ale przytuliłem się do niego mocniej.
Czy Fab spotkałby mnie teraz na ulicy, czy może jakimś cudem na meczu, który bym rozgrywał? Czy spadłbym z miotły widząc go na widowni? A może wpadłbym na niego po meczu?
Gdyby tylko przeszłość dało się napisać na nowo.

niedziela, 20 października 2019

Gdzieś zawsze trzeba zacząć

Węszenie wokół skarbu Ślizgonów wcale nie było tak proste, jak mogło mi się początkowo wydawać. Bo gdzie niby mieliśmy zacząć? Na pewno nie w dormitoriach Ślizgonów, ponieważ do nich nie mieliśmy dostępu. Nie miałem też pojęcia w jaki sposób mielibyśmy dostać się do tajnych przejść pod zamkiem, które mogłyby prowadzić nie tylko do już odkrytego skarbu, ale także do jakiegokolwiek innego. Przejścia, które znaliśmy ciągnęły się wzdłuż ścian zamku, a wyjątkiem było tylko to, którym mogliśmy dostać się do Hogsmeade. Tyle, że ono nie miało żadnych odgałęzień, a więc również nie mogło nam się przydać.
- Hm? - właśnie próbowałem wyjąć z pudełka czekoladek kolejny smakołyk, kiedy uświadomiłem sobie, że zjadłem już wszystkie. Mój organizm był już nazbyt zasłodzony, a jednak nadal mógłbym zapychać się czekoladą, ponieważ sfrustrowany potrzebowałem sił na walkę z coraz gorszym humorem.
- Spokojnie, Remusie. - Syriusz położył dłoń na moim ramieniu i ścisnął je lekko. - Coś wymyślimy. Na razie i tak wiele się dzieje i jestem pewny, że nauczyciele nawet w tej chwili przepychają się tunelami pod zamkiem aby badać sprawę skarbu i dowiedzieć się o nich więcej.
- Skąd ta pewność? - James spojrzał na kruczowłosego wyzywająco.
Black przewrócił oczyma.
- Serio, J.? Po pierwsze, muszą zapewnić bezpieczeństwo nam wszystkim, a więc muszę się upewnić, że nigdzie indziej korytarze nie grożą zawaleniem. Po drugie, z tego samego powodu muszą zbadać korytarze, które odchodzą od miejsca, w którym znaleziono skarb. Po trzecie, nauczyciele również zastanawiają się, czy jeden skarb nie oznacza, że jest ich więcej. Zapewniam cię, Potter, że nawet oni nie oprą się magii kosztowności lub sławy. Po czwarte…
- Dobra, dobra! Zrozumiałem głupotę swojego pytania. - James przerwał chłopakowi. - Powiedz mi lepiej, co teraz zrobimy, skoro taki z ciebie geniusz.
- Czekamy.
- Co?! - wszyscy spojrzeliśmy na Blacka, który wzruszył ramionami.
- Musimy poczekać aż nauczyciele przestaną kręcić się pod zamkiem. W tym czasie możemy przejrzeć książki o Hogwarcie i jego historii i poszukać takiej, która mogłaby przedstawiać tunele i tajne przejścia pod zamkiem.
Musiałem przyznać Syriuszowi rację. Do tej pory to raczej ja byłem tym rozsądnym, a on w gorącej wodzie kąpanym, ale najwyraźniej wiele się z jakiegoś powodu zmieniło i teraz to ja nie mogłem doczekać się działania. Podejrzewałem, że mogło to mieć coś wspólnego ze zbliżającą się pełnią i moim wilkiem, który nie mógł doczekać się chwili, kiedy uwolni się z mojego ciała.
- Zanim nauczyciele uznają, że jest bezpiecznie i nic nam nie grozi, a pod zamkiem nie ma więcej skarbów, nie zostanie nam nic do odkrywania. - jęk Zardi brzmiał niemal jak płacz.
- Krasnale nie fatygowałyby się tak bardzo dla kilku błyskotek. - pozwoliłem sobie zauważyć i nagle poczułem się o wiele lepiej. - Pod zamkiem musi kryć się coś więcej lub coś zdecydowanie większego. Jeśli odkryją to nauczyciele, dowiemy się przynajmniej, co to było. Jeśli jednak nie znajdą nic, my będziemy mogli rozpocząć swoje poszukiwania.
- A więc do dzieła! - Syri klasnął w dłonie. - Idziemy do biblioteki poznawać naszą szkołę od nieznanej nam dotąd strony!
Aby nie wzbudzać podejrzeń, wzięliśmy swoje torby szkolne i całą bandą pognaliśmy szukać najstarszych książek przedstawiających historię naszej szkoły.
Przeglądając rzędy starych woluminów oraz obszerne spisy treści, zastanawiałem się, czy znajdziemy cokolwiek wartego uwagi. Może wszystkie książki zawierające potrzebne nam informacje zostały już usunięte z biblioteki lub od początku znajdowały się w dziale ksiąg zakazanych. Skoro nikt nie wiedział o skarbie i tunelach aż do teraz, lub po prostu nie chciał się przyznać, że o nich wie, to jakie było prawdopodobieństwo, że cokolwiek na ten temat było ogólnie dostępne i tylko na nas czekało? Nie zamierzałem się jednak poddawać. Jeśli nawet ostatnia sprawdzana przez nas książka obszernego regału historycznego okaże się nieprzydatna, wtedy zacznę się martwić, co możemy jeszcze zrobić. Póki co znajdowaliśmy się dopiero na samym początku naszych poszukiwań, więc wszystko było możliwe.
Godzinę później musieliśmy przerwać nasze poszukiwania dla nabrania oddechu, nie tylko w przenośni, ale także dosłownie, jako że stare książki wcale nie miały przyjemnego zapachu. Najgorsze było jednak to, że nie znaleźliśmy nic, co mogłoby się nam przydać, a przecież było nas pięcioro, więc któreś z nas powinno już natrafić na cokolwiek, nawet mało znaczącego, ale jednak związanego z tematem naszych poszukiwań.
Wróciłem myślami do moich wcześniejszych rozważań i znowu zastanawiałem się, czy dyrektor nie usunął książek, które mogłyby naprowadzić uczniów na ślad skarbów lub po prostu tuneli i tajnych przejść. Mógłby to zrobić aby nikt z nas nie wpadł na głupi pomysł zabawy w poszukiwaczy skarbów lub odkrywców starych przejść zamkowych. Biorąc pod uwagę, że właśnie to przyszło do głowy naszej grupie, ukrycie książek miałoby sens. Z drugiej jednak strony mógł też mieć coś do ukrycia i dlatego postanowił pozbyć się wszelkich informacji, które mogłyby doprowadzić nas lub kogokolwiek innego do odkrycia sekretów dyrektora. W końcu jako głowa Hogwartu musiał wiedzieć o zamku więcej niż ktokolwiek inny. Czy wierzyłem, że Dumbledore ukrywa coś przed uczniami i nauczycielami pod zamkiem? Nie, a więc opcja pierwsza wydawała mi się najbardziej prawdopodobna.
Nadal nie byliśmy jednak nawet w połowie zbiorów zgromadzonych w dziale historycznym, więc postanowiłem nie dzielić się jeszcze z przyjaciółmi swoimi podejrzeniami.
Wszyscy wróciliśmy do przeglądania książek z dużo mniejszym niż na początku entuzjazmem. Mój węch cierpiał za każdym razem, kiedy zaciągnąłem się kwaśną wonią starego papieru i obawiałem się, że zapach ten wsiąknie w materiał moich ubrań nie pozwalając mi zaczerpnąć świeżego powietrza nawet po powrocie do dormitorium.
- Zaczyna mi się kręcić w głowie od tych wszystkich literek. - z niejaką ulgą przyjąłem pierwsze narzekania Petera, ponieważ pozwalały mi oderwać myśli od smrodu, który drażnił mnie coraz bardziej.
- Proponuję dosiedzieć tu jeszcze do równej drugiej godziny i jutro znowu tu wrócić. - Zardi przetarła oczy. - Niektóre z tych książek są chyba trujące, bo bolą mnie oczy, a przecież na co dzień czytam bardzo dużo.
- Podejrzewam, że raczej żadna z nich nie truje skoro są dostępne dla każdego, ale również jestem za zakończeniem ich przeglądania do jutra. Powoli tracę węch od ich zapachu.
Syriusz spojrzał na naszą trójkę, a następnie na Jamesa, który skinął głową. On również wydawał się zmęczony.
Nagle przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł.
- A gdybyśmy zapytali Prawie Bezgłowego Nicka, czy wie coś na temat tuneli pod zamkiem i skarbów w nich ukrytych? Krąży po zamku o wiele dłużej niż my, pamięta czasy, których nie pamięta już nikt z żyjących. On może coś wiedzieć na temat skarbu Ślizgonów.
Przyjaciele patrzyli na mnie jakby nagle wyrosła mi druga głowa. Przez chwilę miałem nawet ochotę sięgnąć do ramienia i sprawdzić, czy aby tak się nie stało.
- Remusie, jesteś genialny! - Syriusz zarzucił mi ramiona na szyję i uścisnął mnie naprawdę mocno.
Po chwili dołączyła do niego Zardi.
- Nie wiem gdzie znajdziemy teraz Nicka, ale to naprawdę fantastyczny pomysł, Remi. - James poklepał mnie po ramieniu. - Nie musimy zdradzać mu naszych intencji i mówić, co zamierzamy zrobić z wiedzą, którą nam przekaże, ale jeśli będzie chciał to wiedzieć, powiemy mu, że po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, pracujemy nad projektem dotyczącym historii zamku aby zdobyć dodatkowe punkty do egzaminu końcowego z historii magii lub jakiegoś innego, jeśli tylko przyjdzie nam do głowy coś lepszego.
Nie mogłem się z nim nie zgodzić. Praca dodatkowa związana z aktualnymi wydarzeniami była wymówką bardzo prawdopodobną, kiedy wisiało nad nami widmo zbliżających się bardzo szybko egzaminów końcowych. Prawie Bezgłowy Nick nie był głupi, ale też nie przejmował się już tak bardzo problemami żywych, aby miał kwestionować naszą prawdomówność. 
- Postanowione! - Zardi klasnęła w dłonie zadowolona. - Dosiedźmy tutaj tę nieszczęsną drugą godzinę i chodźmy na poszukiwanie Nicka!
Spojrzałem na rzędy starych książek.
„Wytrzymaj, mój nosie” pomyślałem do siebie i wróciłem do przeglądania książek.

niedziela, 15 września 2019

Priorytety

Później, tego samego dnia, kiedy wybuch Krasnali wywołał wstrząsy odczuwane silnie zarówno w Hogwarcie, jak i w Hogsmeade.

- A więc w bibliotece słychać było tylko dziwne, bardzo głośne pierdnięcie? - spojrzałem bez przekonania na Jamesa, który w końcu wrócił do dormitorium. Teraz opowiadał nam o tym, co działo się w „jego” części zamku w chwili, kiedy uczniowie naszego domu znajdujący się w dormitorium panikowali, a na korytarzach ze ścian pospadały obrazy.
- Dobrze, przyznaję. Podłoga zadrżała, ale nic nie spadło, a regały ani drgnęły. Nie wiem, kto je zaczarował i zabezpieczył przed podobnymi sytuacjami, ale odwalił naprawdę dobrą robotę. Dotarło do mnie, że coś się dzieje dopiero, kiedy zabroniono nam opuszczać bibliotekę, a nasza urocza bibliotekarka miała oczy większe niż okulary.
- W to akurat jestem skłonny uwierzyć. - przyznał Syriusz.
- Jeżeli nie wierzysz w moją wersję, zapytaj Petera! - James prychnął urażony. - Był wtedy w bibliotece z Lily i może potwierdzić!
Blondynek pokiwał głową.
- Tym razem James mówi prawdę. W bibliotece nie odczuliśmy wybuchu tak, jak wy tutaj. Nie nazwałbym jednak tego dźwięku pierdnięciem. To było coś między rozrywanym papierem, a pękającą ziemią.
- Nie pytam skąd wiesz jak pęka ziemia. - spojrzenie okularnika przeczyło jednak jego słowom. Był ciekaw i to bardzo.
- Można to sobie wyobrazić… zresztą, nieważne. Mam nadzieję, że więcej nie dojdzie do żadnego wybuchu. Nie chciałbym być wtedy poza biblioteką. - zadrżał na całym ciele. - Coś mogłoby spaść mi na głowę!
- I tak jest pusta. - James zachichotał ze swojego głupiego żartu.
- Dzięki, wiedziałem, że na tobie zawsze można polegać. - prychnął urażony Peter.
- Później będziecie mogli się sprzeczać dalej, ale teraz musimy przedyskutować ważniejszą sprawę. Nasze Uszy Dalekiego Zasięgu zawiodły w starciu z głupią myszą! Jak wcześniej wspominałem, straciliśmy je na rzecz głupiego gryzowania. Musimy je udoskonalić, jeśli chcemy z nich nadal korzystać.
Westchnąłem kładąc dłoń na ramieniu mojego chłopaka.
- Nie możemy robić wszystkiego naraz. Szukać zaklęcia, które uchroni kolejne Uszy, które musimy najpierw zrobić, a do tego węszenie wokół wybuchu Krasnali, jeśli wierzyć temu, co mówią nauczyciele. Dodaj do tego lekcje, naukę do egzaminu. To trochę za wiele. Nawet jak na nas.
- Mój ty głosie rozsądku… - mruknął niezadowolony Syriusz. Jego kolejnym posunięciem było jednak przeanalizowanie każdego z zadań, jakie na nas spoczywały i ustalenie priorytetów.
Zgodnie z naszą wspólną opinią, lekcje i nauka nie mogły na nas czekać, a więc musieliśmy codziennie wypełniać nasze uczniowskie obowiązki. Problem wstrząsów był intrygujący i wszyscy, no może poza Peterem, chcieliśmy się tym zająć, jednak patrząc na to racjonalnie, nie mieliśmy najmniejszych szans, by zdziałać cokolwiek. Wymknięcie się z zamku za dyrektorem lub innym nauczycielem odpadało, ponieważ musielibyśmy cały czas czatować przy drzwiach wyjściowych, a to było niemożliwe w trakcie lekcji lub nauki. Co więcej, nie chcieliśmy ryzykować utraty Peleryny Niewidki, jeśli zostalibyśmy nakryci na wykorzystywaniu jej do łamania zasad i knucia. Zresztą, nikt nie mówił, że nauczyciele ostatecznie podejmą jakąkolwiek interwencje w sprawie Krasnali. Planowali spotkać się z mieszkańcami Hogsmeade, ale plany nie oznaczały, że im się uda. Postawiliśmy więc na udoskonalenie i zabezpieczenie przed zniszczeniem Uszu Dalekiego Zasięgu. To przynajmniej mogło nam dodatkowo pomóc w ćwiczeniu zaklęć na egzamin, co było w tym wypadku dużą zaletą.
- Czy tylko ja jestem już zmęczony tym całym myśleniem? - James położył się na plecach na podłodze, na której siedzieliśmy w kole i westchnął ciężko, jakby właśnie przebiegł całą drogę z zamku do Hogsmeade, a nie przesiedział ostatnich kilka godzin na tyłku najpierw w bibliotece, następnie w naszej sypialni.
- Jeśli ciebie męczy myślenie to jak planujesz w przyszłości odnaleźć się w jakiejkolwiek pracy? - zapytałem.
- To doskonałe pytanie, Remusie. Może nie powinienem pracować? Lily będzie mnie utrzymywała, a ja będę… Cóż, po prostu będę.
- Jasne, niezła próba. Jeśli Evans cię nie zabije to zrobi to jej ojciec. - Syriusz spojrzał na przyjaciela krytycznie. - Nigdy nie pozwoli ci żerować na córce, a ona również nie byłaby zachwycona mając w domu lenia. Nawet gdybyś obiecał, że będziesz zajmował się dzieckiem, kiedy już będziecie jakieś mieli.
- Nawet mi nie mów o dzieciach! - James podniósł się gwałtownie do siadu. - Mam małą siostrę, więc wiem jakie te małe cholery są uciążliwe! Płacz o jedzenie, płacz o zabawki, wszystko ma być wtedy kiedy ona chce i takie, jakie ona chce. Kiedyś nawet próbowała rzucać się po podłodze i wydzierać się jakbyśmy ją ze skóry obdzierali! Uszy mnie bolały, a rodzice po prostu powiedzieli jej, że ma się tak nie zachowywać i ją zignorowali. Podobno tak powinno się postępować i nie ulegać, bo w przeciwnym razie dziecko będzie się tak zachowywać do późnego dzieciństwa, a z czasem znajdzie równie trudny do zignorowania sposób na wymuszanie swoich zachcianek. Nie, dziękuję. Nie chcę dzieci!
- Cy Evans wie? - Black uniósł brew nieprzekonany.
- Nie rozmawiałem z nią o tym i nie planuję w najbliższym czasie. Jest za wcześnie żeby mówić o dzieciach. W każdym razie mając wybór wolałbym ich nie mieć!
- Odwidzi mu się jeszcze. - szepnąłem na ucho Syriuszowi, który zgodził się ze mną skinieniem głowy.
Bez ostrzeżenia i pukania, do naszej sypialni wpadła Zardi. Już od progu dysząc z przejęciem:
- Ale nowina, ale nowina!
Spojrzeliśmy wszyscy na nią, kiedy usiadła w naszym wyjątkowo krzywym kole i posłała każdemu z nas po kolei szeroki uśmiech.
- Nie uwierzycie! Podobno te wstrząsy wcześniej sprawiły, że w Pokoju Wspólnym Slytherinu popękała podłoga! Chwilę, nie przeszkadzać! - upomniała Jamesa, który właśnie otworzył usta aby coś powiedzieć. - A więc, ziemia im się pod nogami rozstąpiła a tam…. Tajemny korytarz! A w tym korytarzu… - zwiesiła dramatycznie głos – Skarb! Serio! Ktoś lub coś gromadziło pod zamkiem skarby! Jak jakiś pirat, bo podobno były tam złote ozdoby i monety, drogie kamienie, zwykłe błyskotki i w ogóle cała masa różności!
Patrzyłem na dziewczynę nie wiedząc, czy powinienem jej wierzyć, czy raczej potraktować ją jak kogoś niespełna rozumu.
- Może ja powtórzę, bo chyba nie zrozumieliście. Skarby! Prawdziwe skarby pod zamkiem! - wskazała podłogę.
- Skąd o tym wiesz? - zapytałem ostrożnie.
- Od Agnes, a ona od swojego chłopaka w Slytherinie.
- Agnes ma chłopaka?!
- Serio, James? Tylko to wyłapałeś z tego, co właśnie powiedziałam? Kij z tym, czy ma chłopaka! Może mieć nawet pudla, papugę i dwie surykatki. Ważne jest to, że jej facet widział te skarby w dziurze na własne oczy. Uprzedzając wasze pytania, niedowiarki. Nie powiedział tego żeby jej zaimponować, ponieważ tę informację potwierdziła także inna osoba z jego Domu. Wprawdzie tym razem po prostu bezczelnie podsłuchałam rozmowę kilku osób, ale to mało istotne. Liczy się to, że pod zamkiem mamy skarb, który trzeba odkryć!
- Przecież właśnie go znaleźli…
- Peter, Peter, Peter. Jaki ty jesteś niekumaty. - westchnęła dramatycznie dziewczyna. - Skoro pod zamkiem znalazł się jeden skarb, to znaczy, że może być ich więcej! Nie wiem, kto go tam ukrył, więc nie wiem czy faktycznie ten byłby jedynym, ale przy odrobinie szczęścia można to odkryć.
- Czekaj, czekaj, czekaj! - coś nagle przyszło mi do głowy. - Skarb w tunelu pod zamkiem. Krasnale kopiące tunele w pobliżu Hogwartu. Czy tylko mi się to tak jakoś podejrzanie zaczyna łączyć w całość?
- Myślisz, że to skarb Krasnali? - Potter miał teraz wypieki na twarzy.
- Może po prostu wiedziały, że gdzieś tutaj powinien być i to właśnie jego szukają. Musimy jednak trochę powęszyć! - odparłem. - Uszy poczekają!
- Uszy? - Zardi spojrzała na mnie pytająco.
- Później ci wyjaśnię. Teraz musimy się dowiedzieć jak najwięcej o skarbie Ślizgonów!

niedziela, 4 sierpnia 2019

Podsłuch (nie)doskonały

Wielka Sala szybko okazała się strzałem w dziesiątkę. Mogliśmy pogratulować sobie z Syriuszem wyczucia, chociaż przy naszym ograniczonym wyborze miejsc, w których mieścili się wszyscy nauczyciele razem, nie było sensu puchnąć z dumy. Niestety nie wszystko było tak piękne i różowe jakbyśmy sobie życzyli, ponieważ przy Wielkiej Sali znajdowaliśmy się w miejscu tak otwartym, że każda wychodząca osoba mogła nas przypadkiem potrącić lub nawet zobaczyć, jeśli Peleryna Niewidka w jakimś miejscu by się osunęła. Lub gdyby ktoś widział nas mimo niej! Nie wiem jakim cudem, ale wszystko było możliwe. Tym bardziej w tej szkole i przy takim gronie pedagogicznym.
Syriusz trącił mnie lekko łokciem w bok i palcem wskazał miejsce, w które mieliśmy się przesunąć. Skinąłem głowę rozumiejąc go. Do tego nie potrzebowaliśmy słów, ponieważ w pewnych sytuacjach były one po prostu zbędne.
Stając przy ścianie w odległości metra od drzwi Wielkiej Sali, Syri pociągnął mnie za koszulkę uginając lekko kolana. Kolejny raz skinąłem głową dla potwierdzenia, że rozumiem i razem uklęknęliśmy. Chłopak wyciągnął z kieszeni Uszy Dalekiego Zasięgu i rzucił jedno z nich w stronę wejścia, skąd dochodziły nas głosy nauczycieli.
Miałem dobry słuch, poniekąd doskonały, ale nawet ja miałem problem ze zrozumieniem tego, o czym mówiono, więc bez opracowanego przez przyjaciół gadżetu, niewiele moglibyśmy zyskać na podkradaniu się i podsłuchiwaniu.
Niestety ucho okazało się nazbyt gumowe, przez co odbiło się od ziemi i wylądowało w złym, nieprzydatnym miejscu. Użyłem więc różdżki aby poprawić jego ustawienie, podczas gdy Syri trzymał drugie blisko naszych uszu, sprawdzając czy cokolwiek słychać z tego, o czym rozmawiano w Wielkiej Sali.
Na początku pojawiły się jakieś zakłócenia, głosy były skrzeczące i mało wyraźne, więc Syriusz zaczął wyginać muszelkę gumowego ucha w różnych kierunkach, aż w końcu znalazł odpowiedni kształt, który pozwolił na wyostrzenie głosów. Teraz z powodzeniem mogliśmy podsłuchiwać.
Nagle przyszło mi do głowy, że może powinniśmy popracować nad czymś w rodzaju Oczu Dalekiego Zasięgu, ponieważ to wiele mogłoby nam ułatwić. Tym bardziej, że dziwnie było słyszeć, ale nie widzieć, co się dzieje.
Zamknąłem oczy chcąc skupić się na słowach, ale szybko je otworzyłem, ponieważ nie czułem się pewnie nie patrząc na drzwi. W końcu ktoś w każdej chwili mógł się w nich pojawić, a wtedy uszy stałyby się sporym problemem i mogłyby nas zdradzić.
- Wracając do tematu… - usłyszałem głos McGonagall przebijający się ponad szeptami innych. - Musimy porozmawiać z Ministrem. Nie wyobrażam sobie żebyśmy mogli zająć się tą sprawą w jakikolwiek inny sposób.
- Musimy także poprosić o dokładne plany kopanych tuneli. - wtrącił Tenshi. - Rozumiem, że nie powinno do tego dojść, ale w przypadku, kiedy doszłoby do kolejnej detonacji, ziemia ponad tunelem mogłaby się osunąć. Gdyby w tym właśnie miejscu przebywali uczniowie zmierzający do Hogsmeade… - wymownie zwiesił głos.
- To prawda. Krasnale nie słyną z cierpliwości i są bardzo uparte. - odezwał się kolejny znany mi głos, który należał do nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami. - Będą chciały coś wysadzić to wysadzą, a później powiedzą, że to był wypadek. Nie, nie możemy tego tak zostawić. Musimy mieć pewność, że drogi są w pełni bezpieczne.
- Proponuję też spotkanie z mieszkańcami samego Hogsmeade. - znowu odezwała się McGonagall – Miasto również musi być bezpieczne, jeśli mają w nim przebywać nasi uczniowie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy coś by się im stało tylko dlatego, że głupia dachówka się poluzowała i spadłą komuś na głowę.
- Minerwo, to chyba przesada…
- Horacy, wypadki się zdarzają i nie możemy bagatelizować nawet tych najprostszych. Prawdopodobieństwo mechanicznej szkody jakiegokolwiek budynku jest zdecydowanie większe, kiedy w grę wchodzą nieprzewidziane silne wstrząsy. Czy naprawdę muszę ci przypominać, skąd wziął się ten guz na twojej głowie?
- No już, już. Spokojnie moi drodzy. - wydawało mi się, że słyszę dyrektora, ale głos był dziwnie zachrypnięty. Nie wydaje mi się żeby miał się przeziębić w ciągu kilku godzin do kiedy słyszałem go ostatnio. - Wszyscy wiemy jak dziwne sytuacje zdarzają się z winy nieoczekiwanych wstrząsów. Niebezpieczne okazały się zwykłe batony, a nawet własne pięści. To prawdziwe szczęście, że nie ucierpiał żaden uczeń.
- W przeciwieństwie do nas. - rzuciła piskliwie Sprout.
- Poppy zajmie się naszymi oczami, głowami i gardłami w swoim czasie. Prawda?
- Oczywiście, panie dyrektorze. - szkolna pielęgniarka pospieszyła z odpowiedzią. - Kiedy tylko pozbędę się zwierzyńca ze Skrzydła Szpitalnego.
- Przepraszam po raz kolejny, nie sądziłem, że klatka się otworzy. Ale nie sądziłem też, że zamkiem tak zatrzęsie, że ją upuszczę. Przygotowywałem się do jutrzejszej lekcji z opieki z uczniami piątek klasy, ale przecież już to wyjaśniałem.
- No dobrze, a więc Ministerstwo, plany,spotkanie z mieszkańcami. Ale ile czasu nam to zajmie, skoro musimy pozwolić uczniom wyjść z dormitoriów, a nie mamy pewności, czy nie dojdzie do kolejnego wybuchu. Krasnale pewnie dopiero się rozgrzewają. - głos był znajomy, męski. Niestety nie mogłem przypomnieć sobie do kogo należał. To uświadomiło mi, że powinienem przykładać na co dzień większą wagę do szczegółów.
Piśnięcie, skrzypnięcie i nagle ucho znowu zaczęło trzeszczeć. Spojrzałem na Syriusza,który właśnie poddawał inspekcji muszelkę Ucha Dalekiego Zasięgu, ale wszystko wydawało się być z nim w porządku.
I wtedy moje zmysły zarejestrowały obecność myszy. Spojrzałem szybko na ścianę przy której leżało nasze Ucho. Tym razem to ja trąciłem Syriusza i wskazałem miejsce, w które miał spojrzeć, a tym samym źródło naszego problemu. Jakaś cholerna mysz właśnie obgryzała połączenie między Uszami.
Jak mieliśmy ją odgonić nie wydając żadnych dźwięków i nadal będąc niewidzialnymi? W takich chwilach naprawdę przydałaby się nam kotka woźnego, ale tego parszywego kota nigdy nie było tak, gdzie był potrzebny. Zresztą podobnie jak jej właściciela, który zawsze zjawiał się tam, gdzie nie powinien i w najmniej odpowiednim momencie.
Minęła zaledwie chwila, podczas której nic nie wymyśliliśmy, kiedy to mysz poradziła sobie z naszym gadżetem, złapała pewnie za Ucho i najzwyczajniej w świecie zabrała je ze sobą do swojej dziury, która okazała się ukryta za najczęściej szeroko otwartymi drzwiami Wielkiej Sali.
Zostaliśmy z niczym!
Syri wciągnął resztkę łączącego Uszy sznurka i ze złością patrzył na przegryzioną końcówkę. Miałem wrażenie, że mysz nie uniknie jego zemsty, ale ona musiała poczekać.
Zasłoniłem usta Syriusza dłonią, kiedy usłyszałem zbliżające się kroki kogoś kto wychodził z Wielkiej Sali.  Po sekundzie lub dwóch w drzwiach pojawiła się niska, okrągła sylwetka Sprout. Z zaskoczeniem patrzyliśmy na jej podbite oko. A więc to o tym wspominał dyrektor.
Powoli zacząłem łączyć ze sobą fakty. Czyżby podbiła sobie oko własną pięścią, podczas gdy on omal nie zadźgał się jedzonym batonem? A może to Slughorn miał spotkanie bliskiego stopnia ze swoją pięścią i stąd guz, o którym wspominała McGonagall?
Byłem naprawdę ciekaw co im się przytrafiło, ale tego pewnie nigdy się nie dowiemy.
Za Sprout powoli podążali inni nauczyciele, jednak nie wszyscy opuścili Wielką Salę. Ogółem wyszło ich pięcioro. Tylko dlaczego?
Głupia mysz! Gdyby nie ona, wiedzielibyśmy z Syriuszem, co robić dalej. Zostać, a może się wycofać? Prawdę mówiąc bez Uszu i tak nic nie mogliśmy zdziałać.
Zabrałem rękę z ust mojego chłopaka i palcem wskazałem kierunek, gdzie zniknęli nauczyciele. Tym razem to Syri ruchem głowy potwierdzał, że rozumie moje intencje. Podnieśliśmy się więc powoli i cicho, ostrożnie, na palcach, ruszyliśmy w głąb korytarza. Przynajmniej w przypadku tych psorów wiedzieliśmy, że nas nie widzą, ponieważ żaden nie zareagował na naszą obecność na korytarzu.
Miałem ochotę tupać z frustracji, kiedy zauważyłem, że się rozdzielili i każdy poszedł swoją drogą – na prawo, na lewo, schodami do góry. Musieliśmy szybko zdecydować kogo planujemy śledzić i wybór padł na Slughorna, więc od razu odbiliśmy w prawo. Czy słusznie? Tego mieliśmy się dopiero dowiedzieć.

niedziela, 21 lipca 2019

Szybkie przygotowania

Dalszy rekonesans nie miał w tamtej chwili większego sensu. Posprzątane korytarze nie zachęcały nauczycieli do prowadzenia rozmów na temat tego, co się wydarzyło, a to niweczyło nasz plan. Musieliśmy dowiedzieć się czegoś w chwili, kiedy wszyscy psorzy zbiorą się w jednym miejscu, aby dyskutować na temat ewentualnego przeciwdziałania kolejnym wstrząsom. A przynajmniej liczyłem na to, że tak właśnie postąpią. Skoro winne były krasnale, musiało chodzić o wykopy, a tych na pewno nie prowadzono bezpośrednio pod zamkiem. To przecież byłoby zbyt niebezpieczne i zupełnie niepotrzebne! A może jednak? Tak czy inaczej, podejrzewałem, że problem nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Pozostawało nam tylko mieć oczy i uszy otwarte, aby dowiedzieć się kiedy i gdzie nauczyciele postanowią się zebrać.
Nie mając innego wyjścia, wróciliśmy pod portret Grubej Damy. Wejście było otwarte, prawdopodobnie dlatego, że nauczyciele posprzątali już bałagan na korytarzu i chcieli pokazać uczniom, że są bezpieczni, mimo że nadal nie powinni opuszczać bezpiecznego Pokoju Wspólnego oraz dormitoriów.
Wtedy właśnie usłyszeliśmy głos McGonagall dochodzący ze środka. Od razu zatrzymałem Syriusza i zacząłem wsłuchiwać się w jej słowa. Wyjaśniała prace budowlane prowadzone pod ziemią między zamkiem i Hogsmeade, podczas których krasnale bez ostrzeżenia zdetonowały kilka głazów, czego efektem był wstrząs. Zapewniła także, że pracują nad zabezpieczeniem zamku przed kolejnymi podobnymi wypadkami.
- „Pracują”, czyli jeszcze nic nie ustalili. Mamy szansę coś podsłuchać, jeśli szybko zdobędziemy odpowiedni sprzęt. - szepnąłem Syriuszowi na ucho.
- Kochanie, ja i tak nic nie słyszę, więc nie wiem, o co ci chodzi.
- Och!
- Taaa…
- Wyjaśnię ci później.
Cicho i ostrożnie przeszliśmy przez dziurę za portretem i przesuwając się blisko ścian omijaliśmy uczniów słuchających nauczycielki. Powoli dotarliśmy do naszej sypialni i wślizgnęliśmy się do środka. Nie byliśmy tam jednak sami.
Przechyliłem głowę w bok spoglądając na myszkującą po mojej szafce ciemnowłosą dziewczynę, którą znałem niemal tak dobrze, jak mojego chłopaka.
- Z całym szacunkiem, Zardi, ale co ty właściwie robisz w mojej szafce nocnej?
Dziewczyna odwróciła się i uśmiechnęła niemal czarująco. Niemal, ponieważ doskonale wiedziałem, że coś knuje. W przeciwnym razie nie byłoby jej u nas.
- Cóż, u siebie nie mam już miejsca, a muszę przecież gdzieś składować kosmetyki, prawda?
Przesunąłem się odrobinę w bok i zajrzałem do swojej szafki przez ramię przyjaciółki. Moje niemal puste półki były niemal całe załadowane pudełkami, fiolkami i sam nie wiem czym jeszcze. Zbliżyłem się o krok i podniosłem z podłogi jedno z pudełeczek.
- Serum ze świetlików? Serio?
- Magicznie pozyskiwane! Przy jego tworzeniu nie ucierpiał żaden świetlik! Tak pisze na opakowaniu.
Wziąłem głęboki oddech i palcami pomasowałem czoło. Obawiałem się, że dzisiejszy dzień skończy się bólem głowy.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale czy ty masz właśnie fazę na kosmetyki i przesadzasz z ich kupowaniem?
- Yyy… prawdę mówiąc to… tak. - uśmiechnęła się przepraszająco. - Obawiam się, że mam z tym dosyć duży problem. Ale przejdzie mi w końcu! Albo przerzucę się na coś innego, sama nie wiem. W każdym razie, na pewno mi przejdzie i przecież je wykorzystam!
Mogłem się domyślić. Zbyt długo nie miała żadnego dziwnego pomysłu. Cisza przed burzą w jej przypadku, podobnie jak u małych dzieci, zawsze kończyła się czymś kosztownym.
- Zardi… - westchnąłem ciężko. - Esencja nawilżająco-wygładzająca. Ok. Ale po jaką cholerę potrzebujesz trzech pudełek kremu matującego i dwóch zestawów kremów i serów na pierwsze zmarszczki?! A paleta cieni do brwi? Ty nie malujesz brwi!
- Mam zamiar zacząć. - mruknęła speszona. - No i mam pierwsze zmarszczki! O tutaj, pod oczami! Bo nigdy nie uważałam i zawsze naciągałam skórę! - wskazała na swoje oko.
- Daj spokój, Remusie. Przejdzie jej i połowę z tych rzeczy da tobie żebyś wykorzystał zamiast niej. - Syriusz poklepał mnie po ramieniu. - Teraz mamy na głowie ważniejsze sprawy niż jej kosmetyki. Musimy znaleźć ten podsłuch, nad którym pracowaliśmy z Jamesem ostatnio. Wiesz, te uszy dalekiego zasięgu.
Łatwo było mu mówić, ponieważ to nie jego szafka nocna właśnie zmniejszyła swoją wolną przestrzeń, która czekała tylko na nową dostawę czekolady. Nie wątpiłem jednak, że kiedy u mnie zabraknie miejsca, dziewczyna zapełni także jego nocną szafkę.
- Dobrze, gdzie mam zacząć?
- Poszukaj pod łóżkiem Jamesa. Ja pogrzebię w jego rzeczach. - Syri rozdzielił zadania, podczas gdy Zardi wróciła do upychania swoich kosmetyków. Kochałem ją, ale czasami naprawdę się o nią martwiłem. Jak ona miała sobie w życiu poradzić z takim podejściem?
Zatkałem nos klękając i zaglądając do Potterowego „burdelnika”. Skarpety brudne, skarpety bez pary, zaginione bacie, których chłopak szukał przed tygodniem, otwarta paczka cukierków, zużyte chusteczki, paczka ogórków.
- J. śpi na ogórach. - rzuciłem do przyjaciół z przerażeniem.
- Co?! - zakrzyknęli równocześnie Zardi i Syriusz.
- Sami popatrzcie. - zrobiłem im miejsce.
Wyglądali niemal jak bliźnięta, kiedy tak klęcząc obok pochylili swoje ciemne głowy zaglądając pod łóżko okularnika.
- Wow, faktycznie! Ja rozumiem spać na pieniądzach, ale ogórkach? - mruknęła dziewczyna.
- Nie chcę sobie wyobrażać nawet smrodu, jaki będzie stamtąd dochodził, kiedy te ogóry spleśnieją. - dodał Syriusz. - O, uszy! - sięgnął odważnie pod łóżko i wyjął spod niego parę gumowych uszu, które sam zaczarowywałem aby słyszały na odległość. Na pomysł wpadł James, kiedy przeglądając jedną z gazet zobaczył zdjęcie zabawkowego telefonu, którym bawiła się dwójka mugolskich dzieci. Dwa kubki połączone nicią. Na początku nie byłem pewny, czy to aby na pewno zadziała, ale po przejrzeniu kilku ksiąg z zaklęciami udało się nam znaleźć coś odpowiedniego. Najtrudniejszym zadaniem było ulepienie uszu z ciasta. Dodaliśmy do niego kilka składników wykradzionych z pracowni eliksirów i resztą zajęli się J. i Syri. Nie wiem nawet czy je wypróbowali, ale jeśli Syriusz o nich pomyślał to najwyraźniej coś było na rzeczy.
Zardi nawet nie pytała po co nam one. Podejrzewałem, że będzie chciała wiedzieć, czego się dowiedzieliśmy dzięki nim, więc nie musiała już teraz przeprowadzać swojego przesłuchania. Była wystarczająco inteligentna by samodzielnie wyciągnąć wnioski z tego, co już wiedziała i co usłyszała od McGonagall jednocześnie myszkując po naszym pokoju.
- Idziemy! - Syriusz objął mnie w pasie i nakrył nas peleryną. - Zardi, ty pilnujesz fortu i postaraj się nie zrujnować nam sypialni, dobrze?
- Nie boj nic! - machnęła ręką z głową w mojej szafce.
Po Pokoju Wspólnym kręciło się bardzo niewiele osób, wejście było zamknięte, a McGonagall nie było już widać. Nie mieliśmy żadnego planu, ale wydostanie się z pokoju było niezłym początkiem. Zastanawiałem się czy nie potrzebujemy pomocy, kiedy to Syriusz wyjął różdżkę i zaklęciem otworzył okno, a następnie wywołując sztuczny wiatr przepchnął Grubą Damę.
Zaimponował mi tym, ponieważ sam nawet o tym nie pomyślałem. Spojrzałem na niego z podziwem, a on uśmiechnął się dumny z siebie.
Na palcach, ale starając się zrobić to szybko, ruszyliśmy w stronę wyjścia. Jeden z uczniów właśnie zamykał okno i tylko kwestią czasu było, kiedy ktoś postanowi zamknąć także przejście.
Udało nam się wymknąć w ostatniej chwili, ponieważ jak się okazało uczynny chłopak był także zadziwiająco szybki. Niewiele brakowało a przyciąłby pelerynę obrazem i wszystko mogłoby się wydać, a przecież peleryna miała być tajemnicą.
Oddaliliśmy się od ciekawskich uszu obrazów zanim zaczęliśmy szeptać planując swój kolejny krok.
- Wielka Sala. - rzucił Syriusz, a ja przytaknąłem zgadzając się z nim. To był dobry początek. W szczególności jeśli mieli zmieścić się tam wszyscy nauczyciele. W gabinecie dyrektora mogło nie być wystarczająco dużo miejsca.

niedziela, 5 maja 2019

Wzdychanko

Kiedy tylko James dołączył do Syriusza, obaj zajęli się tworzeniem swojego wehikułu czasu zaczynając od rozkręcania nie jednego, ale trzech szkolnych krzeseł. Patrzyłem na to z niedowierzaniem, ale nie komentowałem. Podejrzewałem, że i tak wiedzieli, co o tym wszystkim myślę. W końcu moja mina była bardzo wymowna. To nie ulegało wątpliwości. Taką przynajmniej miałem nadzieję, ponieważ dwójka moich szalonych przyjaciół powinna zdawać sobie sprawę z tego, że nie zachowują się jak każdy inny normalny nastolatek. Może liczenie na to, że dotrze do nich absurd ich pomysłu to trochę zbyt wiele, ale i tak wolałem spróbować. Nie chciałem ich przecież obrazić, ale zdecydowanie planowałem dotrzeć do tych dwóch mózgownic, które miały w sobie bardzo niewiele rozumu i zdrowego rozsądku.
Kogo ja oszukiwałem? Oni nigdy nie wpadną na to, co jest nie tak z ich pomysłami. Tym bardziej, kiedy tak bardzo napalili się na ten.
Przyglądałem się więc w ciszy, jak rozbierali krzesła na czynniki pierwsze. Skąd oni w ogóle je wzięli? Jeśli nauczyciele zauważą braki w salach lekcyjnych na pewno rozpęta się piekło. Na pewno się do nich przywiązali lub po prostu woleli, aby uczniowie siedzieli na ich zajęciach zamiast stać nad nimi.
A może przesadzałem i krzesła pochodziły z rupieciarni, gdzie trzymano wszystkie szkolne niepotrzebne, a czasami także zepsute sprzęty?
- Remusie, mógłbyś tyle nie wzdychać? To irytujące.
- Hm? - wyrwany z zamyślenia spojrzałem na Jamesa.
- Wzdychasz. Co minutę. To działa mi na nerwy i Syriuszowi pewnie również.
Przeniosłem spojrzenie na mojego chłopaka, który wzruszył ramionami.
A więc naprawdę wzdychałem nie wiedząc o tym?
- Eh. - znowu westchnąłem, tym razem całkiem świadomie i zarumieniłem się, kiedy dwójka moich towarzyszy spojrzała na mnie wymownie. - Dobrze, przepraszam! Postaram się więcej tego nie robić. Po prostu nie do końca rozumiem jak chcecie przerobić te krzesła na… no… wehikuł czasu.
- Magią, mój drogi powątpiewający Lunatyku. Magią!
- Więc macie odpowiednie zaklęcia? - zapytałem z podekscytowaniem i niedowierzaniem.
- Mamy? - Syriusz spojrzał zdziwiony na Pottera.
- Yyy… Mówiłem tak na przyszłość… Na razie nic nie mamy. Ale będziemy mieć!
No i znowu westchnąłem, ale tym razem zrobił to także Syriusz, więc nie czułem się ani trochę winny. To nie moja wina, że James planował tak dalece do przodu i pchany do przodu samą wiarą, ponieważ nie miał żądnej pewności, że to, co sobie zaplanował jest możliwe.
- Pamiętasz ten eliksir zmiany płci, który miałeś opracować? - zapytałem. Nie chciałem nacierać mu ran solą, ale jednak powinien wiedzieć, że jego wehikuł to nie jedyny projekt jakiego się podjął. I którego zapewne nigdy nie ukończy.
- Hej! Nie oszukujmy się, nie jestem dobry z eliksirów. Raczej nazwałbym się przeciętnym, zresztą podobnie jak my wszyscy, więc praca nad eliksirem zajmuje trochę więcej czasu niż przypuszczałem!
- Ty w ogóle już nad nim nie pracujesz, J.
- To… nie do końca prawda. Po prostu wyczerpałem wszystkie najbardziej oczywiste pomysły i teraz poszukuję brakującego składnika, inspiracji w naturze…
- Inaczej mówiąc nie masz pojęcia, co robisz.
- Y… prawdę mówiąc to akurat prawda. Chociaż tak w sumie to liczę na szczęście. Wiesz, przypadek. Wszyscy wielcy odkrywcy doszli do czegoś przypadkiem!
Pokiwałem głową nie komentując tego, ponieważ nie miałoby to najmniejszego nawet sensu. Z jednej strony okularnik miał rację, z drugiej jednak opowiadał straszne głupoty. Tyle, że były to bardzo Jamesowe głupoty, więc mogłem się ich spodziewać.
- Dobra, mam dosyć tego rozkręcania. Muszę odpocząć. - Syriusz zostawił swoje liczne śrubokręty i inne przyrządy, które uznali z Jamesem za niezbędne.
Dosiadł się do mnie na moim łóżku i objął mnie ramieniem w pasie, kładąc głowę na moim ramieniu.
Moje nozdrza wypełnił jego przyjemny, świeży zapach. Tak dobrze mi znany i tak przeze mnie uwielbiany, połączony z ostrą wonią wody po goleniu. Ciepła ręka chłopaka spoczęła na moim kolanie i gładziła je lekko, sunąc w górę po moim udzie, a następnie zjeżdżając w dół. To było niczym obietnica. Nie musiał mówić, co planował, ponieważ potrafił przekazać to dotykiem, tymi dwiema sekundami, kiedy jego dłoń zatrzymywała się niedaleko mojego krocza, tym subtelnym, ledwie wyczuwalnym mocniejszym uciskiem palców na mojej skórze.
Jego twarz nie zdradzała nic, dla osoby z zewnątrz jego dotyk był tylko niewinną pieszczotą zakochanego chłopaka. Dla mnie był jednak niczym sprośności szeptane do ucha w odniesieniu do dzisiejszego wieczora, kiedy wymkniemy się wspólnie do łazienki prefektów, a później wrócimy do łóżka i zaśniemy wtuleni w siebie. Po tylu latach związku pewne rzeczy były po prostu oczywiste.
- Wiesz, Remi, kiedy tak się tu bawię z tymi krzesłami, myślę o tym, co będzie kiedyś. - zaczął mi szeptać na ucho. - Widzę nas, kiedy w końcu ze mną zamieszkasz. Ja majsterkuję przy motocyklu, a ty robisz, na co tylko masz ochotę.
- Czyli zastanawiam się, które zaklęcie będzie wystarczająco silne aby usunąć plamy smaru z twoich ubrań? - zachichotałem.
- Jeśli byś chciał…
- Nie. Zdecydowanie bym tego nie chciał. Tak naprawdę to nie wyobrażam sobie życia, kiedy muszę gotować, sprzątać, robić pranie i ogólnie troszczyć się o dom. Co innego ogród. Na tym trochę się znam, ponieważ mama hoduje rośliny do swoich eliksirów, więc myślę, że to mogłoby mi się przydać w pracy. Ale żebym miał zajmować się czymś więcej pełnowymiarowo? Nie… No i przeszkadzałoby mi to w pracy, bo przecież podczas zlecenia nie będę miał stałych godzin.
- Nie chcesz być moją żoneczką?! - Syri udał przejęcie.
- Bardzo zabawne.
Syri posłał mi szeroki uśmiech.
- Ja również nie chcę abyś nią był. Czułbym się koszmarnie, gdyby tak miało być. Od razu przypomina mi się dół Zardi, kiedy nic nie powiedziała, gdy jej były „największy błąd jej krótkiego życia” insynuował ich wspólną przyszłość i to, że miałaby urodzić dziecko, cerować mu ubrania i powiedział żeby uczyła się gotować.
- Nawet mi o tym nie przypominaj! - pisnąłem – Podejrzewam, że ona nadal czuje się jakby zdradziła samą siebie, kiedy sobie o tym przypomina.
- Za to jeśli James jakimś cudem znajdzie sposób na chwilową zmianę płci to przynajmniej mamy kogoś, kto jako pierwszy wypróbuje eliksir. - ten komentarz wywołał uśmiech u nas obu.
Tak, jeśli istniałaby możliwość zmiany płci, Zardi od razu by się temu poddała. Kiedyś mówiła nam, że chciałaby móc zmieniać płeć na życzenie, w zależności od tego, co bardziej jej pasuje danego dnia. Kiedy była młodsza, imponowali jej mężczyźni i chciała być jak oni. Tera oswoiła się ze swoją kobiecością, ale nie była do niej przywiązana i uważała, że wykorzystywanie kobiecych walorów jest poniżające i świadczy o braku szacunku dla siebie.
- Jak to możliwe, że nagle zeszliście na temat Zardi? - James spojrzał na nas ze swojego miejsca na podłodze, gdzie nadal zajmował się rozkręcaniem opornych krzeseł.
- Chyba dlatego, że ona nie wie nic o naszym nowym projekcie, więc będzie wściekła, kiedy dowie się, że nie została wtajemniczona od razu. - Syri wzruszył ramionami odpowiadając na pytanie okularnika, ale widziałem po jego minie, że wcale nie było mu to obojętne. Zardi była dla nas wszystkich jak siostra. - A nie oszukujmy się, będziemy w pewnym momencie potrzebować jej pomocy. Zawsze jej potrzebujemy.
- Ubłagamy ją! - James machnął lekceważąco ręką. - Wiesz, że ona nigdy się długo na nas nie gniewa. Podenerwuje się, może powrzeszczy, potupie i przejdzie jej. Wymyśli co chce na przeprosiny i po sprawie. Ona jest jednym z najbardziej stałych przyjaciół jakich mamy poza sobą nawzajem.
Żaden z nas nie mógł temu zaprzeczyć.
- Dobra, wracam do wehikułu! - Syriusz dał mi buziaka w policzek i zadowolony przesiadł się z łóżka na swoje miejsce na podłodze.
Pokręciłem głową i westchnąłem.
Roześmialiśmy się wszyscy, ponieważ nie robiłem tego, kiedy Syriusz był obok, a teraz znowu z tym zaczynałem. Widać przyjaciele będą musieli jakoś pogodzić się z wydawanymi przeze mnie odgłosami.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Obserwacja



8 maja
- Na co tak patrzysz? - Syriusz zrobił sobie właśnie przerwę w wydurnianiu się z Jamesem i przysiadł się do mnie, siadając na tyle blisko, że stykaliśmy się ramionami i udami. Byli nic, ale gdyby ktoś się przyczepił, zawsze mogliśmy powiedzieć, że pień drzewa, o które się opieraliśmy jest zbyt wąski, aby umożliwić nam przyjęcie wygodnej pozycji i prowadzenie rozmowy jednocześnie. Wątpiłem jednak, by ktokolwiek zwracał na nas uwagę w ten słoneczny dzień, kiedy całe błonia wrzały niczym wnętrze ula.
- Na nich. - skinąłem głową w stronę grupki roześmianych szóstoklasistów z Hufflepuff.
- Ach! - Syri uśmiechnął się szeroko. - I niech zgadnę, najbardziej interesuje cię Elias i obiekt jego westchnień, którego imienia nie znam? Eli to ten średniego wzrostu chłopak o ciemnych włosach. Ten od ślicznych niebieskich oczu.
- Znasz go? - oderwałem spojrzenie od grupy Puchonów i spojrzałem na Syriusza.
- Nieee. - pokręcił głową. - Dowiedziałem się przypadkiem jakiś czas temu. Na Walentynki Zardi otworzyła kącik porad miłosnych i musiałem jej dostarczyć kilka rzeczy, akurat kiedy on od niej wychodził. Słyszałem, jak wołała go po imieniu.
- Nie wiedziałem o tym…
- Tak, wiem. I nic nie straciłeś. Ten pomysł Zardi to była porażka. Chociaż ona uważa inaczej. Mówi, że teraz życie miłosne szkoły nie ma przed nią tajemnic.
Nie wiem jak to możliwe, że coś takiego, jak kącik porad miłosnych umknął mojej uwadze, ale skoro nie był mi potrzebny, może nie leżało w moim interesie aby cokolwiek o nim wiedzieć?
- W każdym razie, – Syri kontynuował – zastanawiałem się dlaczego tak przystojny chłopak może mieć jakiekolwiek kłopoty miłosne, więc obserwowałem go przez pewien czas. Dlatego wiek, że podkochuje się w tym wysokim chłopaku o włosach w kolorze ciemnego, przybrudzonego blondu. W dodatku z wzajemnością, ale dopiero od niedawna zauważyli, że ich zainteresowanie jest odwzajemnione i myślę, że teraz już ze sobą chodzą. Wcześniej rzucali sobie tylko tęskne, maślane spojrzenia, kiedy ten drugi nie patrzył. To było całkiem zabawne. Część z ich przyjaciół domyśla się, że coś jest między nimi, ale nie wszyscy. O, widzisz tę ciemną dziewczynę o kręconych, czekoladowych włosach?
Skinąłem głową. Tylko jedna z dziewczyn z tamtej paczki miała na głowie burzę naprawdę pięknych, ciemnych loczków. Była niewysoka, a jej skóra miała przyjemny odcień kawy z mlekiem. Dziewczyna była naprawdę ładna.
- Ona i jej dziewczyna, ta zgrabna blondynka, wiedzą. Wydaje mi się, że już dawno coś zauważyły, ale nie chciały się mieszać, więc czekały, jak sprawy się rozwiną. To przerażające ile można się dowiedzieć o ludziach po prostu ich obserwując.
Skinąłem milcząco.
- O, a widzisz tego chłopaka w czapce? On na pewno nie ma pojęcia o tym, że Eliasa i tego blondasa coś łączy. Za to ten wysoki blondyn, ten z trochę dłuższymi włosami…
- Ten w żółtej koszulce?
- O właśnie ten. On się wszystkiego domyśla i coś mu się w tym nie podoba.
- Skąd wiesz?
- Przyjrzyj mu się, poczekaj aż spojrzy na Eliasa i jego faceta i przyłapie ich na wymianie spojrzeń. Zawsze wtedy rzednie mu mina, jakby był zazdrosny, ale to nie to, bo kręci z tą dziewczyną o ciemnych blond włosach w bluzce z motylem. O, popatrz teraz.
Spojrzałem na wskazanego przez Syriusza chłopaka i rzeczywiście dostrzegłem jego nieprzyjemne spojrzenie. Patrzyłem jak szepcze coś do ucha chłopaka w czapce, a ten pokiwał głową najwyraźniej zadowolony z czegoś, co usłyszał.
Chłopak w czapce podszedł do siedzącego na trawie chłopaka Eliego i ukradł z jego kolan zeszyt, w którym ten coś zaciekle kreślił. Blondyn poczerwieniał na twarzy, kiedy pokazywał innym zawartość zeszytu śmiejąc się.
I wtedy jakby znikąd pojawiła się Zardi. Wyrwała chłopakowi zeszyt i jakby nigdy nic oddała blondynowi. Rzuciła przy tym jakiś komentarz do całej grupy, mrugnęła zalotnie do blondwłosego ukochanego Eliasa, przesunęła niby obojętnie wzrokiem po Elim i skierowała kroki w naszą stronę. Jej flirciarski uśmiech zamienił się w złość, kiedy nikt poza nami już nie widział jej twarzy.
- Cholerne neandertalskie przygłupy. - syknęła podchodząc i siadając przed nami.
- Co im powiedziałaś? - zainteresowałem się.
- Że dziewczyny szaleją za romantykami, którzy potrafią rysować i pisać wiersze. A facet, który tego nie rozumie, nie ma co liczyć na długi i szczęśliwy związek.
- Wydawało mi się, że mówiłaś mniej…
- Tak, mogłam rozbudować teraz to drugie zdanie. Bardzo możliwe, że to co powiedziałam brzmiało bardziej jak: „Idioto, dziewczyny szaleją za romantykami, którzy potrafią rysować i pisać wiersze.”
I oto nasza Zardi, obrończyni związków homoseksualnych.
- Uwaga, zbliża się szara eminencja. - ostrzegł nas Syri. Podniosłem spojrzenie akurat, kiedy blondyn o nieprzyjemnym spojrzeniu zbliżył się do nas na tyle blisko, że nie mogliśmy już powiedzieć nic czego by nie usłyszał.
- Hej… - rzucił stając nad Zardi – Jestem David. Przed chwilą przytarłaś nosa jednemu z moich kumpli. - uśmiechnął się czarująco, a przynajmniej uznałbym ten uśmiech za czarujący, gdybym nie wiedział, że to cwaniak.
- Taaak, pamiętam… - odparła ostrożnie dziewczyna. Chłopak spojrzał wymownie na mnie i Syriusza, na co Zardi od razu odpowiedziała. - Mów przy nich, to przyjaciele, więc i tak będą wszystko wiedzieć.
- Ach, dobrze. A więc mój kumple, ten od wierszy jest bardzo nieśmiały, a mam wrażenie, że jesteś nim zainteresowana, więc wysłał mnie żebym zapytał, czy nie zechciałabyś się z nim spotkać…
Jasssne. Bo jeszcze byśmy mu uwierzyli.
- Jeśli jest zainteresowany, niech tu podejdzie. - Zardi uśmiechnęła się niewinnie. - Umawianie się przez wysłanników nie jest w moim typie, chyba sam rozumiesz.
- A, tak, jasne. Przekażę. - blondyn oddalił się najwyraźniej nie do końca zadowolony z tego, co osiągnął.
Ukradkiem zerknąłem w stronę grupy Puchonów. Chłopak Eliego był na przemian czerwony i blady. Nie wiem, co mu powiedział tamten blondyn, ani co szepnął mu na ucho Elias, ale chłopak podniósł się i z miną skazańca ruszył w naszą stronę.
- Idzie. - powiedziałem, a Zardi odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła.
- Hej… - zaczął niepewnie blondas.
- Hej. Jestem Zardi, a teraz siadaj, podaj mi dłoń i uśmiechaj się, póki nie będziesz odwrócony plecami do swoich kumpli i całej reszty. - na jej twarzy widniał słodki uśmieszek, który nie miał nic wspólnego ze słowami. Chłopak wydawał się zaskoczony i chyba nie do końca przetrawił słowa dziewczyny. - Siad! - powiedziała dobitniej i tym razem chłopak wykonał polecenie. - Zacznijmy od tego, że wiem, co jest między tobą i Elim.
- Ostatnio subtelność nie jest twoją mocną stroną. - zauważyłem, ale Zardi nie skomentowała tego. Cóż, w końcu miałem rację.
Za to chłopak był teraz naprawdę blady.
- Nie martw się, nikt od nas się tego nie dowie. Zresztą Eli mnie zna, więc możesz go zapytać, kiedy będziecie sami. Tak w ramach wyjaśnienia, nie jestem tobą zainteresowana, a przynajmniej nie  konwencjonalny sposób. Chodziło mi tylko o to żeby się od ciebie odczepili. Jedyne na czym mi zależy to szczęście twojego związku z Elisaem. Możesz zapytać tych dwóch tutaj. Są parą od pierwszego roku, a ja robię za ich anioła stróża, dziewczynę na niby, dobrą ciocię. Zwał jak zwał.
Nawrzeszczałbym na nią, gdybym nie był tak zaskoczony i gdyby na twarzy blondyna nie pojawił się ten wyraz czystej nadziei i ulgi.
- Naprawdę? - zapytał z nutą nieufności.
Pokiwałem głową potwierdzając.
- Mówi prawdę, ale nie próbuj jej zrozumieć, bo to niemożliwe. Zardi trzeba po prostu zaakceptować ze wszystkimi jej dziwactwami.
- A teraz możesz wrócić do swoich kumpli i powiedzieć im że umówiliśmy się wyjście do Hogsmeade w ten weekend, albo że nie jestem w twoim typie i nic z tego nie będzie. W każdym razie do Hogsmeade idę i tak, więc możesz się ze mną zabrać o 10 i zabrać ze sobą Eliego. To będzie wasza randka, a ja będę wymówką.
Na twarzy blondyna pojawił się w końcu szczery uśmiech.
- Nie rozumiem połowy z tego, co mówisz, ale jesteś totalnie szalona. Zapytam Eliego, czy chce się spotkać w sobotę. Dziękuję. - chłopak podał Zardi rękę. - A tak przy okazji to jestem Daniel.
- Miło było mi cię poznać, Danielu.
Wymienili porozumiewawcze, przyjacielskie uśmiechy, a następnie Daniel skinął głową mi i Syriuszowi i wrócił do swoich znajomych.

niedziela, 17 marca 2019

Apokalipsa zombie

6 maja
Byłem zmęczony i sam nie wiedziałem dlaczego. Przecież nic dzisiaj nie robiłem. Fakt, czasami stawałem się zmęczony z powodu nieróbstwa, ale nie przypuszczałem, że będzie tak akurat dzisiaj. Co różniło ten dzień od innych? Nic. Po prostu nigdy nie sądziłem, że akurat moje aktualne dzisiaj będzie należało do tych kiepskich, kiedy to moja psychika będzie dawała mi się we znaki.
- Potrzebujesz jedzenia.
- Hm? - spojrzałem na Syriusza, który siedział obok mnie na sofie przy kominku i stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Jesteś blady, widzę jak ciapiesz oczami. Potrzebujesz energii, a ona jest w jedzeniu.
- Od kiedy jesteś specjalistą w tej dziedzinie? - spojrzałem na niego z miną mówiącą „nie zaczynaj ze mną, bo nie jestem w nastroju”.
- Od kiedy chodzę i sypiam z wilkołakiem, którego znam lepiej niż on sam zna siebie. - Syriusz wcale nie wydawał się przejmować moim ostrzegawczym spojrzeniem i wymowną miną. Wręcz przeciwnie. Podejrzewałem, że gdyby miał okazję i ochotę denerwowałby mnie specjalnie, abym tylko rozładował jakoś napięcie.
Westchnąłem poddając się.
- Niech ci będzie. - nie było sensu żebym się z nim sprzeczał. Tym bardziej, że mógł mieć rację.
Nazywałem się Remus Lupin, byłem wilkołakiem i czarodziejem uczącym się w Hogwarcie, Szkole Magii i Czarodziejstwa. To chyba oczywiste, że nie wszystko w moim życiu było jasne i klarowne.
Syri uśmiechnął się szeroko, jakby tylko na to czekał. Aż podskoczyłem, kiedy nagle krzyknął:
- Zardi! Wnoś!
Rozejrzałem się po Pokoju. Grający w szachy Peter i James spojrzeli na Blacka, a następnie również zaczęli świdrować wzrokiem wnętrze.
- Spokojnie, dotrze tu. Pewnie przeżuwa…
- Słyszałam to, Black! I gdybym nie trzymała talerza, dostałbyś w łeb. - Zardi pojawiła się za chłopakiem jakby znikąd. W rękach trzymała naprawdę wielki wspomniany talerz, na którym ułożona była kopka donatów. - Częstujcie się! A w szczególności ty, Remusie. - dziewczyna uśmiechnęła się do mnie szeroko. - Utuczę cię, jak zła czarownica Jasia. - wyszczerzyła się nagle. - A później będę używać jako miękkiej podusi.
Syriusz ze skwaszoną miną odchylił głowę do tyłu, aby spojrzeć z dołu na stojącą nad nim dziewczynę i w ten sposób wyrazić swoje niezadowolenie z jej komentarza. Nie wierzyłem, że naprawdę jest zazdrosny, ale wypadało zareagować, więc to robił.
- O, stolik! - dziewczyna położyła mu talerz na czole.
- Zabiję…
- Ja również cię kocham. - Zardi nic sobie nie robiła z jego gróźb.
Zresztą ja również nie. Podczas kiedy oni się ze sobą drażnili, ja sięgnąłem po donata i za jednym zamachem odgryzłem niemal połowę. Był miękki, aromatyczny i jeszcze ciepły. Pochłonąłem go szybko i sięgnąłem po kolejny. Ten był czekoladowy i miał w środku śmietankowe nadzienie. Zdążyłem porwać dwa jednocześnie, zanim Peter i James dorwali się do talerza.
- Nie karmią was w tej szkole, czy jak? - Zardi spoglądała trochę zaskoczona na jedzącego szybko Petera oraz wpychającego do ust całego donata Jamesa. Jeśli dodać do tego tempo, w jakim ja zjadłem swoje, rzeczywiście miała podstawy by zadać to pytanie.
Zawstydzony zarumieniłem się.
- Nie przejmuj się nią i jedz. - Syriusz uścisnął moją dłoń i uśmiechnął się. - Zardi, zabieraj ten talerz z mojego czoła!
- Tak, tak. - dziewczyna podniosła go, a Syri odetchnął z ulgą.
Rozmasował szyję i ponownie posłał mi zachęcający uśmiech.
Odpowiedziałem na to tym samym, czując się znacznie lepiej, niż jeszcze przed chwilą. Nie wiem, czy naprawdę zawdzięczałem to jedzeniu i przyjętym właśnie cukrom, ale zdecydowanie byłem zadowolony z faktu, że mogę siedzieć wśród przyjaciół i opychać się kaloriami bez obaw, że mój chłopak będzie miał pretensje, kiedy przybędzie mi dodatkowy kilogram lub dwa. Byłem prawdziwym szczęściarzem.
- A ty? - zapytałem w końcu przyjaciółkę, kiedy zauważyłem, że podczas kiedy my się objadaliśmy, a Syriusz pościł z racji swojej niechęci do słodyczy, Zardi nie poczęstowała się ani jednym donatem.
- Nie, dzięki. Odchudzam się.
Przestałem przeżuwać w tym samym czasie, co J. i Peter, a następnie wszyscy, wliczając Syriusza, spojrzeliśmy na dziewczynę.
- Że co? - wydusił James niewyraźnie, ponieważ jego usta były wypchane pączkowym ciastem.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Najwyraźniej nie miała ochoty tego tłumaczyć, ale uznała, że powinna rzucić trochę światła na całą sytuację.
- Odchudzam się żebym łatwiej było mi się poruszać, do tego powoli zaczęłam ćwiczyć mięśnie. No wiecie, brzuch, nogi i podnoszę jakie małe ciężarki, aby mieć więcej siły w ramionach. Myślę też o wzmocnieniu uścisku dłoni. - gdybym nie bał się, że przeżuty do połowy donat wypadnie mi z ust, pozwoliłbym swojej szczęce opaść trochę w dół. - Hej, to na wypadek apokalipsy zombie, dobra?
- Czegoś ty się znowu naczytała? - zapytałem.
- No właśnie niczego. Niczego związanego z zombie. Od całych wieków nie czytałam niczego o apokalipsie zombie, ale tak jakoś ostatnio przyszło mi do głowy, że może przydałoby się na nią przygotować. Tak na wszelki wypadek.
- Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? - Syriusz wyciągnął rękę i dotknął jej czoła. - Nie masz gorączki? Albo jakiejś egzotycznej choroby?
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Syri byłby w niezłych opałach.
- Ostatnio czytam same romanse, a przynajmniej najróżniejsze gatunki z romansem w tle i na zombie nie trafiłam w żadnym z nich, ale tak się nagle zaczęłam zastanawiać, co by było gdyby. Z moją aktualną siłą pięcioletniego dziecka, nie miałabym szans. A tempo mojego uciekania i wytrzymałość również zostawiają wiele do życzenia. Byłabym jedną z pierwszych ofiar apokalipsy zombie! Nie mogę do tego dopuścić, więc postanowiłam o siebie zadbać.
Syriusz przetarł twarz dłońmi i westchnął głośno, głęboko, niczym ojciec, który zastanawia się, jak wyjaśnić dziecku po raz tysięczny, że nie kupi mu zabawki, na którą dziecko nalega.
Wróciłem do jedzenia, podobnie zresztą jak dwójka innych łasuchów w naszym gronie i nie skomentowałem wypowiedzi przyjaciółki. Najdziwniejsze było to, że chociaż doskonale wiedziała, że to, co mówi jest niemożliwe i nie grozi nam żadna apokalipsa zombie, to jednak potrafiła traktować to poważnie. Jak ona to w ogóle robiła? Jak można w coś nie wierzyć, a jednak zachowywać się tak, jakby było to możliwe lub pewne? Chyba tylko ona potrafiła coś takiego robić.
To jak nie wierzyć w Świętego Mikołaja, ale nadal pisać do niego listy, bo to jednak ma swój czar, a on może kiedyś okazać się prawdziwy, kiedy niemożliwe stanie się możliwe.
To było tak skomplikowane, że sam nie mogłem tego pojąć, a co dopiero zrozumieć.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym, prawda? - Syri pokręcił głową nadal nie mogą uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Przynajmniej to dało się odczytać z jego miny.
- Tak, wiem, ale i tak dzięki.
Bardzo szybko poradziliśmy sobie z większą częścią przyniesionych przez dziewczynę smakołyków. James i Peter zapomnieli nawet o szachach, kiedy objadali się, chociaż byli już pełni i z trudem mieścili w sobie kolejne donaty. Sam zjadłem jednak o jednego lub nawet dwa za dużo i teraz czułem się, jakbym miał się już więcej nie podnieść ze swojego miejsca. Byłem wielki, ociężały i ważyłem chyba piętnaście kilogramów więcej, niż przed pojawieniem się Zardi.
- I teraz, kiedy widzę jacy jesteście objedzeni, wyobraźcie sobie, że zostajecie zaatakowani przez bandę pożerających ludzi zombie i musicie uciekać aby się ratować.
- O trupach przy jedzeniu?! - Potter skrzywił się i wydawało mi się, że pozieleniał na twarzy.
- No, co? Myślisz, że one będą dbać o to, czy coś jesz, czy nie, kiedy zaatakują? Będą jęczeć, śmierdzieć i… O właśnie sobie przypomniałam, że jednak czytałam coś o zombie. Nie o apokalipsie, ale jednak jakieś zombiaki się tam pojawiały… Tyle, że było ich niewiele i łowcy zawsze je zabijali…
- Zwymiotuję. Jeszcze jedno słowo o zombie i będę rzygał. - James naprawdę był teraz zielony.
- Dobra, dobra. Już się zamykam. - Zardi podniosła ręce w pojednawczym geście. - Jeszcze donacika? - podsunęła okularnikowi talerz.

środa, 20 lutego 2019

Kartka z pamiętnika CCCXL - Victor Wavele

UWAGA! LEMON! +18

To był jeden z tych dni, kiedy czułem się, jak dziecko, które pragnie bliskości matki. Od rana nie myślałem o niczym więcej, jak tylko o tym aby zaszyć się w gabinecie Noela, porwać go w objęcia i tulić niczym pluszowego misia. Naprawdę potrzebowałem jego bliskości, czułości, ciepła. Rzadko mi się to zdarzało, ale jednak były dni takie jak ten, kiedy nie liczyło się nic innego, jak tylko ja i moje potrzeby.
Noel znał je doskonale.
- Chodź tutaj! - Noel wciągnął mnie w zagłębienie w ścianie, w którym jeszcze niedawno stał oddany do naprawy i czyszczenia posąg. Któryś z uczniów mógł pojawić się tu w każdej chwili, a jednak mój mężczyzna nic sobie z tego nie robił. Zacisnął dłoń na moim karku i przyciągnął mnie do pocałunku.
Nie walczyłem z dominacją, jaką się wykazał, z siłą, którą w tamtej chwili emanował. Tego właśnie od niego potrzebowałem i to dostawałem.
Oddałem pocałunek, którym on kierował, otworzyłem się na niego, a on wtargnął językiem w moje usta i penetrował je z taką dokładnością i siłą, że między nogami czułem pierwsze mrowienie bliskiej erekcji.
- Teraz mam jeszcze lekcje, ale jeśli wytrzymasz jeszcze tę chwilę, zajmę się tobą. - obiecał.
- Wiesz przecież, że na ciebie zawsze będę czekał, nieważne jak długo. - zamruczałem.
- Nie czaruj. - rozbawiony pogładził mój zarośnięty od lekkiego zarostu policzek.
Rozstaliśmy się, jakby nigdy nic. Dzisiaj Noel naprawdę miał w nosie, czy ktoś dojdzie do tego, co nas łączy, czy też nie. Był silny i zdecydowany dla mnie. I jak mogłem go nie kochać, skoro tak jak ja miałem dni, gdy potrzebowałem odpocząć od dominacji, tak on miewał swoje dni, gdy chciał być górą w tym związku.
Pasowaliśmy do siebie idealnie.
Ponieważ moje lekcje w dniu dzisiejszym już się skończyły, postanowiłem poczekać na Noela u niego. Ułożyłem się w ulubionym fotelu i pozwoliłem myślom krążyć swobodnie. Zresztą i tak nie miałem, co liczyć na to, że mój mózg zacznie funkcjonować tak, jakbym sobie tego życzył. Cały mój organizm nastawił się na odbiór bodźców ze świata, a hormony przewodziły wszystkie emocje tłumiąc te pozytywne, za to wzmacniając negatywne.
Nienawidziłem dni takich jak ten, ponieważ nie mogłem się wtedy zabrać za pracę wymagającą więcej przygotowań, jako że mój umysł działał wtedy inaczej niż zwykle. Nie mogłem się skupić, rozbiłem się sentymentalny, kiedy już się rozproszyłem, wiele czasu zajmował mi powrót do poprzedniego zajęcia i byłem bardzo niezdecydowany.
Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila, kiedy Noel pojawił się w swoim gabinecie. Spojrzałem na zegarek i zaskoczony stwierdziłem, że moja „chwila” wcale nie trwała chwilę. Noel skończył już swoje zajęcia i teraz przyszedł spełnić wszystkie swoje obietnice, zarówno te wypowiedziane na głos, jak i te bezgłośne, które wykrzykiwały jego oczy.
- Mój biedny, chłopiec… - zamruczał tonem, jakim mógłby zwracać się do małego dziecka i podszedł do mnie siadając mi na kolanach bokiem. Następnie wykonał lekki skręt i objął mnie mocno, wsuwając dłonie w moje włosy, masując skórę głowy, mrucząc mi cicho do ucha. - Na co masz ochotę kochanie?
Objąłem go w pasie i gładziłem dłonią jego plecy, wsuwając ją pod materiał jego swetra.
Na co miałem ochotę? Już teraz czułem się zdecydowanie lepiej mając go tak blisko.
- Chcę cię poczuć głęboko w sobie. - zdecydowałem w końcu.
Noel odsunął się ode mnie na tyle, aby móc spojrzeć mi w twarz. Był zaskoczony i nie mogłem się temu dziwić. Wątpiłem by którykolwiek z jego byłych kochanków prosił go o coś podobnego tylko dlatego, że miał z jakiegoś powodu parszywy dzień. Tyle, że ja nie byłem jego były. Byłem tym, który go zaakceptował, zmienił, pozwolił mu być sobą i planował spędzić z nim resztę życia.
- Jeśli nie chcesz… - zacząłem, ale zamknął moje usta swoimi, złapał mnie za dłoń spoczywającą na jego biodrze i przycisnął ją do swojego wyczuwalnie pobudzonego krocza.
A więc wizja seksu ze mną, kiedy to on jest górą go podniecała… To interesujące. Nawet bardzo. I na pewno warte wykorzystania w przyszłości.
Zacisnąłem lekko palca na wypukłości jego spodni i uśmiechnąłem się pod jego wargami.
- Chodźmy do sypialni. - wymruczałem kącikiem ust. Wsunąłem dłoń pod jego kolana, mocno złapałem jego plecy i wstałem z nim na rękach.
Noel wtulił się w moją szyję, całując ją i podgryzając.
- Mmm, lubię kiedy mnie nosisz. Czuję jak napinają się twoje mięśnie, jak twardnieją…
- Nie tylko one twardnieją, kiedy mam cię na rękach. - zauważyłem. - Kiedy to robię wiem, że będę się z tobą kochał, więc reaguję niczym pies Pawłowa.
Przeszedłem do przylegającej do gabinetu sypialni i rzuciłem kochanka na łóżko. Zapiszczał rozbawiony i ułożył się od razu wygodnie.
- Rozbierz się. - polecił z pewną władczością, która mi się spodobała, ponieważ miała w sobie tę nutę poddaństwa. Całe moje ciało czuło, że Noel rozkazywał mi tylko dlatego, że ja mu na to pozwoliłem.
Zacząłem więc powoli zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania, zaczynając od butów, a następnie przechodząc do skarpet i dalej, poprzez mniej istotne części garderoby, aby ostatecznie dotrzeć do tych naprawdę istotnych.
Przez cały ten czas Noel ani na chwilę nie oderwał ode mnie wzroku, masując powoli swoje krocze, które było wyraźnie pobudzone.
- Czyżby podobało ci się to co widzisz? - zapytałem znając doskonale odpowiedź.
- Jeszcze jak!
- Więc rozbieraj się, kochanie!
Mój kochanek szybko pozbywał się swoich ubrań nadal nie spuszczając ze mnie spojrzenia, jeśli tylko nie musiał. Każdy kawałek odsłanianej skóry był piękny. Gładki i jasny niczym pokryty lukrem.
Usiadłem na łóżku naprzeciwko niego z szeroko rozsuniętymi nogami i palcem pokazałem mu aby się do mnie zbliżył. Przysunął się więc i usiadł z nogami po obu stronach mojego ciała, więc dosunąłem się, układając swoje po obu stronach jego bioder. Byłem tak blisko, że moje krocze dotykało jego. Westchnąłem i przyciągnąłem go za szyję do pocałunku. Gwałtownego, wygłodniałego, gorącego. Nasze języki wydawały się kochać, a westchnienia splatały w jedno.
Niechętnie odsunąłem się od niego, by polecić aby wyjął z szafki nocnej oliwkę. Noel wygiął się więc i sięgnął, a jego twardy penis otarł się o mój w cudowny sposób.
Wyjąłem z jego dłoni buteleczkę, kiedy tylko znowu usiadł prosto i wycisnąłem sporą jej ilość na jego rękę. Następnie wygiąłem się do tyłu, opierając rękoma za plecami, aby ułatwić mu dostęp do najintymniejszej części mojego ciała. Jego twarz była rumiana z podniecenia, a oczy wielkie i błyszczące, kiedy wpatrywał się w moje wejście. Widziałem jak drżały mu dłonie, kiedy zbliżył jedną z nich do moich pośladków i powiódł palcem po zgłębieniu między nimi.
W końcu ciepły, wilgotny palec zaczął masować moje wejście coraz mocniej, aby rozluźnić mięśnie. Noel wyczuł chwilę, w której mógł wsunąć we mnie palec. Westchnąłem kiedy to zrobił, przebijając się przez ciasny pierścień. Oddychałem głęboko chłonąć to doznanie. Noel odważnie wepchnął go głęboko, odczekał chwilę, a następnie zaczął nim poruszać, przy okazji wyszukując nim tego złotego punktu, który mógł sprawić, że zobaczę gwiazdy. Mój jęk i drżenie były dla niego wystarczającym znakiem, że na niego trafił. Nie bawił się jednak długo, ponieważ szybko zmusił mnie do tego, abym przyjął w siebie także jego drugi palec. Wiązało się to z lekkim szczypaniem nieprzyzwyczajonych mięśni, ale było także cudownie podniecające. Noel pracował wytrwale, a ja cierpiałem katusze. Nasienie zlewało się po moim członku, który wydawał się gotowy do wybuchu, ale nie mógł tego zrobić, jeszcze nie teraz.
- Victorze, nie wytrzymam, chcę być już w środku. - jęk mojego narzeczonego był tak pełen cierpienia, że nagle moje własne wydawało mi się wręcz śmieszne.
- Więc wejdź.
- Ale…
- Jestem dużym chłopcem, wytrzymam. - rzuciłem podnosząc biodra i wsuwając między nie poduszkę, aby znajdowały się w lepszej i wygodniejszej dla nas obu pozycji.
Noel przełknął ciężko ślinę, wyjął palce i pokrył śliską oliwką swój członek. Następnie ustawił się i zaczął powoli pchać do przodu. Moje wejście płonęło, ale oddychałem głęboko, dłonie zacisnąłem na pościeli.
To było dla mnie obcym, ale przyjemnym uczuciem. Tego dziś potrzebowałem. Rozpalony, skupiony Noel był cudownie piękny.
Kiedy główka jego penisa przekroczyła pierścień mięśni, zatrzymał się dając mi chwilę. Zaczął pocierać pięścią mój członek, co przyniosło spodziewany efekt i pozwoliło mi przyjąć go ostatecznie w całości.
- Tak dobrze… - wydyszał pochylając się nade mną i całując moje usta zachłannie. Nie wiem czy zdawał sobie z tego sprawę, ale jego biodra nie czekały już na moją gotowość, ale zaczęły poruszać się zdecydowanie w tył i pchać do przodu.
Jęknąłem, westchnąłem, a Noel znalazł moją prostatę i teraz ocierał się o nią swoim członkiem za każdym razem, kiedy wykonywał ruch.
W pewnym momencie jego pchnięcia nabrały tempa i jeszcze więcej zdecydowania. Ściskając w pięściach pościel poruszałem się odpowiadając na każdy jego ruch swoim własnym. Jedną dłonią sięgnąłem do swojego członka i stymulowałem go w rytmie, w jakim jego biodra uderzały o moje pośladki.
Kilkanaście mocnych, szybkich i celnych pchnięć później Noel szczytował, a ja razem z nim. To dziwne, ale czułem się odświeżony, odnowiony, naprawiony.
- Noelu… - wyszeptałem w ekstazie, podczas gdy on szeptał moje imię raz za razem wypełniając mnie swoim nasieniem.