Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zardi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zardi. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2020

Suknia

18 maja

- James?
- Hm?
- Ściana. - Syriusz wskazał na twardą powierzchnię, której J. z pewnością nie byłby w stanie pokonać, a jedynie nabiłby sobie ogromnego guza.
- Och.
James cały dzień chodził zamyślony, zadumany, może nie smutny, ale i nie zadowolony. Coś wyraźnie nie dawało mu spokoju. Nie mogłem zliczyć ile razy się dzisiaj potknął, wpadł na coś lub na kogoś.
- Dobra, James, mam dosyć. Przecież ty się zabijesz w przeciągu kolejnej godziny! - Syriusz złapał chłopaka za ramię i posadził go na podłodze przy ścianie, a następnie sam usiadł przed nim. Przyłączyłem się do nich. - Co się dzieje?
- I nie mów, że nic. - dodałem.
Okularnik westchnął ciężko.
- Niech będzie. Słuchajcie. Albo nie, lepiej wam pokażę. - sięgnął po swoją torbę i zanurkował w niej. - Jest! - wyjął kolorowy magazyn i wręczył nam go.
Rzuciłem okiem na okładkę i zmarszczyłem brwi na jej widok.
- Suknie ślubne? - rzuciliśmy z Syriuszem jednocześnie.
- Lily chce wiedzieć która podoba mi się najbardziej i w której moim zdaniem będzie jej najlepiej.
- Co? Jesteśmy przed samymi egzaminami, a ona zawraca ci głowę sukniami? - nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
Przyjaciele spojrzeli na mnie jednocześnie.
- Obawiam się, Remusie, że nie to tak męczy Jamesa. - Syriusz poklepał mnie po kolanie.
Cóż, oni może nie martwili się nauką i egzaminami, ale ja tak.
- Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Lily, ale dla mnie to zbyt wcześnie na ślub. Gdyby do tego doszło dwa, trzy lata temu, wtedy pewnie od razu bym się stawił na ślubnym kobiercu. To był ten wiek, kiedy mnie to interesowało. Ale teraz jestem starszy i mądrzejszy. Wolałbym pożyć zanim mnie zaobrączkują. To chyba zrozumiałe.
Skinąłem głową, zaś Syriusz westchnął ciężko.
- Co do tego masz rację. Pamiętasz jacy my z Remusem byliśmy zafiksowani na tym punkcie na początku? Kiedy jesteś młody, takie rzeczy cię interesują, bo są częścią dorosłości. Kiedy dorastasz zaczynasz rozumieć, że to cię ograniczy. Pamiętacie moją kuzynkę? Tę, która zaciążyła? Ilekroć się z nią widzę mówi mi, że nie powinienem się z niczym spieszyć i wysłuchuję całego wykładu na ten temat.
- I ma rację. Lily przynajmniej nie jest w ciąży, więc mogę próbować odwlec ślub w czasie tak daleko jak tylko się da, ale Lily się cieszy, a jej ojciec naciska i niewiele zdziałam. Z tym jest jak z zabawką. Kiedy jest nowa, chcesz się ciągle bawić. Kiedy się znudzisz, bawisz się nią rzadziej, a czasem nawet odkładasz.
- Może powiedz jej, że żadna z tych sukni do ciebie nie przemawia? Evans jest kobietą i na swoim ślubie będzie chciała wyglądać perfekcyjnie. Jeśli ją przekonasz, że żadna z tych sukni nie pasuje do niej, będzie szukać dalej, a to odłoży ślub w czasie. Może nie znacząco, ale zawsze trochę. - pomysł Syriusza miał sens. Nawet jeśli zdecyduje się na szycie, to zajmuje czas.
- A sukni ślubnej nie powinno się szyć magią, ponieważ to zły omen. Jeśli z suknią idzie się na łatwiznę to całe wspólne życie robi się to samo.
- O! Skąd o tym wiesz? Nie sądziłem, że jesteś specjalistą od tematyki ślubnej. - James wyraźnie poweselał.
- Zmyśliłem to na poczekaniu, ale jeśli brzmiało przekonująco to możesz spróbować wcisnąć do Evans. Wtedy na pewno zyskasz czas.
- To może się udać. - James pojaśniał jeszcze bardziej i patrzył na mnie i Syriusza z podziwem. Nie wiem czy jesteście genialni, czy tylko przydatni, ale jeśli Lily to kupi to z pewnością to pierwsze.
- I nie zapomnij o medalu za zasługi. - Syri roześmiał się szczerze i oddał Jamesowi katalog ślubny. - Jeśli chcesz być bardziej przekonujący, znajdź jakąś stronę z suknią, którą obsypiesz komplementami, a później skrytykujesz. Musi myśleć, że naprawdę przeglądałeś katalog i starałeś się coś wybrać.
- Nie chcę źle mówić o dziewczynach, ale większość z nich jest próżnych i jeśli to wykorzystasz masz szansę odwlec ślub nawet o kilka miesięcy. - pozwoliłem sobie zauważyć. Znałem w końcu wiele dziewczyn, które potwierdzały tę regułę swoim zachowaniem oraz kilka takich, które były wyjątkami.
Kruczowłosy pomógł wstać Jamesowi i objął go ramieniem.
- Dasz sobie radę, stary. Pomożemy ci na tyle, na ile będziemy w stanie.
- Dzięki.
James wyraźnie czuł się teraz lepiej i lżej. Jego krok nie był tak ociężały, plecy zgięte, a wzrok zamglony. Biedny chłopak naprawdę musiał martwić się tą suknią i faktem, że wisi nad nim widmo rychłego ślubu. Jego sytuacja pomogła mi docenić moją. Ja nie musiałem martwić się naciskiem z niczyjej strony, nie groziła mi ciąża, a mój związek nie przysparzał mi problemów. Byłem naprawdę szczęśliwy, że nie znalazłem się na miejscu Jamesa.
Dzięki temu mogłem skupić się na egzaminach i przygotowaniu do sprawdzianu mojego przyszłego nauczyciela, a później do lekcji z nim. Naprawdę byłem w dobrej sytuacji, przynajmniej pod tym względem.
Koniec szkoły, ślub Jamesa, nasze dalsze kariery. Przed nami rozciągało się długie pasmo zmian, które miały zakończyć ten etap naszego życia i rozpocząć kolejny. Gdybym miał na to jakiś wpływ, chciałbym żeby żeby nauka w Hogwarcie trwała dłużej. Jeszcze przynajmniej dwa lata, a najlepiej od razu trzy.
Problemy Jamesa uzmysłowiły mi chyba najdokładniej fakt, że wszystko się kiedyś musi zmienić. Po tak wielu latach spędzonych z chłopakami, bałem się samotności, jaka miała nadejść. Oni rozpoczną naukę w nowej szkole, a ja będę musiał uczyć się sam. Podziwiałem Anderw, który był w stanie przeprowadzić się w nieznane miejsce, rozpocząć naukę w nowej szkole i zostawić nas tutaj. To był pierwszy wielki krok jaki zrobił, kolejnym była jego kariera. On również będzie kończył w tym roku edukację. Czy po tym, jak musiał się rozstać z naszą paczką będzie my łatwiej pożegnać się z nowymi kumplami? A może tego nie da się wyćwiczyć w żaden sposób i znowu czeka go ból, samotność, smutek po kolejnym rozstaniu?
Dorastanie było do kitu!
Wchodząc na korytarz, który rozgałęział się później prowadząc do poszczególnych Domów, zauważyłem stojący przy jednej ze ścian straganik. Odwrócona do nas tyłem osoba właśnie wykładała na blat szklanki.
- Zardi? - poczułem jej zapach i od razu skojarzyłem figurę oraz ruchy jakie wykonywała. Każdy porusza się w charakterystyczny sposób, co dla mnie było tym łatwiejsze do zauważenia.
Podeszliśmy bliżej. To naprawdę była Zardi.
- Co ty robisz? - Syriusz stanął przed jej stoiskiem z lemoniadą, jak pisało na banerze nad naszymi głowami.
- To, co widać. - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Sprzedaję lemoniadę na środku korytarza.
- Dobra, zadałem złe pytanie. Dlaczego sprzedajesz lemoniadę na środku szkolnego korytarza stojąc za stoiskiem, które powinno stać na rynku, a nie w szkolnym budynku?
- Przegrałam zakład, potrzebuję kasy, a to jedyny pomysł na zarobek jaki przyszedł mi do głowy. Dodam, że odrabianie prac domowych za kogoś to żadna zabawa, więc od razy zrezygnowałam z tej opcji.
- I uznałaś, że zarobisz więcej na lemoniadzie? - rzuciłem z niedowierzaniem.
- Ludzie są ciekawi tego, co mam i jak smakuje, więc kupują. Poza tym, lemoniada jest wzbogacona zaklęciem musującym. Dla prawdziwych śmiałków mam wybuchającą…
- Chcę wybuchającą! - James od razu położył na blacie pieniądze, a oczy błyszczały mu jasno, jakby właśnie znalazł nową ulubioną zabawkę.
- Mówiłam, że ludzie płacą. - Zardi wyszczerzyła się do nas zadowolona i nalała okularnikowi jego lemoniady.
To mogło być bardzo ciekawe.

niedziela, 7 czerwca 2020

Spotkanie we mgle

Nawet nie wiem jak do tego doszło, ale mężczyzna wyrósł przede mną jakby spod ziemi. Nie było go, mrugnąłem i już stał przede mną, w moim odczuciu stanowczo zbyt blisko.
Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, albo po prostu nie pamiętałem podobnej sytuacji, ale odskoczyłem do tyłu i warknąłem. Byłem w pełnej gotowości do walki. Nie jako czarodziej, ale jako wilkołak.
Mężczyzna był raczej niski i szczupły, może nawet chudy, ciężko było mi to jednoznacznie stwierdzić. Wydawał się stary, chociaż jeszcze nie „dziadkowaty”. Jego spojrzenie było ostre, przenikliwe, przeszywało mnie niczym jadeitowy nóż. Siwe słody miał zaczesane do tyłu, a szpiczastą budkę zadbaną, chociaż niewątpliwie sprawiała, że wyglądał na jeszcze ostrzejszego niż musiał być w rzeczywistości. Wydawało mi się, że go kojarzę, gdzieś już widziałem, ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i kiedy.
- Miałem uczyć chłopca, a nie zwierzę. - odezwał się nagle z silnym zagranicznym akcentem i zaczął obchodzić mnie dookoła nie spuszczając ze mnie spojrzenia. - Spodziewałem się kogoś bardziej imponującego. Jest raczej drobny, niski…
Przyganiał kocioł garnkowi – pomyślałem.
- Drobny i niski, powiadasz? - Dumbledore stanął obok mężczyzny i spojrzał na niego z góry. Dyrektor był od tego mężczyzny zdecydowanie wyższy.
Nieznajomy rzucił Dumbledore’owi wściekłe spojrzenie i kontynuował obchodzenie mnie dookoła.
- Remus to inteligentny i sprytny chłopak, dobry czarodziej. Jest wilkołakiem, a to wiąże się z bardzo dobrym węchem, słychem i wzrokiem oraz dużą sprawnością fizyczną, w tym siłą i szybkością. Kiedy dodasz do tego magię, otrzymasz więcej niż tylko czarodzieja.
- Niemal broń… - twarz mężczyzny rozjaśnił niemal szalony uśmiech. - Tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. To wiele tłumaczy… Uznajmy ich za niegodnych, nie uczmy, a dzięki temu łatwiej będzie nad nimi zapanować. Szkoła czarodziejstwa dla wilkołaków to świetny pomysł, Albusie. Pod warunkiem, że ten chłopak zda egzamin.
- Jestem pewny, że tak będzie. Jest ambitny.
Teraz już wiedziałem, jak czują się ludzie, o których rozmawia się jakby wcale ich nie było, podczas gdy oni stoją obok i wszystko słyszą. Wiedziałem, że niektórych ludzi to denerwuje, chociaż nie rozumiałem do końca dlaczego. Aż do teraz. Uznałem jednak, że wtrącanie się w ich rozmowę nie miałoby sensu. Chciałem tylko dalej się uczyć, zdobywać niezbędną wiedzę, aby móc w przyszłości żyć normalnie. Nie ważne, co później planowali Dumbledore i jego znajomy. Zresztą, miałem wrażenie, że dyrektor przytakiwał nieznajomemu tylko po to, aby w końcu mieć pewność, że ten będzie mnie uczył.
- Niech będzie. - mężczyzna spojrzał na mnie poważnie. - W dniu egzaminów końcowych będę chciał osobiście sprawdzić twoje umiejętności. - zwrócił się w końcu bezpośrednio do mnie. - Widziałem twoje wyniki podczas normalnych zajęć, będę miał wgląd w wyniki twoich egzaminów, ale chcę kilka rzeczy sprawdzić sam i właśnie wtedy będę miał ku temu okazję nie wzbudzając przy tym niczyjego zainteresowania. Nie powiem ci co będę sprawdzał, ponieważ wtedy mój egzamin nie miałby najmniejszego sensu.
- Chcę mieć wgląd w twój egzamin zanim się odbędzie. - Dumbledore położył dłoń na moim ramieniu zwracając się do niższego mężczyzny, którzy przeniósł poirytowane spojrzenie ze mnie na niego.
- Nie ufasz mi?
- Ani trochę.
- Łamiesz mi serce, ale niech będzie. Hej, dzieciaku. Wiesz w ogóle kim jestem?
Przełknąłem ślinę z trudem czując, że się czerwienię. Pokręciłem przecząco głową.
- Eh, jestem zawiedziony, Albusie. Czego wy w ogóle te dzieci uczycie? Ale dobrze, skoro nie wiesz to niech tak na razie pozostanie.
Nieznajomy zaczął wspinać się po schodach prowadzących na wyższy poziom gabinetu, a po chwili zniknął mi całkowicie z oczu.
Czułem się jak dzieciak lub po prosu głupek. Nie powiedziałem nic na poziomie, milczałem przez niemal całe spotkanie z moim nowym nauczycielem, nie pokazałem mu się od najlepszej strony. Nic dziwnego, że chciał mnie przetestować i nie chciał ze mną porozmawiać.
- Świetnie poszło, Remusie. - Dumbledore ścisnął moje ramię, po czym podszedł do swojego biurka przekładając na nim swoje papiery jakby czegoś w nich szukał. - Po tym, co widziałem jestem pewny, że po zakończeniu szkoły będziesz mógł kontynuować naukę pod okiem kogoś naprawdę utalentowanego. Musisz być jednak gotowy na to, że najczęściej nie będzie w tak dobrym humorze jak dzisiaj. A jeśli tak będzie to wiedz, że coś kombinuje i z pewnością nie jest to nic dobrego. No cóż, Remusie. Myślę, że na dzisiaj to tyle. Inaczej to sobie zaplanowałem, ale przy nim – machnął ręką w stronę schodów, po których wszedł mężczyzna. - rzadko cokolwiek wychodzi tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. To dzikus. Jest czarujący, ale niewątpliwie jest też dzikusem, który robi co mu się podoba i jak mu się podoba.
- Więc… Więc mogę już sobie iść? - zapytałem niepewnie.
- Tak, Remusie. Jeśli będziesz jeszcze potrzebny, zaproszę cię do siebie. Na dzisiaj to tyle.
- Dziękuję. - skinąłem głową dyrektorowi i wyszedłem z jego gabinetu.
Na schodach zatrzymałem się na chwilę i potrząsnąłem głową. Czułem się jakbym właśnie wyszedł z mgły, która nie otaczała jednak mojego ciała, ale umysł.
Czy to zapach dymu?
Pomasowałem palcami głowę między oczyma. Nie bolała mnie, jednak nie byłem sobą. Zupełnie jakbym wstał po popołudniowej drzemce, która często spowalniała tempo pracy mojego umysłu, co nie pozwalało mi się skoncentrować, zebrać myśli.
To nie miało sensu.
Wyszedłem na korytarz, na którym czekała na mnie Zardi.
- I co? - zapytała od razu. Złapała mnie za rękę i zaczęła odciągać od wejścia do królestwa Dumbledore’a.
Streściłem przyjaciółce wydarzenia z gabinetu dyrektora na tyle, na ile byłem w stanie. Niektóre informacje chciałem pominąć, ale uznałem, że nie ma to sensu, bo jeśli nie mogłem zaufać Zardi to komu mogłem?
Przyznałem się przed dziewczyną, że nie wiem kim jest niski, starszy mężczyzna, którego poznałem i który miał być moim nauczycielem. Przyjaciółka obiecała jednak, że pomoże mi do tego dojść, abym czuł się z tym bardziej komfortowo.
- Jeśli dyrektor traktował go jak równego sobie to na pewno mamy do czynienia z kimś ważnym. Pytał, czy go kojarzysz, a więc istnieje możliwość, że mógłbyś gdzieś natknąć się na informacje o nim oraz zdjęcia. Niechętnie to proponuję, ale przejrzyjmy najnowszą historię magii w naszych podręcznikach, a jeśli tam nic nie znajdziemy, poszperamy trochę w bibliotece. Lub ja będę szperać i szukać mając w pamięci twój opis, a jeśli na coś wpadnę to dam ci znać jeśli będziesz chciał.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się do dziewczyny. Rozumiałem dlaczego nie chciała mnie angażować, ale w tej chwili nie czułem się gotowy do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Byłem zagubiony, zagubiony we własnej głowie, chociaż myśli pływały w smole.
Czy to możliwe, że ktoś niepostrzeżenie rzucił na mnie zaklęcie? Nie, to nie mogło być zaklęcie.
Zapach dymu – przypomniałem sobie. - Może to ten dym. 
To miałoby sens. Jest wiele roślin, które palone mogły otumanić, spowolnić, a nawet pozbawić pamięci. Może ten mały, dziki czarodziej chciał mieć pewność, że jeśli go rozpoznam to nie zdołam zareagować na czas? Nie zaatakuję, nie złapię… 
- Pomogę ci szukać w książkach i Proroku Codziennym. - zdecydowałem.
Musiałem się dowiedzieć, co się dzieje i czy to możliwe, że zostałem otumaniony aby zapewnić bezpieczeństwo człowiekowi, który był na bakier z prawem, a którego dyrektor tak doskonale znał.
- Zardi, jeśli do jutra z jakiegoś powodu zapomnę o tym, co się dzisiaj wydarzyło, opowiedz mi o wszystkim. - postanowiłem się ubezpieczyć na każdą ewentualność.
Przyjaciółka spojrzała na mnie poważnie i skinęła głową. Rozumiała moje obawy, nawet jeśli nie znała wszystkich szczegółów.

niedziela, 31 maja 2020

Special: One More Light (31 maja 2020 r.)

Dzisiaj zmarła moja babcia (mama mojej mamy). W dobie Koronawirusa zmarła na zapalenie płuc. Nie ważne czy w to wierzę. Nie jestem patologiem, nic nie mogę zrobić.
Chociaż nie. Jest coś co mogę zrobić. Mogę wrócić do pisania, mogę odnaleźć siebie, zwalczyć depresję i żyć dalej.
Kocham Cię, Babciu.



- Co się dzieje? - zapytałem siadając na podłodze obok Zardi, która zajmowała ciasny i w połowie ukryty kącik Pokoju Wspólnego. Cały dzień trzymała się z boku i chociaż starała się rozmawiać z każdym normalnie, czasami widziałem jak ocierała załzawione oczy.
- Na świecie istnieją wielkie choć znane tylko niewielu wspaniałe czarownice. Kobiety pełne ciepła, miłości, wywołujących uśmiech przywar. Cudowne, prawdziwie magiczne kobiety, które potrafią zmieniać ludzkie żucie, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Taka była moja babcia. Od kilku miesięcy była w domu opieki. Czasami wiedziała kto ją odwiedza, czasami nie do końca kontaktowała. Miała problemy psychiczne, ale to od bardzo dawna, więc brała leki i funkcjonowała. Później zachorowała i zaniemogła. Wiesz, ona była grubsza, więc kiedy miała problemy z chodzeniem, dźwiganie jej było niesamowicie trudne. W domu nie miała stałej opieki, a dziadek jest od niej o dziesięć lat starszy, więc musieliśmy umieścić ją w zakładzie, gdzie zawsze był ktoś, kto się nią zajmował. Wszystko było dobrze, póki nie zabroniono odwiedzin z powodu działań Voldemorta. - w oczach dziewczyny znowu pojawiły się łzy. - Moja mama uważa, że babcia mogła się załamać, kiedy nikt jej nie odwiedzał. Czasami była świadoma tego, co się dzieje, a czasami nie, szybko wszystko zapominała, więc nawet jeśli powiedzieli jej, że odwiedziny są zabronione, nie koniecznie zdawała sobie z tego sprawę. Nawet podana przyczyna jej śmierci wydaje mi się podejrzana i nazbyt bliska tego, co teraz się dzieje. Ale nie mogę sprawdzić, czy mówią nam prawdę.
- Merlinie, tak bardzo mi przykro.
- Wiem i dziękuję. - uśmiechnęła się przez łzy. - Ludzkie życie jest jak płomień świecy, który w pewnym momencie gaśnie. Wiele osób wierzy, że jakaś niewidzialna ręka zapali ten płomień na nowo. Ja nie wiem w co mam wierzyć, więc mam nadzieję, że to w co ona wierzyła będzie prawdziwe w jej przypadku. Wiesz, teraz jestem na etapie doszukiwania się w tym teorii spiskowych i znaków, jak na przykład zegarek, który się wczoraj zatrzymał. Wcześniej było obwinianie się, że jej nie odwiedziłam od dawna. Nie byłam w stanie, ale i tak czułam się winna. To normalne. Ludzie często się obwiniają o coś, na co nie mają wpływu, ponieważ gdyby mieli drugą szansę, gdyby wiedzieli wcześniej, co się stanie, zrobiliby coś inaczej z nadzieją, że to odmieni los. Nie koniecznie by się udało, ale ta nadzieja jest w nas zawsze. Jednocześnie nie mogąc nic zmienić w przeszłości, chcemy żeby ta śmierć miała znaczenie dla przyszłości. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. - Zardi wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła nos. - Przepraszam. - rzuciła zdławionym głosem i zasłaniając twarz zaczęła płakać.
Objąłem ją mocno.
Po kilku minutach dziewczyna uspokoiła się, wysiąkała nos, otarła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Tak jest przez cały dzień. - wyznała. - Płaczę, przestaję, znowu zaczynam płakać. To jest takie nierealne. Nagle ktoś znika z twojego życia na zawsze i nic nie jest już takie samo, nic już takie nie będzie. Życie jest do dupy, Remusie. Chcę żeby śmierć mojej babci miała znaczenie, żeby coś zmieniła…
- Dlatego tutaj jesteśmy. - rzuciłem cicho. - Aby coś się zmieniło.
Uśmiechnęła się do mnie lekko i skinęła głową. Wiedziała o co mi chodzi, rozumiała.
- Od dawna nie straciłam nikogo bliskiego. Ta śmierć jest początkiem pasma bolesnych rozstań, a każde z nich będzie coraz trudniejsze. Czasami zastanawiam się, czy któreś z nich mnie w końcu złamie.
- Wiesz, że masz mnie…
- Wiem, Remusie. Ale jeśli sama nie będę w stanie stać na nogach, nie wiem czy ktokolwiek będzie w stanie mi pomóc.
Znowu ją objąłem.
- Będzie łatwiej. To przerażające i niesprawiedliwe, ale tak właśnie jest. Z czasem po prostu jest łatwiej. Jeśli przetrwamy ten najtrudniejszy okres, będzie nam łatwiej i będziemy silniejsi.
Zardi złapała mnie za rękę i ścisnęła ją.
Siedzieliśmy w ciszy wpatrzeni w sufit Pokoju Wspólnego. Nie wiem, co działo się w głowie przyjaciółki, ale podejrzewałem, że jej myśli wirowały we wszystkich kierunkach, jak płatki poruszane przez wiatr. Taka była w końcu Zardi. Miała tysiące pomysłów i myśli na minutę, ciągle coś tworzyło, chociaż sama nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Była jedną z najsilniejszych osób, jakie znałem i podejrzewałem, że odziedziczyła to po innych silnych osobach w swojej rodzinie.
- Wiesz, jak tak teraz o tym myślę to kiedy zaczynaliśmy się przyjaźnić mówiło się, że nikt nie wie kim są twoi rodzice, że zrodzili cię bogowie…
- Prawda? - roześmiała się cicho. - Wyjątkowa, inna niż wszyscy. A tak naprawdę od zawsze byłam tylko sobą. Moi rodzice są równie zwyczajni. No dobra, może nie do końca, ale to chyba oczywiste skoro stworzyli mnie. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś, Remusie. Jest mi zdecydowanie lepiej. Wprawdzie od płaczu boli mnie głowa, czuję się jakby mi twarz paliło, ale i tak jest mi lżej. Moja babcia mieszkała na wsi i miała małą obsesję na punkcie jajek. Za każdym razem, kiedy ją odwiedzaliśmy, musiała nam dać jajka, chociażby tylko pięć, ale musiała. Biedne kury przeżywały wtedy dramat, bo co godzinę goniła i sprawdzała czy zniosły jeszcze jakieś. Dlatego dzisiaj na śniadanie jadłam jajecznicę. Żeby ją uczcić. I później władowałam w siebie budyń, ponieważ uwielbiała słodycze i miała kiedyś fazę na budynie. To niewiele, ale w moim dziwnym świecie takie drobiazgi są ważne, to mój sposób na oddanie czci komuś wyjątkowemu. Zrobienie czegoś, co się nam z nim kojarzy. No dobrze, koniec o tym. - dziewczyna wzięła kilka głębokich oddechów.
- Niech zgadnę. Koniec, ale tak naprawdę nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić, prawda?
- Tak. Niestety. Nie mam na nic ochoty. Nie mogę się odnaleźć. Pewnie będę tu siedzieć do wieczora, a później pójdę coś poczytać i spać. Jutro wyjeżdżam na pierwsze uroczystości pogrzebowe. Mam taką małą nadzieję, że coś się wydarzy takiego wielkiego, przełomowego. Wiesz, nagle pojawi się jej duch, albo aniołowie, usłyszymy głos Boga, w którego wierzyła, albo światła, zielone ludziki, wielkie spotkanie pierwszego stopnia, czy cokolwiek. Naturalnie nie zdarzy się nic, będzie jak w przypadku miliardów innych osób, ale i tak ta iskierka nadziei jest.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym?
- Taaak, i bardzo zmęczona. W sumie to chyba pójdę się położyć.
- Ale obiecaj, że jeśli będzie bardzo źle to przyjdziesz do mnie i wspólnie będziemy sobie próbowali poradzić z tą sytuacją.
- Obiecuję.
Dziewczyna pocałowała mnie w policzek i wstała ze swojego kącika. Patrzyłem jak wlecze się do dormitorium dziewczyn i znika za drzwiami swojego pokoju. Zardi tyle razy mi pomagała, tak często zjawiała się w kluczowych momentach i wyciągała pomocną dłoń, że niemal zapomniałem, że i ona jest człowiekiem takim jak ja. Ona również miewa trudne dni, ale zawsze jest gotowa porzucić swoje problemy, aby zająć się moimi. Kochałem ją za to i miałem nadzieję, że znajdzie sposób, by dać upust swojemu smutkowi. Może będzie to kolejny szalony projekt, a może coś niewielkiego, ale o wielkim znaczeniu emocjonalnym dla niej. Z Zardi nigdy nic nie wiadomo.
Wyjątkowa dziewczyna, która miła być córką Nemesis, bogini losu w rzeczywistości jest zwyczajną nadzwyczajną dziewczyną, która przeżywa takie same wzloty i upadki, co każdy z nas. Tylko że ona przeżywa wszystko głębiej od nas. Jest Wysoko Wrażliwą. Czytałem o nich ostatnio. Niby są tacy jak wszyscy, a jednak są inni, są bardziej narażeni na świat i jednocześnie bardziej z nim zjednoczeni. Fillip Camus również do nich należał. On także był Wysoko Wrażliwym. Może wbrew pozorom należeli do innej rasy? Jakiejś udoskonalonej, niczym wielcy myśliciele, geniusze, odkrywcy?
- Powodzenia, Zardi. - szepnąłem do siebie.
Wstałem i wróciłem do pokoju, gdzie moi przyjaciele zajęci byli grą w szachy.
To niesprawiedliwe, ale życie toczy się dalej.
„Życie jest do dupy” powiedziała Zardi i miała rację. Życie jest do dupy, a my musimy po prostu żyć, ponieważ nic innego nam nie pozostaje, innego nie mamy.

niedziela, 29 marca 2020

Kiedy przyjaciele nie mogą wiedzieć...

16 maja

Otrzymałem od dyrektora wiadomość z prośbą o spotkanie dotyczące naszej ostatniej rozmowy. Została mi dostarczona w sposób tak dyskretny, że nawet moi przyjaciele o niczym nie wiedzieli. I chciałem aby tak zostało. Syriusz wiedząc o spotkaniu chciałby abym powiedział mu kim ma być mój nauczyciel, a ja nie wiedziałbym, co mu powiedzieć, aby nie zdradzić jego tożsamości. Zresztą, podejrzewałem, że kiedy w końcu sam się dowiem, będę w szoku, który uniemożliwi mi myślenie, a co dopiero zmyślanie. Nie, Syriusz nie mógł się dowiedzieć o niczym.
W związku z tym pojawiał się inny problem, ponieważ musiałem pojawić się w gabinecie dyrektora o wyznaczonej godzinie, ale moi przyjaciele nie mogli wiedzieć, że w ogóle tam idę.
Jak ja w ogóle miałem to zrobić?
Wymknięcie się pod pozorem nauki w bibliotece odpadało. Byliśmy przed egzaminami, a więc szybko znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mi towarzyszyć, a znając życie byłby to Syriusz. Zamknięcie się w toalecie również byłoby bezsensowne, a kąpiel w łazience prefektów również mogłaby skończyć się towarzystwem Syriusza, więc znowu wracałem do punktu wyjścia.
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje życie aż w takim stopniu było zdominowane przez przyjaciół, a w szczególności przez mojego chłopaka. Nagle czułem się osaczony.
Zamyślony spojrzałem w bok i nagle wiedziałem już co muszę zrobić.
Podczas przerwy między zajęciami wykorzystałem wymówkę z toaletą aby napisać wiadomość do Zardi. Poprosiłem ją w niej o pomoc, podając godzinę, o której chciałem aby po mnie przyszła, zaznaczając, że chcę by była moim alibi oraz dodając informację o potrzebie bycia z nią sam na sam. Tym samym znalezienie wymówki zrzucałem na jej barki, ale wiedziałem, że nie będzie miała mi tego za złe. A przynajmniej nie do końca.
Kiedy wróciłem do przyjaciół czekających na eliksiry, stanąłem obok przyjaciółki udając, że próbuję podsłuchać jej rozmowę z koleżankami. W tym czasie starając się zrobić to niepostrzeżenie, wsunąłem jej w dłoń swój liścik. Zardi drgnęła i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Ale mi serce podskoczyło! - syknęła – Nie czaj się tak obok! - skarciła mnie aby ukryć swoją reakcję na moje zachowanie i wiadomość, którą jej dałem, a której się nie spodziewała. Nie wiedziała o co chodzi, ale i tak zacisnęła dłoń na liściku. Ufała mi, a ja ufałem jej.
- Przecież wcale się nie czaiłem! - odpowiedziałem z udawaną urazą.
- Byłam zajęta rozmową, a tu nagle taki Lupin! Oczywiście, że się czaiłeś!
- Starałem się dowiedzieć o czym rozmawiacie i to otwarcie, więc…
- Milcz i nie podsłuchuj! - dziewczyna prychnęła, wydęła dolną wargę, a następnie uśmiechnęła się do mnie, ale jednocześnie odgoniła mnie od siebie i koleżanek.
Wiedziałem, że robi to tylko po to, aby lepiej ukryć mój liścik. Była niesamowita i dlatego byłem pewny, że znajdzie sposób, aby wyrwać mnie z macek przyjaciół na tych kilka chwil niezbędnych na spotkanie z dyrektorem.
Jej odpowiedź ma moją wiadomość otrzymałem po eliksirach, kiedy wychodząc z sali poklepała mnie po ramieniu nie mówiąc zupełnie nic. Nie musiała. Wiedziałem, że przeczytała liścik i chociaż nie mogła wiedzieć o co chodzi, zgodziła się mi pomóc.

O wyznaczonej godzinie siedziałem z przyjaciółmi przy stoliku w Pokoju Wspólnym, kiedy Zardi wyrosła przy nas jakby spod ziemi.
- Remiiii… - zajęczała prosząco. - Ta książka, którą mi ostatnio poleciłeś! - zaczęła mówić przejęta, spięta i jakby zasapana. - O, Merlinie! Nie wiem, czy mam cię przytulać, czy dusić! Jest niesamowita i tyle się w niej dzieje! Nie, nie, nie! Muszę się wygadać, po prostu muszę! - złapała mnie za ramię i pociągnęła w górę. - Kradnę wam Remusa. - rzuciła do chłopaków, a następnie znowu zwróciła się do mnie. - Nie usiedzę, tyle emocji! Idziemy pokręcić się pod szkole, żebym rozładowała napięcie. Merlinie, Remi! Gdybym wiedziała, że ta książka jest tak niesamowita wcześniej… - mówiła szybko, głośno, jak nakręcona i powoli odciągała mnie od chłopaków.
- Ostrzegałem cię! - postanowiłem wejść w rolę. - Niedługo wrócę! - rzuciłem do przyjaciół, którzy patrzyli na nas jakby mi bardzo współczuli. - Mówiłem ci, że nie będziesz mogła żyć normalnie, kiedy ją przeczytasz. Ty przynajmniej możesz o niej porozmawiać ze mną, a ja nie miałem nikogo! - próbowałem się nakręcić.
- Nie wiem jak to wytrzymałeś! Przecież on jest niesamowity! Kiedy się spotkali w tej księgarni podczas spotkania autorskiego… - zapiszczała cicho. - To było takie niesamowite! - przeszliśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy. - Nie mam zielonego pojęcia o czym mówię, ale powinnam dostać Oskara za najlepszą grę aktorską. - rzuciła, kiedy tylko przejście zamknęło się za nami. - Chodź, musisz mi powiedzieć o co chodzi!
Oddaliliśmy się na bezpieczną odległość zanim z westchnieniem zacząłem się tłumaczyć.
- Muszę spotkać się z dyrektorem w bardzo ważnej sprawie, ale nikt nie może o tym wiedzieć. To bardzo ważne i ściśle tajne. - cóż, tylko tyle mogłem jej zdradzić.
- Chwila… Ściśle tajne, więc nic mi nie powiesz, a dobrze wiesz, że jestem ciekawską bestią i będzie mnie to teraz zżerało? W takim razie musi to być niesamowicie tajne i musisz być zdesperowany.
- Nie zaprzeczę…
- Dobra, zrobimy tak. Pójdę z tobą pod gabinet dyrektora i zaczekam na ciebie ile będzie trzeba. Na wszelki wypadek schowam się gdzieś żeby mnie nikt nie wiedział. Musisz mi tylko jedno powiedzieć. Cokolwiek robisz, nie krzywdzisz tym Syriusza?
- Nie. - odpowiedziałem od razu. - Poza tym, że mam przed nim tajemnice. Ale robię to dla niego i jego bezpieczeństwa.
Dziewczyna skinęła głową. Szliśmy powoli w stronę schodów mając jeszcze trochę czasu zanim będę musiał stawić się u dyrektora.
- I nie będzie to miało wpływu na wasz związek? - Zardi dopytywała dalej.
- Nie sądzę. Sprawa, którą muszę załatwić nie jest związana z moim życiem miłosnym. - zastanowiłem się chwilę. - To tajemnica wilkołaka. Jest związana z moją lykantropią.
- Dobra, przyjmuję to do wiadomości i akceptuję. Nie musisz mi mówić nic więcej. - dziewczyna posłała mi szczery uśmiech.
Cieszyłem się, że ją miałem, że zawsze mogłem na nią liczyć. Była jedyna w swoim rodzaju i wiedziałem, że jeśli w przyszłości wpakuję się w jakieś tarapaty, ona postara się mi pomóc z nich wyjść. I ile nie mogłem prosić Syriusza o pomoc, kiedy chodziło o łamanie prawa czarodziejów lub coś nie do końca legalnego, o tyle kiedy chodziło o Zardi nie musiałem się martwić. Ona nie miał pracować jako Auror.
Kiedy dotarliśmy pod wejście do gabinetu Dumbledore’a miałem wciąż sporo czasu. Wykorzystałem go więc na rozmowę z przyjaciółką o tematach niezwiązanych z naszą obecnością w tym miejscu. Zardi przyznała, że nie wie co chce robić po szkole, że ma tysiące pomysłów, ale żaden nie jest konkretny i najprawdopodobniej nie wciągnie jej na tyle, aby miała poświęcić temu całą resztę życia. To, co naprawdę ją interesowało nie było niestety opłacalne i nie mogłoby jej w przyszłości utrzymać.
Kiedy nadszedł czas, podałem hasło kamiennemu strażnikowi i wspiąłem się po schodach do gabinetu. Byłem właśnie przed drzwiami, kiedy dyrektor zaprosił mnie do środka, więc wszedłem czując szaleńcze bicie mojego serca i słysząc w uszach jego dudnienie.
Dumbledore był sam, więc nie do końca wiedziałem czego mam się spodziewać.
- Usiądź, Remusie. - wskazał mi krzesło, więc zająłem miejsce przed jego biurkiem.
Cisza, która zapadła była przerażająca, ale może to dlatego, że właśnie warzyły się moje losy. Przyjąłem, że dyrektor chce mi powiedzieć kim będzie mój nauczyciel, ale może chciał mi oświadczyć, że osoba, o której myślał się nie zgodziła. Nie zdziwiłbym się. W końcu nie każdy chciał uczyć wilkołaka.
- Remusie… - zaczął mężczyzna, a ja wstrzymałem oddech.

niedziela, 5 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika (Special 2020 - styczeń) - Zardi


Patrzyłam na pustą kartkę papieru, na której jeszcze przed pięcioma minutami planowałam wypisać wszystkie swoje plany i pragnienia na najbliższy rok. Jeszcze niedawno moja głowa była pełna pomysłów, a dusza natchniona – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Więc dlaczego, kiedy w końcu zasiadłam do pracy, która miała napełnić mnie siłą i nadzieją na przyszłość, cały entuzjazm ze mnie uleciał? Czy naprawdę tak wiele od siebie wymagałam? Chyba nie!
Jedynym czego oczekiwałam było odważne, pełne nadziei wejście w najbliższy rok, który przecież miał być dla mnie kluczowy!
Kończyłam Hogwart, musiałam ruszyć dalej w świat, opuścić bezpieczne mury szkoły, która była mi domem, zostawić za sobą przyjaciół, których traktowałam jak rodzinę. To było przerażające i właśnie dlatego poszukiwałam sposobu aby podnieść się na duchu.
Byłam przekonana, że zapisanie na kartce wszystkich planów, pragnień i oczekiwań będzie doskonałym początkiem. Później odznaczałabym sobie wszystko, co udało mi się osiągnąć.
No dobrze, przyznaję, że lista już w założeniu była długa, szczegółowa, bardzo konkretna i wypełniona w większości punktami, które każda inna osoba uznałaby za głupotę lub pierdołę, ale dla mnie wszystkie te „głupoty” i „pierdoły” były bardzo ważne! 
Bogowie! Przecież byłam wciąż małym dzieckiem, nawet jeśli jednocześnie byłam nastolatką!
Poczułam jak moje policzki zaczynają się rozpalać, więc szybko i dyskretnie rozejrzałam się na boki. Nikt w bibliotece nie zwracał na mnie uwagi, więc odetchnęłam z ulgą.
Czytałam niedawno całkiem dobrą książkę, która z początku wydawała mi się trochę… trochę bardzo nie w moim typie, aby w pewnym momencie poczuć, że prawdopodobnie była bardzo w moim typie. Dlaczego? Pojawił się w niej motyw Tatusia i Małego. Tyle, że Tatuś nie był wcale tatusiem, a Mały nie był taki znowu mały. Chodziło o słabostkę, zboczenie, wewnętrzne potrzeby, których nie sposób zaspokoić ze względu na różne czynniki. Jeden trochę starszy facet odczuwał potrzebę zaopiekowania się kimś, kto tego potrzebuje jak małym dzieckiem, zaś młody chłopak, chociaż w sumie to już mężczyzna, nie mógł odnaleźć się w świecie dorosłych, miał na głowie pełno problemów i był zagubiony, potrzebując powrotu do niewinności i zabaw dzieciństwa, mając oparcie w kimś, kto zaopiekowałby się nim pod każdym kątem.
I nagle *puff*, okazuje się, że sama należę do osób, które chciałyby być wciąż dzieckiem mogącym na kimś polegać, mogącym znaleźć siłę w dorosłym, kimś kto odczuwa przyjemność z dziecięcych zabaw, czytania książek dla maluszków, kolorowania malowanek, zabawy zabawkami. Nie znaczyło to, że chciałabym mieć takiego Tatusia, ale jednak pokazało mi, że może moje wielkie zainteresowanie tym, co dziecięce i potrzeba posiadania niektórych dziecięcych przedmiotów może wcale nie być tak normalna, jak się mi wydawało.
Westchnęłam głośno. A więc mało, że niedawno dopiero odkryłam, że jestem aseksualna, to teraz jeszcze dowiedziałam się, że mogę mieć jakieś zboczenie, kinka. Może więc do swojej listy pragnień powinnam dopisać poznanie siebie? W końcu z każdą chwilą okazywało się, że jestem osobą bardziej skomplikowaną, niż sądziłam i w sumie nie wiem o samej sobie zupełnie nic.
Chwała bogom za literaturę, bo chyba nigdy nie dowiedziałabym się nawet w tak niewielkim stopniu kim tak naprawdę jestem. W heteronormatywnym świecie, w którym każdy pozuje na normalnego, cokolwiek oznacza normalność, i idealnego, ciężko zrozumieć samego siebie.
Może właśnie dlatego nieświadomie otoczyłam się osobami, które w jakiś sposób różniły się nudnej większości i za wszelką cenę chciałam im pomagać?
Spojrzałam na swoją wciąż pustą kartkę.
- Dobra, Zardi. Miałaś ją zapełnić, miałaś poczuć się lepiej, miałaś osiągnąć przynajmniej część zapisanych celów w przeciągu najbliższego roku. Więc dlaczego już tego nie czujesz? - mruknęłam bardzo cicho do samej siebie.
Cóż, na tej kartce pewnie powinnam napisać kim chcę zostać po skoczeniu szkoły, ale nie miałam pojęcia, co chcę robić w przyszłości. Nic mi nie odpowiadało, a jednocześnie tak wiele mi się podobało, że nie byłam w stanie wybrać jednego zawodu. Innym problemem było to, że mi zawsze wszystko szybko się nudziło, a więc tak samo miało być pewnie z wybranym zawodem. Kim więc miałam zostać w przyszłości aby już teraz wybrać dalszy kierunek swojej edukacji?
Kolejny z moich problemów. Zbyt wiele myśli, zbyt wiele problemów z samą sobą. Nic dziwnego, że namiętnie czytałam książki, które pozwalały mi oderwać się od rzeczywistości i analizowania samej siebie. Problem w tym, że od niektórych rzeczy nie dało się uciec, nawet jeśli się je w nieskończoność odkładało.
- Dobra, Zardi, wróć do tematu. - znowu próbowałam przywołać się do porządku, bo kto inny miał to zrobić.
Może powinnam podzielić kartkę na kilka części? W zależności od tego czego dotyczyły moje plany, życzenia, pragnienia? A może powinnam mieć do tego specjalny notes? W końcu tych moich drobnych pierdół, które zaśmiecą kartkę będzie do znudzenia dużo. 
Hm, miałam upchnięte w szafce jakieś notesy. Mniejsze, większe, ładniejsze i mniej ładne. Może powinnam więc wykorzystać jeden z nich? Notes? A może jednak lepszy zeszyt? Tego jest dużo, a przynajmniej będzie…
Oparłam się o krzesło i odchyliłam głowę do tyłu.
Byłam beznadziejna. Już nawet straciłam na dzisiaj chęć i natchnienie do realizacji tego małego projektu.
Popatrzyłam na dwa małe, mizerne świstki kartki z kilkoma notatkami dotyczącymi tego, co powinno zaleźć się na mojej liście. To było tylko kilka punktów, wierzchołek góry lodowej. Cała reszta była gdzieś w mojej głowie, w moim sercu.
- Za dużo myślisz.
Aż podskoczyłam, kiedy nade mną pojawiła się znajoma twarz Remusa Lupina.
- Matko! - syknęłam – Chcesz mnie zabić? Zawału mogłam dostać!
Przyjaciel uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- Nad czym tak myślisz? Wiem, że nie nad zadaniami. Znam cię na tyle.
Fakt. Rzadko myślałam o zadaniach, częściej o innych projektach, które sobie wymyślałam, a później denerwowałam się, kiedy nie mogłam ich zrealizować lub miałam na to za mało czasu. Pięknie, sama sobie ściągałam na głowę kłopoty i problemy.
- Poniekąd o życiu.
- Jest krótkie i nawet jeśli jesteś młoda to nie wiesz, kiedy się skończy, więc może je wykorzystaj póki masz okazję? Jeśli zaczniesz działać, a przestaniesz analizować, będziesz miała więcej czasu. Nie patrz tak na mnie. Zamiast przez pięć minut myśleć o tym ile mam nauki, usiądę i po prostu sięgnę po pierwszy podręcznik i zacznę się uczyć, zyskam pięć minut, które później mogę poświęcić chociażby Syriuszowi.
- Hm, to nie takie głupie.
- Oczywiście, że nie. Ale przyznaję, że nie łatwo się tego nauczyć. Ktoś ostatnio czytał jakiś poradnik o myśleniu. Może zapisz się na listę oczekujących i sobie go wypożycz? Ja jestem na liście i stąd wiem, że jest.
Jeśli Remus proponował mi poradnik to niewątpliwie musiałam się nim zainteresować. Remi czytywał różne głupoty, które mu poleciłam lub takie, do których sam dotarł, ale często potrafił wyszukać również wartościowe pozycje, a ta zaproponowana brzmiała nieźle.
Skinęłam głową i pozbierałam swoje rzeczy ze stolika. Nie było sensu siedzieć nad zadaniem, którego i tak nie miałam szans dzisiaj zrealizować. Pewnie niedługo o nim zapomnę, ale co jakiś czas będę sobie o nim przypominać. W końcu jednak zdołam się spiąć w sobie i zrobić tę nieszczęsną listę, która ma mi pomóc w najbliższym roku.
- Wolałabym się nie starzeć. - zmieniłam trochę temat.
- Myślisz, że ja chcę? Dobrze mi tak jak jest, dobrze mi tutaj. Mam przyjaciół, mam Syriusza, z którym mogę w każdej chwili zaszyć się w kąciku i obmacywać, obściskiwać i w ogóle. Jestem tu szczęśliwy, ale nie zatrzymamy czasu.
- Cóż, James próbuje. - rzuciłam z uśmiechem, na co chłopak odpowiedział swoim.
- Zatrzymać czas, odwrócić proces starzenia… Dziwię się, że do tej pory nikogo nie zesypało po tych jego ogórach.
Roześmialiśmy się oboje. Dobrze było mieć przyjaciół, z którymi można było porozmawiać dosłownie o wszystkim. Człowiek od razu czuł się lepiej.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy Remus był bardziej typem Tatusia czy Małego.
Byłam szalona! I kochałam się za to.

niedziela, 20 października 2019

Gdzieś zawsze trzeba zacząć

Węszenie wokół skarbu Ślizgonów wcale nie było tak proste, jak mogło mi się początkowo wydawać. Bo gdzie niby mieliśmy zacząć? Na pewno nie w dormitoriach Ślizgonów, ponieważ do nich nie mieliśmy dostępu. Nie miałem też pojęcia w jaki sposób mielibyśmy dostać się do tajnych przejść pod zamkiem, które mogłyby prowadzić nie tylko do już odkrytego skarbu, ale także do jakiegokolwiek innego. Przejścia, które znaliśmy ciągnęły się wzdłuż ścian zamku, a wyjątkiem było tylko to, którym mogliśmy dostać się do Hogsmeade. Tyle, że ono nie miało żadnych odgałęzień, a więc również nie mogło nam się przydać.
- Hm? - właśnie próbowałem wyjąć z pudełka czekoladek kolejny smakołyk, kiedy uświadomiłem sobie, że zjadłem już wszystkie. Mój organizm był już nazbyt zasłodzony, a jednak nadal mógłbym zapychać się czekoladą, ponieważ sfrustrowany potrzebowałem sił na walkę z coraz gorszym humorem.
- Spokojnie, Remusie. - Syriusz położył dłoń na moim ramieniu i ścisnął je lekko. - Coś wymyślimy. Na razie i tak wiele się dzieje i jestem pewny, że nauczyciele nawet w tej chwili przepychają się tunelami pod zamkiem aby badać sprawę skarbu i dowiedzieć się o nich więcej.
- Skąd ta pewność? - James spojrzał na kruczowłosego wyzywająco.
Black przewrócił oczyma.
- Serio, J.? Po pierwsze, muszą zapewnić bezpieczeństwo nam wszystkim, a więc muszę się upewnić, że nigdzie indziej korytarze nie grożą zawaleniem. Po drugie, z tego samego powodu muszą zbadać korytarze, które odchodzą od miejsca, w którym znaleziono skarb. Po trzecie, nauczyciele również zastanawiają się, czy jeden skarb nie oznacza, że jest ich więcej. Zapewniam cię, Potter, że nawet oni nie oprą się magii kosztowności lub sławy. Po czwarte…
- Dobra, dobra! Zrozumiałem głupotę swojego pytania. - James przerwał chłopakowi. - Powiedz mi lepiej, co teraz zrobimy, skoro taki z ciebie geniusz.
- Czekamy.
- Co?! - wszyscy spojrzeliśmy na Blacka, który wzruszył ramionami.
- Musimy poczekać aż nauczyciele przestaną kręcić się pod zamkiem. W tym czasie możemy przejrzeć książki o Hogwarcie i jego historii i poszukać takiej, która mogłaby przedstawiać tunele i tajne przejścia pod zamkiem.
Musiałem przyznać Syriuszowi rację. Do tej pory to raczej ja byłem tym rozsądnym, a on w gorącej wodzie kąpanym, ale najwyraźniej wiele się z jakiegoś powodu zmieniło i teraz to ja nie mogłem doczekać się działania. Podejrzewałem, że mogło to mieć coś wspólnego ze zbliżającą się pełnią i moim wilkiem, który nie mógł doczekać się chwili, kiedy uwolni się z mojego ciała.
- Zanim nauczyciele uznają, że jest bezpiecznie i nic nam nie grozi, a pod zamkiem nie ma więcej skarbów, nie zostanie nam nic do odkrywania. - jęk Zardi brzmiał niemal jak płacz.
- Krasnale nie fatygowałyby się tak bardzo dla kilku błyskotek. - pozwoliłem sobie zauważyć i nagle poczułem się o wiele lepiej. - Pod zamkiem musi kryć się coś więcej lub coś zdecydowanie większego. Jeśli odkryją to nauczyciele, dowiemy się przynajmniej, co to było. Jeśli jednak nie znajdą nic, my będziemy mogli rozpocząć swoje poszukiwania.
- A więc do dzieła! - Syri klasnął w dłonie. - Idziemy do biblioteki poznawać naszą szkołę od nieznanej nam dotąd strony!
Aby nie wzbudzać podejrzeń, wzięliśmy swoje torby szkolne i całą bandą pognaliśmy szukać najstarszych książek przedstawiających historię naszej szkoły.
Przeglądając rzędy starych woluminów oraz obszerne spisy treści, zastanawiałem się, czy znajdziemy cokolwiek wartego uwagi. Może wszystkie książki zawierające potrzebne nam informacje zostały już usunięte z biblioteki lub od początku znajdowały się w dziale ksiąg zakazanych. Skoro nikt nie wiedział o skarbie i tunelach aż do teraz, lub po prostu nie chciał się przyznać, że o nich wie, to jakie było prawdopodobieństwo, że cokolwiek na ten temat było ogólnie dostępne i tylko na nas czekało? Nie zamierzałem się jednak poddawać. Jeśli nawet ostatnia sprawdzana przez nas książka obszernego regału historycznego okaże się nieprzydatna, wtedy zacznę się martwić, co możemy jeszcze zrobić. Póki co znajdowaliśmy się dopiero na samym początku naszych poszukiwań, więc wszystko było możliwe.
Godzinę później musieliśmy przerwać nasze poszukiwania dla nabrania oddechu, nie tylko w przenośni, ale także dosłownie, jako że stare książki wcale nie miały przyjemnego zapachu. Najgorsze było jednak to, że nie znaleźliśmy nic, co mogłoby się nam przydać, a przecież było nas pięcioro, więc któreś z nas powinno już natrafić na cokolwiek, nawet mało znaczącego, ale jednak związanego z tematem naszych poszukiwań.
Wróciłem myślami do moich wcześniejszych rozważań i znowu zastanawiałem się, czy dyrektor nie usunął książek, które mogłyby naprowadzić uczniów na ślad skarbów lub po prostu tuneli i tajnych przejść. Mógłby to zrobić aby nikt z nas nie wpadł na głupi pomysł zabawy w poszukiwaczy skarbów lub odkrywców starych przejść zamkowych. Biorąc pod uwagę, że właśnie to przyszło do głowy naszej grupie, ukrycie książek miałoby sens. Z drugiej jednak strony mógł też mieć coś do ukrycia i dlatego postanowił pozbyć się wszelkich informacji, które mogłyby doprowadzić nas lub kogokolwiek innego do odkrycia sekretów dyrektora. W końcu jako głowa Hogwartu musiał wiedzieć o zamku więcej niż ktokolwiek inny. Czy wierzyłem, że Dumbledore ukrywa coś przed uczniami i nauczycielami pod zamkiem? Nie, a więc opcja pierwsza wydawała mi się najbardziej prawdopodobna.
Nadal nie byliśmy jednak nawet w połowie zbiorów zgromadzonych w dziale historycznym, więc postanowiłem nie dzielić się jeszcze z przyjaciółmi swoimi podejrzeniami.
Wszyscy wróciliśmy do przeglądania książek z dużo mniejszym niż na początku entuzjazmem. Mój węch cierpiał za każdym razem, kiedy zaciągnąłem się kwaśną wonią starego papieru i obawiałem się, że zapach ten wsiąknie w materiał moich ubrań nie pozwalając mi zaczerpnąć świeżego powietrza nawet po powrocie do dormitorium.
- Zaczyna mi się kręcić w głowie od tych wszystkich literek. - z niejaką ulgą przyjąłem pierwsze narzekania Petera, ponieważ pozwalały mi oderwać myśli od smrodu, który drażnił mnie coraz bardziej.
- Proponuję dosiedzieć tu jeszcze do równej drugiej godziny i jutro znowu tu wrócić. - Zardi przetarła oczy. - Niektóre z tych książek są chyba trujące, bo bolą mnie oczy, a przecież na co dzień czytam bardzo dużo.
- Podejrzewam, że raczej żadna z nich nie truje skoro są dostępne dla każdego, ale również jestem za zakończeniem ich przeglądania do jutra. Powoli tracę węch od ich zapachu.
Syriusz spojrzał na naszą trójkę, a następnie na Jamesa, który skinął głową. On również wydawał się zmęczony.
Nagle przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł.
- A gdybyśmy zapytali Prawie Bezgłowego Nicka, czy wie coś na temat tuneli pod zamkiem i skarbów w nich ukrytych? Krąży po zamku o wiele dłużej niż my, pamięta czasy, których nie pamięta już nikt z żyjących. On może coś wiedzieć na temat skarbu Ślizgonów.
Przyjaciele patrzyli na mnie jakby nagle wyrosła mi druga głowa. Przez chwilę miałem nawet ochotę sięgnąć do ramienia i sprawdzić, czy aby tak się nie stało.
- Remusie, jesteś genialny! - Syriusz zarzucił mi ramiona na szyję i uścisnął mnie naprawdę mocno.
Po chwili dołączyła do niego Zardi.
- Nie wiem gdzie znajdziemy teraz Nicka, ale to naprawdę fantastyczny pomysł, Remi. - James poklepał mnie po ramieniu. - Nie musimy zdradzać mu naszych intencji i mówić, co zamierzamy zrobić z wiedzą, którą nam przekaże, ale jeśli będzie chciał to wiedzieć, powiemy mu, że po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, pracujemy nad projektem dotyczącym historii zamku aby zdobyć dodatkowe punkty do egzaminu końcowego z historii magii lub jakiegoś innego, jeśli tylko przyjdzie nam do głowy coś lepszego.
Nie mogłem się z nim nie zgodzić. Praca dodatkowa związana z aktualnymi wydarzeniami była wymówką bardzo prawdopodobną, kiedy wisiało nad nami widmo zbliżających się bardzo szybko egzaminów końcowych. Prawie Bezgłowy Nick nie był głupi, ale też nie przejmował się już tak bardzo problemami żywych, aby miał kwestionować naszą prawdomówność. 
- Postanowione! - Zardi klasnęła w dłonie zadowolona. - Dosiedźmy tutaj tę nieszczęsną drugą godzinę i chodźmy na poszukiwanie Nicka!
Spojrzałem na rzędy starych książek.
„Wytrzymaj, mój nosie” pomyślałem do siebie i wróciłem do przeglądania książek.

niedziela, 15 września 2019

Priorytety

Później, tego samego dnia, kiedy wybuch Krasnali wywołał wstrząsy odczuwane silnie zarówno w Hogwarcie, jak i w Hogsmeade.

- A więc w bibliotece słychać było tylko dziwne, bardzo głośne pierdnięcie? - spojrzałem bez przekonania na Jamesa, który w końcu wrócił do dormitorium. Teraz opowiadał nam o tym, co działo się w „jego” części zamku w chwili, kiedy uczniowie naszego domu znajdujący się w dormitorium panikowali, a na korytarzach ze ścian pospadały obrazy.
- Dobrze, przyznaję. Podłoga zadrżała, ale nic nie spadło, a regały ani drgnęły. Nie wiem, kto je zaczarował i zabezpieczył przed podobnymi sytuacjami, ale odwalił naprawdę dobrą robotę. Dotarło do mnie, że coś się dzieje dopiero, kiedy zabroniono nam opuszczać bibliotekę, a nasza urocza bibliotekarka miała oczy większe niż okulary.
- W to akurat jestem skłonny uwierzyć. - przyznał Syriusz.
- Jeżeli nie wierzysz w moją wersję, zapytaj Petera! - James prychnął urażony. - Był wtedy w bibliotece z Lily i może potwierdzić!
Blondynek pokiwał głową.
- Tym razem James mówi prawdę. W bibliotece nie odczuliśmy wybuchu tak, jak wy tutaj. Nie nazwałbym jednak tego dźwięku pierdnięciem. To było coś między rozrywanym papierem, a pękającą ziemią.
- Nie pytam skąd wiesz jak pęka ziemia. - spojrzenie okularnika przeczyło jednak jego słowom. Był ciekaw i to bardzo.
- Można to sobie wyobrazić… zresztą, nieważne. Mam nadzieję, że więcej nie dojdzie do żadnego wybuchu. Nie chciałbym być wtedy poza biblioteką. - zadrżał na całym ciele. - Coś mogłoby spaść mi na głowę!
- I tak jest pusta. - James zachichotał ze swojego głupiego żartu.
- Dzięki, wiedziałem, że na tobie zawsze można polegać. - prychnął urażony Peter.
- Później będziecie mogli się sprzeczać dalej, ale teraz musimy przedyskutować ważniejszą sprawę. Nasze Uszy Dalekiego Zasięgu zawiodły w starciu z głupią myszą! Jak wcześniej wspominałem, straciliśmy je na rzecz głupiego gryzowania. Musimy je udoskonalić, jeśli chcemy z nich nadal korzystać.
Westchnąłem kładąc dłoń na ramieniu mojego chłopaka.
- Nie możemy robić wszystkiego naraz. Szukać zaklęcia, które uchroni kolejne Uszy, które musimy najpierw zrobić, a do tego węszenie wokół wybuchu Krasnali, jeśli wierzyć temu, co mówią nauczyciele. Dodaj do tego lekcje, naukę do egzaminu. To trochę za wiele. Nawet jak na nas.
- Mój ty głosie rozsądku… - mruknął niezadowolony Syriusz. Jego kolejnym posunięciem było jednak przeanalizowanie każdego z zadań, jakie na nas spoczywały i ustalenie priorytetów.
Zgodnie z naszą wspólną opinią, lekcje i nauka nie mogły na nas czekać, a więc musieliśmy codziennie wypełniać nasze uczniowskie obowiązki. Problem wstrząsów był intrygujący i wszyscy, no może poza Peterem, chcieliśmy się tym zająć, jednak patrząc na to racjonalnie, nie mieliśmy najmniejszych szans, by zdziałać cokolwiek. Wymknięcie się z zamku za dyrektorem lub innym nauczycielem odpadało, ponieważ musielibyśmy cały czas czatować przy drzwiach wyjściowych, a to było niemożliwe w trakcie lekcji lub nauki. Co więcej, nie chcieliśmy ryzykować utraty Peleryny Niewidki, jeśli zostalibyśmy nakryci na wykorzystywaniu jej do łamania zasad i knucia. Zresztą, nikt nie mówił, że nauczyciele ostatecznie podejmą jakąkolwiek interwencje w sprawie Krasnali. Planowali spotkać się z mieszkańcami Hogsmeade, ale plany nie oznaczały, że im się uda. Postawiliśmy więc na udoskonalenie i zabezpieczenie przed zniszczeniem Uszu Dalekiego Zasięgu. To przynajmniej mogło nam dodatkowo pomóc w ćwiczeniu zaklęć na egzamin, co było w tym wypadku dużą zaletą.
- Czy tylko ja jestem już zmęczony tym całym myśleniem? - James położył się na plecach na podłodze, na której siedzieliśmy w kole i westchnął ciężko, jakby właśnie przebiegł całą drogę z zamku do Hogsmeade, a nie przesiedział ostatnich kilka godzin na tyłku najpierw w bibliotece, następnie w naszej sypialni.
- Jeśli ciebie męczy myślenie to jak planujesz w przyszłości odnaleźć się w jakiejkolwiek pracy? - zapytałem.
- To doskonałe pytanie, Remusie. Może nie powinienem pracować? Lily będzie mnie utrzymywała, a ja będę… Cóż, po prostu będę.
- Jasne, niezła próba. Jeśli Evans cię nie zabije to zrobi to jej ojciec. - Syriusz spojrzał na przyjaciela krytycznie. - Nigdy nie pozwoli ci żerować na córce, a ona również nie byłaby zachwycona mając w domu lenia. Nawet gdybyś obiecał, że będziesz zajmował się dzieckiem, kiedy już będziecie jakieś mieli.
- Nawet mi nie mów o dzieciach! - James podniósł się gwałtownie do siadu. - Mam małą siostrę, więc wiem jakie te małe cholery są uciążliwe! Płacz o jedzenie, płacz o zabawki, wszystko ma być wtedy kiedy ona chce i takie, jakie ona chce. Kiedyś nawet próbowała rzucać się po podłodze i wydzierać się jakbyśmy ją ze skóry obdzierali! Uszy mnie bolały, a rodzice po prostu powiedzieli jej, że ma się tak nie zachowywać i ją zignorowali. Podobno tak powinno się postępować i nie ulegać, bo w przeciwnym razie dziecko będzie się tak zachowywać do późnego dzieciństwa, a z czasem znajdzie równie trudny do zignorowania sposób na wymuszanie swoich zachcianek. Nie, dziękuję. Nie chcę dzieci!
- Cy Evans wie? - Black uniósł brew nieprzekonany.
- Nie rozmawiałem z nią o tym i nie planuję w najbliższym czasie. Jest za wcześnie żeby mówić o dzieciach. W każdym razie mając wybór wolałbym ich nie mieć!
- Odwidzi mu się jeszcze. - szepnąłem na ucho Syriuszowi, który zgodził się ze mną skinieniem głowy.
Bez ostrzeżenia i pukania, do naszej sypialni wpadła Zardi. Już od progu dysząc z przejęciem:
- Ale nowina, ale nowina!
Spojrzeliśmy wszyscy na nią, kiedy usiadła w naszym wyjątkowo krzywym kole i posłała każdemu z nas po kolei szeroki uśmiech.
- Nie uwierzycie! Podobno te wstrząsy wcześniej sprawiły, że w Pokoju Wspólnym Slytherinu popękała podłoga! Chwilę, nie przeszkadzać! - upomniała Jamesa, który właśnie otworzył usta aby coś powiedzieć. - A więc, ziemia im się pod nogami rozstąpiła a tam…. Tajemny korytarz! A w tym korytarzu… - zwiesiła dramatycznie głos – Skarb! Serio! Ktoś lub coś gromadziło pod zamkiem skarby! Jak jakiś pirat, bo podobno były tam złote ozdoby i monety, drogie kamienie, zwykłe błyskotki i w ogóle cała masa różności!
Patrzyłem na dziewczynę nie wiedząc, czy powinienem jej wierzyć, czy raczej potraktować ją jak kogoś niespełna rozumu.
- Może ja powtórzę, bo chyba nie zrozumieliście. Skarby! Prawdziwe skarby pod zamkiem! - wskazała podłogę.
- Skąd o tym wiesz? - zapytałem ostrożnie.
- Od Agnes, a ona od swojego chłopaka w Slytherinie.
- Agnes ma chłopaka?!
- Serio, James? Tylko to wyłapałeś z tego, co właśnie powiedziałam? Kij z tym, czy ma chłopaka! Może mieć nawet pudla, papugę i dwie surykatki. Ważne jest to, że jej facet widział te skarby w dziurze na własne oczy. Uprzedzając wasze pytania, niedowiarki. Nie powiedział tego żeby jej zaimponować, ponieważ tę informację potwierdziła także inna osoba z jego Domu. Wprawdzie tym razem po prostu bezczelnie podsłuchałam rozmowę kilku osób, ale to mało istotne. Liczy się to, że pod zamkiem mamy skarb, który trzeba odkryć!
- Przecież właśnie go znaleźli…
- Peter, Peter, Peter. Jaki ty jesteś niekumaty. - westchnęła dramatycznie dziewczyna. - Skoro pod zamkiem znalazł się jeden skarb, to znaczy, że może być ich więcej! Nie wiem, kto go tam ukrył, więc nie wiem czy faktycznie ten byłby jedynym, ale przy odrobinie szczęścia można to odkryć.
- Czekaj, czekaj, czekaj! - coś nagle przyszło mi do głowy. - Skarb w tunelu pod zamkiem. Krasnale kopiące tunele w pobliżu Hogwartu. Czy tylko mi się to tak jakoś podejrzanie zaczyna łączyć w całość?
- Myślisz, że to skarb Krasnali? - Potter miał teraz wypieki na twarzy.
- Może po prostu wiedziały, że gdzieś tutaj powinien być i to właśnie jego szukają. Musimy jednak trochę powęszyć! - odparłem. - Uszy poczekają!
- Uszy? - Zardi spojrzała na mnie pytająco.
- Później ci wyjaśnię. Teraz musimy się dowiedzieć jak najwięcej o skarbie Ślizgonów!

niedziela, 21 lipca 2019

Szybkie przygotowania

Dalszy rekonesans nie miał w tamtej chwili większego sensu. Posprzątane korytarze nie zachęcały nauczycieli do prowadzenia rozmów na temat tego, co się wydarzyło, a to niweczyło nasz plan. Musieliśmy dowiedzieć się czegoś w chwili, kiedy wszyscy psorzy zbiorą się w jednym miejscu, aby dyskutować na temat ewentualnego przeciwdziałania kolejnym wstrząsom. A przynajmniej liczyłem na to, że tak właśnie postąpią. Skoro winne były krasnale, musiało chodzić o wykopy, a tych na pewno nie prowadzono bezpośrednio pod zamkiem. To przecież byłoby zbyt niebezpieczne i zupełnie niepotrzebne! A może jednak? Tak czy inaczej, podejrzewałem, że problem nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Pozostawało nam tylko mieć oczy i uszy otwarte, aby dowiedzieć się kiedy i gdzie nauczyciele postanowią się zebrać.
Nie mając innego wyjścia, wróciliśmy pod portret Grubej Damy. Wejście było otwarte, prawdopodobnie dlatego, że nauczyciele posprzątali już bałagan na korytarzu i chcieli pokazać uczniom, że są bezpieczni, mimo że nadal nie powinni opuszczać bezpiecznego Pokoju Wspólnego oraz dormitoriów.
Wtedy właśnie usłyszeliśmy głos McGonagall dochodzący ze środka. Od razu zatrzymałem Syriusza i zacząłem wsłuchiwać się w jej słowa. Wyjaśniała prace budowlane prowadzone pod ziemią między zamkiem i Hogsmeade, podczas których krasnale bez ostrzeżenia zdetonowały kilka głazów, czego efektem był wstrząs. Zapewniła także, że pracują nad zabezpieczeniem zamku przed kolejnymi podobnymi wypadkami.
- „Pracują”, czyli jeszcze nic nie ustalili. Mamy szansę coś podsłuchać, jeśli szybko zdobędziemy odpowiedni sprzęt. - szepnąłem Syriuszowi na ucho.
- Kochanie, ja i tak nic nie słyszę, więc nie wiem, o co ci chodzi.
- Och!
- Taaa…
- Wyjaśnię ci później.
Cicho i ostrożnie przeszliśmy przez dziurę za portretem i przesuwając się blisko ścian omijaliśmy uczniów słuchających nauczycielki. Powoli dotarliśmy do naszej sypialni i wślizgnęliśmy się do środka. Nie byliśmy tam jednak sami.
Przechyliłem głowę w bok spoglądając na myszkującą po mojej szafce ciemnowłosą dziewczynę, którą znałem niemal tak dobrze, jak mojego chłopaka.
- Z całym szacunkiem, Zardi, ale co ty właściwie robisz w mojej szafce nocnej?
Dziewczyna odwróciła się i uśmiechnęła niemal czarująco. Niemal, ponieważ doskonale wiedziałem, że coś knuje. W przeciwnym razie nie byłoby jej u nas.
- Cóż, u siebie nie mam już miejsca, a muszę przecież gdzieś składować kosmetyki, prawda?
Przesunąłem się odrobinę w bok i zajrzałem do swojej szafki przez ramię przyjaciółki. Moje niemal puste półki były niemal całe załadowane pudełkami, fiolkami i sam nie wiem czym jeszcze. Zbliżyłem się o krok i podniosłem z podłogi jedno z pudełeczek.
- Serum ze świetlików? Serio?
- Magicznie pozyskiwane! Przy jego tworzeniu nie ucierpiał żaden świetlik! Tak pisze na opakowaniu.
Wziąłem głęboki oddech i palcami pomasowałem czoło. Obawiałem się, że dzisiejszy dzień skończy się bólem głowy.
- Popraw mnie jeśli się mylę, ale czy ty masz właśnie fazę na kosmetyki i przesadzasz z ich kupowaniem?
- Yyy… prawdę mówiąc to… tak. - uśmiechnęła się przepraszająco. - Obawiam się, że mam z tym dosyć duży problem. Ale przejdzie mi w końcu! Albo przerzucę się na coś innego, sama nie wiem. W każdym razie, na pewno mi przejdzie i przecież je wykorzystam!
Mogłem się domyślić. Zbyt długo nie miała żadnego dziwnego pomysłu. Cisza przed burzą w jej przypadku, podobnie jak u małych dzieci, zawsze kończyła się czymś kosztownym.
- Zardi… - westchnąłem ciężko. - Esencja nawilżająco-wygładzająca. Ok. Ale po jaką cholerę potrzebujesz trzech pudełek kremu matującego i dwóch zestawów kremów i serów na pierwsze zmarszczki?! A paleta cieni do brwi? Ty nie malujesz brwi!
- Mam zamiar zacząć. - mruknęła speszona. - No i mam pierwsze zmarszczki! O tutaj, pod oczami! Bo nigdy nie uważałam i zawsze naciągałam skórę! - wskazała na swoje oko.
- Daj spokój, Remusie. Przejdzie jej i połowę z tych rzeczy da tobie żebyś wykorzystał zamiast niej. - Syriusz poklepał mnie po ramieniu. - Teraz mamy na głowie ważniejsze sprawy niż jej kosmetyki. Musimy znaleźć ten podsłuch, nad którym pracowaliśmy z Jamesem ostatnio. Wiesz, te uszy dalekiego zasięgu.
Łatwo było mu mówić, ponieważ to nie jego szafka nocna właśnie zmniejszyła swoją wolną przestrzeń, która czekała tylko na nową dostawę czekolady. Nie wątpiłem jednak, że kiedy u mnie zabraknie miejsca, dziewczyna zapełni także jego nocną szafkę.
- Dobrze, gdzie mam zacząć?
- Poszukaj pod łóżkiem Jamesa. Ja pogrzebię w jego rzeczach. - Syri rozdzielił zadania, podczas gdy Zardi wróciła do upychania swoich kosmetyków. Kochałem ją, ale czasami naprawdę się o nią martwiłem. Jak ona miała sobie w życiu poradzić z takim podejściem?
Zatkałem nos klękając i zaglądając do Potterowego „burdelnika”. Skarpety brudne, skarpety bez pary, zaginione bacie, których chłopak szukał przed tygodniem, otwarta paczka cukierków, zużyte chusteczki, paczka ogórków.
- J. śpi na ogórach. - rzuciłem do przyjaciół z przerażeniem.
- Co?! - zakrzyknęli równocześnie Zardi i Syriusz.
- Sami popatrzcie. - zrobiłem im miejsce.
Wyglądali niemal jak bliźnięta, kiedy tak klęcząc obok pochylili swoje ciemne głowy zaglądając pod łóżko okularnika.
- Wow, faktycznie! Ja rozumiem spać na pieniądzach, ale ogórkach? - mruknęła dziewczyna.
- Nie chcę sobie wyobrażać nawet smrodu, jaki będzie stamtąd dochodził, kiedy te ogóry spleśnieją. - dodał Syriusz. - O, uszy! - sięgnął odważnie pod łóżko i wyjął spod niego parę gumowych uszu, które sam zaczarowywałem aby słyszały na odległość. Na pomysł wpadł James, kiedy przeglądając jedną z gazet zobaczył zdjęcie zabawkowego telefonu, którym bawiła się dwójka mugolskich dzieci. Dwa kubki połączone nicią. Na początku nie byłem pewny, czy to aby na pewno zadziała, ale po przejrzeniu kilku ksiąg z zaklęciami udało się nam znaleźć coś odpowiedniego. Najtrudniejszym zadaniem było ulepienie uszu z ciasta. Dodaliśmy do niego kilka składników wykradzionych z pracowni eliksirów i resztą zajęli się J. i Syri. Nie wiem nawet czy je wypróbowali, ale jeśli Syriusz o nich pomyślał to najwyraźniej coś było na rzeczy.
Zardi nawet nie pytała po co nam one. Podejrzewałem, że będzie chciała wiedzieć, czego się dowiedzieliśmy dzięki nim, więc nie musiała już teraz przeprowadzać swojego przesłuchania. Była wystarczająco inteligentna by samodzielnie wyciągnąć wnioski z tego, co już wiedziała i co usłyszała od McGonagall jednocześnie myszkując po naszym pokoju.
- Idziemy! - Syriusz objął mnie w pasie i nakrył nas peleryną. - Zardi, ty pilnujesz fortu i postaraj się nie zrujnować nam sypialni, dobrze?
- Nie boj nic! - machnęła ręką z głową w mojej szafce.
Po Pokoju Wspólnym kręciło się bardzo niewiele osób, wejście było zamknięte, a McGonagall nie było już widać. Nie mieliśmy żadnego planu, ale wydostanie się z pokoju było niezłym początkiem. Zastanawiałem się czy nie potrzebujemy pomocy, kiedy to Syriusz wyjął różdżkę i zaklęciem otworzył okno, a następnie wywołując sztuczny wiatr przepchnął Grubą Damę.
Zaimponował mi tym, ponieważ sam nawet o tym nie pomyślałem. Spojrzałem na niego z podziwem, a on uśmiechnął się dumny z siebie.
Na palcach, ale starając się zrobić to szybko, ruszyliśmy w stronę wyjścia. Jeden z uczniów właśnie zamykał okno i tylko kwestią czasu było, kiedy ktoś postanowi zamknąć także przejście.
Udało nam się wymknąć w ostatniej chwili, ponieważ jak się okazało uczynny chłopak był także zadziwiająco szybki. Niewiele brakowało a przyciąłby pelerynę obrazem i wszystko mogłoby się wydać, a przecież peleryna miała być tajemnicą.
Oddaliliśmy się od ciekawskich uszu obrazów zanim zaczęliśmy szeptać planując swój kolejny krok.
- Wielka Sala. - rzucił Syriusz, a ja przytaknąłem zgadzając się z nim. To był dobry początek. W szczególności jeśli mieli zmieścić się tam wszyscy nauczyciele. W gabinecie dyrektora mogło nie być wystarczająco dużo miejsca.

niedziela, 5 maja 2019

Wzdychanko

Kiedy tylko James dołączył do Syriusza, obaj zajęli się tworzeniem swojego wehikułu czasu zaczynając od rozkręcania nie jednego, ale trzech szkolnych krzeseł. Patrzyłem na to z niedowierzaniem, ale nie komentowałem. Podejrzewałem, że i tak wiedzieli, co o tym wszystkim myślę. W końcu moja mina była bardzo wymowna. To nie ulegało wątpliwości. Taką przynajmniej miałem nadzieję, ponieważ dwójka moich szalonych przyjaciół powinna zdawać sobie sprawę z tego, że nie zachowują się jak każdy inny normalny nastolatek. Może liczenie na to, że dotrze do nich absurd ich pomysłu to trochę zbyt wiele, ale i tak wolałem spróbować. Nie chciałem ich przecież obrazić, ale zdecydowanie planowałem dotrzeć do tych dwóch mózgownic, które miały w sobie bardzo niewiele rozumu i zdrowego rozsądku.
Kogo ja oszukiwałem? Oni nigdy nie wpadną na to, co jest nie tak z ich pomysłami. Tym bardziej, kiedy tak bardzo napalili się na ten.
Przyglądałem się więc w ciszy, jak rozbierali krzesła na czynniki pierwsze. Skąd oni w ogóle je wzięli? Jeśli nauczyciele zauważą braki w salach lekcyjnych na pewno rozpęta się piekło. Na pewno się do nich przywiązali lub po prostu woleli, aby uczniowie siedzieli na ich zajęciach zamiast stać nad nimi.
A może przesadzałem i krzesła pochodziły z rupieciarni, gdzie trzymano wszystkie szkolne niepotrzebne, a czasami także zepsute sprzęty?
- Remusie, mógłbyś tyle nie wzdychać? To irytujące.
- Hm? - wyrwany z zamyślenia spojrzałem na Jamesa.
- Wzdychasz. Co minutę. To działa mi na nerwy i Syriuszowi pewnie również.
Przeniosłem spojrzenie na mojego chłopaka, który wzruszył ramionami.
A więc naprawdę wzdychałem nie wiedząc o tym?
- Eh. - znowu westchnąłem, tym razem całkiem świadomie i zarumieniłem się, kiedy dwójka moich towarzyszy spojrzała na mnie wymownie. - Dobrze, przepraszam! Postaram się więcej tego nie robić. Po prostu nie do końca rozumiem jak chcecie przerobić te krzesła na… no… wehikuł czasu.
- Magią, mój drogi powątpiewający Lunatyku. Magią!
- Więc macie odpowiednie zaklęcia? - zapytałem z podekscytowaniem i niedowierzaniem.
- Mamy? - Syriusz spojrzał zdziwiony na Pottera.
- Yyy… Mówiłem tak na przyszłość… Na razie nic nie mamy. Ale będziemy mieć!
No i znowu westchnąłem, ale tym razem zrobił to także Syriusz, więc nie czułem się ani trochę winny. To nie moja wina, że James planował tak dalece do przodu i pchany do przodu samą wiarą, ponieważ nie miał żądnej pewności, że to, co sobie zaplanował jest możliwe.
- Pamiętasz ten eliksir zmiany płci, który miałeś opracować? - zapytałem. Nie chciałem nacierać mu ran solą, ale jednak powinien wiedzieć, że jego wehikuł to nie jedyny projekt jakiego się podjął. I którego zapewne nigdy nie ukończy.
- Hej! Nie oszukujmy się, nie jestem dobry z eliksirów. Raczej nazwałbym się przeciętnym, zresztą podobnie jak my wszyscy, więc praca nad eliksirem zajmuje trochę więcej czasu niż przypuszczałem!
- Ty w ogóle już nad nim nie pracujesz, J.
- To… nie do końca prawda. Po prostu wyczerpałem wszystkie najbardziej oczywiste pomysły i teraz poszukuję brakującego składnika, inspiracji w naturze…
- Inaczej mówiąc nie masz pojęcia, co robisz.
- Y… prawdę mówiąc to akurat prawda. Chociaż tak w sumie to liczę na szczęście. Wiesz, przypadek. Wszyscy wielcy odkrywcy doszli do czegoś przypadkiem!
Pokiwałem głową nie komentując tego, ponieważ nie miałoby to najmniejszego nawet sensu. Z jednej strony okularnik miał rację, z drugiej jednak opowiadał straszne głupoty. Tyle, że były to bardzo Jamesowe głupoty, więc mogłem się ich spodziewać.
- Dobra, mam dosyć tego rozkręcania. Muszę odpocząć. - Syriusz zostawił swoje liczne śrubokręty i inne przyrządy, które uznali z Jamesem za niezbędne.
Dosiadł się do mnie na moim łóżku i objął mnie ramieniem w pasie, kładąc głowę na moim ramieniu.
Moje nozdrza wypełnił jego przyjemny, świeży zapach. Tak dobrze mi znany i tak przeze mnie uwielbiany, połączony z ostrą wonią wody po goleniu. Ciepła ręka chłopaka spoczęła na moim kolanie i gładziła je lekko, sunąc w górę po moim udzie, a następnie zjeżdżając w dół. To było niczym obietnica. Nie musiał mówić, co planował, ponieważ potrafił przekazać to dotykiem, tymi dwiema sekundami, kiedy jego dłoń zatrzymywała się niedaleko mojego krocza, tym subtelnym, ledwie wyczuwalnym mocniejszym uciskiem palców na mojej skórze.
Jego twarz nie zdradzała nic, dla osoby z zewnątrz jego dotyk był tylko niewinną pieszczotą zakochanego chłopaka. Dla mnie był jednak niczym sprośności szeptane do ucha w odniesieniu do dzisiejszego wieczora, kiedy wymkniemy się wspólnie do łazienki prefektów, a później wrócimy do łóżka i zaśniemy wtuleni w siebie. Po tylu latach związku pewne rzeczy były po prostu oczywiste.
- Wiesz, Remi, kiedy tak się tu bawię z tymi krzesłami, myślę o tym, co będzie kiedyś. - zaczął mi szeptać na ucho. - Widzę nas, kiedy w końcu ze mną zamieszkasz. Ja majsterkuję przy motocyklu, a ty robisz, na co tylko masz ochotę.
- Czyli zastanawiam się, które zaklęcie będzie wystarczająco silne aby usunąć plamy smaru z twoich ubrań? - zachichotałem.
- Jeśli byś chciał…
- Nie. Zdecydowanie bym tego nie chciał. Tak naprawdę to nie wyobrażam sobie życia, kiedy muszę gotować, sprzątać, robić pranie i ogólnie troszczyć się o dom. Co innego ogród. Na tym trochę się znam, ponieważ mama hoduje rośliny do swoich eliksirów, więc myślę, że to mogłoby mi się przydać w pracy. Ale żebym miał zajmować się czymś więcej pełnowymiarowo? Nie… No i przeszkadzałoby mi to w pracy, bo przecież podczas zlecenia nie będę miał stałych godzin.
- Nie chcesz być moją żoneczką?! - Syri udał przejęcie.
- Bardzo zabawne.
Syri posłał mi szeroki uśmiech.
- Ja również nie chcę abyś nią był. Czułbym się koszmarnie, gdyby tak miało być. Od razu przypomina mi się dół Zardi, kiedy nic nie powiedziała, gdy jej były „największy błąd jej krótkiego życia” insynuował ich wspólną przyszłość i to, że miałaby urodzić dziecko, cerować mu ubrania i powiedział żeby uczyła się gotować.
- Nawet mi o tym nie przypominaj! - pisnąłem – Podejrzewam, że ona nadal czuje się jakby zdradziła samą siebie, kiedy sobie o tym przypomina.
- Za to jeśli James jakimś cudem znajdzie sposób na chwilową zmianę płci to przynajmniej mamy kogoś, kto jako pierwszy wypróbuje eliksir. - ten komentarz wywołał uśmiech u nas obu.
Tak, jeśli istniałaby możliwość zmiany płci, Zardi od razu by się temu poddała. Kiedyś mówiła nam, że chciałaby móc zmieniać płeć na życzenie, w zależności od tego, co bardziej jej pasuje danego dnia. Kiedy była młodsza, imponowali jej mężczyźni i chciała być jak oni. Tera oswoiła się ze swoją kobiecością, ale nie była do niej przywiązana i uważała, że wykorzystywanie kobiecych walorów jest poniżające i świadczy o braku szacunku dla siebie.
- Jak to możliwe, że nagle zeszliście na temat Zardi? - James spojrzał na nas ze swojego miejsca na podłodze, gdzie nadal zajmował się rozkręcaniem opornych krzeseł.
- Chyba dlatego, że ona nie wie nic o naszym nowym projekcie, więc będzie wściekła, kiedy dowie się, że nie została wtajemniczona od razu. - Syri wzruszył ramionami odpowiadając na pytanie okularnika, ale widziałem po jego minie, że wcale nie było mu to obojętne. Zardi była dla nas wszystkich jak siostra. - A nie oszukujmy się, będziemy w pewnym momencie potrzebować jej pomocy. Zawsze jej potrzebujemy.
- Ubłagamy ją! - James machnął lekceważąco ręką. - Wiesz, że ona nigdy się długo na nas nie gniewa. Podenerwuje się, może powrzeszczy, potupie i przejdzie jej. Wymyśli co chce na przeprosiny i po sprawie. Ona jest jednym z najbardziej stałych przyjaciół jakich mamy poza sobą nawzajem.
Żaden z nas nie mógł temu zaprzeczyć.
- Dobra, wracam do wehikułu! - Syriusz dał mi buziaka w policzek i zadowolony przesiadł się z łóżka na swoje miejsce na podłodze.
Pokręciłem głową i westchnąłem.
Roześmialiśmy się wszyscy, ponieważ nie robiłem tego, kiedy Syriusz był obok, a teraz znowu z tym zaczynałem. Widać przyjaciele będą musieli jakoś pogodzić się z wydawanymi przeze mnie odgłosami.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Obserwacja



8 maja
- Na co tak patrzysz? - Syriusz zrobił sobie właśnie przerwę w wydurnianiu się z Jamesem i przysiadł się do mnie, siadając na tyle blisko, że stykaliśmy się ramionami i udami. Byli nic, ale gdyby ktoś się przyczepił, zawsze mogliśmy powiedzieć, że pień drzewa, o które się opieraliśmy jest zbyt wąski, aby umożliwić nam przyjęcie wygodnej pozycji i prowadzenie rozmowy jednocześnie. Wątpiłem jednak, by ktokolwiek zwracał na nas uwagę w ten słoneczny dzień, kiedy całe błonia wrzały niczym wnętrze ula.
- Na nich. - skinąłem głową w stronę grupki roześmianych szóstoklasistów z Hufflepuff.
- Ach! - Syri uśmiechnął się szeroko. - I niech zgadnę, najbardziej interesuje cię Elias i obiekt jego westchnień, którego imienia nie znam? Eli to ten średniego wzrostu chłopak o ciemnych włosach. Ten od ślicznych niebieskich oczu.
- Znasz go? - oderwałem spojrzenie od grupy Puchonów i spojrzałem na Syriusza.
- Nieee. - pokręcił głową. - Dowiedziałem się przypadkiem jakiś czas temu. Na Walentynki Zardi otworzyła kącik porad miłosnych i musiałem jej dostarczyć kilka rzeczy, akurat kiedy on od niej wychodził. Słyszałem, jak wołała go po imieniu.
- Nie wiedziałem o tym…
- Tak, wiem. I nic nie straciłeś. Ten pomysł Zardi to była porażka. Chociaż ona uważa inaczej. Mówi, że teraz życie miłosne szkoły nie ma przed nią tajemnic.
Nie wiem jak to możliwe, że coś takiego, jak kącik porad miłosnych umknął mojej uwadze, ale skoro nie był mi potrzebny, może nie leżało w moim interesie aby cokolwiek o nim wiedzieć?
- W każdym razie, – Syri kontynuował – zastanawiałem się dlaczego tak przystojny chłopak może mieć jakiekolwiek kłopoty miłosne, więc obserwowałem go przez pewien czas. Dlatego wiek, że podkochuje się w tym wysokim chłopaku o włosach w kolorze ciemnego, przybrudzonego blondu. W dodatku z wzajemnością, ale dopiero od niedawna zauważyli, że ich zainteresowanie jest odwzajemnione i myślę, że teraz już ze sobą chodzą. Wcześniej rzucali sobie tylko tęskne, maślane spojrzenia, kiedy ten drugi nie patrzył. To było całkiem zabawne. Część z ich przyjaciół domyśla się, że coś jest między nimi, ale nie wszyscy. O, widzisz tę ciemną dziewczynę o kręconych, czekoladowych włosach?
Skinąłem głową. Tylko jedna z dziewczyn z tamtej paczki miała na głowie burzę naprawdę pięknych, ciemnych loczków. Była niewysoka, a jej skóra miała przyjemny odcień kawy z mlekiem. Dziewczyna była naprawdę ładna.
- Ona i jej dziewczyna, ta zgrabna blondynka, wiedzą. Wydaje mi się, że już dawno coś zauważyły, ale nie chciały się mieszać, więc czekały, jak sprawy się rozwiną. To przerażające ile można się dowiedzieć o ludziach po prostu ich obserwując.
Skinąłem milcząco.
- O, a widzisz tego chłopaka w czapce? On na pewno nie ma pojęcia o tym, że Eliasa i tego blondasa coś łączy. Za to ten wysoki blondyn, ten z trochę dłuższymi włosami…
- Ten w żółtej koszulce?
- O właśnie ten. On się wszystkiego domyśla i coś mu się w tym nie podoba.
- Skąd wiesz?
- Przyjrzyj mu się, poczekaj aż spojrzy na Eliasa i jego faceta i przyłapie ich na wymianie spojrzeń. Zawsze wtedy rzednie mu mina, jakby był zazdrosny, ale to nie to, bo kręci z tą dziewczyną o ciemnych blond włosach w bluzce z motylem. O, popatrz teraz.
Spojrzałem na wskazanego przez Syriusza chłopaka i rzeczywiście dostrzegłem jego nieprzyjemne spojrzenie. Patrzyłem jak szepcze coś do ucha chłopaka w czapce, a ten pokiwał głową najwyraźniej zadowolony z czegoś, co usłyszał.
Chłopak w czapce podszedł do siedzącego na trawie chłopaka Eliego i ukradł z jego kolan zeszyt, w którym ten coś zaciekle kreślił. Blondyn poczerwieniał na twarzy, kiedy pokazywał innym zawartość zeszytu śmiejąc się.
I wtedy jakby znikąd pojawiła się Zardi. Wyrwała chłopakowi zeszyt i jakby nigdy nic oddała blondynowi. Rzuciła przy tym jakiś komentarz do całej grupy, mrugnęła zalotnie do blondwłosego ukochanego Eliasa, przesunęła niby obojętnie wzrokiem po Elim i skierowała kroki w naszą stronę. Jej flirciarski uśmiech zamienił się w złość, kiedy nikt poza nami już nie widział jej twarzy.
- Cholerne neandertalskie przygłupy. - syknęła podchodząc i siadając przed nami.
- Co im powiedziałaś? - zainteresowałem się.
- Że dziewczyny szaleją za romantykami, którzy potrafią rysować i pisać wiersze. A facet, który tego nie rozumie, nie ma co liczyć na długi i szczęśliwy związek.
- Wydawało mi się, że mówiłaś mniej…
- Tak, mogłam rozbudować teraz to drugie zdanie. Bardzo możliwe, że to co powiedziałam brzmiało bardziej jak: „Idioto, dziewczyny szaleją za romantykami, którzy potrafią rysować i pisać wiersze.”
I oto nasza Zardi, obrończyni związków homoseksualnych.
- Uwaga, zbliża się szara eminencja. - ostrzegł nas Syri. Podniosłem spojrzenie akurat, kiedy blondyn o nieprzyjemnym spojrzeniu zbliżył się do nas na tyle blisko, że nie mogliśmy już powiedzieć nic czego by nie usłyszał.
- Hej… - rzucił stając nad Zardi – Jestem David. Przed chwilą przytarłaś nosa jednemu z moich kumpli. - uśmiechnął się czarująco, a przynajmniej uznałbym ten uśmiech za czarujący, gdybym nie wiedział, że to cwaniak.
- Taaak, pamiętam… - odparła ostrożnie dziewczyna. Chłopak spojrzał wymownie na mnie i Syriusza, na co Zardi od razu odpowiedziała. - Mów przy nich, to przyjaciele, więc i tak będą wszystko wiedzieć.
- Ach, dobrze. A więc mój kumple, ten od wierszy jest bardzo nieśmiały, a mam wrażenie, że jesteś nim zainteresowana, więc wysłał mnie żebym zapytał, czy nie zechciałabyś się z nim spotkać…
Jasssne. Bo jeszcze byśmy mu uwierzyli.
- Jeśli jest zainteresowany, niech tu podejdzie. - Zardi uśmiechnęła się niewinnie. - Umawianie się przez wysłanników nie jest w moim typie, chyba sam rozumiesz.
- A, tak, jasne. Przekażę. - blondyn oddalił się najwyraźniej nie do końca zadowolony z tego, co osiągnął.
Ukradkiem zerknąłem w stronę grupy Puchonów. Chłopak Eliego był na przemian czerwony i blady. Nie wiem, co mu powiedział tamten blondyn, ani co szepnął mu na ucho Elias, ale chłopak podniósł się i z miną skazańca ruszył w naszą stronę.
- Idzie. - powiedziałem, a Zardi odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła.
- Hej… - zaczął niepewnie blondas.
- Hej. Jestem Zardi, a teraz siadaj, podaj mi dłoń i uśmiechaj się, póki nie będziesz odwrócony plecami do swoich kumpli i całej reszty. - na jej twarzy widniał słodki uśmieszek, który nie miał nic wspólnego ze słowami. Chłopak wydawał się zaskoczony i chyba nie do końca przetrawił słowa dziewczyny. - Siad! - powiedziała dobitniej i tym razem chłopak wykonał polecenie. - Zacznijmy od tego, że wiem, co jest między tobą i Elim.
- Ostatnio subtelność nie jest twoją mocną stroną. - zauważyłem, ale Zardi nie skomentowała tego. Cóż, w końcu miałem rację.
Za to chłopak był teraz naprawdę blady.
- Nie martw się, nikt od nas się tego nie dowie. Zresztą Eli mnie zna, więc możesz go zapytać, kiedy będziecie sami. Tak w ramach wyjaśnienia, nie jestem tobą zainteresowana, a przynajmniej nie  konwencjonalny sposób. Chodziło mi tylko o to żeby się od ciebie odczepili. Jedyne na czym mi zależy to szczęście twojego związku z Elisaem. Możesz zapytać tych dwóch tutaj. Są parą od pierwszego roku, a ja robię za ich anioła stróża, dziewczynę na niby, dobrą ciocię. Zwał jak zwał.
Nawrzeszczałbym na nią, gdybym nie był tak zaskoczony i gdyby na twarzy blondyna nie pojawił się ten wyraz czystej nadziei i ulgi.
- Naprawdę? - zapytał z nutą nieufności.
Pokiwałem głową potwierdzając.
- Mówi prawdę, ale nie próbuj jej zrozumieć, bo to niemożliwe. Zardi trzeba po prostu zaakceptować ze wszystkimi jej dziwactwami.
- A teraz możesz wrócić do swoich kumpli i powiedzieć im że umówiliśmy się wyjście do Hogsmeade w ten weekend, albo że nie jestem w twoim typie i nic z tego nie będzie. W każdym razie do Hogsmeade idę i tak, więc możesz się ze mną zabrać o 10 i zabrać ze sobą Eliego. To będzie wasza randka, a ja będę wymówką.
Na twarzy blondyna pojawił się w końcu szczery uśmiech.
- Nie rozumiem połowy z tego, co mówisz, ale jesteś totalnie szalona. Zapytam Eliego, czy chce się spotkać w sobotę. Dziękuję. - chłopak podał Zardi rękę. - A tak przy okazji to jestem Daniel.
- Miło było mi cię poznać, Danielu.
Wymienili porozumiewawcze, przyjacielskie uśmiechy, a następnie Daniel skinął głową mi i Syriuszowi i wrócił do swoich znajomych.

niedziela, 17 marca 2019

Apokalipsa zombie

6 maja
Byłem zmęczony i sam nie wiedziałem dlaczego. Przecież nic dzisiaj nie robiłem. Fakt, czasami stawałem się zmęczony z powodu nieróbstwa, ale nie przypuszczałem, że będzie tak akurat dzisiaj. Co różniło ten dzień od innych? Nic. Po prostu nigdy nie sądziłem, że akurat moje aktualne dzisiaj będzie należało do tych kiepskich, kiedy to moja psychika będzie dawała mi się we znaki.
- Potrzebujesz jedzenia.
- Hm? - spojrzałem na Syriusza, który siedział obok mnie na sofie przy kominku i stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Jesteś blady, widzę jak ciapiesz oczami. Potrzebujesz energii, a ona jest w jedzeniu.
- Od kiedy jesteś specjalistą w tej dziedzinie? - spojrzałem na niego z miną mówiącą „nie zaczynaj ze mną, bo nie jestem w nastroju”.
- Od kiedy chodzę i sypiam z wilkołakiem, którego znam lepiej niż on sam zna siebie. - Syriusz wcale nie wydawał się przejmować moim ostrzegawczym spojrzeniem i wymowną miną. Wręcz przeciwnie. Podejrzewałem, że gdyby miał okazję i ochotę denerwowałby mnie specjalnie, abym tylko rozładował jakoś napięcie.
Westchnąłem poddając się.
- Niech ci będzie. - nie było sensu żebym się z nim sprzeczał. Tym bardziej, że mógł mieć rację.
Nazywałem się Remus Lupin, byłem wilkołakiem i czarodziejem uczącym się w Hogwarcie, Szkole Magii i Czarodziejstwa. To chyba oczywiste, że nie wszystko w moim życiu było jasne i klarowne.
Syri uśmiechnął się szeroko, jakby tylko na to czekał. Aż podskoczyłem, kiedy nagle krzyknął:
- Zardi! Wnoś!
Rozejrzałem się po Pokoju. Grający w szachy Peter i James spojrzeli na Blacka, a następnie również zaczęli świdrować wzrokiem wnętrze.
- Spokojnie, dotrze tu. Pewnie przeżuwa…
- Słyszałam to, Black! I gdybym nie trzymała talerza, dostałbyś w łeb. - Zardi pojawiła się za chłopakiem jakby znikąd. W rękach trzymała naprawdę wielki wspomniany talerz, na którym ułożona była kopka donatów. - Częstujcie się! A w szczególności ty, Remusie. - dziewczyna uśmiechnęła się do mnie szeroko. - Utuczę cię, jak zła czarownica Jasia. - wyszczerzyła się nagle. - A później będę używać jako miękkiej podusi.
Syriusz ze skwaszoną miną odchylił głowę do tyłu, aby spojrzeć z dołu na stojącą nad nim dziewczynę i w ten sposób wyrazić swoje niezadowolenie z jej komentarza. Nie wierzyłem, że naprawdę jest zazdrosny, ale wypadało zareagować, więc to robił.
- O, stolik! - dziewczyna położyła mu talerz na czole.
- Zabiję…
- Ja również cię kocham. - Zardi nic sobie nie robiła z jego gróźb.
Zresztą ja również nie. Podczas kiedy oni się ze sobą drażnili, ja sięgnąłem po donata i za jednym zamachem odgryzłem niemal połowę. Był miękki, aromatyczny i jeszcze ciepły. Pochłonąłem go szybko i sięgnąłem po kolejny. Ten był czekoladowy i miał w środku śmietankowe nadzienie. Zdążyłem porwać dwa jednocześnie, zanim Peter i James dorwali się do talerza.
- Nie karmią was w tej szkole, czy jak? - Zardi spoglądała trochę zaskoczona na jedzącego szybko Petera oraz wpychającego do ust całego donata Jamesa. Jeśli dodać do tego tempo, w jakim ja zjadłem swoje, rzeczywiście miała podstawy by zadać to pytanie.
Zawstydzony zarumieniłem się.
- Nie przejmuj się nią i jedz. - Syriusz uścisnął moją dłoń i uśmiechnął się. - Zardi, zabieraj ten talerz z mojego czoła!
- Tak, tak. - dziewczyna podniosła go, a Syri odetchnął z ulgą.
Rozmasował szyję i ponownie posłał mi zachęcający uśmiech.
Odpowiedziałem na to tym samym, czując się znacznie lepiej, niż jeszcze przed chwilą. Nie wiem, czy naprawdę zawdzięczałem to jedzeniu i przyjętym właśnie cukrom, ale zdecydowanie byłem zadowolony z faktu, że mogę siedzieć wśród przyjaciół i opychać się kaloriami bez obaw, że mój chłopak będzie miał pretensje, kiedy przybędzie mi dodatkowy kilogram lub dwa. Byłem prawdziwym szczęściarzem.
- A ty? - zapytałem w końcu przyjaciółkę, kiedy zauważyłem, że podczas kiedy my się objadaliśmy, a Syriusz pościł z racji swojej niechęci do słodyczy, Zardi nie poczęstowała się ani jednym donatem.
- Nie, dzięki. Odchudzam się.
Przestałem przeżuwać w tym samym czasie, co J. i Peter, a następnie wszyscy, wliczając Syriusza, spojrzeliśmy na dziewczynę.
- Że co? - wydusił James niewyraźnie, ponieważ jego usta były wypchane pączkowym ciastem.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Najwyraźniej nie miała ochoty tego tłumaczyć, ale uznała, że powinna rzucić trochę światła na całą sytuację.
- Odchudzam się żebym łatwiej było mi się poruszać, do tego powoli zaczęłam ćwiczyć mięśnie. No wiecie, brzuch, nogi i podnoszę jakie małe ciężarki, aby mieć więcej siły w ramionach. Myślę też o wzmocnieniu uścisku dłoni. - gdybym nie bał się, że przeżuty do połowy donat wypadnie mi z ust, pozwoliłbym swojej szczęce opaść trochę w dół. - Hej, to na wypadek apokalipsy zombie, dobra?
- Czegoś ty się znowu naczytała? - zapytałem.
- No właśnie niczego. Niczego związanego z zombie. Od całych wieków nie czytałam niczego o apokalipsie zombie, ale tak jakoś ostatnio przyszło mi do głowy, że może przydałoby się na nią przygotować. Tak na wszelki wypadek.
- Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? - Syriusz wyciągnął rękę i dotknął jej czoła. - Nie masz gorączki? Albo jakiejś egzotycznej choroby?
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Syri byłby w niezłych opałach.
- Ostatnio czytam same romanse, a przynajmniej najróżniejsze gatunki z romansem w tle i na zombie nie trafiłam w żadnym z nich, ale tak się nagle zaczęłam zastanawiać, co by było gdyby. Z moją aktualną siłą pięcioletniego dziecka, nie miałabym szans. A tempo mojego uciekania i wytrzymałość również zostawiają wiele do życzenia. Byłabym jedną z pierwszych ofiar apokalipsy zombie! Nie mogę do tego dopuścić, więc postanowiłam o siebie zadbać.
Syriusz przetarł twarz dłońmi i westchnął głośno, głęboko, niczym ojciec, który zastanawia się, jak wyjaśnić dziecku po raz tysięczny, że nie kupi mu zabawki, na którą dziecko nalega.
Wróciłem do jedzenia, podobnie zresztą jak dwójka innych łasuchów w naszym gronie i nie skomentowałem wypowiedzi przyjaciółki. Najdziwniejsze było to, że chociaż doskonale wiedziała, że to, co mówi jest niemożliwe i nie grozi nam żadna apokalipsa zombie, to jednak potrafiła traktować to poważnie. Jak ona to w ogóle robiła? Jak można w coś nie wierzyć, a jednak zachowywać się tak, jakby było to możliwe lub pewne? Chyba tylko ona potrafiła coś takiego robić.
To jak nie wierzyć w Świętego Mikołaja, ale nadal pisać do niego listy, bo to jednak ma swój czar, a on może kiedyś okazać się prawdziwy, kiedy niemożliwe stanie się możliwe.
To było tak skomplikowane, że sam nie mogłem tego pojąć, a co dopiero zrozumieć.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym, prawda? - Syri pokręcił głową nadal nie mogą uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Przynajmniej to dało się odczytać z jego miny.
- Tak, wiem, ale i tak dzięki.
Bardzo szybko poradziliśmy sobie z większą częścią przyniesionych przez dziewczynę smakołyków. James i Peter zapomnieli nawet o szachach, kiedy objadali się, chociaż byli już pełni i z trudem mieścili w sobie kolejne donaty. Sam zjadłem jednak o jednego lub nawet dwa za dużo i teraz czułem się, jakbym miał się już więcej nie podnieść ze swojego miejsca. Byłem wielki, ociężały i ważyłem chyba piętnaście kilogramów więcej, niż przed pojawieniem się Zardi.
- I teraz, kiedy widzę jacy jesteście objedzeni, wyobraźcie sobie, że zostajecie zaatakowani przez bandę pożerających ludzi zombie i musicie uciekać aby się ratować.
- O trupach przy jedzeniu?! - Potter skrzywił się i wydawało mi się, że pozieleniał na twarzy.
- No, co? Myślisz, że one będą dbać o to, czy coś jesz, czy nie, kiedy zaatakują? Będą jęczeć, śmierdzieć i… O właśnie sobie przypomniałam, że jednak czytałam coś o zombie. Nie o apokalipsie, ale jednak jakieś zombiaki się tam pojawiały… Tyle, że było ich niewiele i łowcy zawsze je zabijali…
- Zwymiotuję. Jeszcze jedno słowo o zombie i będę rzygał. - James naprawdę był teraz zielony.
- Dobra, dobra. Już się zamykam. - Zardi podniosła ręce w pojednawczym geście. - Jeszcze donacika? - podsunęła okularnikowi talerz.