Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2019

Trochę spokoju

10 maja
- Remusie! - Syriusz zasyczał ze złością, której wyraźnie brakowało pewności i żaru. - Przeszkadzasz!
- Ja?! - udałem zdziwienie powstrzymując chichot i mocniej przylgnąłem do pleców chłopaka, składając przy okazji pocałunek na jego szyi.
- Robisz to specjalnie żeby przeszkadzać mi w pracy!
- Jak możesz?! To pewnie te czekoladki z pysznym, mocnym alkoholem, które od ciebie dostałem, a które zjadłem wszystkie w przeciągu… godziny? - to akurat było prawdą. A przynajmniej jedzenie czekoladek, a nie fakt, że one były powodem, dla którego starałem się odciągnąć chłopaka od pracy nad idiotycznym wehikułem czasu.
- Nie wciskaj mi ciemnoty. - parsknął chłopak, ale i temu brakowało wiele do rzeczywistej złości.
Objąłem go ramionami w pasie i gładziłem dłońmi jego pierś mrucząc.
- Remusie, jeśli zaraz nie przestaniesz, zacznę ignorować twoje złe zachowanie jakbyś był dzieckiem. - ostrzegł. - Nie dam ci satysfakcji, że zwrócę na ciebie uwagę, kiedy będziesz niegrzeczny.
- No wiesz, co? To bardzo nieładnie z twojej strony tak do mnie mówić. - rzuciłem układając usta w dzióbek i robiąc minę pełną oburzenia. Nie szkodzi, że jej nie widział, siedząc do mnie tyłem. I tak musiałem ją zrobić, jeśli chciałem brzmieć przekonywająco. - Ja tylko chcę twojej uwagi! Jestem stęskniony…
- Dosłownie dziesięć minut temu cię całowałem, a dziś rano obudziliśmy się w swoich ramionach, jakkolwiek koszmarnie to brzmi, jakbym czytał słabe romansidło, ale jednak. Nie mogłeś się stęsknić.
- Chcesz mi powiedzieć, że ty za mną nie tęsknisz?!
- Merlinie, Remi, jaka z ciebie męczydupa!
Uśmiechnąłem się do siebie. Oczywiście, że tak. W końcu mój chłopak budował cholerny wehikuł czasu, który zaprojektował wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, który mimo dużej inteligencji często zachowywał się jak ostatni przygłup. Przecież oni z powodzeniem mogli wysadzić nasz pokój w powietrze! Nie mówiąc już o zmarnowanym czasie, który mogliśmy o wiele lepiej wykorzystać. Chociażby na naukę do egzaminów końcowych, które miały się rozpocząć lada dzień. Przecież one były ważniejsze niż głupie plany zbudowania czegoś niemożliwego!
Czy przesadzałem? Nie, oczywiście, że nie! Miałem plany na przyszłość i Syriusz był ich częścią, więc to chyba oczywiste, że martwiłem się o niego, kiedy dawał się wciągnąć w głupoty wymyślane przez Jamesa.
Ci daj byli po prostu beznadziejni.
Zacząłem znowu zasypywać szyję chłopaka lekkimi buziakami nie dając mu spokoju. Naprawdę mnie ignorował, więc nie ustępowałem. Postanowiłem nawet przerzucić się na coś więcej, ponieważ wziąłem między zęby muszelkę jego ucha i zacząłem lekko ssać. Przekleństwo, jakie wyrwałem tym z jego ust było nagrodą.
Syriusz zgiął głowę i wyrwał swoje ucho spomiędzy moich zębów, następnie odwrócił się do mnie przodem i zmierzył ostrym spojrzeniem. 
- Remusie, zwiążę cię, zaknebluję na wszelki wypadek i wrócę do pracy, jeśli zaraz się nie uspokoisz! - zagroził.
Musiałem szybko ocenić, czy mówi prawdę, czy próbuje mnie wrobić. Nie chciałem zostać związany w żadnej sytuacji, nawet gdyby miał to wykorzystać do celów intymnej bliskości, jak nieraz miało to miejsce w książkach, które pożyczałem od Zardi.
- Jestem wilkołakiem… - przypomniałem mu.
- Zwiążę cię zaklęciem.
- Nie zrobiłbyś tego… Obraziłbym się na ciebie…
- Remusie. - znowu patrzył na mnie poważnie.
Westchnąłem ciężko. Mogłem powiedzieć, że mi się nudzi, ale wtedy usłyszałbym, że mogę poczytać książkę, co było prawdą, więc ten argument odpadał. Gdybym wspomniał o nauce, od razu byłbym na straconej pozycji. Nie mogłem też powiedzieć, że jestem spragniony jego bliskości i chcę z nim poflirtować, ponieważ od razu wiedziałby, że to nie prawda. W końcu moje ciało pozostawało w stanie spoczynku i ani planowało się podnieść. Jak więc miałem uzasadnić przeszkadzanie mu w sposób, który nie opierałby się na prawdzie? Nie miałem pojęcia!
- Uwielbiam cię, wilczku, wiesz o tym. Ale musimy skończyć ten wehikuł najwcześniej jak się da, a nie zrobimy tego, jeśli będziesz mi przeszkadzał. Dzisiaj w książkach siedzi James, jutro będzie to moja kolei, bo musimy jakoś go uruchomić.
- Dlaczego? - zapytałem żeby nie musieć się przyznawać, dlaczego tak mu przeszkadzam.
Syriusz nabrał powietrza, po czym wypuścił je. Otworzył usta, zostawił na chwilę otwarte. Zamknął i wzruszył ramionami.
- Taaaaaak, to bardzo przekonujący argument, Syriuszu. Jeszcze trochę i będę miał wyrzuty sumienia, że to robię.
Syri patrzył na mnie z miną obrażonego szczeniaka, zaś ja unosząc brwi niemal w geście wyzwania. Skoro sam nie wiedział dlaczego chce szybko zakończyć swój projekt, to dlaczego ja miałbym mu w tym pomagać? Lub raczej, nie przeszkadzać. Tak czy inaczej…
Nagle murami szkoły zatrzęsło, czemu towarzyszył odgłos wybuchu. Moje serce zabiło szybciej, a oczy zrobiły się wielkie. Syriusz objął mnie w tamtym momencie mocno.
- To nie ja! - rzucił, kiedy przez minutę nic się więcej nie działo i postanowił wypuścić mnie ze swoich objęć.
James był w bibliotece wśród książek, więc to nie jego sprawka. Peter był na korepetycjach z Evans, więc na pewno nie był to on, ponieważ dziewczyna nie dopuściłaby do czegoś podobnego. A więc co to było?
Syriusz złapał mnie za rękę i pomógł mi wstać. Wspólnie wyszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie nieśmiało gromadziły się niektóre osoby. Podejrzewam, że inni woleli ukryć się u siebie w pokoju.
Szybko doszedłem do wniosku, że nikt nic nie wie, jak również mogłem stwierdzić, że nasz dom nie był odpowiedzialny za to, co się stało. Nie było zniszczeń, nie było dymu, a przecież wybuchowi na pewno by on towarzyszył. Nie wyczuwałem też żadnego dziwnego zapachu, a więc cokolwiek się stało, nie było naszą winą. Poniekąd nie było to wcale pocieszające, gdyż oznaczało, że wstrząs w miejscu, w którym coś, cokolwiek to było, się stało, musiał być naprawdę potężny.
- Myślisz, że powinniśmy tu czekać, czy wyjść na zewnątrz? I co jeśli J. i Pet byli w pobliżu tego… czegoś? - zapytałem Syriusza tylko po to, aby usłyszeć jego głos i poczuć w pełni, że nie jestem sam.
- Nie mam pojęcia, ale ktoś na pewno nam coś powie, kiedy tylko będzie mógł, więc poczekajmy przynajmniej pięć minut. - chłopak ujął moją dłoń w swoją i ścisnął. Staliśmy tak blisko siebie, że nikt by tego nie zobaczył, a nawet gdyby, mógłby pomyśleć, że się boimy o swoje skóry. W końcu nie od dziś wiadomo, że w sytuacjach kryzysowych najważniejsza jest bliskość drugiej osoby.
Rozejrzałem się po Wielkiej Sali wyłapując po kolei znane mi najlepiej twarze, by mieć chociaż pewność, że te osoby są całe i zdrowe. Przyznaję, że najbardziej mi ulżyło, kiedy zobaczyłem wśród osób w Wielkiej Sali Zardi, która obejmowała kuzynkę oraz ze dwie koleżanki. Przynajmniej jedna z tych dziewczyn płakała i była pocieszana przez naszą przyjaciółkę. Zardi skinęła nam głową i pogłaskała najprawdopodobniej rozklejoną dziewczynę po plecach.
- A więc czekamy. - mruknąłem do siebie.
- Tak, Remusie. Czekamy. - Syri uścisnął moją dłoń dodając mi otuchy, a byłem pewny, że i on był ciekaw, co się stało, co z naszymi przyjaciółmi oraz znalazłby wiele innych pytań, na które chciałby poznać odpowiedź.

niedziela, 5 maja 2019

Wzdychanko

Kiedy tylko James dołączył do Syriusza, obaj zajęli się tworzeniem swojego wehikułu czasu zaczynając od rozkręcania nie jednego, ale trzech szkolnych krzeseł. Patrzyłem na to z niedowierzaniem, ale nie komentowałem. Podejrzewałem, że i tak wiedzieli, co o tym wszystkim myślę. W końcu moja mina była bardzo wymowna. To nie ulegało wątpliwości. Taką przynajmniej miałem nadzieję, ponieważ dwójka moich szalonych przyjaciół powinna zdawać sobie sprawę z tego, że nie zachowują się jak każdy inny normalny nastolatek. Może liczenie na to, że dotrze do nich absurd ich pomysłu to trochę zbyt wiele, ale i tak wolałem spróbować. Nie chciałem ich przecież obrazić, ale zdecydowanie planowałem dotrzeć do tych dwóch mózgownic, które miały w sobie bardzo niewiele rozumu i zdrowego rozsądku.
Kogo ja oszukiwałem? Oni nigdy nie wpadną na to, co jest nie tak z ich pomysłami. Tym bardziej, kiedy tak bardzo napalili się na ten.
Przyglądałem się więc w ciszy, jak rozbierali krzesła na czynniki pierwsze. Skąd oni w ogóle je wzięli? Jeśli nauczyciele zauważą braki w salach lekcyjnych na pewno rozpęta się piekło. Na pewno się do nich przywiązali lub po prostu woleli, aby uczniowie siedzieli na ich zajęciach zamiast stać nad nimi.
A może przesadzałem i krzesła pochodziły z rupieciarni, gdzie trzymano wszystkie szkolne niepotrzebne, a czasami także zepsute sprzęty?
- Remusie, mógłbyś tyle nie wzdychać? To irytujące.
- Hm? - wyrwany z zamyślenia spojrzałem na Jamesa.
- Wzdychasz. Co minutę. To działa mi na nerwy i Syriuszowi pewnie również.
Przeniosłem spojrzenie na mojego chłopaka, który wzruszył ramionami.
A więc naprawdę wzdychałem nie wiedząc o tym?
- Eh. - znowu westchnąłem, tym razem całkiem świadomie i zarumieniłem się, kiedy dwójka moich towarzyszy spojrzała na mnie wymownie. - Dobrze, przepraszam! Postaram się więcej tego nie robić. Po prostu nie do końca rozumiem jak chcecie przerobić te krzesła na… no… wehikuł czasu.
- Magią, mój drogi powątpiewający Lunatyku. Magią!
- Więc macie odpowiednie zaklęcia? - zapytałem z podekscytowaniem i niedowierzaniem.
- Mamy? - Syriusz spojrzał zdziwiony na Pottera.
- Yyy… Mówiłem tak na przyszłość… Na razie nic nie mamy. Ale będziemy mieć!
No i znowu westchnąłem, ale tym razem zrobił to także Syriusz, więc nie czułem się ani trochę winny. To nie moja wina, że James planował tak dalece do przodu i pchany do przodu samą wiarą, ponieważ nie miał żądnej pewności, że to, co sobie zaplanował jest możliwe.
- Pamiętasz ten eliksir zmiany płci, który miałeś opracować? - zapytałem. Nie chciałem nacierać mu ran solą, ale jednak powinien wiedzieć, że jego wehikuł to nie jedyny projekt jakiego się podjął. I którego zapewne nigdy nie ukończy.
- Hej! Nie oszukujmy się, nie jestem dobry z eliksirów. Raczej nazwałbym się przeciętnym, zresztą podobnie jak my wszyscy, więc praca nad eliksirem zajmuje trochę więcej czasu niż przypuszczałem!
- Ty w ogóle już nad nim nie pracujesz, J.
- To… nie do końca prawda. Po prostu wyczerpałem wszystkie najbardziej oczywiste pomysły i teraz poszukuję brakującego składnika, inspiracji w naturze…
- Inaczej mówiąc nie masz pojęcia, co robisz.
- Y… prawdę mówiąc to akurat prawda. Chociaż tak w sumie to liczę na szczęście. Wiesz, przypadek. Wszyscy wielcy odkrywcy doszli do czegoś przypadkiem!
Pokiwałem głową nie komentując tego, ponieważ nie miałoby to najmniejszego nawet sensu. Z jednej strony okularnik miał rację, z drugiej jednak opowiadał straszne głupoty. Tyle, że były to bardzo Jamesowe głupoty, więc mogłem się ich spodziewać.
- Dobra, mam dosyć tego rozkręcania. Muszę odpocząć. - Syriusz zostawił swoje liczne śrubokręty i inne przyrządy, które uznali z Jamesem za niezbędne.
Dosiadł się do mnie na moim łóżku i objął mnie ramieniem w pasie, kładąc głowę na moim ramieniu.
Moje nozdrza wypełnił jego przyjemny, świeży zapach. Tak dobrze mi znany i tak przeze mnie uwielbiany, połączony z ostrą wonią wody po goleniu. Ciepła ręka chłopaka spoczęła na moim kolanie i gładziła je lekko, sunąc w górę po moim udzie, a następnie zjeżdżając w dół. To było niczym obietnica. Nie musiał mówić, co planował, ponieważ potrafił przekazać to dotykiem, tymi dwiema sekundami, kiedy jego dłoń zatrzymywała się niedaleko mojego krocza, tym subtelnym, ledwie wyczuwalnym mocniejszym uciskiem palców na mojej skórze.
Jego twarz nie zdradzała nic, dla osoby z zewnątrz jego dotyk był tylko niewinną pieszczotą zakochanego chłopaka. Dla mnie był jednak niczym sprośności szeptane do ucha w odniesieniu do dzisiejszego wieczora, kiedy wymkniemy się wspólnie do łazienki prefektów, a później wrócimy do łóżka i zaśniemy wtuleni w siebie. Po tylu latach związku pewne rzeczy były po prostu oczywiste.
- Wiesz, Remi, kiedy tak się tu bawię z tymi krzesłami, myślę o tym, co będzie kiedyś. - zaczął mi szeptać na ucho. - Widzę nas, kiedy w końcu ze mną zamieszkasz. Ja majsterkuję przy motocyklu, a ty robisz, na co tylko masz ochotę.
- Czyli zastanawiam się, które zaklęcie będzie wystarczająco silne aby usunąć plamy smaru z twoich ubrań? - zachichotałem.
- Jeśli byś chciał…
- Nie. Zdecydowanie bym tego nie chciał. Tak naprawdę to nie wyobrażam sobie życia, kiedy muszę gotować, sprzątać, robić pranie i ogólnie troszczyć się o dom. Co innego ogród. Na tym trochę się znam, ponieważ mama hoduje rośliny do swoich eliksirów, więc myślę, że to mogłoby mi się przydać w pracy. Ale żebym miał zajmować się czymś więcej pełnowymiarowo? Nie… No i przeszkadzałoby mi to w pracy, bo przecież podczas zlecenia nie będę miał stałych godzin.
- Nie chcesz być moją żoneczką?! - Syri udał przejęcie.
- Bardzo zabawne.
Syri posłał mi szeroki uśmiech.
- Ja również nie chcę abyś nią był. Czułbym się koszmarnie, gdyby tak miało być. Od razu przypomina mi się dół Zardi, kiedy nic nie powiedziała, gdy jej były „największy błąd jej krótkiego życia” insynuował ich wspólną przyszłość i to, że miałaby urodzić dziecko, cerować mu ubrania i powiedział żeby uczyła się gotować.
- Nawet mi o tym nie przypominaj! - pisnąłem – Podejrzewam, że ona nadal czuje się jakby zdradziła samą siebie, kiedy sobie o tym przypomina.
- Za to jeśli James jakimś cudem znajdzie sposób na chwilową zmianę płci to przynajmniej mamy kogoś, kto jako pierwszy wypróbuje eliksir. - ten komentarz wywołał uśmiech u nas obu.
Tak, jeśli istniałaby możliwość zmiany płci, Zardi od razu by się temu poddała. Kiedyś mówiła nam, że chciałaby móc zmieniać płeć na życzenie, w zależności od tego, co bardziej jej pasuje danego dnia. Kiedy była młodsza, imponowali jej mężczyźni i chciała być jak oni. Tera oswoiła się ze swoją kobiecością, ale nie była do niej przywiązana i uważała, że wykorzystywanie kobiecych walorów jest poniżające i świadczy o braku szacunku dla siebie.
- Jak to możliwe, że nagle zeszliście na temat Zardi? - James spojrzał na nas ze swojego miejsca na podłodze, gdzie nadal zajmował się rozkręcaniem opornych krzeseł.
- Chyba dlatego, że ona nie wie nic o naszym nowym projekcie, więc będzie wściekła, kiedy dowie się, że nie została wtajemniczona od razu. - Syri wzruszył ramionami odpowiadając na pytanie okularnika, ale widziałem po jego minie, że wcale nie było mu to obojętne. Zardi była dla nas wszystkich jak siostra. - A nie oszukujmy się, będziemy w pewnym momencie potrzebować jej pomocy. Zawsze jej potrzebujemy.
- Ubłagamy ją! - James machnął lekceważąco ręką. - Wiesz, że ona nigdy się długo na nas nie gniewa. Podenerwuje się, może powrzeszczy, potupie i przejdzie jej. Wymyśli co chce na przeprosiny i po sprawie. Ona jest jednym z najbardziej stałych przyjaciół jakich mamy poza sobą nawzajem.
Żaden z nas nie mógł temu zaprzeczyć.
- Dobra, wracam do wehikułu! - Syriusz dał mi buziaka w policzek i zadowolony przesiadł się z łóżka na swoje miejsce na podłodze.
Pokręciłem głową i westchnąłem.
Roześmialiśmy się wszyscy, ponieważ nie robiłem tego, kiedy Syriusz był obok, a teraz znowu z tym zaczynałem. Widać przyjaciele będą musieli jakoś pogodzić się z wydawanymi przeze mnie odgłosami.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Najgłupszy plan na świecie

9 maja
Unosząc brew patrzyłem na Syriusza, który właśnie siłował się ze śrubkami krzesła. By tak pochłonięty swoim zadaniem, że nie zauważył nawet, kiedy wszedłem do pokoju.
Co on znowu kombinował?
- No odkręć się, zołzo jedna! - syknął na śrubę.
Musiał być z nią w bardzo zażyłych relacjach skoro tak jej „słodził”.
Nawet jeśli moja obecność pozostawała niedostrzeżona, nie mogłem narzekać, ponieważ miałem całkiem niezły widok na wypięte w moją stronę pośladki mojego chłopaka, który klęczał przed krzesłem w nieziemsko pociągającej pozycji. Żałowałem tylko, że nie ma ze mną Zardi, ponieważ na pewno miałaby na ten temat coś ciekawego do powiedzenia.
Opierając się o ścianę przy drzwiach wejściowych do pokoju, skrzyżowałem ramiona na piersi i patrzyłem, jak mięśnie pośladków Syriusza poruszają się pod napiętym materiałem jego doskonale leżących spodni.
- No współpracuj ze mną, cholero! Im szybciej się poddasz, tym szybciej dam ci spokój!
Oho, ktoś zaczynał się irytować.
Z trudem powstrzymywałem śmiech i naprawdę byłem ciekaw, co on znowu wymyślił. Na co było mu rozkręcone krzesło? Nie miałem najmniejszego nawet pomysłu, a więc na pewno było to coś absurdalnego, ale pomysłowego. Nie planowałem nawet pytać. Tym bardziej gdyby się okazało, że to jakaś głupota, którą wymyślili razem z Jamesem. A w tym akurat obaj byli naprawdę dobrzy.
Syri zakręcił tyłkiem w taki sposób, że mimowolnie zamruczałem, a moje spodnie zrobiły się trochę ciaśniejsze niż powinny. Za to chłopak podskoczył odwracając się gwałtownie i uderzając łokciem o krzesło, z którym tak się siłował.
Syknął, przeklął i spojrzał na mnie wielkimi, wystraszonymi oczami. Wilkołak we mnie wyczuł zapach jego strachu. Cóż, na jego miejscu pewnie również bym się przestraszył gdybym był przekonany, że jestem w pokoju sam na sam z opornym krzesłem, które nie chciało się nagiąć do mojej woli.
- Merlinie, Remi! Wystraszyłeś mnie!
- Tak, najwyraźniej. - zachichotałem i pochyliłem się nad nim dając mu buziaka, a następnie uklęknąłem przy nim, złapałem go za ramię i pocałowałem miejsce, w które się przeze mnie uderzył. - Wybacz, że w taki bezczelny sposób przerwałem ci randkę ze śrubą.
-  Od… Od kiedy tu jesteś? - zarumienił się, co nie było częste. Zastanawiałam się, co musiał wygadywać do siebie wcześniej skoro tak zareagował.
- Hm… Już chwilę, a dlaczego pytasz? Czyżbyś mówił do siebie coś ciekawego? - drażniłem się z nim. Chciałem żeby się trochę podenerwował, że słyszałem za wiele, niż żeby od razu wiedział jak niewiele w rzeczywistości wyłapałem z jego rozmów ze śrubą.
- Nie wiem o czym mówisz! - rzucił od razu.
- Skoro tak mówisz… Ale może mi powiesz, co właściwie robisz? Co zrobiło ci to krzesło?
- A! Z Jamesem wpadliśmy na pomysł…
- Ok! Nie chcę wiedzieć nic więcej. - uniosłem dłonie w poddańczym geście. - Jeśli wy obaj nad czymś myśleliście i wpadliście na jakiś swój genialny pomysł, wolę się w to nie mieszać.
Syri uśmiechnął się tym swoim czarującym, zarozumiałym uśmieszkiem. - Chociaż… Niech będzie, powiedz mi! - powiedzieć, że byłem niezdecydowany to stanowczo za mało.
- Budujemy wehikuł czasu.
- … - patrzyłem na niego przez chwilę czekając aż powie, że żartuje. Nic takiego jednak nie nastąpiło. - O Merlinie! Teraz żałuję, że zmieniłem zdanie!
Black roześmiał się głośno.
- Przesadzasz, kotku.
- Syriuszu, ty plus James równa się wehikuł czasu? Ty plus James równa się zawsze, ale to zawsze jakaś mała lub duża katastrofa! Nie przypominam sobie żadnego waszego wspólnego pomysłu, który wypadłby dobrze lub chociaż po waszej myśli od początku do końca. Może ty coś sobie przypominasz, ale ja nie potrafię. A więc albo ktoś przeniesie się w czasie tylko częściowo, albo coś wybuchnie, zacznie dymić, zapali się, albo sam już nie wiem. W każdym razie to na pewno nie skończy się dobrze.
- Będzie napędzany ogórkami…
- Merlinie, znowu ogórki?
- Mają właściwości odmładzające, więc czemu nie miałyby przenieść nas w czasie…
Podniosłem się z podłogi, podszedłem do swojego łóżka i padłem na nie ciężko. Ukryłem twarz w dłoniach, starając się oddychać głęboko.
Wehikuł czasu w wykonaniu Jamesa Pottera i Syriusza Blacka. Przecież to na odległość śmierdziało problemami. Już pomijałem fakt, że uważałem to za zadanie niemożliwe. Jasne, słyszałem o różnych przedmiotach, które cofały czas, ale to były legendy i mity. Nikt nie udowodnił, że coś takiego istnieje naprawdę. Gdyby tak było, ludzie staraliby się naprawić każdy swój najmniejszy błąd, nie wspominając już o tym, że moi rodzice zrobiliby wszystko, abym nie był wilkołakiem, gdyby tylko istniała taka okazja. A czarodzieje zabici przed Grindelwalda? Rodziny masowo cofałyby czas i robiły, co w ich mocy, aby ich bliscy nie spotkali się z szalonym i rządnym władzy czarodziejem. Nie, cofnięcie czasu zdecydowanie było czymś niemożliwym. A skoro przez tak wiele tysiącleci nikt nie zdołał cofnąć czasu, a jedynie o tym marzyć, to na pewno nie uda się to dwójce szalonych nastolatków z obsesją ogórkową.
- Więc może się ze mną założysz? - głos Syriusza zabrzmiał bliżej mnie. Kiedy odsłoniłem twarz, siadał właśnie na moim łóżku, a materac ugiął się pod jego ciężarem. - Załóżmy się, że w przeciągu … czy ja wiem? Pięciu lat, mi i Jamesowi uda się skonstruować…
- Syriuszu, jeśli myślisz, że za pięć lat będę pamiętał, że założyłem się z tobą o coś tak durnego…
- Dobra, może to kiepski pomysł, ale na pewno istnieje zaklęcie, które nam przypomni o zakładzie. Znajdziemy jakieś i wtedy się założymy, co ty na to? Przegrany… - chłopak wyraźnie nie miał pomysłu na to, co będzie musiał robić przegrany. - Przegrany będzie przez 4 godziny chodził przebrany za jednorożca! Mając w tyłku ogon doczepiony do wibratora.
- O mamo! - jęknąłem. Cóż za durny zakład! Czy ja naprawdę będę chciał za pięć lat oglądać Syriusza w jakimś głupim przebraniu jednorożca z jakąś zabawką w tyłku? Nie miałem bowiem wątpliwości, że wygram i to mój głupiutki chłopak będzie musiał paradować przez tyle godzin z obcym przedmiotem między pośladkami. - To najdurniejsze, co słyszałem, Syriuszu. - wydusiłem z siebie.
- Jestem pewny wygranej i nie widzę powodów do wahania jeśli i ty jesteś pewny swego!
- To głupota, ale niech będzie. - westchnąłem. - Tylko musisz znaleźć zaklęcie, które to przypieczętuje, ponieważ ja nie planuję sobie zaprzątać głowy czymś tak idiotycznym. Tym bardziej na całe pięć lat!
- Och, nie martw się. Już ja zadbam o to, żeby zostało nam to przypomniane i żeby założenia zakładu zostały wyegzekwowane. - na ustach chłopaka pojawił się uśmiech drapieżnika.
- Wracaj do swojej śruby. - przewróciłem oczyma. - Jeśli masz zamiar wygrać, lepiej zabieraj się do pracy, a kiedy będziemy się uczyć w bibliotece, pomyśl dodatkowo o znalezieniu zaklęcia. Ja muszę odpocząć psychicznie po tym, jak zaśmieciłeś mój umysł absurdem. - moje westchnienie było tak głośne, że pewnie słyszała je cała szkoła. Problem w tym, że naprawdę czułem się wykończony po tym, co usłyszałem od mojego chłopaka. I pomyśleć, że miałem go za mądrzejszego. James zdecydowanie źle na niego działał. Już sam wehikuł był całkowitym absurdem, a co dopiero zakład z jednorożcem w tle.
Ponownie zasłoniłem oczy i próbowałem sobie wyobrazić ponad dwudziestoletniego Syriusza z rogiem na czole, w białym, obcisłym wdzianku bez pośladków i z kolorowym ogonem wystającym z umięśnionego tyłka. Jeśli coś takiego przyśni mi się w nocy, na pewno obudzę się z krzykiem. Wątpiłem, aby w przeciągu pięciu lat miało mnie to zacząć kręcić, abym na tym zakładzie naprawdę coś zyskał, ale widziałem po minie mojego chłopaka, że był zdecydowany, kiedy składał mi tę propozycję.
Wehikuł czasu i erotyczny jednorożec.
To brzmiało jak tytuł bardzo słabej książki.

niedziela, 17 marca 2019

Apokalipsa zombie

6 maja
Byłem zmęczony i sam nie wiedziałem dlaczego. Przecież nic dzisiaj nie robiłem. Fakt, czasami stawałem się zmęczony z powodu nieróbstwa, ale nie przypuszczałem, że będzie tak akurat dzisiaj. Co różniło ten dzień od innych? Nic. Po prostu nigdy nie sądziłem, że akurat moje aktualne dzisiaj będzie należało do tych kiepskich, kiedy to moja psychika będzie dawała mi się we znaki.
- Potrzebujesz jedzenia.
- Hm? - spojrzałem na Syriusza, który siedział obok mnie na sofie przy kominku i stoliku w Pokoju Wspólnym.
- Jesteś blady, widzę jak ciapiesz oczami. Potrzebujesz energii, a ona jest w jedzeniu.
- Od kiedy jesteś specjalistą w tej dziedzinie? - spojrzałem na niego z miną mówiącą „nie zaczynaj ze mną, bo nie jestem w nastroju”.
- Od kiedy chodzę i sypiam z wilkołakiem, którego znam lepiej niż on sam zna siebie. - Syriusz wcale nie wydawał się przejmować moim ostrzegawczym spojrzeniem i wymowną miną. Wręcz przeciwnie. Podejrzewałem, że gdyby miał okazję i ochotę denerwowałby mnie specjalnie, abym tylko rozładował jakoś napięcie.
Westchnąłem poddając się.
- Niech ci będzie. - nie było sensu żebym się z nim sprzeczał. Tym bardziej, że mógł mieć rację.
Nazywałem się Remus Lupin, byłem wilkołakiem i czarodziejem uczącym się w Hogwarcie, Szkole Magii i Czarodziejstwa. To chyba oczywiste, że nie wszystko w moim życiu było jasne i klarowne.
Syri uśmiechnął się szeroko, jakby tylko na to czekał. Aż podskoczyłem, kiedy nagle krzyknął:
- Zardi! Wnoś!
Rozejrzałem się po Pokoju. Grający w szachy Peter i James spojrzeli na Blacka, a następnie również zaczęli świdrować wzrokiem wnętrze.
- Spokojnie, dotrze tu. Pewnie przeżuwa…
- Słyszałam to, Black! I gdybym nie trzymała talerza, dostałbyś w łeb. - Zardi pojawiła się za chłopakiem jakby znikąd. W rękach trzymała naprawdę wielki wspomniany talerz, na którym ułożona była kopka donatów. - Częstujcie się! A w szczególności ty, Remusie. - dziewczyna uśmiechnęła się do mnie szeroko. - Utuczę cię, jak zła czarownica Jasia. - wyszczerzyła się nagle. - A później będę używać jako miękkiej podusi.
Syriusz ze skwaszoną miną odchylił głowę do tyłu, aby spojrzeć z dołu na stojącą nad nim dziewczynę i w ten sposób wyrazić swoje niezadowolenie z jej komentarza. Nie wierzyłem, że naprawdę jest zazdrosny, ale wypadało zareagować, więc to robił.
- O, stolik! - dziewczyna położyła mu talerz na czole.
- Zabiję…
- Ja również cię kocham. - Zardi nic sobie nie robiła z jego gróźb.
Zresztą ja również nie. Podczas kiedy oni się ze sobą drażnili, ja sięgnąłem po donata i za jednym zamachem odgryzłem niemal połowę. Był miękki, aromatyczny i jeszcze ciepły. Pochłonąłem go szybko i sięgnąłem po kolejny. Ten był czekoladowy i miał w środku śmietankowe nadzienie. Zdążyłem porwać dwa jednocześnie, zanim Peter i James dorwali się do talerza.
- Nie karmią was w tej szkole, czy jak? - Zardi spoglądała trochę zaskoczona na jedzącego szybko Petera oraz wpychającego do ust całego donata Jamesa. Jeśli dodać do tego tempo, w jakim ja zjadłem swoje, rzeczywiście miała podstawy by zadać to pytanie.
Zawstydzony zarumieniłem się.
- Nie przejmuj się nią i jedz. - Syriusz uścisnął moją dłoń i uśmiechnął się. - Zardi, zabieraj ten talerz z mojego czoła!
- Tak, tak. - dziewczyna podniosła go, a Syri odetchnął z ulgą.
Rozmasował szyję i ponownie posłał mi zachęcający uśmiech.
Odpowiedziałem na to tym samym, czując się znacznie lepiej, niż jeszcze przed chwilą. Nie wiem, czy naprawdę zawdzięczałem to jedzeniu i przyjętym właśnie cukrom, ale zdecydowanie byłem zadowolony z faktu, że mogę siedzieć wśród przyjaciół i opychać się kaloriami bez obaw, że mój chłopak będzie miał pretensje, kiedy przybędzie mi dodatkowy kilogram lub dwa. Byłem prawdziwym szczęściarzem.
- A ty? - zapytałem w końcu przyjaciółkę, kiedy zauważyłem, że podczas kiedy my się objadaliśmy, a Syriusz pościł z racji swojej niechęci do słodyczy, Zardi nie poczęstowała się ani jednym donatem.
- Nie, dzięki. Odchudzam się.
Przestałem przeżuwać w tym samym czasie, co J. i Peter, a następnie wszyscy, wliczając Syriusza, spojrzeliśmy na dziewczynę.
- Że co? - wydusił James niewyraźnie, ponieważ jego usta były wypchane pączkowym ciastem.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Najwyraźniej nie miała ochoty tego tłumaczyć, ale uznała, że powinna rzucić trochę światła na całą sytuację.
- Odchudzam się żebym łatwiej było mi się poruszać, do tego powoli zaczęłam ćwiczyć mięśnie. No wiecie, brzuch, nogi i podnoszę jakie małe ciężarki, aby mieć więcej siły w ramionach. Myślę też o wzmocnieniu uścisku dłoni. - gdybym nie bał się, że przeżuty do połowy donat wypadnie mi z ust, pozwoliłbym swojej szczęce opaść trochę w dół. - Hej, to na wypadek apokalipsy zombie, dobra?
- Czegoś ty się znowu naczytała? - zapytałem.
- No właśnie niczego. Niczego związanego z zombie. Od całych wieków nie czytałam niczego o apokalipsie zombie, ale tak jakoś ostatnio przyszło mi do głowy, że może przydałoby się na nią przygotować. Tak na wszelki wypadek.
- Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? - Syriusz wyciągnął rękę i dotknął jej czoła. - Nie masz gorączki? Albo jakiejś egzotycznej choroby?
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Syri byłby w niezłych opałach.
- Ostatnio czytam same romanse, a przynajmniej najróżniejsze gatunki z romansem w tle i na zombie nie trafiłam w żadnym z nich, ale tak się nagle zaczęłam zastanawiać, co by było gdyby. Z moją aktualną siłą pięcioletniego dziecka, nie miałabym szans. A tempo mojego uciekania i wytrzymałość również zostawiają wiele do życzenia. Byłabym jedną z pierwszych ofiar apokalipsy zombie! Nie mogę do tego dopuścić, więc postanowiłam o siebie zadbać.
Syriusz przetarł twarz dłońmi i westchnął głośno, głęboko, niczym ojciec, który zastanawia się, jak wyjaśnić dziecku po raz tysięczny, że nie kupi mu zabawki, na którą dziecko nalega.
Wróciłem do jedzenia, podobnie zresztą jak dwójka innych łasuchów w naszym gronie i nie skomentowałem wypowiedzi przyjaciółki. Najdziwniejsze było to, że chociaż doskonale wiedziała, że to, co mówi jest niemożliwe i nie grozi nam żadna apokalipsa zombie, to jednak potrafiła traktować to poważnie. Jak ona to w ogóle robiła? Jak można w coś nie wierzyć, a jednak zachowywać się tak, jakby było to możliwe lub pewne? Chyba tylko ona potrafiła coś takiego robić.
To jak nie wierzyć w Świętego Mikołaja, ale nadal pisać do niego listy, bo to jednak ma swój czar, a on może kiedyś okazać się prawdziwy, kiedy niemożliwe stanie się możliwe.
To było tak skomplikowane, że sam nie mogłem tego pojąć, a co dopiero zrozumieć.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym, prawda? - Syri pokręcił głową nadal nie mogą uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Przynajmniej to dało się odczytać z jego miny.
- Tak, wiem, ale i tak dzięki.
Bardzo szybko poradziliśmy sobie z większą częścią przyniesionych przez dziewczynę smakołyków. James i Peter zapomnieli nawet o szachach, kiedy objadali się, chociaż byli już pełni i z trudem mieścili w sobie kolejne donaty. Sam zjadłem jednak o jednego lub nawet dwa za dużo i teraz czułem się, jakbym miał się już więcej nie podnieść ze swojego miejsca. Byłem wielki, ociężały i ważyłem chyba piętnaście kilogramów więcej, niż przed pojawieniem się Zardi.
- I teraz, kiedy widzę jacy jesteście objedzeni, wyobraźcie sobie, że zostajecie zaatakowani przez bandę pożerających ludzi zombie i musicie uciekać aby się ratować.
- O trupach przy jedzeniu?! - Potter skrzywił się i wydawało mi się, że pozieleniał na twarzy.
- No, co? Myślisz, że one będą dbać o to, czy coś jesz, czy nie, kiedy zaatakują? Będą jęczeć, śmierdzieć i… O właśnie sobie przypomniałam, że jednak czytałam coś o zombie. Nie o apokalipsie, ale jednak jakieś zombiaki się tam pojawiały… Tyle, że było ich niewiele i łowcy zawsze je zabijali…
- Zwymiotuję. Jeszcze jedno słowo o zombie i będę rzygał. - James naprawdę był teraz zielony.
- Dobra, dobra. Już się zamykam. - Zardi podniosła ręce w pojednawczym geście. - Jeszcze donacika? - podsunęła okularnikowi talerz.

środa, 20 lutego 2019

Kartka z pamiętnika CCCXL - Victor Wavele

UWAGA! LEMON! +18

To był jeden z tych dni, kiedy czułem się, jak dziecko, które pragnie bliskości matki. Od rana nie myślałem o niczym więcej, jak tylko o tym aby zaszyć się w gabinecie Noela, porwać go w objęcia i tulić niczym pluszowego misia. Naprawdę potrzebowałem jego bliskości, czułości, ciepła. Rzadko mi się to zdarzało, ale jednak były dni takie jak ten, kiedy nie liczyło się nic innego, jak tylko ja i moje potrzeby.
Noel znał je doskonale.
- Chodź tutaj! - Noel wciągnął mnie w zagłębienie w ścianie, w którym jeszcze niedawno stał oddany do naprawy i czyszczenia posąg. Któryś z uczniów mógł pojawić się tu w każdej chwili, a jednak mój mężczyzna nic sobie z tego nie robił. Zacisnął dłoń na moim karku i przyciągnął mnie do pocałunku.
Nie walczyłem z dominacją, jaką się wykazał, z siłą, którą w tamtej chwili emanował. Tego właśnie od niego potrzebowałem i to dostawałem.
Oddałem pocałunek, którym on kierował, otworzyłem się na niego, a on wtargnął językiem w moje usta i penetrował je z taką dokładnością i siłą, że między nogami czułem pierwsze mrowienie bliskiej erekcji.
- Teraz mam jeszcze lekcje, ale jeśli wytrzymasz jeszcze tę chwilę, zajmę się tobą. - obiecał.
- Wiesz przecież, że na ciebie zawsze będę czekał, nieważne jak długo. - zamruczałem.
- Nie czaruj. - rozbawiony pogładził mój zarośnięty od lekkiego zarostu policzek.
Rozstaliśmy się, jakby nigdy nic. Dzisiaj Noel naprawdę miał w nosie, czy ktoś dojdzie do tego, co nas łączy, czy też nie. Był silny i zdecydowany dla mnie. I jak mogłem go nie kochać, skoro tak jak ja miałem dni, gdy potrzebowałem odpocząć od dominacji, tak on miewał swoje dni, gdy chciał być górą w tym związku.
Pasowaliśmy do siebie idealnie.
Ponieważ moje lekcje w dniu dzisiejszym już się skończyły, postanowiłem poczekać na Noela u niego. Ułożyłem się w ulubionym fotelu i pozwoliłem myślom krążyć swobodnie. Zresztą i tak nie miałem, co liczyć na to, że mój mózg zacznie funkcjonować tak, jakbym sobie tego życzył. Cały mój organizm nastawił się na odbiór bodźców ze świata, a hormony przewodziły wszystkie emocje tłumiąc te pozytywne, za to wzmacniając negatywne.
Nienawidziłem dni takich jak ten, ponieważ nie mogłem się wtedy zabrać za pracę wymagającą więcej przygotowań, jako że mój umysł działał wtedy inaczej niż zwykle. Nie mogłem się skupić, rozbiłem się sentymentalny, kiedy już się rozproszyłem, wiele czasu zajmował mi powrót do poprzedniego zajęcia i byłem bardzo niezdecydowany.
Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila, kiedy Noel pojawił się w swoim gabinecie. Spojrzałem na zegarek i zaskoczony stwierdziłem, że moja „chwila” wcale nie trwała chwilę. Noel skończył już swoje zajęcia i teraz przyszedł spełnić wszystkie swoje obietnice, zarówno te wypowiedziane na głos, jak i te bezgłośne, które wykrzykiwały jego oczy.
- Mój biedny, chłopiec… - zamruczał tonem, jakim mógłby zwracać się do małego dziecka i podszedł do mnie siadając mi na kolanach bokiem. Następnie wykonał lekki skręt i objął mnie mocno, wsuwając dłonie w moje włosy, masując skórę głowy, mrucząc mi cicho do ucha. - Na co masz ochotę kochanie?
Objąłem go w pasie i gładziłem dłonią jego plecy, wsuwając ją pod materiał jego swetra.
Na co miałem ochotę? Już teraz czułem się zdecydowanie lepiej mając go tak blisko.
- Chcę cię poczuć głęboko w sobie. - zdecydowałem w końcu.
Noel odsunął się ode mnie na tyle, aby móc spojrzeć mi w twarz. Był zaskoczony i nie mogłem się temu dziwić. Wątpiłem by którykolwiek z jego byłych kochanków prosił go o coś podobnego tylko dlatego, że miał z jakiegoś powodu parszywy dzień. Tyle, że ja nie byłem jego były. Byłem tym, który go zaakceptował, zmienił, pozwolił mu być sobą i planował spędzić z nim resztę życia.
- Jeśli nie chcesz… - zacząłem, ale zamknął moje usta swoimi, złapał mnie za dłoń spoczywającą na jego biodrze i przycisnął ją do swojego wyczuwalnie pobudzonego krocza.
A więc wizja seksu ze mną, kiedy to on jest górą go podniecała… To interesujące. Nawet bardzo. I na pewno warte wykorzystania w przyszłości.
Zacisnąłem lekko palca na wypukłości jego spodni i uśmiechnąłem się pod jego wargami.
- Chodźmy do sypialni. - wymruczałem kącikiem ust. Wsunąłem dłoń pod jego kolana, mocno złapałem jego plecy i wstałem z nim na rękach.
Noel wtulił się w moją szyję, całując ją i podgryzając.
- Mmm, lubię kiedy mnie nosisz. Czuję jak napinają się twoje mięśnie, jak twardnieją…
- Nie tylko one twardnieją, kiedy mam cię na rękach. - zauważyłem. - Kiedy to robię wiem, że będę się z tobą kochał, więc reaguję niczym pies Pawłowa.
Przeszedłem do przylegającej do gabinetu sypialni i rzuciłem kochanka na łóżko. Zapiszczał rozbawiony i ułożył się od razu wygodnie.
- Rozbierz się. - polecił z pewną władczością, która mi się spodobała, ponieważ miała w sobie tę nutę poddaństwa. Całe moje ciało czuło, że Noel rozkazywał mi tylko dlatego, że ja mu na to pozwoliłem.
Zacząłem więc powoli zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania, zaczynając od butów, a następnie przechodząc do skarpet i dalej, poprzez mniej istotne części garderoby, aby ostatecznie dotrzeć do tych naprawdę istotnych.
Przez cały ten czas Noel ani na chwilę nie oderwał ode mnie wzroku, masując powoli swoje krocze, które było wyraźnie pobudzone.
- Czyżby podobało ci się to co widzisz? - zapytałem znając doskonale odpowiedź.
- Jeszcze jak!
- Więc rozbieraj się, kochanie!
Mój kochanek szybko pozbywał się swoich ubrań nadal nie spuszczając ze mnie spojrzenia, jeśli tylko nie musiał. Każdy kawałek odsłanianej skóry był piękny. Gładki i jasny niczym pokryty lukrem.
Usiadłem na łóżku naprzeciwko niego z szeroko rozsuniętymi nogami i palcem pokazałem mu aby się do mnie zbliżył. Przysunął się więc i usiadł z nogami po obu stronach mojego ciała, więc dosunąłem się, układając swoje po obu stronach jego bioder. Byłem tak blisko, że moje krocze dotykało jego. Westchnąłem i przyciągnąłem go za szyję do pocałunku. Gwałtownego, wygłodniałego, gorącego. Nasze języki wydawały się kochać, a westchnienia splatały w jedno.
Niechętnie odsunąłem się od niego, by polecić aby wyjął z szafki nocnej oliwkę. Noel wygiął się więc i sięgnął, a jego twardy penis otarł się o mój w cudowny sposób.
Wyjąłem z jego dłoni buteleczkę, kiedy tylko znowu usiadł prosto i wycisnąłem sporą jej ilość na jego rękę. Następnie wygiąłem się do tyłu, opierając rękoma za plecami, aby ułatwić mu dostęp do najintymniejszej części mojego ciała. Jego twarz była rumiana z podniecenia, a oczy wielkie i błyszczące, kiedy wpatrywał się w moje wejście. Widziałem jak drżały mu dłonie, kiedy zbliżył jedną z nich do moich pośladków i powiódł palcem po zgłębieniu między nimi.
W końcu ciepły, wilgotny palec zaczął masować moje wejście coraz mocniej, aby rozluźnić mięśnie. Noel wyczuł chwilę, w której mógł wsunąć we mnie palec. Westchnąłem kiedy to zrobił, przebijając się przez ciasny pierścień. Oddychałem głęboko chłonąć to doznanie. Noel odważnie wepchnął go głęboko, odczekał chwilę, a następnie zaczął nim poruszać, przy okazji wyszukując nim tego złotego punktu, który mógł sprawić, że zobaczę gwiazdy. Mój jęk i drżenie były dla niego wystarczającym znakiem, że na niego trafił. Nie bawił się jednak długo, ponieważ szybko zmusił mnie do tego, abym przyjął w siebie także jego drugi palec. Wiązało się to z lekkim szczypaniem nieprzyzwyczajonych mięśni, ale było także cudownie podniecające. Noel pracował wytrwale, a ja cierpiałem katusze. Nasienie zlewało się po moim członku, który wydawał się gotowy do wybuchu, ale nie mógł tego zrobić, jeszcze nie teraz.
- Victorze, nie wytrzymam, chcę być już w środku. - jęk mojego narzeczonego był tak pełen cierpienia, że nagle moje własne wydawało mi się wręcz śmieszne.
- Więc wejdź.
- Ale…
- Jestem dużym chłopcem, wytrzymam. - rzuciłem podnosząc biodra i wsuwając między nie poduszkę, aby znajdowały się w lepszej i wygodniejszej dla nas obu pozycji.
Noel przełknął ciężko ślinę, wyjął palce i pokrył śliską oliwką swój członek. Następnie ustawił się i zaczął powoli pchać do przodu. Moje wejście płonęło, ale oddychałem głęboko, dłonie zacisnąłem na pościeli.
To było dla mnie obcym, ale przyjemnym uczuciem. Tego dziś potrzebowałem. Rozpalony, skupiony Noel był cudownie piękny.
Kiedy główka jego penisa przekroczyła pierścień mięśni, zatrzymał się dając mi chwilę. Zaczął pocierać pięścią mój członek, co przyniosło spodziewany efekt i pozwoliło mi przyjąć go ostatecznie w całości.
- Tak dobrze… - wydyszał pochylając się nade mną i całując moje usta zachłannie. Nie wiem czy zdawał sobie z tego sprawę, ale jego biodra nie czekały już na moją gotowość, ale zaczęły poruszać się zdecydowanie w tył i pchać do przodu.
Jęknąłem, westchnąłem, a Noel znalazł moją prostatę i teraz ocierał się o nią swoim członkiem za każdym razem, kiedy wykonywał ruch.
W pewnym momencie jego pchnięcia nabrały tempa i jeszcze więcej zdecydowania. Ściskając w pięściach pościel poruszałem się odpowiadając na każdy jego ruch swoim własnym. Jedną dłonią sięgnąłem do swojego członka i stymulowałem go w rytmie, w jakim jego biodra uderzały o moje pośladki.
Kilkanaście mocnych, szybkich i celnych pchnięć później Noel szczytował, a ja razem z nim. To dziwne, ale czułem się odświeżony, odnowiony, naprawiony.
- Noelu… - wyszeptałem w ekstazie, podczas gdy on szeptał moje imię raz za razem wypełniając mnie swoim nasieniem.

środa, 16 stycznia 2019

Kartka z pamiętnika CCCXXXIX - Andrew Sheva

Chociaż oficjalnie treningi w największym paryskim klubie quidditcha miałem rozpocząć dopiero po ukończeniu szkoły, zostałem zaproszony do udziału w jednym nadprogramowym, aby zacząć samodzielnie pracować nad dotrzymaniem tempa swojej przyszłej drużynie, czego nie mogłem zrobić, nie wiedząc, jak ćwiczą na co dzień. Wykorzystałem okazję, aby zatrzymać się na noc w domu, zamiast wracać od razu do szkoły. Fabien wiedział, że planuję spędzić z nim trochę czasu, toteż nie spodziewałem się tego, co zastałem, kiedy tylko przekroczyłem próg
Stałem jak spetryfikowany w drzwiach, patrząc na kochanka, jakbym zobaczył ducha. Chociaż przyznaję, że duch mniej by mnie zaskoczył, niż to, co właśnie miałem przed oczyma.
- Wszystko ci wyjaśnię! - rzucił na wstępnie Fabien, co brzmiało jak „jestem winny wszystkiego, o co właśnie chcesz mnie oskarżyć”.
- Mam nadzieję. - zdołałem się w końcu ruszyć i wszedłem w głąb domu.
Merlinie, naprawdę nie wiedziałem, jak powinienem zareagować widząc mojego wysokiego, barczystego, silnie zbudowanego i umięśnionego kochanka w różowej sukience z falbanek narzuconej na jego codzienne ubrania, z diademem we włosach i w koszmarnym makijażu. No dobrze, nie byłem głupi i nie przyszło mi nawet do głowy, że zrobiłby to specjalnie, ponieważ nagle odkrył w sobie jakąś kobiecą część swojej natury. Mimo wszystko i tak nie wiedziałem, co powiedzieć lub zrobić, kiedy powitało mnie coś takiego.
-  Kuzynka nie miała, co zrobić z córkami, więc podrzuciła je do mnie. - Fabien właśnie starał się wydostać z wściekle różowych falbanek. - Nie zajmuję się na co dzień dziećmi, więc nie wiedziałem, co robić, ale matka tych małych potworków była już przygotowana na wszystko. To ona dała mi tę cholerną szmatę… Pomóż mi z tego wyjść! - westchnął błagalnie, ponieważ właśnie zaklinował się do tego stopnia, że falbanki zasłaniały mu twarz i nie pozwalały się ruszyć w żadną stronę.
Westchnąłem i podchodząc do niego odczepiłem materiał od diademu, w który się zaplątał, po czym pomogłem kochankowi zdjąć sukienkę.
- Dziękuję. - rzucił z westchnieniem ulgi. - Wcisnęła mi też zestaw dziecięcych przyborów do makijażu i powiedziała, że dziewczynki będą wiedziały, co robić. Teraz rozumiem dlaczego nikt inny nie chce się nimi zajmować. - mężczyzna wziął wilgotną chusteczkę i zaczął wycierać nią twarz. Jeśli to w ogóle możliwe, rozmazał „makijaż” jeszcze bardziej, niż był on rozmazany do tej pory. - Powiesz coś? - spojrzał na mnie w sposób, którego nie dało się odczytać. Nie było w nim ani strachu, ani niepewności, w sumie sam nie wiem, czego mógłbym się doszukać zamiast tego.
- Nadal przetwarzam informacje, które mi podałeś i staram się zapomnieć o tym, jak koszmarnie wyglądasz w różowych falbankach.
- Wyobraź sobie, że nie dały mi możliwości wyboru koloru i kroju. - prychnął, a ja w końcu się roześmiałem.
Ryczałem ze śmiechu klęcząc na podłodze i trzymając się za brzuch. Najwyraźniej pierwszy szok opadł i teraz moje emocje w końcu zaczęły docierać tam, gdzie powinny.
- Bardzo zabawne, naprawdę. - w głosie Fabiena nie było jednak za grosz urazy, czy też złości, a jedynie ciepło, które zawsze tam było.
Potrzebowałem dłuższej chwili, aby się uspokoić, co przypłaciłem czkawką. Po zaledwie dwóch minutach czułem już z tego powodu ból żołądka, ale jednak naprawdę sobie na to zasłużyłem.
Fab wziął mnie na ręce i posadził sobie na kolanach, kiedy rozsiadł się w salonie już umyty jak należy. Podał mi kubek soku pomarańczowego i głaskał po biodrze czekając.
Koło dziesięciu minut męski później pozbyłem się czkawki i teraz miałem tylko nadzieję, że nie wróci.
- Nie wierzę, że ubrałeś na siebie coś takiego. - rzuciłem oddychając głęboko, uspokajająco.
- A co miałem zrobić? Błagały, a sądząc po rozmiarze tej sukienki, była robiona specjalnie dla mnie. A to znaczy, że każdy, kto się nimi opiekował musiał przejść przez herbatkę u Królowej. Cieszę się tylko, że nie przyniosły ze sobą małego stolika i tycich krzesełek, bo gdybym jakimś cudem wbił w nie dupsko, to prawdopodobnie teraz byś musiał je rozcinać, żeby mnie uwolnić.
- Było aż tak źle? - uśmiechnąłem się wodząc palcem po jego szyi. Podobał mi się fakt, że mój kochanek nie miał nic przeciwko zajmowaniu się dziećmi. Wprawdzie zakładanie rodziny nam nie groziło, ale uważałem, że mężczyzna opiekujący się maluchami i bawiący się z nimi ma w sobie coś seksownego. Nawet jeśli jest zmuszony do chodzenia w absurdalnych ciuchach i noszenia koszmarnego makijażu robionego przez kilkuletnie dziewczynki.
- Dwie godziny sączenia z pustej filiżanki, która mieściła się w mojej dłoni… Czułem się jak jak olbrzym.
- Przy tych dziewczynkach wyglądałeś na olbrzyma… Merlinie, Fabienie, przecież ty jesteś olbrzymi nawet przy mnie! - zaśmiałem się szczerze.
Nie dało się ukryć, że Fab był sporych rozmiarów mężczyzną i to nie tylko w spodniach. Przy nim moje raczej drobne ciało wydawało się delikatne, a przecież wcale nie prezentowałem się najgorzej. Tyle, że on był zdecydowanie wyższy, o wiele szerszy w ramionach, a tym samym jego kości oraz mięśnie wydawały się dwa, może nawet trzy razy większe od moich. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy na szkolnym korytarzu, nie mogłem mu się oprzeć. Jego ciało obudziło we mnie niesamowite pożądanie. Wcześniej sam nie byłem pewny, jaki typ mężczyzny jest tym moim, ale kiedy poznałem Fabiena, szybko zrozumiałem, że moje życie seksualne byłyby niezadowalające bez tak sporego mężczyzny u mojego boku. Nie chodziło jednak o to, że lubiłem czuć się mały, niewinny i bezbronny, ale o to cudowne uczucie, jakie towarzyszyło wtulaniu się w ciało większe i silniejsze ode mnie.
Ta myśl obudziła we mnie pragnienie dotykania tego imponującego, wspaniałego mężczyzny, który należał tylko i wyłącznie do mnie.
- Zdejmij podkoszulek. - poleciłem mu. Fabien był całkiem niezły w wykonywaniu poleceń, więc byłem pewny, że spełni i to. - Dobrze. - pochwaliłem, kiedy zdziwiony zdjął z siebie ubranie, ale nie zadał ani jednego pytania o cel.
Położyłem dłonie na gorącej skórze jego szerokiej, umięśnionej piersi i przesunąłem po niej rękami, rozkoszując się teksturą jego ciała, łaskotaniem włosków, ruchami mięśni, które napinały się, kiedy potrąciłem w pewnym momencie jego lewy sutek.
- Andrew?
- Cicho, daj mi się pozachwycać! - uciszyłem kochanka i kontynuowałem dotykanie i podziwianie jego klatki piersiowej.
Fabien zdecydowanie zaliczał się do imponujących przedstawicieli naszego gatunku. Nic dziwnego, że ilekroć wyszedł na miasto, kobiety oglądały się za nim i byłem pewny, że ślinka im ciekła na samą myśl o tym, co musi się kryć pod opinającymi jego ciało ubraniami.
- Wiesz, chyba wprowadzę dla ciebie zakaz noszenia podkoszulka, koszuli czy swetra, kiedy jesteśmy obaj w domu.
- Nie widzę problemu, jak długo jest ciepło.
- W weekendy będziesz chodził tylko w bieliźnie. - fantazjowałem nieprzerwanie go dotykając.
Zmieniłem pozycję, siadając okrakiem na kolanach kochanka i przysunąłem się bliżej jego ciała. Wybrzuszenia naszych spodni otarły się o siebie. Zaczynałem się podniecać sunąc to palcami, to znowu całymi dłońmi po jego cudownie zbudowanym ciele.
- Jeśli chcesz. - zamruczał kładąc dłonie na moich pośladkach i ściskając je mocno, czym wyrwał z moich ust zadowolone westchnienie.
Zmieniłem kąt ustawienia dłoni i tym razem dotykałem twardych mięśni na brzuchu Fabiena, co nagrodziło wyraźnie rosnące wybrzuszenie jego spodni.
- Komuś się podoba mój dotyk… - rzuciłem figlarnym tonem.
- Podoba? Ja kocham twój dotyk, kociaku. Mój drugi mózg właśnie przejmuje nade mną kontrolę, więc jeśli nie zabierzesz tych wspaniałych rąk z okolic mojego podbrzusza, przerzucę cię przez oparcie sofy i wezmę tu i teraz bez wspólnego prysznica, a wiem, że cuchnę cukierkami.
Roześmiałem się, ponieważ nie mogłem nawet zaprzeczyć. Fabien pachniał tak słodko, że z trudem mogłem to znieść, kiedy zbliżałem nos bezpośrednio do jego ciała.
- Rozumiem, że czymś cię skropiły?
- Tak. Wylały na mnie połowę jakiegoś różowego, cukierkowego świństwa, które nazywały perfumami, chociaż ja nazwałbym to wodą spod żelek.
- No dobrze. Niech będzie, wykąpiemy się razem i zmyję z ciebie ten zapach dziewczęcych sukienek.
- Będę wdzięczy, kochanie. - Fabien wstał trzymając mnie za pośladki, dzięki czemu bez problemu mogłem opleść go nogami w pasie.
Uwielbiałem jego siłę. Zresztą, było niewiele cech, za którymi nie szalałem, kiedy chodziło o Fabiena.

środa, 26 grudnia 2018

Christmas Special 2018 - Andrew Sheva x Fabien Trezeguet

UWAGA!
TEMATEM PRZEWODNIM ŚWIĄTECZNEJ NOTKI SPECJALNEJ JEST MPREG (MĘSKA CIĄŻĄ).
JEŚLI NIE GUSTUJECIE W TEJ TEMATYCE, DORADZAM POMINIĘCIE TEGO WPISU.

Boże Narodzenie. Sezon cudownych chwil dla rodzin, a jednocześnie koszmar dla ciężarnych przechodzących przez okres zachcianek. Przyozdobione z przepychem domy i ogrody, starty brudnych naczyń w zlewach, wypełnione po brzegi lodówki i ten jeden problem, którego nie sposób zignorować – silna potrzeba zjedzenia czegoś, czego akurat tego dnia nie ma w tej wypchanej świątecznie lodówce.
Ciepła, rozgrzana od ciał pościel, delikatna, puszysta piżama, rozkosz leżenia w łóżku, cudowne sny, które wprawiają w cudowny nastrój rankiem i to nieznośne burczenie w brzuchu oraz ochota na coś konkretnego, ale niedostępnego na wyciągnięcie ręki.
Andrew pogładził się po całkiem sporym brzuchu, w którym już nie tak mały Cud na pewno śnił właśnie w tej chwili o lodach śmietankowych na czekoladowym cieście polanym sosem tabasco, ponieważ właśnie na to miał w tej chwili ochotę Andrew. Chociaż ochota to mało powiedziane, ponieważ młody mężczyzna wręcz trząsł się z potrzeby, aby zjeść właśnie to. Ciasto czekoladowe z lodami śmietankowymi i sosem tabasco. Tyle że w domu mieli TYLKO ciasto. Nie było lodów, nie było sosu, ponieważ nigdy go nie używali, nigdy jakoś specjalnie za nim nie przepadali.
Fabien spał cicho na plecach, nieświadomy tego, że jego kochanek leżąc obok wpatrywał się w jego profil, myśląc intensywnie nad swoim następnym ruchem, walcząc z tą potężną potrzebą zjedzenia tego, czego życzył sobie w tej chwili jego Cud.
Andrew westchnął ciężko czując, że przegrywa właśnie z zachciankami dziecka w swoim brzuchu. Dziecka, które było cudem, ponieważ nie powinno w ogóle zostać spłodzone. Dwóch mężczyzn nigdy nie spłodziło przecież dziecka! A przynajmniej nie w rzeczywistym świecie. A jednak w tym wypadku coś się wydarzyło, coś co pozwoliło na to, aby seksualne szaleństwa Andrew i Fabiena zaowocowały ciążą.
Młody mężczyzna dźgnął śpiącego obok kochanka w bok. Ten zamruczał coś niezadowolony, ale nie obudził się. Andrew przewrócił oczyma i dźgnął ponownie.
- No budź się niedźwiedziu! - syknął wbijając palcem między żebra mężczyzny.
Fabien podskoczył gwałtownie i spadł z łóżka z głośnym stękiem, kiedy jego ciało zetknęło się boleśnie z twardą drewnianą podłogą.
- Co się dzieje?! - wystarczyła chwila, a już stał przy łóżku patrząc z troską na swojego ciężarnego partnera.
- Nic. - odpowiedział spokojnie blondyn i sięgnął po dłoń kochanka, który odetchnął głęboko uspokajając szybko pędzące serce. - Nasze maleństwo ma ochotę na lody z sosem tabasco na cieście…
- Teraz?
Andrew przewrócił oczami.
- Nie, jutro i dlatego cię budzę. - prychnął. - Oczywiście, że teraz!
- Jest Boże Narodzenie… - mężczyzna spojrzał na zegar stojący na szafce nocnej po jego stronie łóżka. - Druga nad ranem w dzień Bożego Narodzenia.
- Powiedz to tej istotce tutaj. - blondyn wskazał na swój brzuch.
Fabien zmarszczył brwi patrząc na wielki brzuch kochanka, a następnie w jego zielone oczy. Kolejny raz tego ranka nabrał głęboko powietrza w płuca.
- Wiem doskonale po kim to ma. - wymamrotał pod nosem i zmarnowany poczłapał do fotela pod oknem, na którym ułożone były jego ubrania. Powoli zaczął zakładać je na siebie.
Andrew uśmiechnął się czule patrząc na jego przygarbione plecy. Jego wielki, silny mężczyzna.
- Lody śmietankowe i sos tabasco. - rzucił rozkazującym tonem. - Wciąż mamy ciasto czekoladowe, prawda?
- Jeśli go jeszcze nie zjadłeś… Uch! - stęknął, kiedy dostał w plecy poduszką rzuconą przez kochanka. - Dobrze, sprawdzę. - zrezygnowany podniósł poduchę z podłogi i wręczył ją Andrew, który właśnie wyciągnął po nią ramiona. - Boże Narodzenie, druga nad ranem, a ja mam znaleźć gdzieś lody śmietankowe i sos tabasco. Czy to nie mogło być coś łatwiejszego do zdobycia, kiedy otwarte są tylko stacje benzynowe i sklepy nocne należące do desperatów? - pochylił się nad brzuchem blondyna i pocałował napiętą skórę, pod którą w bańce wód płodowych rosło jego maleństwo, jego Cud.
*
Fabien zadrżał na całym ciele, kiedy opuścił ciepłe wnętrze domu i stanął na zaśnieżonym ganku. Jego oddech zamieniał się w wielkie kłęby pary, a wciągane przez nos powietrze mroziło włoski w nosie przemieniając każdy z nich w malutki sopelek lodu. Ależ oczywiście, że jego dziecko musiało wybrać sobie właśnie świąteczny bardzo wczesny poranek z temperaturą grubo na minusie aby mieć zachciankę. W końcu było także dzieckiem Andrew, a to naprawdę wiele wyjaśniało.
Fabien zastanowił się przez chwilę nad swoimi opcjami, po czym sięgnął po miotłę stojącą przy schodach i zasłonił oczy okularami, które miały chronić jego oczy przed zimnym powietrzem i drobinkami śniegu podczas lotu. Jakby na zawołanie podmuch wiatru podniósł z ziemi błyszczące drobinki zmarzniętego śniegu, który roziskrzyły się cudownie w powietrzu. Przynajmniej nie sypało, chociaż śnieg oznaczałby chmury i względne ocieplenie powietrza. Fabien sam już nie wiedział, którą z opcji woli. Był już za stary na takie zabawy.
Ile właściwie miał już lat? Przestał liczyć po trzydziestce i prawdę mówiąc naprawdę nie wiedział już ile skończył w tym roku. Tak było wygodniej biorąc pod uwagę o ileż młodszy od niego był Andrew.
Dosiadł miotły, odbił się od ziemi i skierował w stronę najbliżej znajdującego się sklepu, który mógł być otwarty tego dnia i o tej godzinie.
Dwa zamknięte sklepy nocne i dwie niewystarczająco wyposażone stacje benzynowe później, Fabien wszedł do ciepłego wnętrza trzeciej stacji. Młoda ekspedientka spojrzała na niego ze zdziwieniem, jednak kiedy powiedział jej czego potrzebuje, uśmiechnęła się do niego ciepło.
- Niech zgadnę, dziecko w drodze? - kiedy przytaknął, zaśmiała się cicho i wyszła zza lady, aby pomóc mu znaleźć buteleczkę sosu pośród półek. Przy okazji sama zanurkowała do zimnej lodówki po pudełko lodów.
Fabien zostawił jej spory napiwek, złożył szybkie, ale szczere życzenia i z ulgą wracał do domu, gdzie czekał na niego głodny i na pewno marudny kochanek.
*
- Mój bohaterze! - zawołał z nieukrywanym entuzjazmem Andrew, jednak jego wzrok nie był skierowany na Fabiena, ale na talerz z ciastem i lodami. Młody mężczyzna był wdzięczny losowi za tak cudownego kochanka i ojca dla swojego dziecka, ale nie mógł ukryć tego, że w tamtej chwili potrzeba zaspokojenia zachcianki była silniejsza niż cokolwiek innego.
- Taaa… - mruknął Fabien podając ciężarnemu chłopakowi jego zamówienie oraz buteleczkę sosu. Patrzył z obrzydzeniem, jak jego kochanek polewa górę cukru i kalorii obficie tabasco.
Zrezygnowany Fab rozebrał się i wsunął pod ciepłą pościel. Towarzyszyło temu mlaskanie i zadowolone mruczenie Andrew.
Zaczął już przysypiać, kiedy szczupły palec wbił się w jego żebra. Zaspany mężczyzna jęknął płaczliwie i przekręcił głowę na bok, spoglądając w pełne słodyczy i prośby oczy miłości swojego życia.
- Przyniesiesz mi mleczka?
- Wiesz, że nie mam wyjścia i zrobię to, chociażbym miał się dowlec do kuchni na klęczkach z zamkniętymi oczami. - odpowiedział podnosząc się z westchnieniem.
- Ciepłe! - zawołał za nim chłopak, kiedy mężczyzna dotarł do drzwi.
- Tak, tak… - co za różnica, czy spędzi w kuchni minutę, czy pięć czekając aż mleko się podgrzeje.
Kiedy jego dwie najukochańsze osoby zostały nakarmione i napojone, mógł ostatecznie położyć się spać. Andrew pocałował go z wdzięcznością w policzek i przytulił się do jego jeszcze niezbyt ciepłego boku. W przeciwieństwie do ciała Fabiena, ciało Andrew było gorące i teraz zadziałało niczym piec.
Zanim Fabien odpłynął w tak upragniony świat sennych marzeń i odpoczynku, zdołał się jeszcze zastanowić, ile czasu mu zostało, zanim jego kochanek znowu czegoś będzie potrzebował lub po prostu uzna dzień za oficjalnie rozpoczęty i postanowi zanurkować pod choinkę w salonie, aby wygrzebać spod niej wszystkie prezenty, jakie przygotował dla niego Fabien. Fab usiądzie wtedy obok i zacznie otwierać te pakunki, które były przeznaczone dla niego.
Sheva uśmiechał się patrząc na zasypiającego kochanka. Ich dziecko nie mogło trafić na lepszego tatę.

niedziela, 23 grudnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVIII - Gabriel Ricardo

WESOŁYCH ŚWIĄT I NAPRAWDĘ UDANEGO NOWEGO ROKU!


Niuch, niuch.
Co tak cuchnie?!
Skrzywiłem się, a mój zmęczony umysł powoli pozwalał świadomości przedrzeć się przez gęstą mgłę snu. Zanim zdołałem otworzyć oczy, musiałem je najpierw mocno zamknąć. Miałem wrażenie, że moje mięśnie i nerwy spinają się aby później się rozluźnić. Jeszcze nawet nie uchyliłem powiek, a już wiedziałem, że oczy będą mnie piekły. To było pewne!
Wziąłem głęboki oddech i zaraz tego pożałowałem.
Co u licha…
Otworzyłem w końcu oczy i spojrzałem na znajdującą się przed moją twarzą stopę.
Zerwałem się do siadu i zepchnąłem ją z siebie, ale szybko pożałowałem tak gwałtownych ruchów, ponieważ zakręciło mi się w głowie, a żołądek podszedł mi do gardła.
- Hej, ostrożniej!
Rzuciłem Michaelowi wściekłe spojrzenie.
- To zabieraj kulasa z mojej twarzy. - warknąłem niezadowolony. - Cuchnie jak francuskie sery.
- Tylko nie kulasa! Uwielbiasz moje nózie…
- Od biodra po kostkę, twoje cuchnące stopy to inna sprawa. Zresztą, co twoje syry robiły przy mojej głowie? - powstrzymałem mdłości kilkoma głębokimi oddechami.
- Świętowaliśmy, piliśmy wino, którego nie lubisz, ale i tak je piłeś, ponieważ od dawna nie byłeś pijany i zatęskniłeś za tym cudownym stanem świadomości w nieświadomości. Wróciliśmy do domu, położyłem cię spać, ponieważ byłem w lepszym stanie niż tym, ale kiedy zdejmowałem ci spodnie, sam usnąłem i ostatecznie wylądowaliśmy w pozycji 69. Nie pamiętasz?
Wysiliłem swój umysł w poszukiwaniu wspomnień wczorajszej nocy, ale były raczej zamglone i mętne.
- Coś tam pamiętam. - przyznałem i rozmasowałem palcami płat czołowy pomiędzy oczami.
- No właśnie…
- O Merlinie, co tak jedzie?!
- Sorrki, tak mi się jakoś…
Tym razem zawartość żołądka podeszła mi do gardła z takim zdecydowaniem, że wydarłem z łóżka i pognałem do łazienki nie bacząc na nic. Przytuliłem muszlę klozetową i nakarmiłem ją zalegającym mi jeszcze w żołądku alkoholem, żółcią i jakimiś tostami, które jadłem, a których nie strawiłem.
- Nic ci nie jest? - Michael zajrzał do łazienki, więc obrzuciłem go wściekłym spojrzeniem, które gdyby mogło zabijać, na pewno by to zrobiło.
- Jesteś świnią, wiesz o tym? - syknąłem.
- Przepraszam, ale musiałem dać temu upust…
- Skończ ten temat! - przełknąłem ciężko ślinę, nie pozwalając kolejnej fali mdłości na przewagę. - Masz szczęście, że nie boli mnie głowa i poza problemami z żołądkiem nic mi nie jest, bo chyba bym cię rozszarpał! I nie pierdź więcej!
Michael wzruszył ramionami.
- To przez te wczorajsze grzybki marynowane.
Merlinie, w kim ja się zakochałem.
- Poczekaj.
- Jakbym się gdzieś wybierał. - wymamrotałem i oparłem czoło o ścianę przy kibelku, jako że groziła mi powtórka sprzed chwili. Zamknąłem oczy licząc do dziesięciu, a kiedy skończyłem, zacząłem odliczanie od nowa. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś mnie to uspokajało.
Słyszałem jak Michael wraca do łazienki i siada obok mnie.
- Proszę. - powiedział, co zmusiło mnie do otworzenia oczu. Chłopak trzymał w rękach szklankę z gorącą, niesamowicie mocną herbatą. - Niezbyt zdrowe, ale za to pomaga. - przyznał z nieśmiałym uśmiechem.
- Dziękuję. - wziąłem od niego gorący kubek i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo było mi zimno.
- Kiedy wypijesz, zrobić ci kolejnej, tym razem z sokiem z czarnej porzeczki.
Przypomniał mi dlaczego się w nim zakochałem.
- Wykąp się, śmierdzielu, a kiedy skończysz i ja dopiję herbatę, wykąpiesz mnie.
Michael pojaśniał niczym letnie słońce. Patrzyłem jak się rozbiera, wrzuca ciuchy do kosza na brudną bieliznę i raźnym krokiem wchodzi do wanny.
Sącząc herbatę, podziwiałem jego umięśnione ciało. Znałem je na pamięć i nie miało przede mną żadnych tajemnic, ale i tak nie mogłem wyjść z podziwu, że poniekąd należy do mnie. Bo w końcu Michael był mój i tylko mój.
Chłopak nucił zadowolony siedząc w wannie i polewając się wodą z słuchawki prysznica. Nie wiem, co go tak bardzo cieszyło, ale mogłem się domyślać, że miało to coś wspólnego ze mną i moją propozycją kąpieli.
Udało mi się wypić całą herbatę jeszcze zanim Michael skończył swój prysznic. Musiałem przyznać, że naprawdę poczułem się trochę lepiej. Przypomniałem sobie także, że podczas kiedy ja po prostu piłem, Michael dbał o to, abym także jadł i pił dużo niealkoholowych płynął. Podejrzewałem więc, że mój brat bólu głowy był zasługą jego troskliwej opieki.
- Gotowy? - wysuszony, ale nie ubrany chłopak stanął przede mną z tym swoim rozbrajającym uśmiechem.
Podniosłem się powoli i pozwoliłem rozebrać. Michael pomógł mi wejść do wanny i sam zajął się całą resztą, jak ustawianie temperatury wody, mycie mojego ciała, włosów, uszu. Wyszorował mnie naprawdę dokładnie, a później pomógł wyjść, osuszył zostawił w łazience abym umył zęby, podczas kiedy on poszedł po jakieś ubrania dla nas. Był tak troskliwy, że nie byłem pewny czy przypadkiem czegoś ode mnie nie chce i po prostu próbuje zdobyć kartę przetargową w formie dobrych uczynków.
W dalszym ciągu nie czułem się najlepiej, ale zdecydowanie miałem już więcej sił i mój żołądek się nie buntował, więc wróciłem do pokoju. Michael był właśnie gotowy biec do mnie z ubraniami, więc zamiast bawić się z nimi w łazience, jak cywilizowani ludzie ubraliśmy się w sypialni. Przy okazji dostałem również kilka buziaków, na które nie mogłem liczyć wcześniej, kiedy to z paszczy kopało mi wymiocinami.
- Pościeliłem łóżko, więc siadaj na nim, oprzyj się i poczekaj na mnie. Przyniosę ci herbaty i coś lekkiego do zjedzenia.
- Wiesz, że prawdopodobnie i tak bym zwymiotował, nawet gdybyś nie puścił tego bąka zabójcy? - wolałem postawić sprawę jasno.
- Oczywiście, że wiem, ale nie zaprzeczysz, że jednak pomogłem ci w wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego, co w sobie miałeś.
- I nie zapominajmy, że wąchałem twoje nogi po tym, jak wiele godzin łaziłeś w tych swoich trepach. - dorzuciłem, jakbym już sam nie wiedział, czy mam go podnosić na duchu, czy zgnębić.
On posłał mi jednak zabójczy uśmiech, musnął lekko swoimi ustami moje usta i wyszedł z pokoju tanecznym krokiem. Albo miał naprawdę dobry dzień, kiedy mój był kiepski, albo podobało mu się, że może się o mnie troszczyć. Tak czy inaczej, podobało mi się to, że ten kudłaty głuptas robi wszystko co w jego mocy, aby poprawić moje samopoczucie i doprowadzić moje ciało, a w tym mój żołądek, do stanu użyteczności.
Zamknąłem oczy uśmiechając się do siebie i zacząłem układać w głowie plan tego, w jaki sposób odpłacę mu się za to wszystko. Wprawdzie chłopak pozbędzie się przy tym co najmniej kilkunastu włosów, ponieważ lubił, kiedy w czasie seksu zaciskałem na nich palce. Zresztą były na tyle długie, że niemal same się o to prosiły. Jaki mężczyzna nie ma ochoty złapać kochanka za włosy i przycisnąć do siebie jego głowy, czy to w pocałunku, czy też podczas obciągania? Może i miałem czasami lekką słabość do dominacji, ale nie zmieniało to faktu, że nawet ludzi pierwotnych przedstawiano przecież jako brutali ciągnących swoje wybranki za ich długie włosy.
Roześmiałem się z własnej głupoty. Jeśli takie rzeczy przychodziły mi do głowy w czasie trzeźwienia, może powinienem unikać alkoholu. Żołądek na pewno byłby mi za to wdzięczny.

niedziela, 25 listopada 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVII - Victor Wavele

- Czy ty nie powinieneś przypadkiem pomagać dzieciakom i odzyskiwać mojej koronkowej bielizny? - Noel uniósł brwi z drwiącym uśmiechem na tej swojej cudownej buźce, kiedy leżałem umierający na łóżku i w myślach oskarżałem się o głupotę. Poprzedniej nocy dałem się ponieść i za dużo wypiłem u Slughorna, a teraz cierpiałem za karę.
- Powinieneś być dl mnie wsparciem, a nie nabijać się. - mruknąłem cicho i ochryple.
- Nie oczekuj litości, kiedy robisz coś głupiego. - mój narzeczony pokręcił głową z dezaprobatą. Mimo to bez proszenia nalał wody do szklanki i pod mu ten zbawienny płyn. Usiadł na łóżku patrząc jak wlewam w siebie tę ambrozję dnia dzisiejszego. Następnie odebrał ode mnie puste naczynie i pozwolił abym ułożył głowę na jego kolanach. Delikatnie zaczął mnie głaskać i bawić się moimi włosami.
Zamruczałem zamykając oczy. Może i nie miał dla mnie litości, ale i tak mnie kochał, więc był łagodny. Nawet pomimo ostrych, karcących słów oraz kpin jakimi mnie raczył.
- Mój organizm potrzebuje czasami dużej dawki alkoholu. - stwierdziłem po kilkuminutowej chwili ciszy, kiedy to Noel nucił coś cicho, jakby planował w ten sposób ułożyć dziecko do snu. Nie ze mną te numery, nie byłem dzieckiem i nie planowałam spać, aby oszczędzić mu wysłuchiwania moich jęków bólu i mdłości.
- Doprawdy? - rzucił bez cienia zaufania, co do moich słów.
- To wewnętrzna potrzeba, której czasami muszę ulegać, aby moje ciało było silne, młodzieńcze i dawało ci pełną satysfakcję.
- Kochanie, z tego co wiem od alkoholu ciało szybciej się starzeje, opada z sił, obniża się jego odporność, a to co powinno stać, opada. - na koniec wskazał wymownie na moje krocze.
Cóż, miał prawo tak to ująć. W końcu kiedy przyszedłem pijany do jego gabinetu – sam nie wiem, jakim cudem udało mi się tam dowlec – nie byłem w stanie wykrzesać z siebie niczego, chociaż bardzo chciałem. A przynajmniej na to wskazywał fakt, że się do niego dobierałem, póki nie zasnąłem na klęczkach z głową między jego nogami opartą o materac.
Nie żeby Noel w ogóle na cokolwiek wtedy liczył. Domyślił się, że tak będzie i dlatego, kiedy ja usilnie próbowałem z nim flirtować – nie wiem czy cokolwiek z tego zrozumiał skoro nawet ja nie byłem pewny, co mówię – on przytakiwał znudzony. Kiedy wybełkotałem polecenie aby się położył, rozebrał i rozsunął dla mnie nogi, zrobił to bez szemrania. Uklęknąłem więc między tymi zgrabnymi udami, pochyliłem głowę wyduszając z siebie jakieś sprośności i w następnej chwili odleciałem. Obudziłem się rano obolały w tak nienaturalnych miejscach, że potrzebowałem chwili by domyślić się przyczyny. A mój mózg nie działał zbyt sprawnie wciąż otoczony oparami alkoholu i okropnym bólem głowy.
Poza tym mój narzeczony postanowił udokumentować mój niebywały pijacki wyczyn i pokazał mi zdjęcie, na którym śpię w pozycji „modlitwy do Allaha” między rozsuniętymi zachęcająco udami mojego cudownie nagiego chłopaka.
Co za wstyd. Dobrze, że nie miał tego komu pokazać, chociaż pewnie oprawi to zdjęcie i powiesi na ścianie w naszym domu na pamiątkę.
- Dobrze, przyznaję się, poniosło mnie. - postanowiłem się poddać.
W nagrodę otrzymałem kolejną szklankę wody i dwie tabletki, które wyglądały niczym skompresowane gwieździste niebo.
Połknąłem je i wypiłem całą wodę. Ciężko jednak było mi powiedzieć, czy zaspokoiłem przy tym swoje pragnienie, czy też nie szczególnie. W końcu miałem kaca, jak się patrzy! Plusem było tylko to, że nie wymiotowałem. Na razie.
- Jesteś taki wyrozumiały… - westchnąłem i zamknąłem się, chociaż chciałem dodać „teraz, dlaczego nie od samego początku?”
- Mam zamiar spędzić z tobą resztę życia. Wypada mi być wyrozumiałym, kiedy robisz coś głupiego, ale nie będę ci wtedy matkował. Sam zawalasz, sam cierpisz. Ja mogę ci co najwyżej trochę ulżyć. Ale pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi. Nie powinieneś pomagać i szukać zamiast umierać?
- Zanim poszedłem pić, dowiedziałem się tego i owego, więc nie do końca zmarnowałem wieczór. - teraz musiałem tylko przypomnieć sobie, czego właściwie się dowiedziałem, ponieważ alkohol miał to do siebie, że lubił spuszczać zasłonę niepamięci na niektóre wydarzenia i informacje. Miałem więc nadzieję, że Noel nie zapyta mnie o to, zanim sobie nie przypomnę, co takiego odkryłem w dniu wczorajszym.
Uratowało mnie pojawiające się nagle śniadanie. Nie byłem głodny, a mój żołądek na pewno wywinie orła, kiedy tylko włożę coś do ust, jednak nie mogłem tego powiedzieć Noelowi. Zresztą i tak kazałby mi jeść.
- Specjalnie dla cienie, kleik mleczny. - pokazał mi okropnie wyglądającą papkę. Aż mnie wzięło na wymioty, ale zdołałem się powstrzymać. - Powiedz „am”.
Jeden z mięśni mojej twarzy zadrżał jakby w konwulsjach, kiedy nieznoszący sprzeciwu wzrok mojego pięknego, ale bezlitosnego mężczyzny wydawał się przybijać mnie do łóżka wielkimi, zardzewiałymi gwoździami aby bardziej bolało.
Nie miałem więc wyjścia. Otworzyłem usta i pozwoliłem by Noel zaczął karmić mnie kleikiem. Mimo moich wcześniejszych obaw, nie był najgorszy i jak na razie nie powodował mdłości. Wydawało mi się także, że trochę łagodzi moje dolegliwości, za co byłem niesamowicie wdzięczny.
Dzięki niemu też mnie olśniło i przypomniałem sobie, co odkryłem. Ten cholerny, zboczony skrzat zaszył się pod zamkiem, w lochach. Teraz jednak trzeba było go wykurzyć i jakoś się go pozbyć. No i odzyskać bieliznę Noela.
Jasne, był piękny, przystojny, seksowny we wszystkim co nosił oraz bez niczego na sobie, ale jednak kręcił mnie w tych swoich koronkowych łaszkach i uwielbiałem je z niego zdejmować, więc musiałem odzyskać te, które stracił, jak również umożliwić mu zakładanie innych, w tym także koronkowej koszuli nocnej. Póki cholerny Skrzat był na wolności, mogłem zapomnieć o takiej możliwości.
Merlinie drogi, jakież to było frustrujące! W szczególności, że przed całą tą akcją ze znikającymi ubraniami kupiłem mojemu narzeczonemu bardzo seksowne wdzianko i teraz nawet nie było sensu mu go dawać, ponieważ zaraz by zniknęło, zanim byśmy się nim obaj nacieszyli.
- Nienawidzę tego Skrzata, nienawidzę tego bólu głowy i tej cholernej suszy w ustach. - mruknąłem.
- Ktoś tu się robi jeszcze bardziej nadąsany. Mój mały Victorek. - Noel poklepał mnie po policzku lekko. - Otwieraj paszczę i kończ kleik! - syknął chwilę później wmuszając we mnie ostatki śniadania.
I ja miałem związać się z kimś takim na całe życie… Nie, nie rozmyśliłem się. Jeśli to możliwe to jeszcze bardziej się w nim przez to zakochiwałem. Co mogło świadczyć o moim ukrytym masochizmie, chociaż podejrzewałem, że jednak winą za to należało obarczyć alkohol, który nadal krążył w moich żyłach.
- Skoro ten Skrzat potrafił rzucić zaklęcie okradające ludzi z ulubionych ubrań, inny Skrzat powinien potrafić rzucić takie, które chociaż przez chwilę zablokuje tamto… - sam nie wiem skąd mi się to nagle wzięło. Po prostu przyszło niczym olśnienie. Olśnienie na kacu, to coś nowego. - A więc jeśli przycisnąć jakiegoś Skrzata aby nam pomógł… Ty będziesz przynętą, a ja z tą małą szajką cwaniaków zaczaję się na skrzaciego wariata, który na pewno wyczuje, że coś ogranicza jego zaklęcie i przyjdzie sprawdzić to osobiście. Wtedy się na niego rzucimy… Nie, wróć. Dzieciaki się na niego rzucą, a ja w tym czasie uniemożliwię mu ucieczkę przy pomocy jego magii.
Noel przerwał moje rozważania nad genialnym planem, wycierając mi usta, jak małemu dziecku.
- To jest całkiem niezły pomysł. Muszę tylko wybrać dla ciebie jakieś odpowiednie ubrania i zabezpieczyć cię na wypadek, gdyby plan nie wypalił. Nie pozwolę żeby ktokolwiek podziwiał twoje idealne ciało. Muszę poinformować o tym Syriusza i znaleźć Skrzata gotowego do współpracy po dobroci lub pod przymusem, jeśli nie będzie innej drogi.
- Masz zamiar iść do dormitorium chłopców w Gryffindorze? - mój mężczyzna uniósł pytająco brew. - Masz na tyle sił?
- Napiszę do niego. Nie będę się wygłupiał z głośnymi korytarzami. Zresztą nie mam sił się nawet wykąpać, a śmierdzę jak gorzelnia.
- Uwielbiam to, że jesteś taki szczery z samym sobą. - Noel zachichotał i pocałował mnie w czoło. - Pomogę ci napisać wiadomość, jeśli chcesz.
- Tak, proszę. Nie mam sił utrzymać pióra, więc to naprawdę mi pomoże.
Widziałem, jak Noel przewraca oczyma i kręci głową. Wiedział, że w tym wypadku przesadzam, ale zaakceptował to.
Był idealnym partnerem dla kogoś takiego jak ja.

niedziela, 18 listopada 2018

Trzy nadzienia

Patrzyłem podejrzliwie na leżącą przede mną czekoladę, co jakiś czas przenosząc spojrzenie z niej na siedzącego naprzeciwko mnie Syriusza. To, że chłopak dawał mi tego rodzaju prezenty nie było niczym dziwnym, ale fakt, że postanowił towarzyszyć mi przy jedzeniu już tak.
- Co jest z nią nie tak? - zapytałem chyba po raz piąty i otrzymałem tę samą odpowiedź.
- Nic.
Znowu wpatrywałem się w czekoladę.
- Merlinie, Remi! - Syri nie wytrzymał. Sięgnął po kostkę czekolady i rozgryzł pokazując mi środek, z którego wypłynął ciemny, czekoladowy karmel.
Przełknąłem ciężko ślinę i oblizałem usta. Sięgnąłem po czekoladę i wsunąłem kostkę do ust.
- Hm? W środku jest inna… - zauważyłem gryząc ją. Cudowny, słodki, fantastycznie czekoladowy smak rozchodził się po moich ustach. Przyjrzałem się dokładniej podzielonej na kostki czekoladzie i sięgnąłem po kolejną.
Czekolada, którą dał mi Syriusz miała trzy czekoladowe nadzienia – pierwsze ciasteczkowe, chrupiące, drugie kremowe, lekkie, truflowa oraz trzecie, delikatne i płynne. Sam nie wiem kiedy pochłonąłem wszystko. Syriusz wsunął między moje wargi połowę rozgryzionego przez siebie kawałeczka. Zjadłem go i zlizałem czekoladowe nadzienie, które spływało chłopakowi po palcach.
- Mmm, to niebezpieczne. - mruknął i poruszył się na krześle.
Uśmiechnąłem się słodko. Wiedziałem, że musiał się podniecić i dlatego potrzebował zmiany pozycji. Nie pomyślałem o tym wcześniej, kiedy sunąłem językiem po jego skórze, ale teraz z rozmysłem spojrzałem mu w oczy i oblizałem usta.
- Gdybyś miał więcej, moglibyśmy rozpuścić kilka kostek, wysmarować cię czekoladą tu i tam, a później zlizywałbym ją z ciebie. - rzuciłem najbardziej niewinnym tonem na jaki było mnie stać.
- Powiedział ten, który od dziesięciu minut nie potrafił przekonać się do zjedzenia…
- Ponieważ zachowywałeś się jakby coś było z nią nie tak! - prychnąłem.
- Po prostu byłem ciekaw, czy będzie ci smakować!
- Mogłeś od razu mówić!
- Cóż… - kruczowłosy wzruszył ramionami – Przyznaję, że na początku patrzenie na ciebie, kiedy wahałeś się, co zrobić było całkiem zabawne.
Rzuciłem mu jedno z moich „morderczych” spojrzeń.
- A tak w ogóle to nie sądziłem, że potrafisz pochłonąć całą tabliczkę w dwie minuty...
- Milcz!
Syri roześmiał się szczerze. Nie wiem, co mogło go tak bawić w moim obżarstwie, ale najwyraźniej on potrafił znaleźć w tym jakieś pozytywy. Zresztą ja również. Czekolada była wyśmienita! Każdy kawałek, niezależnie od konsystencji nadzienia, był tak wyśmienity, że mój mózg nie wiedział, jak w ogóle opisać ten smak. Słodka, mleczna czekolada z jeszcze bardziej czekoladowym, słodkim nadzieniem. Czułem, że radość i pochłonięty cukier nadal mnie wypełniają. Nie mogłem bowiem zaprzeczyć, że czekolada miała na mnie pozytywny skutek. Zawsze tak było, nawet teraz, kiedy naprawdę starałem się nie objadać słodyczami od miesiąca. Zabawne, że o tym zapomniałem, kiedy Syri postawił przede mną łakocie.
- To wcale nie jest zabawne.
- Jak tam chcesz. - Black złapał moją dłoń w objęcia swoich i zaczął całować moje palce. - Uważam, że to jednak było zabawne. Zabawne i słodkie. Nie tylko z powodu czekolady. - dodał przekornie.
- Syriuszu, zdajesz sobie sprawę z tego, że siedzimy w Pokoju Wspólnym i mimo bardzo wczesnej pory ktoś może się tu zjawić?
- Mam dosyć ukrywania się, Remusie. - spojrzał mi w oczy poważniejąc. - Nie zamierzam obwieszczać światu naszego związku, ale jeśli ktoś coś dostrzeże, nie będę kłamał. Jesteś moim chłopakiem, Remusie. Miłością mojego życia.
Zarumieniłem się. Co go tak nagle wzięło na słodkie słówka i wyznania?
Od strony schodów do naszego dormitorium doszedł nas cichy rumor wychodzących z pokoju osób. Syri wypuścił moją dłoń i wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć w ten sposób, że nasz czas dobiegł końca i musimy wrócić na ziemię. Nie chciał robić sensacji z naszego związku, ponieważ wiedział, że nie lubiłem zwracać na siebie uwagi, a pewnie tak skończyłaby się nasza otwartość. Dlatego też nawet jeśli miał dosyć ukrywania się, nie robił nic konkretnego, by świat dowiedział się o nas. Byłem mu za to bardzo wdzięczny.
- Skoro nie możemy już otwarcie flirtować, zmienię temat. - Syri upewnił się, że trzech chłopaków wychodzących ze swojej sypialni jest na tyle daleko od nas, że nie usłyszą ani słowa. - Skoro ten cholerny Skrzat Domowy kradnie to co się lubi, a ma się na sobie, no wiesz, nie tylko ubrania jako takie, ale także bieliznę, to ciekawe czy kondomy również…
- Syriuszu! - skarciłem go ostro, zawstydzony jego rozumowaniem.
- No co? To sensowne pytanie! Wyobraź sobie, że uprawiasz seks, a tu nagle gumka znika.
- Naprawdę musimy o tym rozmawiać? - czułem, że jestem cały czerwony.
- Nie musisz nic mówić, ale słuchaj. - machnął na mnie ręką. Najwyraźniej dopiero się rozkręcał. - Są różne rodzaje prezerwatyw. Grubsze, cieńsze, nawilżające, smakowe, z jakimiś wypustkami, czy Merlin wie czym. Powiedzmy, że wypróbowujemy taki rodzaj, jakiego nigdy dotąd nie używaliśmy. Na początku jest po prostu ciekawość, pierwsze wrażenie, a nagle w trakcje seksu któreś z nas dochodzi do wniosku, że uwielbia kiedy używamy tych prezerwatyw, bo doznania są nieziemskie. No i właśnie. Kondom znika czy nie? Jeśli nie to znak, że Skrzat-Złodziej ma jakieś priorytety, jego zaklęcie nie działa na wszystko lub ma ograniczenia. Ale jeśli jednak gumka zniknie… Pojawia się problem, bo w pewnym momencie jedziesz bez ochrony. Pomijając już wszystkie kwestie zdrowotne, problem stanowi wtedy niechciana ciąża w przypadku kobiet. Jak myślisz, Remusie? Komuś się to zdarzyło? A może powinniśmy to wypróbować? Co ty na to? Ja proponuję te takie z wypustkami. Gdzieś czytałem, że naprawdę zwiększają doznania, więc moglibyśmy zacząć od nich.
W pewnym momencie schowałem twarz w dłoniach i już tylko słuchałem. Nie byłem w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego z Syriuszem, który naprawdę poważnie podchodził do swojego „problemu bezpiecznego seksu i Skrzata-Złodzieja”. Nie byłem też pewny, czy aby na pewno chcę być obiektem doświadczalnym jakiegoś dziwactwa, o którym czytał mój chłopak. Gdzie on w ogóle to znalazł?!
- Przemyśl to. Możemy wrócić do tematu innym razem. Jeśli wolisz być wtedy na górze, nie widzę problemu.
- Syriuszu, błagam, dosyć! - jęknąłem zza dłoni zasłaniających twarz. Jak on w ogóle był w stanie mówić o czymś takim bez najmniejszego cienia rumieńca na twarzy?
- Nie mogę prosić James żeby to przetestował z Evans, bo jeśli zacięży to będzie poważny problem, ale jestem naprawdę ciekawy jak to działa.
- Skończ już z tym, Syriuszu. Błagam! - odsłoniłem twarz i zamiast tego zakryłem dłońmi usta Syriusza, aby nie mógł nic więcej powiedzieć. Oczy mu się śmiały, kiedy patrzył na mnie mamrocząc coś niezrozumiale zza moich rąk. - Nie było tematu, Syriuszu. - powiedziałem ciężko. Nie byłem gotowy na podjęty przez niego temat z samego rana. Mógłbym powiedzieć, że choć oczy miałem otwarte to mój umysł jeszcze spał, ale nie było to prawdą. Mój umysł potrafił sobie wyobrazić wszystko, co mówił kruczowłosy i dlatego wolałem aby milczał. Erekcja przez zajęciami nie była najlepszym pomysłem. Podobnie jak sprośne myśli, które chłopak chciał zaszczepić w mojej głowie.
- Yhymm. - wymruczał chłopak i pokiwał głową. Uznałem, że zgadza się zakończyć temat, więc zabrałem ręce z jego ust. Wyszczerzył się do mnie zadowolony, jak dziecko, któremu obiecano, że Mikołaj odwiedzi je na Święta, ponieważ było względnie grzeczne.
- Nasza pierwsza lekcja dzisiaj to runy, prawda? - dopytał, chociaż dobrze znał odpowiedź. Mimo wszystko skinąłem potwierdzając. - Doskonale.
Mogłem domyślić się, co chodziło mu po głowie. Pewnie planował podzielić się swoimi przemyśleniami z Wavelem, jako starszym i bardziej doświadczonym mężczyzną, który był dla niego niczym mentor, a może nawet starszy brat. Miałem przynajmniej nadzieję, że nikt więcej, ponieważ nie chciałem wracać do czasów zazdrości o Syriusza, które obu nam dały nieźle w kość.
- Nie chcę znać szczegółów i twoich myśli. - mruknąłem podnosząc się z miejsca przy stoliku. - Chodźmy obudzić chłopaków i zbierajmy się na śniadanie.
Miałem nadzieję, że to pozwoli mi pozbyć się niechcianych obrazów z mojej żywo pracującej wyobraźni zainspirowanej przez Blacka.

środa, 24 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXV - Albus Dumbledore

- Więc? Co planujesz teraz zrobić? - Gellert leżał na boku i podpierał głowę ramieniem, aby lepiej mnie widzieć. Leżałem obok niego na plecach i wpatrywałem się w sufit zamyślony.
- Nie mam pojęcia. - przyznałem szczerze, chociaż nieszczególnie byłem tym faktem zachwycony. Nienawidziłem sytuacji, w których nie wiedziałem, co robić.
- Mogę spróbować ci jakoś pomóc. - zaoferował, ale jego uśmiech nie zwiastował niczego dobrego.
- Jak? - postanowiłem nie odrzucać jego wyciągniętej w moją stronę pomocnej dłoni.
- A bo ja wiem? - Gellert przewrócił oczyma, jakbym był dzieckiem, które zadaje niemądre pytanie.
- Gellercie, nie chcę żadnych dodatkowych problemów. Ten jeden mi wystarczy, a jeśli musiałbym później jeszcze sprzątać po tobie…
- Tak, tak, wiem. Już to kiedyś przerabialiśmy i teraz ty jesteś bohaterem, a ja tym złym, który siedzi zamknięty w wieży, jak cholerna księżniczka.
- Ale za to jaka księżniczka. Gdyby każda taka była, zamiast być dyrektorem latałbym po świecie i uwalniał je z ich więzień. - rzuciłem zaczepnie.
- Ha! I myślisz, że pozwoliłbym ci na uganianie się za innymi? - wyzywające spojrzenie dzikich oczu mojego kochanka nie pozostawiało miejsca na jakiekolwiek wątpliwości.
Gellert nie lubił się dzielić i obejmowało to także mnie. Miał mnie na wyłączność, nie ważne czy między nami się układało, czy też nie, moim obowiązkiem było pozostać mu wiernym, nawet gdybym miał cierpieć katusze z niezaspokojenia, kiedy on jest daleko.
- Księżniczek mu się zachciewa. - prychnął poirytowany i ukąsił mnie w ucho na tyle mocno, aby wyrwać  moich ust syk bólu. - Zadbam o to, abyś nie miał sił myśleć o czymkolwiek!
*
Godzinę później nie byłem bliższy znalezienia rozwiązania problemu znikających ubrań, chociaż bezsprzecznie czułem się niepokonany i mógłbym przenosić góry, gdybym nie był taki zmęczony.
- Poczekaj aż problem sam się rozwiąże. - Gellert wodził palcem po moim policzku rysując na nim runy dotykiem. - Prędzej czy później musi się wydarzyć coś, co naprowadzi cię na właściwe rozwiązanie. Najlepsze, co możesz zrobić to słuchać, co się mówi. Uczniowie mają nad tobą tę przewagę, że jest ich więcej, a więc więcej widzą i słyszą, a później gadają. Nastaw się na odbiór i poleć zrobić to samo nauczycielom. Pamiętasz dlaczego ja w końcu zostałem pokonany? Myślałem, że dam radę samemu podbić świat. Na początku szło łatwo, później pojawiły się problemy, a ostatecznie ty udowodniłeś, że nie mam szans znaleźć się na szczycie, ponieważ potrzebuję do tego właśnie ciebie.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Miał rację, sam nie mogłem udźwignąć wszystkich odpowiedzialności, jakie na mnie spoczywały, a błądzenie po ciemku nie było rozwiązaniem.
- Masz rację. - przyznałem.
- Wiem o tym. Chociaż myliłem się, kiedy mówiłem, że nie zdołasz odkryć eliksiru na chwilową zmianę płci.
Zarumieniłem się przypominając sobie swoje liczne porażki oraz ostateczny sukces, który zaowocował dokładnie tak, jak chciałem. Żywy dowód mojego sukcesu uczył się teraz w Akademii Magii Beauxbatons. Dowód, o którym nie wiedział nikt poza naszą dwójką oraz samym wspomnianym dowodem. Dziecko, którego się nie spodziewaliśmy, chociaż mieliśmy nadzieję je spłodzić. Nasz największy i najpilniej strzeżony sekret.
- Gdybym był młodszy podjąłbym kolejną próbę, tym razem na sobie. - wyznał, na co spojrzałem na niego zaskoczony. - Byłem młody i wydawało mi się, że mam już wszystko, a teraz żałuję, że nie dałem z siebie więcej. Nie bądź taki zdziwiony! - roześmiał się chyba trochę zawstydzony. - Świadomość, że zostawisz coś lub kogoś po sobie, kiedy się zestarzejesz jest kusząca.
- Nie jesteśmy jeszcze tak starzy.
- Masz rację, przed nami jeszcze wiele lat życia, ale kiedyś przyjdzie na nas czas. Dobra, nie wiem skąd mi się to wzięło! - porzucił melancholijny temat i zmiażdżył moje usta swoimi.
*
Rozkręcaliśmy się dopiero, kiedy przez uchylone okno do sypialni wleciał papierowy ptak z wiadomością. Zignorowalibyśmy go, ale krążył wokół nas z taką zaciętością, że nie byliśmy w stanie skupić się na sobie nawzajem.
Gellert złapał go i zmiażdżył w dłoni zanim mi go nie podał. Rozwinąłem wiadomość karcąc partnera wzrokiem, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami.
- To od Horacego. Chciałby ze mną porozmawiać na temat „ostatnich niepokojących wydarzeń, które na szczęście nie zachwiały jego pozycją poważanego i szanowanego nauczyciela, ale ugodziły w jego dumę”. - przeczytałem na głos.
- Merlinie, on nic się nie zmienił przez wszystkie te lata, co?
- Jest grubszy i starszy, ale jego ego pozostało niezmienione.
- Odpowiedz mu, że pracujesz nad sprawą i znajdziesz dla niego czas dopiero późnym wieczorem.
Kim byłem aby mu się sprzeciwiać? Zrobiłem więc dokładnie tak, jak mi polecił, nie wychodząc nawet z łóżka.
W tym czasie Gellert przygotował dla nas herbatę i przyniósł ciastka. Zrobił to jednak bardziej dla siebie niż dla mnie. Byłem pewny, że zgłodniał i tylko dlatego wysilił się na tyle, co z jakiegoś powodu naprawdę mnie bawiło.
Jedząc wyraził sobie niezadowolenie z faktu, że ciągle nam dzisiaj przeszkadzają, chociaż cieszył się, że nauczyciele w pełni na mnie polegają. Dzięki temu nikt nie podejrzewał, że spotykam się z kimś jego pokroju i że sam pomogłem mu znaleźć sposób na wymykanie się z jego więzienia raz na jakiś czas.
- Ludzie widzą to, co chcą widzieć. - zakończył i zaklęciem pozbył się okruszków ze pościeli oraz pustego talerza i kubków.
Patrzyłem na niego analizując jego ostatnie zdanie. A co jeśli za całe zamieszanie w szkole nie odpowiadał uczeń, który, rozmyślnie lub nie, rzucił jakieś dziwaczne zaklęcie? Przecież nie rozpoznawał go żaden z moich nauczycieli. Gellert proponował podsłuchiwanie uczniów, ale może powinienem sięgnąć dalej, bo do samego Hogsmeade. Osoby w Hogwarcie wywodziły się z podobnych środowisk. Uczniowie byli uczniami, nauczyciele obracali się raczej pośród osób na swoim poziomie. W mieście jednak można było trafić na osoby, z każdego środowiska społecznego i o różnym statusie. Jeśli tam nikt nie słyszałby o podobnym przypadku, mógłbym poczuć się pokonany, ale gdyby jednak ktoś rzucił na to trochę światła…
- Jesteś genialny, Gellercie!
- Hm? Tak wiem, ale możesz mi wyjaśnić dlaczego akurat teraz… - mruknął niewyraźnie, kiedy zgniotłem go w mocnym uścisku swoich ramion.
- Powiem ci później. - zapewniłem i pocałowałem go z nową pasją, jaką w sobie odnalazłem. Był zaskoczony, ale nie opierał się.
Byliśmy parą dorosłych mężczyzn, o których słyszał cały czarodziejski świat, a zachowywaliśmy się jak nastolatkowie. Przy nim czułem się o wiele młodszy niż byłem w rzeczywistości, miałem wrażenie, że czas zatrzymał się na najszczęśliwszych chwilach naszego życia, jakby te przykre nigdy się nie wydarzyły.
Rozpływałem się w jego ramionach i miałem nadzieję, że on rozpływa się w moich. Nie mieliśmy już w prawdzie sił na kolejne namiętności, ale nasze języki kochały się ze sobą między naszymi połączonymi ustami i to w zupełności nam teraz wystarczało. Silne, szczupłe dłonie mężczyzny łapały garściami moje włosy i pociągały za nie lekko, kiedy zmienialiśmy pozycję. Moje w palce pieściły wtedy jego kark i ramiona, jakbym obawiał się, że pod mocniejszym dotykiem jego ciało zacznie pękać i rozpadać się niczym porcelana, z którą ktoś nie obchodził się należycie ostrożnie.
Mieliśmy dla siebie jeszcze tylko tych kilka godzin, zanim mój kochanek nie będzie zmuszony wrócić do swojego więzienia aby nikt nie zauważył jego zniknięcia. Nie chcieliśmy przecież rozsiewać paniki, ale zwyczajnie być ze sobą mimo błędów jakie w życiu popełniliśmy. Każdy czasami błądzi, ale to nie znaczy, że błądzący nigdy nie odnajduje właściwej drogi.
W końcu oderwaliśmy się od siebie, a Gellert opadł na pościel usatysfakcjonowany i wyraźnie zadowolony. Ułożyłem się obok niego i tuliłem się w jego ciało. Objął mnie i wodził palcami po skórze moich pleców jak zawsze, kiedy leżeliśmy spleceni ze sobą ciesząc się po prostu sobą nawzajem.
Ta chwila była nasza, a droga jaką przeszliśmy aby do niej dotrzeć była wyboista, ale nie niemożliwa do pokonania.