Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Sheva. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrew Sheva. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLII - Fabien Trezeguet

🐣🐤🐥Wesołych, zdrowych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych! Może i spędzamy je w cieniu epidemii, / zarazy / apokalipsy, ale i tak powinniśmy się z nich cieszyć. Nie wiemy przecież czy i w jakich warunkach doczekamy kolejnej Wielkanocy. 🐰🐇🐓

P.S. Jako że od jakiegoś czasu nie "czuję" pary, jaką są Fabien i Andrew, postanowiłam o nich napisać, aby odnaleźć na nowo ich uczucia i drogę, którą mają podążać.


Siedząc przy obiedzie, przypatrywałem się entuzjastycznie opowiadającemu o swoich przygodach na boisku oraz nowych kolegach Andrew. Rumieńce na twarzy, błysk w oku, niemal piskliwy z podekscytowania głos. I nie miało to nic wspólnego ze mną.
Czy znowu odsuwaliśmy się od siebie? Nie byłem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Andrew rozpoczął nowy etap życia, był młody, pełen energii. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, która pozwalała mu na różnego rodzaju życiowe eksperymenty. Także w kwestii miłości.
Nie, nie chciałem się nim dzielić z nikim! Ale czy mogłem mu zabronić czegokolwiek? Gdyby chciał się rozstać, serce by mi pękło, ale nie odmówiłbym mu. Byłem od niego o wiele straszy, moja praca była czasami niebezpieczna i za wszelką cenę musiałem unikać jakichkolwiek przejawów sławy, czy też zainteresowania publicznego, jeśli nie chciałem wylądować w więzieniu. Jakby tego było mało, byłem ślepy na jedno oko, wzrok w drugim zaczął mi się trochę zamazywać przy czytaniu, więc niechybnie musiałem zainwestować w okulary, a we włosach zaczęło pojawiać się coraz więcej siwych włosów. Co więc poza rozmowami o quidditchu miałem do zaoferowania?
Kochałem go. Oczywiście, że go kochałem. Ale czasami miłość oznacza, że musisz pozwolić komuś odejść. Nie możesz trzymać ukochanej osoby przy sobie na siłę. Ale co z walką o miłość? Walczyć warto, ale tylko wtedy, kiedy ta druga osoba chce abyś o nią walczył.
- Marszczysz się. - słowa Andrew połączone z lekkim dotykiem jego palca na moim czole sprowadziły mnie na ziemię. - Dlaczego tak się marszczysz? - chłopak zaczął przyglądać mi się podejrzliwie. - Mam dla ciebie prezent, czekaj.
Nagła zmiana tematu bardzo mnie zaskoczyła. Chociaż jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt prezentu. Czy powinienem odebrać to jako zły znać? Czytałem artykuł, w którym autor sugerował, że kiedy mąż zaczyna przynosić żonie kwiaty bez okazji może to oznaczać zdradę. Ot, chce zabić poczucie winy prezentem.
- Proszę. - Andrew położył przede mną prostokątne pudełeczko. - No dalej, otwórz.
Podniosłem je i potrząsnąłem.
- Jeśli zepsujesz, nie odpowiadam za to. - przewrócił oczyma.
Otworzyłem więc pakunek ostrożnie i wyjąłem z niego etui, w którym znajdowały się okulary. Spojrzałem na mojego partnera tym mocniej marszcząc czoło, byłem tego świadomy.
- Coraz częściej mrużysz oczy i marszczysz czoło, kiedy na coś patrzysz, starasz się coś przeczytać. Przykro mi, ale czas zainwestować w pierwsze okulary. Przymierz.
Szlag. Co innego samemu zdawać sobie z czegoś sprawę, a co innego, kiedy partner daje ci do zrozumienia, że się starzejesz.
Nie mając innego wyjścia, założyłem okulary. Na początku wszystko było rozmazane, ale po chwili obraz wyostrzył się, kiedy szkła same dostosowały się do mojej wady wzroku.
- Wow, mmm….
Spojrzałem na Andrew, który przyglądał mi się z uśmiechem.
- Nawet nie podejrzewałem, że będziesz w nich wyglądał tak seksownie. Taki gorący bibliotekarz lub profesor.  A może powinienem mówić do ciebie „Tatusiu”?
- Co?
- No dobrze, wiem, że okulary nie mają nic do tego, ale tak mi się powiedziało…
- Nie rozumiem…
- Eh, a więc słuchaj mój ty człowieku jaskiniowy. Bo widzę, że zatrzymałeś się na erze wciągania za włosy do jaskini… Chodzi o takie… zboczenie, z braku w tej chwili innego określenia, kiedy to jeden z partnerów nazywany jest Tatusiem, Tatuśkiem, Tatkiem, wiesz o co chodzi, a drugi Chłopcem. I teraz, słoneczko moje przyćmione, słuchaj uważnie. Tatuś to osoba, która zazwyczaj odczuwa wewnętrzną potrzebę zajmowania się, opiekowania swoim partnerem jakby był dzieckiem. Tymczasem Chłopiec to ktoś, kto potrzebuje aby ktoś się nim zajął w takim czy innym stopniu, jakby był wspomnianym dzieckiem.
Patrzyłem na niego marszcząc się, jak sucha śliwka, co najpewniej mówiło więcej niż tysiąc słów.
- Dobrze, podam ci przykład i zacznę od Chłopca. Wyobraź sobie mężczyznę, który sprawuje istotną funkcję, zawsze musi być w pełnej gotowości, odpowiada za wszystko i wszystkich, ma bardzo dużo na głowie. I ta osoba potrzebuje wytchnienia, potrzebuje chwili, kiedy nie musi martwić się niczym, decydować, kiedy ktoś inny decyduje za nią, a ona po prostu sobie jest, jak dziecko. Wiek tego dziecka to już kwestia indywidualna. I tutaj na scenę wchodzi Tatuś. Osoba, która ma naturalną potrzebę i predyspozycje do zajmowania się tamtym mężczyzną, zapewnienia mu opieki i poczucia bezpieczeństwa, przejęcia kontroli. I tutaj też „wiek” Chłopca zależy od tego, jakie potrzeby ma Tatuś. Taki związek nie musi mieć podłoża seksualnego. Chodzi o zaspokojenie pewnych wewnętrznych, powiedziałbym, że psychologicznych potrzeb. Rozumiesz?
Skinąłem głową.
- Jak widzisz to nie ma nic wspólnego z twoimi okularami, tak mi się tylko głupio powiedziało. Nie potrzebuję też tatusia, ale gdybyś kiedyś…
- Nie, dziękuję! - przerwałem mu szybko.
- No to doskonale. Skoro to mamy za sobą… - Andrew wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Usadowił się na moich kolanach. - To wróćmy do tematu seksownego bibliotekarza lub profesora. - zaczął wodzić palcem po mojej brodzie i policzku. - Która rola bardziej ci odpowiada?
- Więc chcesz mi powiedzieć, że ja w okularach już ci nie wystarczam i potrzebujesz zabaw? - wiedziałem, że tak nie jest, ale i tak chciałem żeby obsypywał mnie zapewnieniami. W końcu jeszcze chwilę wcześniej zastanawiałem się nad tym, czy mu wystarczam, czy może powinienem zrobić miejsce dla kogoś młodszego kto stanąłby u jego boku.
- Hm, niech pomyślę. W sumie to odpowiedź brzmi tak i nie.
- Hę?
- Wystarczasz mi, ale czasami zabawy erotyczne urozmaicają, a ja lubię urozmaicenia.  Więc dopóki nie przyzwyczaję się do okularów na nosie mojego srebrnego lisa, mam zamiar tę sytuację wykorzystywać. - Andrew zaczął palcem gładzić mój nos. - Zanim jednak przyjdą ci do głowy jakieś głupoty, a wiem, że przyjdą, ponieważ już przez to przechodziliśmy, zaznaczę wyraźnie i z dużym naciskiem, że w tych zabawach musisz uczestniczyć ty. Nie chcę byle jakiego bibliotekarza czy psora, chociażby byli nie wiem jak przystojni. Chodzi mi o ciebie.
Położyłem dłonie na jego pośladkach i ścisnąłem, co wywołało radosne mruczenie mojego chłopaka.
- Powiedz mi więcej. - zażądałem. Najwyraźniej potrzebowałem się dowartościować, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy.
- Widzisz, mój ty wątpiący w siebie mężczyzno… Tak się składa, że lubię starszych od siebie mężczyzn. I nie ukrywam, że lubię też twoje wysportowane ciało. Będę się nim cieszył póki nie zaczniesz przybierać na wadze i zarastać tłuszczykiem. Wtedy przerzucę się na twoje dodatkowe centymetry. Podobają mi się twoje przeplatane siwizną włosy, ale kiedy będziesz całkiem siwy, wtedy będą podobały mi się tylko takie. Nie szczególnie leciałem na okulary, póki ty ich nie założyłeś. Mówiąc najprościej, chcę ciebie, Fabienie. I kiedy ty martwisz się tym, że się starzejesz… nie zaprzeczaj!
Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rzeczywiście planowałem zaprzeczyć.
- Kiedy ty martwisz się tym, że przybywa ci lat, ja martwię się tym, że jestem za młody i nie mogę zaoferować ci stabilizacji życiowej, której na pewno potrzebujesz. Nadal jedziemy na tym samym wózku wątpliwości.
- Nie sądziłem, że masz czas o tym wszystkim myśleć. - przyznałem trochę zawstydzony. - Przy twoich treningach, meczach, spotkaniach z kolegami, nie myślałem, że masz czas martwić się takimi rzeczami. - oparłem czoło o jego głowę.
- Oczywiście, że się martwię. Nie chcę żebyś był nieszczęśliwy i znudzony mną. Może i jestem twoją drugą połówką, ale to wcale nie znaczy, że nie musisz być ze mną szczęśliwy. Tym bardziej, że się zmieniam, a to znaczy, że cały czas musisz swoje uczucia dostosowywać to tych zmian…
- Niczego nie dostosowuję, Andrew. Kocham cię takim, jakim jesteś. To, co jest w tobie najgłębiej się nie zmienia nigdy.
Na twarzy chłopaka pojawił się słodki uśmiech.
- Doskonale. W takim razie będzie pan pracownikiem biblioteki, panie Trezeguet. Proszę zasuwać do salonu i zastanowić się jaką książkę mi pan poleci. Podpowiem, że powinna być to kamasutra.
Przewróciłem oczyma przez co zarobiłem kuksańca w bok. Andrew zsunął się z moich kolan i zgonił mnie z krzesła. Najwyraźniej naprawdę planował wykorzystać swój pomysł, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko pozwolić mu na wszystko.
Tak, bezsprzecznie owinął sobie mnie wokół palca.

niedziela, 12 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLI - Andrew Sheva

Leżąc w łóżku obok śpiącego Fabiena, przyglądałem się jego twarzy. W jego włosach pojawiło się kilka siwych pasm, a wokół oczu skórę załamywały drobne, jeszcze dosyć płytkie zmarszczki. Jak ktoś tak cudowny mógł chcieć kogoś takiego jak ja? Co tak naprawdę miałem mu do zaoferowania?
Dobra, może i Fab nie miał wyjścia i musiał się we mnie zakochać lub przynajmniej ze mną być ze względu na całą tą duszę Anioła, czy w co tam wierzyła jego rodzina, ale mój problem pozostawał moim zdaniem nierozwiązany. W końcu jakieś tam machinacje losu nie sprawiały, że w jakikolwiek stopniu byłem partnerem odpowiednim dla Fabiena.
Marcelowi udało się znaleźć ideał, więc nic dziwnego, że był w nim zakochany po uszy. Fillip był przecież niesamowicie przystojny, inteligentny, łagodny i troskliwy, ale kiedy musiał, potrafił zamienić się w bestię.
A ja? Byłem młody i pod wieloma względami po prostu głupi. Udawałem, że wiem wszystko i jestem mądrzejszy, niż w rzeczywistości. Może i podobałem się niektórym osobom, ale tak naprawdę na swój wygląd pracowałem od zawsze, starając się wyróżniać w jakiś sposób.
Bogowie! Miałem durne siedemnaście lat, podczas gdy on był dorosłym mężczyzną! Byłem dzieciakiem, który dopiero kończył szkołę, zaś Fabien stał na czele Rodu!
Kiedyś już nasz związek przeżywał kryzys spowodowany moimi negatywnymi myślami, które sam nie wiem skąd się wzięły. Pewnie z tego samego miejsca, co te męczące mnie teraz. Czy gdybym poznał Fabiena później moje nastawienie byłoby inne? Czy uważałbym wtedy, że jestem go wart, tak jak teraz wydawało mi się, że nie przedstawiam sobą żądnej wartości? Może i byłem u progu kariery sportowej, ale wiele w tym temacie zawdzięczałem ojcu.
Westchnąłem cicho i pocałowałem Fabiena w czoło wymykając się z łóżka.
Dalsze bezczynne leżenie nie miało najmniejszego sensu.
Skoro w moim żyłach płynęła krew szamanów, cokolwiek miało to oznaczać, jako że nikt do końca nigdy nie wyjaśnił mi tej kwestii, to może jednak było coś, co mogłem zrobić, aby w końcu pozbyć się swoich wątpliwości.
Zaszyłem się w bibliotece, niewielkim, ale przytulnym pokoju, który uwielbiałem nie tylko ja, ale także Fabien. Doskonale wiedziałem, że żadna ze zgromadzonych tam książek mi nie pomoże. Znałem je doskonale i większość z nich zaliczała się do najnowszych powieści, w tym także romansów, bez których nie mogłem się obejść. Żadnych magicznych, starych druków. Najnowsze tytuły, które dla wielu osób nie przedstawiały żadnej wartości.
Skoro byłem szamanem to musiałem mieć jakąś dodatkową moc. Szamani wprawiali się w trans za pomocą halucynogenów, więc może gdybym tego spróbował, mógłbym dotrzeć do swoich korzeni.
Nie wiem nawet dlaczego przyszło mi to do głowy, ale jak przystało na niedojrzałego dzieciaka, lubiłem czasami realizować swoje durne i równie niedojrzałe i niepoparte niczym pomysły. Ten niewątpliwie do takich należał.
Tylko czym miałem się niby wprawić w trans? Trudno, musiałem improwizować. Może gdybym tak nadmiernie się wyluzował… Mieszanka rumianku, melisy i dziurawca? Te zioła przynajmniej miałem w kuchni, więc mogłem spróbować. Wypić czy zapalić i nawdychać się dymu?
Postanowiłem postawić na bezpieczniejszą opcję, a więc picie.
Nie chcąc czekać ani chwili, jako że mogłem zmienić zdanie lub pójść po rozum do głowy, poczłapałem na bosaka do kuchni i zabrałem się za robienie silnego, paskudnego w smaku wywaru, który później zabrałem z powrotem do biblioteki. Tam rozsiadłem się w fotelu i dmuchałem w wielki kubek śmierdzącego napoju.
- Jak ci, Sheva, pikawa siądzie to będziesz miał pozamiatane. - rzuciłem do siebie na chwilę przed pierwszym łykiem. Paskudztwo! Smakowało trawskiem i wykrzywiało twarz. Mimo wszystko dmuchałem i piłem gorący wywar dalej.
W połowie kubka poczułem, że moje ciało się rozluźnia, co było normalne biorąc pod uwagę mieszankę jaką sporządziłem. Po wlaniu w siebie trzech czwartych, zrobiło mi się bardzo wesoło, co podobno było normalne jeśli wywar z dziurawca jest zbyt silny. Krótko mówiąc, coś się działo, a to chyba dobrze.
Ile czasu minęło zanim usnąłem? Sam nie wiem, ale niewątpliwie mi się przysnęło, ponieważ obudziłem się obolały z powodu niewygodnej pozycji i trochę zziębnięty. Moje ciało nadal było rozluźnione, ale nie cieszyła mnie już każda rzecz i każda myśl, jak wcześniej, kiedy piłem ten paskudny roztwór z zielska. Nie wywołałem też żadnego transu, chociaż naprawdę myślałem, że może mi się to udać.
Wróciłem do łóżka i wsunąłem się pod ciepłą kołdrę obok nadal śpiącego Fabiena. I nagle przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro nie mogłem cofnąć czasu i przekonać się jak wyglądałoby moje życie i spotkanie z Fabienem, gdyby doszło do niego dopiero teraz lub nawet jeszcze później, to mogłem przecież spróbować czegoś innego. Zamiany ciałami! Zobaczyłbym siebie jego oczyma, może nawet zdołałbym zachować tylko swoją świadomość i poczuć dokładnie to, co on czuł do mnie. Wtedy naprawdę mógłbym dowiedzieć się o sobie i naszym związku czegoś więcej. Tylko jak to zrobić? Czy udałoby mi się sporządzić eliksir, który przeniósł by moją świadomość do ciała Fabiena i odwrotnie?
Musiałem przecież coś zrobić! Nie mogłem zostawić swoich wątpliwości samym sobie, ponieważ urosłyby do niebywałych rozmiarów.
- Fab! - potrząsnąłem ramieniem mojego chłopaka. - Fab, obudź się, mam pytanie.
Mężczyzna wymruczał coś niezrozumiałego, co dziwnie przypominało wiązankę przekleństw i przetarł oczy ziewając.
- Andrew, dlaczego mnie budzisz? - wymamrotał, ale nie otworzył oczu.
Cóż, nie musiał mnie widzieć, aby mi odpowiedzieć, więc nie było to problemem.
- Chcę zamienić się ciałami. - odpowiedziała mi cisza.
- Czekaj! Coś mi się chyba przyśniło. Że co?
- Chcę zamienić się ciałami. Chcę poczuć to, co czujesz ty, zobaczyć to, co widzisz ty.
- Po jaką cholerę?
- Po prostu tego potrzebuję, dobra? - mogłem spodziewać się takiej a nie innej reakcji z jego strony. - Potrafiłbyś zrobić eliksir lub znasz kogoś kto potrafi?
- Boże, jest środek nocy, a ty budzisz mnie po coś takiego?
- To ważne!
- Dobrze, nie krzycz. Tak, znam kogoś, ale porozmawiamy o tym rano, jeśli nadal będziesz pamiętał tę głupią zachciankę.
- No… Niech będzie. - zgodziłem się, chociaż najchętniej już teraz zaplanowałbym wszystko. Gdyby to Fab potrafił sporządzić eliksir od razu wygoniłbym go do pracy nad nim. Już nie mogłem doczekać się chwili, kiedy będę Fabienem, a on będzie mną. To mogło skończyć się katastrofą, nie wywrzeć na nas żadnego wrażenia lub okazać się przełomem.
- Fabien, śpisz?
- Boże, Andrew, serio? - jego męczeński jęk sprawił, że było mi go trochę żal, ale tylko trochę.
- Co ty we mnie widzisz?
Mężczyzna westchnął, przetarł twarz dłońmi i z trudem uchylił powieki aby na mnie spojrzeć.
- Na pewno nie pobudki w środku nocy. - rzucił kąśliwie na początek. - Co się dzieje, Andrew? Ale tak serio.
- Gdybyś spotkał mnie dopiero teraz, co byś pomyślał? Czułbyś to samo, co dawniej?
Kolejne westchnienie. Fab objął mnie i przycisnął do swojej piersi.
- Na pewno nie czułbym tego samego. Obaj bylibyśmy starsi, ja może lepiej panowałbym nad swoją euforią i ciałem, a ty byłbyś pewnie bardziej doświadczony i nie koniecznie zwróciłbyś na mnie uwagę. Musiałbym znaleźć sposób, aby jakoś cię poznać i zainteresować sobą, co byłoby trudne biorąc pod uwagę mój wiek. Na pewno poświęciłbym więcej czasu na to żebyś mnie poznał i żeby poznać ciebie. Nie rzuciłbym się na ciebie tak jak to zrobiłem. Patrzyłbym na ciebie i widział zabawnego, pewnego siebie, często szalonego chłopaka, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, której nie chciałbym zrujnować, chociaż i tak nie potrafiłbym po prostu odejść i pozwolić ci po prostu żyć beze mnie obok. Nie znalazłbym w sobie na tyle siły. Czy teraz mogę już spać?
- A śpij sobie, dziadku! - prychnąłem, ale przytuliłem się do niego mocniej.
Czy Fab spotkałby mnie teraz na ulicy, czy może jakimś cudem na meczu, który bym rozgrywał? Czy spadłbym z miotły widząc go na widowni? A może wpadłbym na niego po meczu?
Gdyby tylko przeszłość dało się napisać na nowo.

środa, 16 stycznia 2019

Kartka z pamiętnika CCCXXXIX - Andrew Sheva

Chociaż oficjalnie treningi w największym paryskim klubie quidditcha miałem rozpocząć dopiero po ukończeniu szkoły, zostałem zaproszony do udziału w jednym nadprogramowym, aby zacząć samodzielnie pracować nad dotrzymaniem tempa swojej przyszłej drużynie, czego nie mogłem zrobić, nie wiedząc, jak ćwiczą na co dzień. Wykorzystałem okazję, aby zatrzymać się na noc w domu, zamiast wracać od razu do szkoły. Fabien wiedział, że planuję spędzić z nim trochę czasu, toteż nie spodziewałem się tego, co zastałem, kiedy tylko przekroczyłem próg
Stałem jak spetryfikowany w drzwiach, patrząc na kochanka, jakbym zobaczył ducha. Chociaż przyznaję, że duch mniej by mnie zaskoczył, niż to, co właśnie miałem przed oczyma.
- Wszystko ci wyjaśnię! - rzucił na wstępnie Fabien, co brzmiało jak „jestem winny wszystkiego, o co właśnie chcesz mnie oskarżyć”.
- Mam nadzieję. - zdołałem się w końcu ruszyć i wszedłem w głąb domu.
Merlinie, naprawdę nie wiedziałem, jak powinienem zareagować widząc mojego wysokiego, barczystego, silnie zbudowanego i umięśnionego kochanka w różowej sukience z falbanek narzuconej na jego codzienne ubrania, z diademem we włosach i w koszmarnym makijażu. No dobrze, nie byłem głupi i nie przyszło mi nawet do głowy, że zrobiłby to specjalnie, ponieważ nagle odkrył w sobie jakąś kobiecą część swojej natury. Mimo wszystko i tak nie wiedziałem, co powiedzieć lub zrobić, kiedy powitało mnie coś takiego.
-  Kuzynka nie miała, co zrobić z córkami, więc podrzuciła je do mnie. - Fabien właśnie starał się wydostać z wściekle różowych falbanek. - Nie zajmuję się na co dzień dziećmi, więc nie wiedziałem, co robić, ale matka tych małych potworków była już przygotowana na wszystko. To ona dała mi tę cholerną szmatę… Pomóż mi z tego wyjść! - westchnął błagalnie, ponieważ właśnie zaklinował się do tego stopnia, że falbanki zasłaniały mu twarz i nie pozwalały się ruszyć w żadną stronę.
Westchnąłem i podchodząc do niego odczepiłem materiał od diademu, w który się zaplątał, po czym pomogłem kochankowi zdjąć sukienkę.
- Dziękuję. - rzucił z westchnieniem ulgi. - Wcisnęła mi też zestaw dziecięcych przyborów do makijażu i powiedziała, że dziewczynki będą wiedziały, co robić. Teraz rozumiem dlaczego nikt inny nie chce się nimi zajmować. - mężczyzna wziął wilgotną chusteczkę i zaczął wycierać nią twarz. Jeśli to w ogóle możliwe, rozmazał „makijaż” jeszcze bardziej, niż był on rozmazany do tej pory. - Powiesz coś? - spojrzał na mnie w sposób, którego nie dało się odczytać. Nie było w nim ani strachu, ani niepewności, w sumie sam nie wiem, czego mógłbym się doszukać zamiast tego.
- Nadal przetwarzam informacje, które mi podałeś i staram się zapomnieć o tym, jak koszmarnie wyglądasz w różowych falbankach.
- Wyobraź sobie, że nie dały mi możliwości wyboru koloru i kroju. - prychnął, a ja w końcu się roześmiałem.
Ryczałem ze śmiechu klęcząc na podłodze i trzymając się za brzuch. Najwyraźniej pierwszy szok opadł i teraz moje emocje w końcu zaczęły docierać tam, gdzie powinny.
- Bardzo zabawne, naprawdę. - w głosie Fabiena nie było jednak za grosz urazy, czy też złości, a jedynie ciepło, które zawsze tam było.
Potrzebowałem dłuższej chwili, aby się uspokoić, co przypłaciłem czkawką. Po zaledwie dwóch minutach czułem już z tego powodu ból żołądka, ale jednak naprawdę sobie na to zasłużyłem.
Fab wziął mnie na ręce i posadził sobie na kolanach, kiedy rozsiadł się w salonie już umyty jak należy. Podał mi kubek soku pomarańczowego i głaskał po biodrze czekając.
Koło dziesięciu minut męski później pozbyłem się czkawki i teraz miałem tylko nadzieję, że nie wróci.
- Nie wierzę, że ubrałeś na siebie coś takiego. - rzuciłem oddychając głęboko, uspokajająco.
- A co miałem zrobić? Błagały, a sądząc po rozmiarze tej sukienki, była robiona specjalnie dla mnie. A to znaczy, że każdy, kto się nimi opiekował musiał przejść przez herbatkę u Królowej. Cieszę się tylko, że nie przyniosły ze sobą małego stolika i tycich krzesełek, bo gdybym jakimś cudem wbił w nie dupsko, to prawdopodobnie teraz byś musiał je rozcinać, żeby mnie uwolnić.
- Było aż tak źle? - uśmiechnąłem się wodząc palcem po jego szyi. Podobał mi się fakt, że mój kochanek nie miał nic przeciwko zajmowaniu się dziećmi. Wprawdzie zakładanie rodziny nam nie groziło, ale uważałem, że mężczyzna opiekujący się maluchami i bawiący się z nimi ma w sobie coś seksownego. Nawet jeśli jest zmuszony do chodzenia w absurdalnych ciuchach i noszenia koszmarnego makijażu robionego przez kilkuletnie dziewczynki.
- Dwie godziny sączenia z pustej filiżanki, która mieściła się w mojej dłoni… Czułem się jak jak olbrzym.
- Przy tych dziewczynkach wyglądałeś na olbrzyma… Merlinie, Fabienie, przecież ty jesteś olbrzymi nawet przy mnie! - zaśmiałem się szczerze.
Nie dało się ukryć, że Fab był sporych rozmiarów mężczyzną i to nie tylko w spodniach. Przy nim moje raczej drobne ciało wydawało się delikatne, a przecież wcale nie prezentowałem się najgorzej. Tyle, że on był zdecydowanie wyższy, o wiele szerszy w ramionach, a tym samym jego kości oraz mięśnie wydawały się dwa, może nawet trzy razy większe od moich. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy na szkolnym korytarzu, nie mogłem mu się oprzeć. Jego ciało obudziło we mnie niesamowite pożądanie. Wcześniej sam nie byłem pewny, jaki typ mężczyzny jest tym moim, ale kiedy poznałem Fabiena, szybko zrozumiałem, że moje życie seksualne byłyby niezadowalające bez tak sporego mężczyzny u mojego boku. Nie chodziło jednak o to, że lubiłem czuć się mały, niewinny i bezbronny, ale o to cudowne uczucie, jakie towarzyszyło wtulaniu się w ciało większe i silniejsze ode mnie.
Ta myśl obudziła we mnie pragnienie dotykania tego imponującego, wspaniałego mężczyzny, który należał tylko i wyłącznie do mnie.
- Zdejmij podkoszulek. - poleciłem mu. Fabien był całkiem niezły w wykonywaniu poleceń, więc byłem pewny, że spełni i to. - Dobrze. - pochwaliłem, kiedy zdziwiony zdjął z siebie ubranie, ale nie zadał ani jednego pytania o cel.
Położyłem dłonie na gorącej skórze jego szerokiej, umięśnionej piersi i przesunąłem po niej rękami, rozkoszując się teksturą jego ciała, łaskotaniem włosków, ruchami mięśni, które napinały się, kiedy potrąciłem w pewnym momencie jego lewy sutek.
- Andrew?
- Cicho, daj mi się pozachwycać! - uciszyłem kochanka i kontynuowałem dotykanie i podziwianie jego klatki piersiowej.
Fabien zdecydowanie zaliczał się do imponujących przedstawicieli naszego gatunku. Nic dziwnego, że ilekroć wyszedł na miasto, kobiety oglądały się za nim i byłem pewny, że ślinka im ciekła na samą myśl o tym, co musi się kryć pod opinającymi jego ciało ubraniami.
- Wiesz, chyba wprowadzę dla ciebie zakaz noszenia podkoszulka, koszuli czy swetra, kiedy jesteśmy obaj w domu.
- Nie widzę problemu, jak długo jest ciepło.
- W weekendy będziesz chodził tylko w bieliźnie. - fantazjowałem nieprzerwanie go dotykając.
Zmieniłem pozycję, siadając okrakiem na kolanach kochanka i przysunąłem się bliżej jego ciała. Wybrzuszenia naszych spodni otarły się o siebie. Zaczynałem się podniecać sunąc to palcami, to znowu całymi dłońmi po jego cudownie zbudowanym ciele.
- Jeśli chcesz. - zamruczał kładąc dłonie na moich pośladkach i ściskając je mocno, czym wyrwał z moich ust zadowolone westchnienie.
Zmieniłem kąt ustawienia dłoni i tym razem dotykałem twardych mięśni na brzuchu Fabiena, co nagrodziło wyraźnie rosnące wybrzuszenie jego spodni.
- Komuś się podoba mój dotyk… - rzuciłem figlarnym tonem.
- Podoba? Ja kocham twój dotyk, kociaku. Mój drugi mózg właśnie przejmuje nade mną kontrolę, więc jeśli nie zabierzesz tych wspaniałych rąk z okolic mojego podbrzusza, przerzucę cię przez oparcie sofy i wezmę tu i teraz bez wspólnego prysznica, a wiem, że cuchnę cukierkami.
Roześmiałem się, ponieważ nie mogłem nawet zaprzeczyć. Fabien pachniał tak słodko, że z trudem mogłem to znieść, kiedy zbliżałem nos bezpośrednio do jego ciała.
- Rozumiem, że czymś cię skropiły?
- Tak. Wylały na mnie połowę jakiegoś różowego, cukierkowego świństwa, które nazywały perfumami, chociaż ja nazwałbym to wodą spod żelek.
- No dobrze. Niech będzie, wykąpiemy się razem i zmyję z ciebie ten zapach dziewczęcych sukienek.
- Będę wdzięczy, kochanie. - Fabien wstał trzymając mnie za pośladki, dzięki czemu bez problemu mogłem opleść go nogami w pasie.
Uwielbiałem jego siłę. Zresztą, było niewiele cech, za którymi nie szalałem, kiedy chodziło o Fabiena.

niedziela, 30 grudnia 2018

New Year Special 2018 - Family Party

Świętowanie faktu, że Ziemia wykonała jeden pełny obrót wokół Słońca było jednocześnie głupim i genialnym zwyczajem. Głupim, ponieważ było rzeczą dosyć oczywistą, że Ziemi uda się wykonać ten jeden obrocik zupełnie jak przed rokiem i dwa lata wcześniej i trzy, cztery, pięć… Jak tych wiele, bardzo wiele razy do tej pory. Z drugiej strony przecież od zawsze straszono końcem świata, więc czemu nie cieszyć się kolejnym przeżytym roczkiem? No i pozostawał jeszcze jeden, zupełnie oczywisty fakcik, który przemawiał za świętowaniem zakończenia starego i rozpoczęcia nowego roku.
- To wcale nie jest śmieszne! Bolą mnie krzyże, nogi… nie wiem nawet, czy jest coś co mnie nie boli! - Andrew Sheva uderzył w narzekający ton podczas swojej rozmowy z Fillipem Camus na temat swojej ciąży. - Z trudem obracam się wokół własnej osi!
I oto powód, dla którego Sylwester miał sens. Skoro Andrew Sheva mając w sobie jedno małe dzieciątko z takim trudem się poruszał, to dlaczego nie świętować faktu, że wielka Ziemia, która zamiast jednej istotki musiała zapewnić dom całym miliardom dużych, małych, chudych, grubych, zdołała wykonać ten pełny obrót.
- Daj spokój, kochanie. Nie jest tak źle. - Fabien Trezeguet pochylił się nad kochankiem, siedzącym przy wielkim, zastawionym jedzeniem i napojami stołem, i pocałował go w czubek głowy.
- Chcesz się przekonać? - Andrew uniósł jedną brew i rzucił mu wymowne spojrzenie, które wydawało się wykrzykiwać ironiczne: „doprawdy?”
- Podziękuję, zamiast tego pobaluję. - mężczyzna rzucił chłopakowi słodki uśmiech i zakręcił biodrami w rytm muzyki, która otaczała wszystkich zgromadzonych tego wieczoru u Camusów.
Poza dwójką szykującą się do niespodziewanej roli tatusiów oraz panami domu, w którym odbywała się zabawa sylwestrowa, przy stole siedzieli także Oliver z Reijelem, dziadek Luciferus i czwórka duchów, zmarłych wiele lat wcześniej rodziców Fabiena i Marcela. W takim towarzystwie każdy czuł się swobodnie i mógł po prostu być sobą.
Gdyby rodzice Fillipa i Olivera nie zdecydowali się na uczestnictwo w wielkim balu wyższych sfer, teraz byliby tutaj wraz z innymi, co oznaczałoby karmienie ich kłamstwami, co do stanu Andrew oraz związku Olivera z mężczyzną, którego uważali za brata matki jego dzieci. To cud, że przez dziesięć lat żadne z nich nie domyśliło się prawdy.
- Hej, to moje! - władczy, dziewczęcy głos dochodząc od strony „pokoju balowego”, w którym bawiły się dzieci, zwrócił uwagę dorosłych.
Do salonu właśnie wkroczyła dumnym krokiem śliczna, blond-włosa trzynastolatka, ciągnąc za sobą trzymanego mocno za ucho szesnastoletniego chłopaka.
- Zabrał mi spinkę! - powiedziała nadąsanym tonem do wszystkich i do nikogo.
- Nathanielu… - Marcel Camus rzucił synowi ostre spojrzenie. Było widać, że oczekuje wyjaśnień.
- Ale czy ona może najpierw puścić moje ucho? - zajęczał chłopak.
- Anastasie, puść kuzyna. - Oliver przewrócił oczyma. - Dzieci… - westchnął cicho.
Blondynka zastanowiła się chwilę po czym uwolniła z uścisku swoich długich palców ucho chłopaka.
- Więc? - Marcel skrzyżował ramiona na piersi i wlepił wzrok w syna z jeszcze większą intensywnością.
Nathaniel, wysoki, przystojny, niemal mężczyzna, chociaż jeszcze nie do końca, sięgnął do swojej burzy ciemnych, kasztanowych włosów i wypiął z nich złotą spinkę z gwiazdką.
- Spadła, więc ją podniosłem. - zaczął wyjaśniać. - No i tak jakoś postanowiłem ją wpiąć żeby było zabawnie… Anastasie była zajęta, więc nie sądziłem, że to będzie problem. Przepraszam. - dodał szczerze skruszony i podał spinkę nastolatce, która wzięła do niego swoją własność.
- Przepraszam, że wyszarpałam cię za ucho. - powiedziała wyciągając w jego stronę dłoń na zgodę.
Nathaniel odpowiedział uśmiechem i uścisnął jej rękę.
Do pokoju wpadła pozostała dwójka młodych – Xavier, który przypominał siostrę bardziej niżby sobie tego życzył, ale nie szczególnie się tym chwilowo przejmował, oraz słodki Florin, który w dalszym ciągu uważał Nathaniela za wzór do naśladowania, czy to pod względem fryzury, czy też stylu ubierania się.
Kiedy maleństwo Andrew i Fabiena przyjdzie na świat, będzie wprawdzie najmłodszym członkiem rodziny, ale nie będzie mogło narzekać. Oczko w głowie rodziców, kuzynostwa i wujków.
Czwórka dzieci usiadła na swoich miejscach przy stole i porwała z niego napoje. Najwyraźniej mimo przerywnika w postaci małego sporu o spinkę najważniejsze było uczucie pragnienia, które chcieli zaspokoić.
- Mam nadzieję, że to będzie dziewczynka. - siedząca naprzeciwko Andrew Anastasie uśmiechnęła się do swojego ciężarnego wujka. - Wtedy przynajmniej nie będę jedyna. Zabawa z samymi chłopakami jest nudna.
- Oj, muszę ci przyznać rację, kochanieńka. - duch mamy Marcela pokiwał głową ze zrozumieniem. - Byłam jedyną dziewczyną, a miałam sześcioro rodzeństwa. Chłopcy są tak niesamowicie nieskomplikowani, że zabawy z nimi naprawdę nie były żadnym wyzwaniem.
- Prawda? - zapiszczała podekscytowana nastolatka. W końcu trafiła na kogoś, kto w pełni ją rozumiał. - Wybacz tatku, ale to prawda.  - rzuciła przepraszająco w stronę Olivera. Mężczyzna przez lata starał się sprostać wymaganiom stawianym przez fakt wychowywania dziewczynki w sytuacji, kiedy nie wiedział o kobietach niemal nic. W końcu wcale go nie interesowały i był jedynakiem, więc nie miał prawa znać się na nich w wystarczającym stopniu. Gdyby jednak nie on, Reijel po prostu zrobiłby z Anastasie małego chłopca, ponieważ tak byłoby łatwiej. O ile Oli wiedział o dziewczynach niewiele, o tyle Reijel nie wiedział o nich zupełnie nic.
- Przekonamy się niebawem. - Andrew rzucił dziewczynce ciepły uśmiech i pogładził swój wielki brzuch. Następnie dźgnął palcem siedzącego obok niego kochanka i wymienił długą listę produktów spożywczych, które Fabien miał nałożyć mu na talerz. Mógł to wprawdzie zrobić sam, ale z takim brzuchem obawiał się szkód jakie mógłby narobić na stole, a po niektóre sałatki należało sięgnąć dosyć daleko.
Kiedy Andrew zajął się swoim wypełnionym po brzegi talerzem, Marcel wstał ze swojego miejsca i szarmanckim gestem wyciągnął rękę w stronę męża. W jego spojrzeniu było tyle ciepła i miłości, że na ustach jego rodziców pojawiły się uśmiechy, których nie dało się z niczym pomylić. Byli szczęśliwi i dumni z tego, że ich syn znalazł szczęście i miłość swojego życia.
- Zatańczysz? - zapytał Fillipa, który zachichotał zawstydzony.
- Tak. - odpowiedział kiwając głową mężczyzna i ujął wyciągniętą w jego stronę dłoń. Wspólnie, trzymając się za ręce, przeszli do pokoju, w którym przygotowano miejsce do tańca. Marcel zaklęciem ustawił odpowiednią piosenkę, dzięki czemu mogli objęci i przytuleni do siebie niespiesznie zataczać taneczne koła.
Ich synowie wyciągnęli szyje w stronę drzwi pokoju, aby móc na nich spojrzeć i obaj uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, co rozbawiło wszystkich, którzy widzieli ich miny. Tak, ich rodzice nigdy nie mieli się zmienić. Zakochani w sobie do szaleństwa mimo wielu lat, jakie minęły od kiedy się poznali i od kiedy zostali małżeństwem.
- Może my również powinniśmy zachowywać się jak zakochane szczeniaki, podobnie jak oni. - Reijel zwrócił się do Olivera, ale kątem oka spoglądał na bliźnięta.
Dwie blond główki odwróciły się gwałtownie w ich stronę, a niebieskie oczy były ogromne.
- Nie! - Anastasie pobladła.
- Nie? - Oli od razu zrozumiał o co chodziło kochankowi i podjął grę. - Ale dlaczego?
- Jeszcze pytasz?! Tatku, to… Bleeeeh! - rzuciła szybko okiem na kuzynów, aby upewnić się, że nie zwracali na nią uwagi po czym kontynuowała. - Oni się nie liczą, są inni. - kiwnęła głową na Nathaniela i Florina. - Każda inna osoba powie ci, że to obrzydliwe, kiedy rodzice się tulą, całują, czy co tam jeszcze robią.
- Popieram. - Xavier przytaknął siostrze.
- Czy ja wiem… Marcel i Fillip wydają się strasznie szczęśliwi dzięki temu…
- Oni też są inni! - uparcie obstawała przy swoim dziewczynka. - Wierz mi, nie chcesz być jednym z tych tatków!
- W takim razie myślę, że wszyscy powinniśmy zatańczyć! - ubawiony do łez dziadek Luciferus podał dziewczynie rękę. - No dalej, zapewniam cię, że nigdy nie zatańczysz z kimś, kto robiłby to lepiej ode mnie.
Anastasie przewróciła oczami, westchnęła i złapała dziadka za rękę.
- Niech ci będzie, jeśli to cię uszczęśliwi. - rzuciła, ale wypieki na jej policzkach mówiły jasno, że była zadowolona z propozycji.

środa, 26 grudnia 2018

Christmas Special 2018 - Andrew Sheva x Fabien Trezeguet

UWAGA!
TEMATEM PRZEWODNIM ŚWIĄTECZNEJ NOTKI SPECJALNEJ JEST MPREG (MĘSKA CIĄŻĄ).
JEŚLI NIE GUSTUJECIE W TEJ TEMATYCE, DORADZAM POMINIĘCIE TEGO WPISU.

Boże Narodzenie. Sezon cudownych chwil dla rodzin, a jednocześnie koszmar dla ciężarnych przechodzących przez okres zachcianek. Przyozdobione z przepychem domy i ogrody, starty brudnych naczyń w zlewach, wypełnione po brzegi lodówki i ten jeden problem, którego nie sposób zignorować – silna potrzeba zjedzenia czegoś, czego akurat tego dnia nie ma w tej wypchanej świątecznie lodówce.
Ciepła, rozgrzana od ciał pościel, delikatna, puszysta piżama, rozkosz leżenia w łóżku, cudowne sny, które wprawiają w cudowny nastrój rankiem i to nieznośne burczenie w brzuchu oraz ochota na coś konkretnego, ale niedostępnego na wyciągnięcie ręki.
Andrew pogładził się po całkiem sporym brzuchu, w którym już nie tak mały Cud na pewno śnił właśnie w tej chwili o lodach śmietankowych na czekoladowym cieście polanym sosem tabasco, ponieważ właśnie na to miał w tej chwili ochotę Andrew. Chociaż ochota to mało powiedziane, ponieważ młody mężczyzna wręcz trząsł się z potrzeby, aby zjeść właśnie to. Ciasto czekoladowe z lodami śmietankowymi i sosem tabasco. Tyle że w domu mieli TYLKO ciasto. Nie było lodów, nie było sosu, ponieważ nigdy go nie używali, nigdy jakoś specjalnie za nim nie przepadali.
Fabien spał cicho na plecach, nieświadomy tego, że jego kochanek leżąc obok wpatrywał się w jego profil, myśląc intensywnie nad swoim następnym ruchem, walcząc z tą potężną potrzebą zjedzenia tego, czego życzył sobie w tej chwili jego Cud.
Andrew westchnął ciężko czując, że przegrywa właśnie z zachciankami dziecka w swoim brzuchu. Dziecka, które było cudem, ponieważ nie powinno w ogóle zostać spłodzone. Dwóch mężczyzn nigdy nie spłodziło przecież dziecka! A przynajmniej nie w rzeczywistym świecie. A jednak w tym wypadku coś się wydarzyło, coś co pozwoliło na to, aby seksualne szaleństwa Andrew i Fabiena zaowocowały ciążą.
Młody mężczyzna dźgnął śpiącego obok kochanka w bok. Ten zamruczał coś niezadowolony, ale nie obudził się. Andrew przewrócił oczyma i dźgnął ponownie.
- No budź się niedźwiedziu! - syknął wbijając palcem między żebra mężczyzny.
Fabien podskoczył gwałtownie i spadł z łóżka z głośnym stękiem, kiedy jego ciało zetknęło się boleśnie z twardą drewnianą podłogą.
- Co się dzieje?! - wystarczyła chwila, a już stał przy łóżku patrząc z troską na swojego ciężarnego partnera.
- Nic. - odpowiedział spokojnie blondyn i sięgnął po dłoń kochanka, który odetchnął głęboko uspokajając szybko pędzące serce. - Nasze maleństwo ma ochotę na lody z sosem tabasco na cieście…
- Teraz?
Andrew przewrócił oczami.
- Nie, jutro i dlatego cię budzę. - prychnął. - Oczywiście, że teraz!
- Jest Boże Narodzenie… - mężczyzna spojrzał na zegar stojący na szafce nocnej po jego stronie łóżka. - Druga nad ranem w dzień Bożego Narodzenia.
- Powiedz to tej istotce tutaj. - blondyn wskazał na swój brzuch.
Fabien zmarszczył brwi patrząc na wielki brzuch kochanka, a następnie w jego zielone oczy. Kolejny raz tego ranka nabrał głęboko powietrza w płuca.
- Wiem doskonale po kim to ma. - wymamrotał pod nosem i zmarnowany poczłapał do fotela pod oknem, na którym ułożone były jego ubrania. Powoli zaczął zakładać je na siebie.
Andrew uśmiechnął się czule patrząc na jego przygarbione plecy. Jego wielki, silny mężczyzna.
- Lody śmietankowe i sos tabasco. - rzucił rozkazującym tonem. - Wciąż mamy ciasto czekoladowe, prawda?
- Jeśli go jeszcze nie zjadłeś… Uch! - stęknął, kiedy dostał w plecy poduszką rzuconą przez kochanka. - Dobrze, sprawdzę. - zrezygnowany podniósł poduchę z podłogi i wręczył ją Andrew, który właśnie wyciągnął po nią ramiona. - Boże Narodzenie, druga nad ranem, a ja mam znaleźć gdzieś lody śmietankowe i sos tabasco. Czy to nie mogło być coś łatwiejszego do zdobycia, kiedy otwarte są tylko stacje benzynowe i sklepy nocne należące do desperatów? - pochylił się nad brzuchem blondyna i pocałował napiętą skórę, pod którą w bańce wód płodowych rosło jego maleństwo, jego Cud.
*
Fabien zadrżał na całym ciele, kiedy opuścił ciepłe wnętrze domu i stanął na zaśnieżonym ganku. Jego oddech zamieniał się w wielkie kłęby pary, a wciągane przez nos powietrze mroziło włoski w nosie przemieniając każdy z nich w malutki sopelek lodu. Ależ oczywiście, że jego dziecko musiało wybrać sobie właśnie świąteczny bardzo wczesny poranek z temperaturą grubo na minusie aby mieć zachciankę. W końcu było także dzieckiem Andrew, a to naprawdę wiele wyjaśniało.
Fabien zastanowił się przez chwilę nad swoimi opcjami, po czym sięgnął po miotłę stojącą przy schodach i zasłonił oczy okularami, które miały chronić jego oczy przed zimnym powietrzem i drobinkami śniegu podczas lotu. Jakby na zawołanie podmuch wiatru podniósł z ziemi błyszczące drobinki zmarzniętego śniegu, który roziskrzyły się cudownie w powietrzu. Przynajmniej nie sypało, chociaż śnieg oznaczałby chmury i względne ocieplenie powietrza. Fabien sam już nie wiedział, którą z opcji woli. Był już za stary na takie zabawy.
Ile właściwie miał już lat? Przestał liczyć po trzydziestce i prawdę mówiąc naprawdę nie wiedział już ile skończył w tym roku. Tak było wygodniej biorąc pod uwagę o ileż młodszy od niego był Andrew.
Dosiadł miotły, odbił się od ziemi i skierował w stronę najbliżej znajdującego się sklepu, który mógł być otwarty tego dnia i o tej godzinie.
Dwa zamknięte sklepy nocne i dwie niewystarczająco wyposażone stacje benzynowe później, Fabien wszedł do ciepłego wnętrza trzeciej stacji. Młoda ekspedientka spojrzała na niego ze zdziwieniem, jednak kiedy powiedział jej czego potrzebuje, uśmiechnęła się do niego ciepło.
- Niech zgadnę, dziecko w drodze? - kiedy przytaknął, zaśmiała się cicho i wyszła zza lady, aby pomóc mu znaleźć buteleczkę sosu pośród półek. Przy okazji sama zanurkowała do zimnej lodówki po pudełko lodów.
Fabien zostawił jej spory napiwek, złożył szybkie, ale szczere życzenia i z ulgą wracał do domu, gdzie czekał na niego głodny i na pewno marudny kochanek.
*
- Mój bohaterze! - zawołał z nieukrywanym entuzjazmem Andrew, jednak jego wzrok nie był skierowany na Fabiena, ale na talerz z ciastem i lodami. Młody mężczyzna był wdzięczny losowi za tak cudownego kochanka i ojca dla swojego dziecka, ale nie mógł ukryć tego, że w tamtej chwili potrzeba zaspokojenia zachcianki była silniejsza niż cokolwiek innego.
- Taaa… - mruknął Fabien podając ciężarnemu chłopakowi jego zamówienie oraz buteleczkę sosu. Patrzył z obrzydzeniem, jak jego kochanek polewa górę cukru i kalorii obficie tabasco.
Zrezygnowany Fab rozebrał się i wsunął pod ciepłą pościel. Towarzyszyło temu mlaskanie i zadowolone mruczenie Andrew.
Zaczął już przysypiać, kiedy szczupły palec wbił się w jego żebra. Zaspany mężczyzna jęknął płaczliwie i przekręcił głowę na bok, spoglądając w pełne słodyczy i prośby oczy miłości swojego życia.
- Przyniesiesz mi mleczka?
- Wiesz, że nie mam wyjścia i zrobię to, chociażbym miał się dowlec do kuchni na klęczkach z zamkniętymi oczami. - odpowiedział podnosząc się z westchnieniem.
- Ciepłe! - zawołał za nim chłopak, kiedy mężczyzna dotarł do drzwi.
- Tak, tak… - co za różnica, czy spędzi w kuchni minutę, czy pięć czekając aż mleko się podgrzeje.
Kiedy jego dwie najukochańsze osoby zostały nakarmione i napojone, mógł ostatecznie położyć się spać. Andrew pocałował go z wdzięcznością w policzek i przytulił się do jego jeszcze niezbyt ciepłego boku. W przeciwieństwie do ciała Fabiena, ciało Andrew było gorące i teraz zadziałało niczym piec.
Zanim Fabien odpłynął w tak upragniony świat sennych marzeń i odpoczynku, zdołał się jeszcze zastanowić, ile czasu mu zostało, zanim jego kochanek znowu czegoś będzie potrzebował lub po prostu uzna dzień za oficjalnie rozpoczęty i postanowi zanurkować pod choinkę w salonie, aby wygrzebać spod niej wszystkie prezenty, jakie przygotował dla niego Fabien. Fab usiądzie wtedy obok i zacznie otwierać te pakunki, które były przeznaczone dla niego.
Sheva uśmiechał się patrząc na zasypiającego kochanka. Ich dziecko nie mogło trafić na lepszego tatę.

środa, 14 listopada 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVI - Andrew Sheva

Wymieniłem porozumiewawcze spojrzenie z Cyrillem. Nie potrzebowaliśmy słów aby się rozumieć, ponieważ obaj myśleliśmy o tym samym: naszemu przyjacielowi odbiło. Widziałem Aarona w wielu sytuacjach i z różnych stron, a podejrzewałem, że Cyrille znając go dłużej mógłby pochwalić się jeszcze większą ich liczbą, jednak obaj byliśmy zgodni, co do tego, że żaden z nas nie widział dotąd Aarona pod tym kątem. Jakikolwiek był to kąt, biorąc pod uwagę to jak dziwacznie się wygiął.
- Co ty, Merlinie drogi, robisz? - zapytałem przechylając głowę na bok. Kątem oka widziałem, jak Pszczoła robi dokładnie to samo.
- Ćwiczę.
- Okeeeeeeeej… - Cyrille spojrzał na mnie szybko, a następnie znowu przeniósł spojrzenie na kumpla. - A co?
- Jogę.
Tym razem ja i rudzielec patrzyliśmy na siebie zdecydowanie dłużej. Niemal naprawdę słyszałem rozmowę, jaką przeprowadzaliśmy bezgłośnie.
„Co to jest joga?”
„Może to rodzaj sadomasochistycznych praktyk.”
„A może ma to coś wspólnego ze skłonnościami samobójczymi? Spójrz na ten nienaturalny kąt wygięcia ciała!”
„Chyba widziałem kota, który robił kiedyś coś podobnego, myślisz, że to może mieć związek z jakimś kultem kotów lub innych zwierząt?”
Powoli powróciliśmy spojrzeniami do Aarona i przechyliliśmy głowy w drugą stronę, kiedy chłopak zmienił pozycję.
- A po co? - Cyrille starał się dowiedzieć jak najwięcej, ale jednocześnie nie alarmować Aarona w żaden sposób. Jeśli mielibyśmy się na niego rzucić aby uratować mu życie, lepiej żeby nie próbował tego uniknąć.
Czarnowłosy westchnął ciężko, usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i spojrzał na nas z wyraźnym niezadowoleniem. Najwidoczniej nie podobało mu się, że mu przeszkadzamy.
- Po pierwsze, aby poprawić elastyczność ciała. Poza tym jest to podobno forma relaksu. To jednak jest mi obojętne, więc od razu przejdę do punktu drugiego. A więc, po drugie, aby zwiększyć swoje możliwości w łóżku.
- Masz zamiar spać w takiej pozycji? - zapytałem wstrząśnięty takim wyznaniem.
- Oszalałeś?! W łóżku, jako w seksie! - prychnął na mnie. - Florin zaczął ćwiczyć jogę i to, co potrafi wyczyniać kiedy się kochamy przerasta ludzkie pojęcie!
No tak, jak mogłem się nie domyślić, że po ostatniej wizycie w domu Aaronowi chodziło po głowie coś szalonego. W końcu chodził zamyślony, dziwnie uśmiechnięty i jakiś taki inny.
- Człowieku, liczba pozycji, jakie można wykorzystać wzrasta przynajmniej o połowę!
- Merlinie, całe życie z debilami… - Cyrille złapał się za głowę.
Aaron zignorował komentarz przyjaciela i spojrzał na mnie.
- Dla niego nie ma już ratunku, ale dla ciebie… Wierz mi, kiedy Flo zacznie się wyginać podczas seksu… Dotarłem do miejsc, w które nie sądziłem, że kiedykolwiek dotrę.
Czułem jak walczą we mnie dwie idee. Jedna wrzeszczała „dlaczego muszę wysłuchiwać szczegółów jego życia płciowego?!”, druga zaś szeptała kusząco: „Fabienowi na pewno by się to podobało...”.
- Może ci się to też przydać w quidditchu. - Aaron sięgnął po ciężką broń, artyleryjską.
- Jak? - Zapytałem krótko.
- Podnosząc swoją sprawność fizyczną, rozciągając mięśnie, dzięki czemu jesteś w stanie przyjąć na miotle pozycje, jakie dla innych są nieosiągalne.
- Przejdź na ciemną stronę mocy… - mruknął przedrzeźniając Cyrille.
- Pomyślę o tym. - odpowiedziałem w najbardziej taktycznie odpowiedni sposób, jaki znałem.
- Jak tam chcesz. - Czarny wzruszył ramionami i wrócił do swoich ćwiczeń.
Patrzyłem jak wygina się dziwacznie i wyobraziłem sobie do czego może być zdolny z czasem, kiedy zdoła się wprawić w te wszystkie dziwactwa, którymi zaraził go jego chłopak.
Usiedliśmy w Pszczołą na jego łóżku i obserwowaliśmy w ciszy. Nadal nie byliśmy przekonani, co do zdrowia psychicznego przyjaciela, chociaż fakt, jakiś sens w jego słowach dało się dostrzec. W końcu rzeczywiście gdyby tak zwiększyć swoje fizyczne możliwości, człowiek mógłby więcej zyskać. Mógłbym to wykorzystać zarówno w przyszłej pracy, jak i w życiu prywatnym. Upiekłbym dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Spróbowałem wyobrazić sobie jakąś dziwaczną pozycję w czasie seksu z Fabienem. Coś, co mógłby uznać za podniecające i przyjemne, ale jakoś mi to nie wychodziło. Wszystko było albo niewygodne, albo strasznie dziwaczne. Na miotle miało sens, ale podczas seksu?
- Możesz mi wyjaśnić jak zakładanie nogi za głowę może wpłynąć na jakość seksu? - Cyrille marszczył brwi i byłem pewny, że właśnie stara się usilnie znaleźć odpowiedź na swoje pytanie, ale najwyraźniej nie szło mu to podobnie jak zresztą mi.
- Przyznaję, że sam właśnie nad tym myślę. Jestem pewny, że Fab byłby zachwycony, tylko nie wiem jak niby miałoby do tego dojść.
- Wiem, że jestem chyba nieczuły i zabrzmię jak skończony dupek, ale gdybym miał kochać się z dziewczyną, która złożyłaby się jak scyzoryk, pomyślałbym o kalece… No bo wiesz, nienaturalna pozycja ciała i w ogóle… Może ja się lepiej zamknę.
- Wiem o co ci chodzi, więc nie ma problemu, ale przyznaję, że nadal nad tym myślę. Może w niektórych pozycjach to faktycznie ułatwia dostęp do… wybacz, pewnie nie chcesz znać szczegółów.
- Nie martw się tym, od kiedy wiem o Aaronie, zdołał mnie już wdrożyć w takie szczegóły, że dziwię się, jakim cudem potrafię jeszcze spać spokojnie. Ostatnio kiedy byłeś na treningu, strzelił mi wykład na temat tego, że można cytuję: penetrować i być penetrowanym w tym samym czasie, koniec cytatu. Tylko trzeba mieć długiego żeby zamknąć koło.
- O Merlinie… - jęknąłem. - Naprawdę ci o tym opowiadał?
Rudzielec pokiwał głową.
Robiąc wielkie oczy popatrzyłem na Aarona, który właśnie opadł na swoją matę do ćwiczeń i wziął kilka głębokich oddechów. Miałem wrażenie, że od kiedy związał się z Florinem, nie myślał o niczym innym, jak tylko o seksie. W sumie nie mogłem się temu dziwić, sam taki byłem na początku mojego seksualnego przebudzenia i związku z Fabienem. Wcześnie zacząłem, ale też moje ciało było wtedy w pełni gotowe, więc co niby miałem zrobić. Słyszałem dziewczyny rozmawiające o tym, że w wieku jedenastu lat zaczęły się masturbować, chociaż nie do końca nawet wiedziały, co robią, ale potrzebowały pozbyć się seksualnego napięcia, co dotarło do nich dopiero po latach.
- Czemu tak na mnie patrzysz? - Aaron podniósł się i zaczął zwijać matę i zdejmować ubrania, które miał na sobie i które trochę przepocił, kiedy tak się gimnastykował.
- Nie istotne. - mruknąłem – Idź się wykąpać i wracaj tutaj, bo zbliża się pora kolacji, a ja nie zamierzam czekać na ciebie dłużej niż to konieczne.
Chłopak wzruszył ramionami i zniknął w łazience.
Dla mnie i Cyrille’a była to chwila na zebranie myśli, zastanowienie się nad tym, co z winy Aarona zaprzątało nam teraz głowy i do pewnego stopnia także na szybkie przestudiowanie wszystkich za i przeciw wciągnięcia się w jego dziwaczne sadomasochistyczne praktyki o nazwie joga.

środa, 22 sierpnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXI - Andrew Sheva

Od środka rozpierała mnie nieograniczana niczym energia i duma, jakiej nigdy dotąd nie czułem. Wręcz nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście i sukces, jaki osiągnąłem w tak krótkim czasie. Musiałem jak najszybciej podzielić się tą nowiną z przyjaciółmi, jeśli nie chciałem pęknąć od wszystkich tych powstrzymywanych emocji.
Przyznaję, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem o wszystkim powiedzieć w pierwszej kolejności Fabienowi oraz rodzicom, ale po głębszym zastanowieniu uznałem, że przyjaciele są bliżej, a ja muszę wszystko z siebie wyrzucić. Moi bliscy dowiedzą się więc w dalszej kolejności i będą musieli się z tym pogodzić.
Wpadłem do pokoju z tak szerokim uśmiechem, że przyjaciele nie mogli nie zwrócić na to uwagi.
- Głowa zaraz podzieli ci się na dwie części – skomentował moją widoczną radość Aaron.
- Człowieku, świecisz i błyszczysz tak jasno, że zaraz stracimy wzrok! - dodał coś od siebie Cyrille.
- Bardzo zabawne. - pokazałem im język. - Dostałem miejsce w Miotłach Saint-Germain! - wyrzuciłem to w końcu z siebie, a kumple potrzebowali chwili aby w pełni pojąć, co właśnie powiedziałem. Patrzyłem, jak powoli ich oczy stają się coraz większe, a usta uchylają się stopniowo.
- Nie kłamiesz?! - zapiszczał podniecony Pszczoła, a kiedy pokręciłem głową w odpowiedzi, rzucił się na mnie i uściskał, nie robiąc sobie nic z tego, że mężczyznom nie wypada okazywać w ten sposób emocji.
- Cudownie! - Mroczny był wstrzemięźliwszy w swojej radości. Uśmiechał się jednak równie szeroko, co ja chwilę wcześniej. - Chcę mieć bilety w dwóch sztukach na wasze mecze! W loży vipowskiej!
- Obaj macie to jak w banku! - odsunąłem się od Cyrille’a. - Nadal z trudem mogę w to uwierzyć. Pavard przeszedł do innej drużyny, hiszpańskiej i dzięki temu zwolniło się miejsce dla mnie. Od kiedy zacząłem grać w naszej szkolnej drużynie, a tata rozpowiedział w środowisku quidditcha, że planuję jednak pójść w jego ślady, obserwowano moje mecze i postępy. - relacjonowałem podniecony. - Teraz muszę ćwiczyć, jeśli chcę grać, a nie tylko czekać na swoją kolei w przypadku czyjejś kontuzji. Muszę zapracować na miejsce Pavarda.
- I nie jest ci żal, że akurat Pavarda już tam nie ma? - Aaron uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla niego, zawadiacki sposób.
- Bardzo zabawne! - znowu pokazałem mu język. - Jest miły dla oka, ale nie w moim typie. Wolę bardziej męskich. - zacząłem zdejmować z siebie eleganckie, drogie ciuchy, które ubrałem na czas spotkania z przedstawicielami pierwszego w mojej rozpoczynającej się dopiero karierze klubu.
- I lepiej zbudowanych, z tego, co zauważyłem. - Cyrille dołączył do naszego małego droczenia się.
- Fakt, ale i tak mam już kogoś na stałe, więc nie przesadzajcie, dobra? Nie jestem tak niedopieszczony żaby się ślinić do nie swoich mężczyzn!
- Skoro tak mówisz… - czarnowłosy zwiesił wymownie głos, więc rzuciłem mu „mordercze” spojrzenie, które tylko go rozbawiło. Zresztą, jak zawsze.
- Idę wysłać wiadomość do domu i Fabiena. Nie mówcie nikomu, że mi się udało dostać do paryskich Mioteł! Po was muszą się dowiedzieć moi bliscy, bo się obrażą.
- Nie martw się, nie piśniemy ani słowa, póki nie pozwolisz. - Cyrille znowu mnie ściskał. - Ale się cieszę!
Uwielbiałem swoich przyjaciół! I musiałem napisać też do tych, których zostawiłem w Anglii. Oni również zasługiwali na to, aby dowiedzieć się jak najszybciej. Uznałem więc, że wyślę sowę od razu także do nich. Remus na pewno będzie ze mnie dumny. Bilety na mój pierwszy mecz podeślę również im. Wprawdzie nie załatwię im wszystkim biletów vipowskich, ale zwyczajne na pewno uda mi się wyprosić.
Wprawdzie zacznę grać dopiero po skończeniu szkoły, jako że teraz czekały mnie egzaminy, których nie mogłem oblać, ale wiedziałem, że ani się obejrzę, a już będę siedział na miotle na stadionie Mioteł Saint-Germain.
Marcel! Nagle przypomniałem sobie, że on również musi się szybko dowiedzieć o moim sukcesie. W końcu sam grał w tym klubie, kiedy był młody i kontuzja nie przekreśliła jeszcze jego kariery. Ludzie nadal nie mogli przeboleć tej straty, a więc byłem pewny, że mówiąc mu o przyjęciu mnie do jego dawnego klubu, zdołam przy okazji przyplusować dzięki niemu u trenera i managerów.
Ach, miałem przed sobą świetlaną przyszłość!
I większą grupę bliskich mi osób niż początkowo sądziłem.
Zaśmiałem się do siebie w pełen duchowej satysfakcji sposób. Miałem kochającą rodzinę, wspaniałego chłopaka, cudownych przyjaciół oraz grono znajomych, a przyjaciół mojego chłopaka, na których zawsze mogłem polegać. Wyobraziłem sobie trybuny zapełnione tymi wszystkimi osobami podczas moich meczy i rozbawiony zachichotałem. Kilka mijających mnie dziewczyn rzuciło mi pytające spojrzenia, jakbym zachowywał się co najmniej dziwacznie, ale całkowicie je zignorowałem.
Skręciłem w skrzydło przeznaczone na menażerię i skierowałem się w stronę sowiarni. Mimowolnie przypomniałem sobie wieczór, kiedy niczego nie podejrzewając, wpakowałem się tam akurat w porze karmienia. To było straszne! Mało, że sowy były wszędzie, to jeszcze musiałem patrzeć, jak ostrymi dziobami rozrywają delikatne skrzydełka oraz małe ciała ciem, które właśnie wpuszczono do pomieszczenia. Od zawsze miałem słabość do motyli oraz ich wieczorno-nocnych odpowiedników, więc był to dla mnie koszmar. Tłuściutka, uziemiona poczwarka przeradza się w końcu w istotę o wiele ładniejszą i w dodatku posiadającą skrzydła, dzięki którym świat stoi otworem i to tylko po to, żeby zostać pożartym przez taką sowę. I pomyśleć, że jako animag właśnie taką formę przyjmowałem.
Ostrożnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do sowiarni. Miałem dziś szczęście, ponieważ nie trafiłem na chwilę karmienia oraz wielkiego polowania na owady. Sowy siedziały spokojnie na kuprach, o ile sowy miały kupry.
Wszedłem do środka i od razu skierowałem kroki i stronę stolika z papeterią.
Spojrzałem w stronę jednej z sów, która właśnie rozdziobywała pająka. Fuj! Nie lubiłem pająków.
Zabrałem się za pisanie wiadomości zaczynając od tej do Fabiena. To właśnie w niej chciałem zawrzeć możliwie najwięcej emocji, jako że z kim, jak nie z moim ukochanym miałbym się nimi dzielić. Byłem pewny, że Fabien postanowi jakoś uczcić mój sukces i już nie mogłem się tego doczekać. Wprawdzie nie wiedziałem, co takiego wymyśli, ale nie wątpiłem, że będzie to bardzo satysfakcjonujące przeżycie.
Następnie napisałem do rodziców i Remusa, również nie kryjąc swojej radości. Byłem bardzo ciekaw ich odpowiedzi, ale na to musiałem poczekać. Na koniec skleciłem kilka słów do Marcela Camusa, skupiając się na czystych faktach oraz prosząc o wszelkie rady, jakich mógłby mi udzielić w temacie gry dla Mioteł Saint-Germian.
Wybrałem trzy szkolne sowy, znajdujące się możliwie daleko od tej, która wcześniej zjadała pająka, i przekazałem im liściki. Patrząc jak odlatują, zastanawiałem się, czy aby na pewno o nikim więcej nie zapomniałem. Byłem tak uradowany swoim osiągnięciem, że z łatwością mogłem pominąć kogoś istotnego.
Nie, na pewno nie. Opuściłem więc menażerię i wróciłem do pokoju tylko po to, aby wyszorować ręce, a następnie z przyjaciółmi u boku skierowałem się w stronę jadalni na obiad. Teraz musiałem udawać powagę i nie dać po sobie poznać, że udało mi się dostać miejsce w klubie. W końcu wszyscy nauczyciele wiedzieli o moim dzisiejszym spotkaniu, więc gdybym tylko dał coś po sobie poznać, zaraz rozpaplaliby tę informację na prawo i lewo. Cała szkoła dowiedziałaby się wszystkiego jeszcze przed moimi rodzicami, przyjaciółmi z Anglii i ukochanym, a to nie byłoby fair. Miałem prawo wybierać kolejność, w jakiej będę rozgłaszał newsy dotyczące mojej osoby.
- Stary, tak mi teraz przyszło do głowy. W świat ludzi sławy planujesz wejść jako singiel, czy osoba zajęta? - Aaron rzucił szeptem, kiedy usiedliśmy przy stole.
- Hm? - nie do końca rozumiałem.
- Młody, atrakcyjny, utalentowany… Tak czy inaczej, będą się za tobą uganiać, ale natężenie pewnie będzie zależało od tego, czy zdeklarujesz się jako singiel czy zajęty. Wiesz chyba o co mi chodzi?
Kurczaczek, jasne, że wiedziałem! 
- Nad tym jeszcze się nie zastanawiałem. - przyznałem.
- W takim razie nie bój nic, pomożemy ci ocenić wszystkie za i przeciw. - Aaron zatarł dłonie.
Co on znowu kombinował?

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kartka (nie) z pamiętnika - Alice Mbappe

Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. Pytana o swoje prorocze sny zawsze wyjaśniała, że jej ciało jest po prostu wrażliwe na wszystkie bodźce odbierane z zewnątrz, które później w formie snów są analizowane przez jej mózg. Wiedziała wprawdzie, że jej babka od strony matki praktykowała voodoo, zaś pradziadek ze strony ojca był szamanem, który narkotyzował się jakimiś roślinami dla sprowadzenia wizji, jednak szczerze wątpiła by miało to jakikolwiek wpływ na nią oraz „dar”, który jej przypisywano, a w który ona nie wierzyła. W końcu nie pamiętała wszystkich swoich snów, a te, które pamiętała, wydawały się raczej łatwe do przewidzenia, kiedy zastanowiła się nad tym głębiej.
To, co działo się z nią w tej chwili było jednak czymś zupełnie innym. To nie był sen, ponieważ nie spała. Była w pełni świadoma tego, że znajduje się na korytarzu otoczona przez tłum uczennic czekających na następne zajęcia przed klasą. Jednocześnie jej umysł odpływał jednak w gęstą, odległą senną mgłę. Czegoś takiego zdecydowanie nie doświadczyła do tej pory na jawie.
A wszystko to przez NIEGO! Przez niego lub te cholerne krewetki, które zjadła na obiad. Może były nieświeże? A może zawierały jakieś trujące związki z powodu zanieczyszczenia środowiska przez ludzi? Jakkolwiek by nie było, wszystko zaczęło się, kiedy przeszedł obok i przypadkiem otarł się o nią ramieniem.
Andrew Sheva. Uczeń wyższego rocznika, z którym nigdy nie rozmawiała, chociaż w pewnym stopniu ją fascynował, coś ją do niego przyciągało, jakby mieli ze sobą coś wspólnego. Nie wiedziała jednak co i nigdy nie zabiegała o to aby się dowiedzieć.
Teraz patrzyła na niego zamglonym wzrokiem i nie była w stanie poruszyć najmniejszym nawet mięśniem ciała.
Mgła, która ją otulała zaczęła rzednąć i na środku szkolnego korytarza, niczym w ekranie telewizora, zaczęła dostrzegać zupełnie inny świat. Widziała wnętrze wielkiego, pięknie urządzonego domu. Jedną ze ścian pokrywała gablota wypełniona pucharami i nagrodami, gdzieś w pobliżu stało biurko zawalone papierami. Dom wessał ją głębiej, szczegóły się zamazały i nagle znowu otoczenie nabrało ostrości. Znajdowała się za drzwiami łazienki, z wnętrza której dochodziły odgłosy wymiotów. Po chwili jednak ustał zastąpiony dźwiękiem spłukiwanej w toalecie wody oraz wody lejącej się z kranu do umywalki.
Drzwi otworzyły się i wyszedł z nich młody, atrakcyjny mężczyzna o zmęczonej twarzy i przekrwionych oczach. Andrew Sheva, choć starszy, niż ten, którego znała z widzenia teraz.
- Wypij, może ci przejdzie. - usłyszała za sobą łagodny męski głos.
Andrew odebrał od kogoś kubek pachnącego miętą naparu i uśmiechnął się słabo.
- Dziękuję. - rzucił i podmuchał parujący napar. Upił łyk, po czym szurając nogami, jakby nie mógł ich unieść nad ziemię, ruszył w stronę jedynych otwartych drzwi.
Zniknął za nimi, a Alice ponownie poczuła, jak coś ją zasysa, jakby była przyklejona do podłogi, a jednocześnie wciągana przez wielki odkurzacz nad sobą. Nie było to przyjemne uczucie i sprawiało, że kręciło jej się w głowie.
Kiedy koszmarne uczucie minęło, stała pośrodku wielkiego, jasnego pokoju. Andrew z podciągniętą pod brodę koszulką oglądał w lustrze swój wystający brzuch.
- Niemożliwe… - mówił do siebie z niedowierzaniem.
Odwrócił się w prawo, następnie znowu w lewo, stanął przodem do lustra i znowu powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą.
- Niemożliwe…
Alice zrobiło się niedobrze, kiedy ssanie powróciło, ale jeszcze to wytrzymała.
Wydawało jej się, że któraś z przyjaciółek stojących obok jej fizycznie prawdziwego ciała coś powiedziała, zaś ona jej odpowiedziała, chociaż nie wiedziała o co chodziło i nie czuła nawet ruchu własnych warg, a jednak miała pewność, że się odezwała i nawet się roześmiała.
Jak to możliwe skoro stała teraz w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które wywołało u niej ciarki na całym ciele? Widziała tył głowy i plecy kobiety siedzącej przed niewielkim monitorem jakiejś szkaradnej, przypominającej pokracznego robota maszyny, obok niego leżał rozebrany do połowy Andrew Sheva. Gdzieś w pobliżu jakiś inny mężczyzna chodził w kółko podenerwowany. Kobieta wycisnęła paskudne gluty na wystający brzuch Andrew i przyłożyła do niego coś, czego dziewczyna nie widziała wyraźnie, ponieważ przysłaniała to ręka kobiety. Prawdę mówiąc wcale nie była ciekawa, co to dokładnie było. Może właśnie miała być świadkiem jakiejś koszmarnej zbrodni? Zabójstwa, którego ofiarą padnie chłopak?
- To niemożliwe… - usłyszała zachrypnięty kobiecy głos.
- Co?! - warknął ten, który dotąd krążył w kółko.
- Niemożliwe…
- Co jest, cholera, niemożliwe?!
Andrew pobladł na twarzy.
- To dziecko. - rzuciła z niedowierzaniem kobieta.
- Co?! - Andrew i mężczyzna, który wydawał się stać za plecami Alice wykrzyknęli jednocześnie.
- Boże, jest w ciąży. - kobieta chyba zasłoniła usta dłonią.
Jasny blask, który niespodziewanie wybuchł przed oczami Alice oślepił ją na chwilę, a ból przeszył głowę, jakby ktoś wbijał jej igłę w skroń. Szarpnął nią odruch wymiotny, ale była pewna, że jej ciało wcale tego nie odczuło, jakby było oddzielone od duszy, chociaż do tego nie doszło. Równie szybko, jak pojawiła się jasność, zapadły ciemności, które ukoiły jej obolały umysł i pozwoliły jej zapanować nad sobą.
Jej oddech się wyrównał, znowu słyszała odgłosy uczennic na korytarzu oraz głosy swoich przyjaciółek, widziała znikającą za rogiem postać Andrew Shevy.
- Alice? - jedna z przyjaciółek położyła jej dłoń na ramieniu. - Zbladłaś, dobrze się czujesz?
- Muszę do toalety. - odpowiedziała pospiesznie i nie zastanawiając się ruszyła w stronę najbliższej łazienki dziewcząt. W głowie miała całkowitą pustkę, która powoli zapełniała się wspomnieniami tego, co działo się z jej ciałem, kiedy duch odpłynął w senne odmęty wizji, majaków, czy czymkolwiek to było.
Biorąc ten sam zakręt, za którym chwilę wcześniej zniknął Andrew Sheva, zdołała dostrzec jeszcze jego plecy i nagle przed oczyma stanął jej jego obraz z wielkim niczym piłka brzuchem, który gładzą dwie pary dłoni.
Szarpnięciem otworzyła drzwi toalety i podbiegła do umywalki. Wszystkie mięśnie jej ciała spięły się, a piersią szarpnęło, kiedy zaczęła wymiotować różowawą mazią, w której mogła jeszcze odróżnić kawałki krewetek od ryżu oraz warzyw, które wydawały się poszatkowane. Kolejne szarpnięcie i kolejna porcja wymiocin wylądowała w umywalce. Alice nie widziała zupełnie nic przez załzawione oczy. Odkręciła wodę i pozwoliła jej spłukać przetrawioną do połowy zawartość żołądka.
Co to cholera było?! Myślała, kiedy zaczęła się uspokajać. Najchętniej skontaktowałaby się teraz z babcią, która może zdołałaby rzucić na to wszystko trochę światła, ale wstydziła się opowiedzieć komukolwiek o tym, co widziała, jeśli w ogóle coś widziała. Merlinie, może to po prostu wytwór jej zestresowanego bliskimi egzaminami umysłu? A może dowód na to, że popada w obłęd, jak jej cioteczna babcia, która kilka lat wcześniej powiesiła się na klamce od drzwi toalety zaraz po świętach bożonarodzeniowych?
Jeśli popadła w obłęd tak jak ona, to nie chciała się do tego przyznawać przed kimkolwiek.
Opłukała usta, otarła oczy i wilgotne policzki, doprowadziła się pospiesznie do prządku i wyszła z łazienki mając nadzieję, że nie doświadczy nigdy więcej tego, przez co przyszło jej przejść niespełna pięć minut wcześniej.
Wróciła do przyjaciółek i uśmiechnęła się do nich przepraszająco.
- To te krewetki. - wyjaśniła zwięźle.
Tego dnia nie odważyła się już rozglądać wokół siebie, aby przypadkiem nie zatrzymać wzroku na tym, który wywołał u miej ten dziwny napad szaleństwa. Nikomu też o tym nie powiedziała, zaś w pamiętniku pod datą zostawiła pustą, niezapisaną stronę, która wydawała się krzyczeć, że wydarzyło się coś, czego wolała nie wspominać.
Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. I rzeczywiście musiała mieć rację, ponieważ nie przewidziała, że ta właśnie pusta strona pamiętnika będzie prześladować ją przez całe życie i nie pozwoli jej zapomnieć o wydarzeniach tamtego dnia.

niedziela, 15 lipca 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXX - Andrew Sheva

Zupełnie nie zrobiłem jeszcze nic konkretnego, a jednak już byłem niewyobrażalnie zmęczony psychicznie i fizycznie. Z jednej strony wiedziałem dlaczego, z drugiej jednak nie miałem pojęcia, ponieważ nie akceptowałem tej pierwszej odpowiedzi. Czy to miało właściwie sens? Przeczenie samemu sobie? Może wariowałem. Nikogo by to nie zdziwiło, w końcu miałem swoje wzloty i upadki, jeśli chodzi o moje zachowanie, słowa, podejście, do niektórych spraw. Co powiedziałby na to Fabien? Nie byłby pewnie zachwycony, gdyby się okazało, że jego ukochany ześwirował. 
Bogowie, pierdzieliłem głupoty sam do siebie we własnej głowie. Naprawdę powinienem dać się zamknąć i leczyć dla dobra całej ludzkości.
- Obserwując cię, odczuwam dziwną satysfakcję. - Aaron wyrwał mnie z pokręconych, samo-destrukcyjnych myśli. - Twoja twarz zmienia się z sekundy na sekundę i niemal słyszę, jak pracują trybiki w twojej głowie. Powinieneś je naoliwić, może ciszej by się obracały. - rzucił z przekornym, zaczepnym uśmiechem.
- Bardzo zabawne, naprawdę. - rzuciłem z sarkazmem – Mistrz ciętych komentarzy.
Aaron pokazał mi język, a ja odpowiedziałem mu tym samym.
- Obaj jesteście siebie warci. - skomentował krótko nasze dziecinne zachowanie Cyrille. - Pieniążek za twoje myśli. - zawrócił się tym razem bezpośrednio do mnie.
Zastanowiłem się szybko, czy powinienem rozmawiać z przyjaciółmi na tematy tak bardzo prywatne, jak mój związek z Fabienem pod kątem jego najbliższych. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że jeśli nie otworzę się przez Aaronem i Cyrillem to naprawdę zacznę wariować mieląc swoje własne myśli tysiące razy i nic z tego nie wyciągając – ani wniosków, ani rozwiązań.
- Chodzi o Fabiena. - przyznałem w końcu.
- Jakby to było czymś nowym…
- Nie chcesz słuchać to wynocha! - syknąłem na ciemnowłosego kumpla i pokazałem mu drzwi.
- Dobra, już dobra, siedzę cicho i słucham! - zapewnił, więc kontynuowałem w żadnym stopniu nie urażony.
- Chodzi o dziecko. - wydusiłem z siebie, a przyjaciele spojrzeli na mnie zdziwieni. Nie wiem, co przyszło im do głowy i chyba wcale nie chciałem wiedzieć. - W życiu każdego mężczyzny, a przynajmniej prawie każdego, przychodzi taki czas, kiedy to zaczyna myśleć o dziecku. Dodam, że nie chodzi o mnie, bo ja nigdy nie planowałem się rozmnażać, z racji mojej orientacji. Rzecz w tym, że najlepszy przyjaciel Fabiena oraz ich dobry kumpel mają dzieci, mimo że są w związkach homoseksualnych. Ot, byli na tyle odpowiedzialni, że dostali na wychowanie jakieś sierotki i teraz są już od lat szczęśliwymi rodzinami.
- Niech zgadnę, uważasz, że Fabien również chciałby być tatuśkiem, a ty nijak nie widzisz się w roli ojca? - wtrącił się Aaron.
- Do tego stopnia, że nawet gdyby się starał o dziecko to pewnie z mojego powodu by go nie dostał. A pamiętaj, że różnica wieku między nami jest znaczna, więc jeśli nawet ja mam czas na zmianę zdania to Fab już nie koniecznie.
- Rozmawiałeś z nim o tym?
Wiem, że Cyrille chciał pomóc, ale jego pytanie mnie zdenerwowało.
- I co mu powiem?! Widzisz, kociaku, wiem, że chciałbyś być tatą, ale sam sobie dziecka nie zmajstrujesz, bo staje ci tylko na mnie, a ja ci niczego nie urodzę. Tak, wiem, że samotnemu mężczyźnie nie powierzą opieki nad adopcyjnym maluchem, bo to nazbyt podejrzane, a jeśli będziesz ze mną to A. i tak ci dziecka nie dadzą, B. i tak dziecka nie chcę.
- Dobra, patowa sytuacja, przyznaję. - rudzielec zdjął okulary, przetarł twarz dłonią i założył je ponownie. - Ale dlaczego nie chcesz mieć dziecka?
Wskazałem ręką na siebie, a dokładniej rzecz ujmując na swoją twarz.
- Jestem za młody, niedojrzały, chcę się skupić na karierze, a i tak bardzo późno sobie to uzmysłowiłem, więc muszę się postarać o to, żeby nadrobić wieloletnie zaległości na tym polu w miarę szybko. Zresztą postaw się w mojej sytuacji! Mam ile? Siedemnaście lat? I w takim wieku miałbym skończyć szkołę i zostać tatuśkiem? Będę przed trzydziestką, kiedy moje dziecko zacznie uczyć się w szkole takiej jak ta. Nie mam dobrego zdania o młodych matkach, powiedziałbym, że jest koszmarne. Dobra, nie jestem dziewczyną, więc wygląda to trochę inaczej, no ale daj spokój, to dziwaczne.
- Tu się z nim zgadzam. Jeśli siedemnastolatek zmaluje dziecko starszej od siebie kobiecie to w sumie ani mnie to ziębi, ani grzeje, ale jeśli siedemnastolatka jest ciężarna to już inna para kalosze.
- Seksiści. - Cyrille pokręcił głową z dezaprobatą. - W każdym razie może powinieneś mniej się tym przejmować? W końcu Fabien na pewno rozumie, że nie chcesz być ojcem w tak młodym wieku i wolisz skupić się na sobie i karierze. No i zna cię doskonale. Wie, że jesteś jeszcze psychicznie dzieckiem i daleko ci do młodego mężczyzny. A tobie za rok czy dwa może się jeszcze odwidzieć. Uznasz, że kariera to coś wspaniałego, ale potrzebujesz od niej odskoczni, a najlepszą jest możliwość powrotu do rodziny, do dziecka. Może i Fabien jest starszy, ale jeszcze nie stary, prawda?
- No, nie. Nie jest stary. - przyznałem okularnikowi rację.
Zacząłem zastanawiać się nad tym, co mi powiedział. Rozumiałem wszystkie jego argumenty i nie mogłem się z nimi nie zgodzić, ale to nie zmieniało faktu, że przeze mnie marzenia Fabiena będą niespełnione.
- Dobra, nie było tematu! - machnąłem lekceważąco ręką, dając przyjaciołom znać, że nie chcę ciągnąć dalej tej rozmowy, ponieważ i tak do niczego dzięki temu nie dojdziemy. Zresztą od samego początku konwersacja skazana była na porażkę, ponieważ na fakty nie miałem wpływu, a faktem było, że byłem młody, nieodpowiedzialny, niepoważny, daleki od chęci zostania ojcem. Krótko mówiąc, sprawa była jasna i klarowna, a ja nie miałem szans w jakikolwiek sposób na nią wpłynąć. Gdyby istniała możliwość, że zmienię fakty, może bym to zrobił. Jak na razie było to jednak poza moimi możliwościami.
Przez chwilę pozwoliłem sobie na wyobrażenie sobie Fabiena jako ojca. Leżącego na łóżku z niemowlakiem na piersi, śpiącego spokojnie z maleństwem obok siebie, niemal przed twarzą. Wcale mnie to nie kręciło. Nie zaprzeczę, Fab na pewno wyglądałby zniewalająco. Tyle, że coś takiego ruszyłoby kobietę lub bardzo wrażliwego mężczyznę, ale nie mnie.
- Nie martw się tak, wszystko się jakoś ułoży. - Aaron położył dłoń na moim ramieniu i ścisnął lekko. - Stary, jeśli mi zaczęło się układać, a sam wiesz, jak niemożliwa było moja miłosna historia, to twoje jeszcze niemałżeńskie pożycie też się ułoży.
Mimowolnie uśmiechnąłem się, ponieważ rzeczywiście mogłem spojrzeć na swoje życie pod innym kątem, jeśli tylko przypomniałem sobie, jak bajkowo poszczęściło się przyjacielowi.
- Czy to jest uśmiech? Czy ja naprawdę widzę uśmiech na twojej twarzy?
- Odwal się! - rozbawiony pchnąłem lekko czarnowłosego.
Przyjaciele naprawdę zdołali poprawić mi humor, a byłem pewny, że to już dzisiaj niemożliwe.
- A tak w ogóle to dzisiaj stawiałem sobie tarota. - Cyrille zawstydzony zmierzwił swoje rude włosy. - Tak naprawdę to ktoś mi go stawiał, ale wiecie o co chodzi.
- Twoja nowa miłość? - zagadnąłem.
- Noooo… Tak trochę, ale nie chcę krakać! W każdym razie wyszło, że w przeciągu najbliższego półtora roku zostanę wujkiem! - chłopak wyraźnie czekał na jakąś reakcję z naszej strony. Problem w tym, że się jej nie doczekał. - Nie mam rodzeństwa żeby zostać wujkiem! - wyjaśnił w końcu. - A więc moją najbliższą rodziną, która mogłaby mnie tak zaskoczyć jesteście wy dwaj!
Zaczęliśmy się z Aaronem przekrzykiwać zaprzeczając jakby chodziło o któregoś z nas, bo chociaż nie wierzyliśmy w tarota, to jednak Cyrille miał taką minę, jakby był pewny, że jednak się to sprawdzi. Ostatecznie uznaliśmy, że musi chodzić o brata Aarona, Noaha. Wprawdzie nie miał on jeszcze stałej partnerki, ale wytrwale poszukiwał i prawdopodobieństwo, że jednak zmaluje dzieciaka w przeciągu półtora roku było duże. A już na pewno w porównaniu z możliwościami moimi i Aarona.
Rudzielec nie był do końca przekonany, czy może być wujkiem, jeśli dziecko będzie należeć do brata jego przyjaciela, ale uznał to wyjaśnienie i odpuścił. W ten sposób przynajmniej od razu zdusiliśmy w zarodku jakiekolwiek dziwaczne komentarze i aluzje, jakimi rzucałby nasz niski, piegowaty przyjaciel, który jak dziecko cieszył się na możliwość bawienia dziecka, które nie będzie jego.
Cóż, wszyscy trzej byliśmy w pewnym stopniu nieźle pokręceni. Każdy z nas inaczej, ale razem tworzyliśmy niesamowitą paczkę wariatów.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXII - Fabien Trezeguet

Bijąc się z myślami, obserwowałem drzemiącego na trawie Andrew, który z głową na moich udach obejmował mój pas ramieniem, jakbym mógł i chciał mu się wymknąć podczas tej krótkiej chwili odpoczynku po seksie.
Chłopak był bardzo młody, dopiero niedawno przestał być dzieckiem i wszedł w okres młodzieńczy, nie będąc jeszcze jednak mężczyzną. Miał przed sobą całe życie, obiecującą karierę, mógł otaczać się pięknymi, bogatymi i wpływowymi ludźmi z całego świata. Idąc w ślady ojca, tak jak planował, miał w przyszłości zawojować świat i boiska quidditcha na całym globie.
Tylko ja nie pasowałem do tego obrazka. Ponad dziesięć lat starszy od niego mężczyzna, który musi ukrywać się przed Ministerstwem Magii, jeśli chce ocalić głowę. Człowiek stojący na czele potępianych wygnańców magicznego społeczeństwa, którymi matki straszą swoje niegrzeczne dzieci, niczym mugole swoje wiedźmami.
Co więc ktoś taki jak ja mógł dać temu młodemu chłopcu, który jeśliby tylko poprosił, mógłby mieć wszystko?
Byłem mu kulą u nogi.
Pamiętałem doskonale czasy mojej własnej młodości i licznych eksperymentów w poszukiwaniu osoby noszącej w sobie duszę mojego Anioła. Chodziłem z kilkunastoma osobami, całowałem kilkadziesiąt innych, jakbym w ten sposób mógł odkryć, gdzie schowała się ta jedna, jedyna, wyjątkowa cząstka mnie samego. Cóż, w tamtych czasach wierzyłem, że tak właśnie się to odbywa. Byłem młody, niezaspokojony, marzyłem o tym żeby w końcu spotkać osobę, z którą będę dzielił wzloty i upadki oraz łóżko. To drugie chyba było dla mnie wtedy najważniejsze, ponieważ fantazjowałem o seksie na tysiące różnych sposobów.
Skoro ja byłem taki to dlaczego Andrew miałby być inny? Będąc ze mną musiał żyć w celibacie, kiedy się rozstawaliśmy i nie mógł poszukiwać osoby, która mogłaby okazać się dla niego o wiele lepszą partią ode mnie. A przecież mogło się okazać, że ktoś młodszy i bardziej rozrywkowy zaspokoiłby jego potrzeby lepiej od takiego starego nudziarza.
Przyznaję, na początku byłem zamroczony odkryciem, że w końcu spotkałem swoją drugą połówkę, mojego Anioła. Byłem do tego stopnia pijany uczuciami, że postąpiłem cholernie głupio idąc do łóżka z dzieckiem. Wprawdzie chętnym i rozwiniętym seksualnie, ale jednak cholernie młodym. Może i później nie tknąłem go do czasu osiągnięcia odpowiedniejszego wieku, ale zło już się stało. Związałem go ze sobą, wciągnąłem w związek, który dla mnie miał być jedynym przez całe życie, ale nie musiał być takim dla niego. Gdyby Sheva chciał ode mnie odejść, pozwoliłbym mu na to, chociaż nawet nie potrafiłem wyobrazić sobie bólu, jaki bym sobie w ten sposób sprawił. Obawiałem się jednak, że chłopak będzie męczył się w tym związku i dusił u mojego boku, byleby tylko nie zranić mnie swoim odejściem.
Heh, gdzie podział się ten nieodpowiedzialny, szalony mężczyzna, którym byłem do niedawna? Miałem wrażenie, że zachowuję się jak żonaty tatusiek, który nagle poczuł ciążące mu na ramionach brzemię odpowiedzialności za swoich bezbronnych bliskich.
Wsunąłem palce w jasne włosy chłopca i bawiłem się nimi uważając, żeby go nie obudzić.
Czy gdybym zastosował się do jego dziwacznych rad, których udzielił mi niedawno, nasz związek miałby realne szanse na przetrwanie?
- A dlaczego miałby ich nie mieć? - wystarczyłem się słysząc ostry ton Andrew.
Chłopak podniósł się i usadowił na moich udach, mierząc mnie twardym, przeszywającym spojrzeniem.
Zawahałem się, ponieważ byłem pewny, że nie wypowiedziałem swoich myśli na głos.
- Słyszę je! - prychnął poirytowany chłopak i po chwili uśmiechnął się szelmowsko. - Nie wiem dlaczego, ale słyszę twoje myśli, ty wielki głupku! No więc? Dlaczego nasz związek miałby nie przetrwać? Bo jestem za młody na „ever after”?
Patrzyłem na niego bez zrozumienia, ponieważ było niemożliwe, żeby Sheva mógł czytać mi w myślach, aby słyszał je w swojej głowie. A przynajmniej jeszcze nigdy o czymś podobnym nie słyszałem.
- Ja również nie, a jednak słyszę cię głośno i wyraźnie.
Jak to możliwe, że Andrew zaakceptował coś tak dziwacznego bez najmniejszego wahania i w jednej chwili?
- To nie jest teraz istotne. - chłopak zaczął wodzić palcem po mojej piersi. - Może to dlatego, że zaczynasz we mnie wątpić i trzeba temu zaradzić skoro mam w sobie twojego Anioła.
- Jesteś moim Aniołem. - poprawiłem go kładąc dłonie na jego biodrach.
- Niech będzie, dla mnie nie ma wielkiej różnicy, przynajmniej na razie. A teraz słuchaj i nie przerywaj. Uważam, że moje rady jak najbardziej pomogą w naszym związku i pozwolą ci się trochę rozluźnić, ponieważ od dłuższego czasu jesteś jak chodząca bomba zegarowa. Poza tym, przyda mi się odrobina niewinnego romantyzmu, żebym nie zapomniał jak to jest w zwyczajnych związkach. A teraz najważniejsze! - cudowne, zielone oczy zniewoliły moje spojrzenie.
Zaskoczony stwierdziłem, że w tęczówkach chłopaka widzę nie swoje odbicie, ale całego siebie, takiego jakim widział mnie Andrew.
- Po pierwsze, nikt nie działa na mnie tak jak ty. Uwielbiam twoje duże, silnie ciało, szerokie ramiona, twarde mięśnie, kwadratową szczękę, szorstkie usta. Twoje różnokolorowe oczy nadal sprawiają, że przez moje ciało przechodzą dreszcze podniecenia. Nie chcę więc nikogo młodszego, ponieważ fizycznie jesteś moim ideałem, przystojny idioto. - w jego oczach widziałem potwierdzenie tych słów, co sprawiło, że po moim kręgosłupie przesunęło się podniecenie, niczym wyładowanie elektryczne. - Uwielbiam kiedy jesteś szalonym, nieokiełznanym głupkiem, ale równie mocno lubię, kiedy zamieniasz się w poważnego i odpowiedzialnego lidera. Jesteś czuły i kochający, potrafisz poświęcić się dla swoich bliskich, doskonale gotujesz i dokładnie sprzątasz, dzięki szkoleniu mojej mamy, więc masz zadatki na wzorową gospodynię. W dodatku wystarczy jedno moje słowo, a z partnera dominującego stajesz się uległym, a przecież mógłbyś odmówić z racji naszej różnicy wieku. Kocham cię, Fabienie.
Ująłem w dłonie jego blade policzki i przylgnąłem do jego warg w pocałunku, który miał być odpowiedzią na wszystkie te wyznania.
Jak mogłem wątpić w uczucia tego chłopaka, który wlazł odważnie w bagno związku ze mną bez mrugnięcia okiem? Zrobiłbym dla niego wszystko, dokonałbym nawet niemożliwego.
Oderwałem się od jego ust i sunąłem pocałunkami niżej, przez jego szyję. Podwinąłem koszulkę Andrew i pokryłem muśnięciami jego nakrapianą malinkami pierś oraz płaski, lekko umięśniony brzuch. Blondyn klęczał aby ułatwić mi dostęp do swojego ciała, więc objąłem wargami drobny kolczyk w pęku, niedawną zachciankę mojego kochanka, i possałem wiedząc, że chłopak bardzo to lubi.
- Mmm, jak na takiego tatuśka, za jakiego się pan uważa, panie Trezeguet, wydaje się pan nie do zdarcia. - zamruczał z rozbawieniem, spoglądając na moje pęczniejące powoli krocze.
- Codziennie ćwiczę, aby później w łóżku dotrzymywać ci kroku, dzieciaku. - odpowiedziałem skubiąc jego pępek zębami.
- Doskonale. Teraz tylko czytaj książki, które ci poleciłem i wszystko wróci na właściwe tory. Nasz związek będzie jak nowy!
Uśmiechnąłem się i przesunąłem nosem przez całą długość jego piersi. Zaciągnąłem się przy tym słodkim zapachem jego spoconej i nagrzanej słońcem skóry.
- Niech będzie. Dam szansę twojej metodzie. Skoro słyszysz moje myśli to i tak nie mógłbym cię okłamać.
Andrew uśmiechnął się szeroko. Ja wcale nie musiałem słyszeć jego myśli, aby je w tej chwili znać. Miał zamiar wykorzystywać tę niespotykaną umiejętność tak długo, jak długo będzie ją posiadał. Inaczej mówiąc, miałem przesrane. Gdybym, broń mnie przed tym Merlinie, zwrócił uwagę na kogoś innego, mój zazdrosny chłopiec od razu by o tym wiedział i dałby mi popalić.
- I to jeszcze jak. - zauważył zadowolony. - Nikt poza mną nie ma prawa ci się podobać, nawet w najmniejszym stopniu! A teraz otwórz usta i powiedz grzecznie „aaaa”, ponieważ mam zamiar sprawdzić, co myślisz, kiedy mnie smakujesz.
Mały diabeł! A jednak zrobiłem to czego chciał. Pomogłem mu wstać na nogi, rozchyliłem wargi i wysunąłem język, na którym po chwili wylądował jego nabrzmiały, gorący członek. Smakował słonawo potem i spermą, ale nie był to nieprzyjemny smak, wręcz przeciwnie. Sprawiał, że z każdą chwilą pragnąłem chłopaka coraz bardziej.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXI - Andrew Sheva

Cholera! Byłem przecież jeszcze taki młody, więc dlaczego moje życie zaczęło stawać się coraz nudniejsze?! Miałem wrażenie, że jeszcze wczoraj moje serce biło szybciej i co krok odczuwałem dreszczyk emocji, zaś dzisiaj czułem się niczym stary dziad, którego nic nie jest w stanie poruszyć. Nie podniecali mnie ładni chłopcy, o których lubiłem przecież fantazjować, nie lizałem wzrokiem całkiem kuszącego ciała Aarona, kiedy przebierał się rano zupełnie nieskrępowany swoją nagością, nawet czytane przeze mnie książki nie pobudzały mojej wyobraźni tak, jak powinny. Starość była okropna! Nawet jeśli przedwczesna.
Nie mogłem tego tak zostawić!
Rozpaliłem w kominku, który mieliśmy w pokoju i wrzuciłem do ognia odpowiedni proszek. Głośno i wyraźnie powiedziałem z kim i gdzie będącym chcę się połączyć, a następnie czekałem oglądając puste wnętrze mieszkania, które doskonale znałem w najmniejszym nawet calu.
- Gdzieś jest? - powiedziałem sam do siebie. - Jeśli zobaczę jak z sypialni wychodzi jakaś rozebrana laska lub jakiś facet w twojej koszuli… - ledwie to wywarczałem, uświadomiłem sobie, że to niemożliwe. A może nie tyle niemożliwe, co nic by nie znaczyło, ponieważ Fabien i tak nie mógł mnie zdradzić.
Trochę mu chyba współczułem, ponieważ on nie miał żadnej pewności, że będę mu wierny. Byłem młody, niedopieszczony i całkowicie wolny w swoich wyborach. Dla Fabiena byłem jego Aniołem, jego drugą połówką, jedynym kochankiem jakiego znał i kiedykolwiek poznać. Tymczasem dla mnie Trezeguet był po prostu miłością życia, którą mogłem w każdej chwili odrzucić na rzecz innych wartości i doznań.
Jak on wytrzymywał tę niepewność? Przecież byłem od niego dużo młodszy, a więc mogłem ulegać łatwo pokusom świata, mogłem dać się ponieść tej mojej młodości – a przynajmniej młodej starości  - mogłem się nawet zakochać w kimś innym! Nic dziwnego, że Fab zamienił się w takiego markotnego, nudnego tetryka, kiedy codziennie musiał zmagać się z myślami o tym, co może mi przyjść do głowy i kto mógłby mnie podniecić bardziej niż on.
O wilku mowa, a wilk tuż! Oto boski Fabien Trezeguet wyszedł z sypialni całkowicie nagi, jakby był władcą świata i nie miał się czego wstydzić. Cóż, rzeczywiście nie miał czego. W przeciwieństwie do nastoletniego ciała Aarona, na które uwielbiałem patrzyć, Fab miał mi do zaoferowania w pełni rozwinięte ciało dorosłego mężczyzny. Doskonale znałem każdy z tych idealnie wyrzeźbionych mięśni, wiedziałem jak ciężkie potrafi być to postawne, barczyste ciało, kiedy wgniata mnie w materac, moje skóra pamiętała szorstkość tych dużych, pokrytych odciskami dłoni.
Różnokolorowe oczy mężczyzny nagle zwróciły się w moją stronę. Gdybym nie wiedział, że na jedno z nich Fab zupełnie nie widzi pewnie uznałbym, że po prostu cierpi na tę samą wyjątkową przypadłość co chłopak Aarona.
- Andrew? - Fab był naprawdę zdziwiony.
- Tak, ja. - rzuciłem oczywistością, kiedy mój chłopak zbliżał się do źródła ognia w swoim salonie, gdzie przed chwilą dostrzegł moją twarz. - Od razu odpowiem na twoje niezadane pytanie. Nie, nie tęskniłem. Po prostu muszę ponarzekać, ponieważ zaraziłeś mnie swoją starością i statryczałością! - patrzyłem jak mężczyzna przewraca oczyma. Jak zwykle nie traktował mnie poważnie!
- Kochanie… - westchnął ciężko, jakby miał do czynienia z wyjątkowo uciążliwą kobietą, która zmywa mu głowę o byle gówno. - Niczym cię nie zaraziłem, bo nie jestem jeszcze tak stary i nie jestem stetryczały… - tym razem to ja pozwoliłem sobie na spojrzenie, które nie pozostawiało żadnych wątpliwości. - Tłumaczyłem ci to tysiące razy. - nie wiem skąd Fab czerpał cierpliwość. - Mam na głowie cały Ród, a więc cholernie dużo. Co za tym idzie, jestem przemęczony i zanim nadamy naszemu pożyciu pikanterii tymi twoimi zabawami, będę już dawno spał, a jeśli wyjdziemy na randkę, prawdopodobnie wezmą nas za ojca i syna.
Miał rację, ale nie chciałem tego przyznać. Przynajmniej nie otwarcie.
- Dobry przywódca to wyspany przywódca. Dobry przywódca to dopieszczony przywódca. Temu nie możesz zaprzeczyć! - wytknąłem mu. - Jesteś głową, ale masz też szyję, więc powiedz tej szyi, że głowa potrzebuje trochę czasu dla siebie przynajmniej dwa dni w tygodniu! Gdybym był kobietą, nie miałbyś nawet czasu na spłodzenie sobie dziedzica! - prychnąłem i spojrzałem na drzwi do pokoju w obawie, czy przyjaciele nie wracają przypadkiem do sypialni. Nie wiem gdzie wyszli, ale miałem nadzieję, że zajmie im to jeszcze kilka długich chwil. - Zresztą wiesz co? Nieważne! Skontaktujesz się z tym, z kim musisz i powiesz, że bierzesz sobie te cholerne dwa dni wolnego już, teraz, zaraz! A później zabierasz to twarde, seksowne dupsko i sprowadzasz je tutaj! Urwę się jakoś z lekcji i udowodnisz mi, że nie jesteś jeszcze za stary na to żeby go podnieść. Nie jesteśmy starym małżeństwem żebyśmy nasz związek miał być tak nudny! A zresztą stare małżeństwa także nie są skazane na taką beznadzieję. Popatrz od ilu lat Marcel i Fillip są razem, a jednak od razu widać, że mogliby wcale nie opuszczać sypialni, ponieważ wiecznie pożerają się wzrokiem! A przecież mają nawet dzieci! - zacząłem się złościć, ale było w tym coś dobrego, ponieważ przynajmniej ciśnienie mi skoczyło, a już się obawiałem, że nie jestem do tego zdolny. - Jeśli nie zrobisz tego, co mówię to z nami koniec. - postawiłem sprawę jasno.
Z twarzy Fabiena nie dało się nic wyczytać.
- Będę tam. - powiedział hardo i pewnie, patrząc mi w oczy. - Będę u ciebie za godzinę. Nie oddam cię nikomu, nawet jeśli miałbym pozabijać wszystkich mężczyzn w całej Francji lub na świecie. - w jego oczach płonął ogień i bynajmniej nie był to ten, dzięki któremu mogliśmy teraz rozmawiać na odległość. Miałem wrażenie, że mój chłopak naprawdę byłby zdolny do wybicia wszystkich facetów do nogi byleby mieć pewność, że nie zostawię go dla innego.
Może naprawdę uznał, że byłbym zdolny zerwać z nim i znaleźć sobie kogoś innego? Prawdę mówiąc już kiedyś to analizowałem i uznałem, że rzeczywiście potrafiłbym rozstać się z Fabienem i zacząć od nowa z kimś innym, chociaż na początek spędziłbym długie lata na opłakiwaniu tego, co odrzuciłem. Chciałem więc ratować swój związek i na nowo tchnąć w niego życie, które w pewnym momencie zaczęły wysysać obowiązki Fabiena raz moja nauka.
- Czekaj na mnie w ogrodzie. - rzucił i z cichym „puff” jego twarz znikła, a ogień był zwykłym ogniem.

*

Powiedziałem przyjaciołom prawdę. Wyznałem im, że mój chłopak wpadnie do mnie na krótkie odwiedziny, więc obiecali zapewnić mi u nauczycieli alibi na ten czas. Nie pytałem nawet jakie, ponieważ wiedziałem, że spiszą się na medal.
O wyznaczonej godzinie wymknąłem się z budynku szkoły do rozległych ogrodów i zagłębiłem w labirynt otoczonych kwiatami ścieżek. Szkołę otaczał wprawdzie magiczny żywopłot, ale w jednym miejscu bariera była tak cienka, że ktoś kto wiedział jak ją pokonać, mógł przedostać się przez nią bez problemu.
Fabien już tam na mnie czekał. Ubrany w obcisłe, czarne jeansy uwydatniające kształt umięśnionych, silnych nóg oraz w ciemną koszulkę bez ramion, która czyniła cuda z jego klatką piersiową oraz ramionami, w trampkach nadających mu zadziornego i niemal młodzieńczego wyglądu.
Stwardniałem rozpalony tym, jak dobrze się prezentował. Gładko ogolony, modnie uczesany. Postarał się dla mnie, wiedziałem to.
- Fabianie…
Zbliżyłem się, a on porwał mnie w ramiona niemal miażdżąc moje mniejsze ciało i wycisnął na moich ustach mocny, niemal brutalny pocałunek.
- Nigdy więcej nie wzbudzaj we mnie zazdrości, Andrew, ponieważ nawet gdybyś mnie o to błagał to nie oddam cię nikomu. - wyrzucił z siebie odsuwając się zaledwie na milimetry i już na nowo całował mnie pełną desperacji siłą. Jego język wdarł się między moje wargi i rozpoczął namiętną, będącą dowodem pragnienia penetrację.
Nie miałem nic przeciwko temu. Fab smakował jak zawsze, lekko korzenie, ale słodko. Jego dłonie spoczęły na moich pośladkach, obejmując je niemal całkowicie. Jeśli ja byłem podniecony, to on cały był podnieceniem. Jego twardy członek wbijał się w mięśnie mojego brzucha niczym nóż. Cieszyło mnie to, ponieważ oznaczało, że mimo moich wcześniejszych obaw, nasz związek nie popadł jeszcze całkowicie w nudną rutynę, ale mógł znowu zapłonąć jasno płomieniem namiętności i szaleństwa.
- Będę cię kochał, póki cię nie zapłodnię żebyś już nigdy nie wspominał o rozstaniu. - wyszeptał, kiedy odsunął się na tyle, aby przenieść usta z moich warg na szyję.
Mojemu ciału spodobały się te słowa, ponieważ w mój penis zapulsował bardzo wymownie w spodniach.