Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albus Dumbledore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albus Dumbledore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2020

Spotkanie we mgle

Nawet nie wiem jak do tego doszło, ale mężczyzna wyrósł przede mną jakby spod ziemi. Nie było go, mrugnąłem i już stał przede mną, w moim odczuciu stanowczo zbyt blisko.
Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, albo po prostu nie pamiętałem podobnej sytuacji, ale odskoczyłem do tyłu i warknąłem. Byłem w pełnej gotowości do walki. Nie jako czarodziej, ale jako wilkołak.
Mężczyzna był raczej niski i szczupły, może nawet chudy, ciężko było mi to jednoznacznie stwierdzić. Wydawał się stary, chociaż jeszcze nie „dziadkowaty”. Jego spojrzenie było ostre, przenikliwe, przeszywało mnie niczym jadeitowy nóż. Siwe słody miał zaczesane do tyłu, a szpiczastą budkę zadbaną, chociaż niewątpliwie sprawiała, że wyglądał na jeszcze ostrzejszego niż musiał być w rzeczywistości. Wydawało mi się, że go kojarzę, gdzieś już widziałem, ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i kiedy.
- Miałem uczyć chłopca, a nie zwierzę. - odezwał się nagle z silnym zagranicznym akcentem i zaczął obchodzić mnie dookoła nie spuszczając ze mnie spojrzenia. - Spodziewałem się kogoś bardziej imponującego. Jest raczej drobny, niski…
Przyganiał kocioł garnkowi – pomyślałem.
- Drobny i niski, powiadasz? - Dumbledore stanął obok mężczyzny i spojrzał na niego z góry. Dyrektor był od tego mężczyzny zdecydowanie wyższy.
Nieznajomy rzucił Dumbledore’owi wściekłe spojrzenie i kontynuował obchodzenie mnie dookoła.
- Remus to inteligentny i sprytny chłopak, dobry czarodziej. Jest wilkołakiem, a to wiąże się z bardzo dobrym węchem, słychem i wzrokiem oraz dużą sprawnością fizyczną, w tym siłą i szybkością. Kiedy dodasz do tego magię, otrzymasz więcej niż tylko czarodzieja.
- Niemal broń… - twarz mężczyzny rozjaśnił niemal szalony uśmiech. - Tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. To wiele tłumaczy… Uznajmy ich za niegodnych, nie uczmy, a dzięki temu łatwiej będzie nad nimi zapanować. Szkoła czarodziejstwa dla wilkołaków to świetny pomysł, Albusie. Pod warunkiem, że ten chłopak zda egzamin.
- Jestem pewny, że tak będzie. Jest ambitny.
Teraz już wiedziałem, jak czują się ludzie, o których rozmawia się jakby wcale ich nie było, podczas gdy oni stoją obok i wszystko słyszą. Wiedziałem, że niektórych ludzi to denerwuje, chociaż nie rozumiałem do końca dlaczego. Aż do teraz. Uznałem jednak, że wtrącanie się w ich rozmowę nie miałoby sensu. Chciałem tylko dalej się uczyć, zdobywać niezbędną wiedzę, aby móc w przyszłości żyć normalnie. Nie ważne, co później planowali Dumbledore i jego znajomy. Zresztą, miałem wrażenie, że dyrektor przytakiwał nieznajomemu tylko po to, aby w końcu mieć pewność, że ten będzie mnie uczył.
- Niech będzie. - mężczyzna spojrzał na mnie poważnie. - W dniu egzaminów końcowych będę chciał osobiście sprawdzić twoje umiejętności. - zwrócił się w końcu bezpośrednio do mnie. - Widziałem twoje wyniki podczas normalnych zajęć, będę miał wgląd w wyniki twoich egzaminów, ale chcę kilka rzeczy sprawdzić sam i właśnie wtedy będę miał ku temu okazję nie wzbudzając przy tym niczyjego zainteresowania. Nie powiem ci co będę sprawdzał, ponieważ wtedy mój egzamin nie miałby najmniejszego sensu.
- Chcę mieć wgląd w twój egzamin zanim się odbędzie. - Dumbledore położył dłoń na moim ramieniu zwracając się do niższego mężczyzny, którzy przeniósł poirytowane spojrzenie ze mnie na niego.
- Nie ufasz mi?
- Ani trochę.
- Łamiesz mi serce, ale niech będzie. Hej, dzieciaku. Wiesz w ogóle kim jestem?
Przełknąłem ślinę z trudem czując, że się czerwienię. Pokręciłem przecząco głową.
- Eh, jestem zawiedziony, Albusie. Czego wy w ogóle te dzieci uczycie? Ale dobrze, skoro nie wiesz to niech tak na razie pozostanie.
Nieznajomy zaczął wspinać się po schodach prowadzących na wyższy poziom gabinetu, a po chwili zniknął mi całkowicie z oczu.
Czułem się jak dzieciak lub po prosu głupek. Nie powiedziałem nic na poziomie, milczałem przez niemal całe spotkanie z moim nowym nauczycielem, nie pokazałem mu się od najlepszej strony. Nic dziwnego, że chciał mnie przetestować i nie chciał ze mną porozmawiać.
- Świetnie poszło, Remusie. - Dumbledore ścisnął moje ramię, po czym podszedł do swojego biurka przekładając na nim swoje papiery jakby czegoś w nich szukał. - Po tym, co widziałem jestem pewny, że po zakończeniu szkoły będziesz mógł kontynuować naukę pod okiem kogoś naprawdę utalentowanego. Musisz być jednak gotowy na to, że najczęściej nie będzie w tak dobrym humorze jak dzisiaj. A jeśli tak będzie to wiedz, że coś kombinuje i z pewnością nie jest to nic dobrego. No cóż, Remusie. Myślę, że na dzisiaj to tyle. Inaczej to sobie zaplanowałem, ale przy nim – machnął ręką w stronę schodów, po których wszedł mężczyzna. - rzadko cokolwiek wychodzi tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. To dzikus. Jest czarujący, ale niewątpliwie jest też dzikusem, który robi co mu się podoba i jak mu się podoba.
- Więc… Więc mogę już sobie iść? - zapytałem niepewnie.
- Tak, Remusie. Jeśli będziesz jeszcze potrzebny, zaproszę cię do siebie. Na dzisiaj to tyle.
- Dziękuję. - skinąłem głową dyrektorowi i wyszedłem z jego gabinetu.
Na schodach zatrzymałem się na chwilę i potrząsnąłem głową. Czułem się jakbym właśnie wyszedł z mgły, która nie otaczała jednak mojego ciała, ale umysł.
Czy to zapach dymu?
Pomasowałem palcami głowę między oczyma. Nie bolała mnie, jednak nie byłem sobą. Zupełnie jakbym wstał po popołudniowej drzemce, która często spowalniała tempo pracy mojego umysłu, co nie pozwalało mi się skoncentrować, zebrać myśli.
To nie miało sensu.
Wyszedłem na korytarz, na którym czekała na mnie Zardi.
- I co? - zapytała od razu. Złapała mnie za rękę i zaczęła odciągać od wejścia do królestwa Dumbledore’a.
Streściłem przyjaciółce wydarzenia z gabinetu dyrektora na tyle, na ile byłem w stanie. Niektóre informacje chciałem pominąć, ale uznałem, że nie ma to sensu, bo jeśli nie mogłem zaufać Zardi to komu mogłem?
Przyznałem się przed dziewczyną, że nie wiem kim jest niski, starszy mężczyzna, którego poznałem i który miał być moim nauczycielem. Przyjaciółka obiecała jednak, że pomoże mi do tego dojść, abym czuł się z tym bardziej komfortowo.
- Jeśli dyrektor traktował go jak równego sobie to na pewno mamy do czynienia z kimś ważnym. Pytał, czy go kojarzysz, a więc istnieje możliwość, że mógłbyś gdzieś natknąć się na informacje o nim oraz zdjęcia. Niechętnie to proponuję, ale przejrzyjmy najnowszą historię magii w naszych podręcznikach, a jeśli tam nic nie znajdziemy, poszperamy trochę w bibliotece. Lub ja będę szperać i szukać mając w pamięci twój opis, a jeśli na coś wpadnę to dam ci znać jeśli będziesz chciał.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się do dziewczyny. Rozumiałem dlaczego nie chciała mnie angażować, ale w tej chwili nie czułem się gotowy do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Byłem zagubiony, zagubiony we własnej głowie, chociaż myśli pływały w smole.
Czy to możliwe, że ktoś niepostrzeżenie rzucił na mnie zaklęcie? Nie, to nie mogło być zaklęcie.
Zapach dymu – przypomniałem sobie. - Może to ten dym. 
To miałoby sens. Jest wiele roślin, które palone mogły otumanić, spowolnić, a nawet pozbawić pamięci. Może ten mały, dziki czarodziej chciał mieć pewność, że jeśli go rozpoznam to nie zdołam zareagować na czas? Nie zaatakuję, nie złapię… 
- Pomogę ci szukać w książkach i Proroku Codziennym. - zdecydowałem.
Musiałem się dowiedzieć, co się dzieje i czy to możliwe, że zostałem otumaniony aby zapewnić bezpieczeństwo człowiekowi, który był na bakier z prawem, a którego dyrektor tak doskonale znał.
- Zardi, jeśli do jutra z jakiegoś powodu zapomnę o tym, co się dzisiaj wydarzyło, opowiedz mi o wszystkim. - postanowiłem się ubezpieczyć na każdą ewentualność.
Przyjaciółka spojrzała na mnie poważnie i skinęła głową. Rozumiała moje obawy, nawet jeśli nie znała wszystkich szczegółów.

niedziela, 29 marca 2020

Kiedy przyjaciele nie mogą wiedzieć...

16 maja

Otrzymałem od dyrektora wiadomość z prośbą o spotkanie dotyczące naszej ostatniej rozmowy. Została mi dostarczona w sposób tak dyskretny, że nawet moi przyjaciele o niczym nie wiedzieli. I chciałem aby tak zostało. Syriusz wiedząc o spotkaniu chciałby abym powiedział mu kim ma być mój nauczyciel, a ja nie wiedziałbym, co mu powiedzieć, aby nie zdradzić jego tożsamości. Zresztą, podejrzewałem, że kiedy w końcu sam się dowiem, będę w szoku, który uniemożliwi mi myślenie, a co dopiero zmyślanie. Nie, Syriusz nie mógł się dowiedzieć o niczym.
W związku z tym pojawiał się inny problem, ponieważ musiałem pojawić się w gabinecie dyrektora o wyznaczonej godzinie, ale moi przyjaciele nie mogli wiedzieć, że w ogóle tam idę.
Jak ja w ogóle miałem to zrobić?
Wymknięcie się pod pozorem nauki w bibliotece odpadało. Byliśmy przed egzaminami, a więc szybko znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mi towarzyszyć, a znając życie byłby to Syriusz. Zamknięcie się w toalecie również byłoby bezsensowne, a kąpiel w łazience prefektów również mogłaby skończyć się towarzystwem Syriusza, więc znowu wracałem do punktu wyjścia.
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje życie aż w takim stopniu było zdominowane przez przyjaciół, a w szczególności przez mojego chłopaka. Nagle czułem się osaczony.
Zamyślony spojrzałem w bok i nagle wiedziałem już co muszę zrobić.
Podczas przerwy między zajęciami wykorzystałem wymówkę z toaletą aby napisać wiadomość do Zardi. Poprosiłem ją w niej o pomoc, podając godzinę, o której chciałem aby po mnie przyszła, zaznaczając, że chcę by była moim alibi oraz dodając informację o potrzebie bycia z nią sam na sam. Tym samym znalezienie wymówki zrzucałem na jej barki, ale wiedziałem, że nie będzie miała mi tego za złe. A przynajmniej nie do końca.
Kiedy wróciłem do przyjaciół czekających na eliksiry, stanąłem obok przyjaciółki udając, że próbuję podsłuchać jej rozmowę z koleżankami. W tym czasie starając się zrobić to niepostrzeżenie, wsunąłem jej w dłoń swój liścik. Zardi drgnęła i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Ale mi serce podskoczyło! - syknęła – Nie czaj się tak obok! - skarciła mnie aby ukryć swoją reakcję na moje zachowanie i wiadomość, którą jej dałem, a której się nie spodziewała. Nie wiedziała o co chodzi, ale i tak zacisnęła dłoń na liściku. Ufała mi, a ja ufałem jej.
- Przecież wcale się nie czaiłem! - odpowiedziałem z udawaną urazą.
- Byłam zajęta rozmową, a tu nagle taki Lupin! Oczywiście, że się czaiłeś!
- Starałem się dowiedzieć o czym rozmawiacie i to otwarcie, więc…
- Milcz i nie podsłuchuj! - dziewczyna prychnęła, wydęła dolną wargę, a następnie uśmiechnęła się do mnie, ale jednocześnie odgoniła mnie od siebie i koleżanek.
Wiedziałem, że robi to tylko po to, aby lepiej ukryć mój liścik. Była niesamowita i dlatego byłem pewny, że znajdzie sposób, aby wyrwać mnie z macek przyjaciół na tych kilka chwil niezbędnych na spotkanie z dyrektorem.
Jej odpowiedź ma moją wiadomość otrzymałem po eliksirach, kiedy wychodząc z sali poklepała mnie po ramieniu nie mówiąc zupełnie nic. Nie musiała. Wiedziałem, że przeczytała liścik i chociaż nie mogła wiedzieć o co chodzi, zgodziła się mi pomóc.

O wyznaczonej godzinie siedziałem z przyjaciółmi przy stoliku w Pokoju Wspólnym, kiedy Zardi wyrosła przy nas jakby spod ziemi.
- Remiiii… - zajęczała prosząco. - Ta książka, którą mi ostatnio poleciłeś! - zaczęła mówić przejęta, spięta i jakby zasapana. - O, Merlinie! Nie wiem, czy mam cię przytulać, czy dusić! Jest niesamowita i tyle się w niej dzieje! Nie, nie, nie! Muszę się wygadać, po prostu muszę! - złapała mnie za ramię i pociągnęła w górę. - Kradnę wam Remusa. - rzuciła do chłopaków, a następnie znowu zwróciła się do mnie. - Nie usiedzę, tyle emocji! Idziemy pokręcić się pod szkole, żebym rozładowała napięcie. Merlinie, Remi! Gdybym wiedziała, że ta książka jest tak niesamowita wcześniej… - mówiła szybko, głośno, jak nakręcona i powoli odciągała mnie od chłopaków.
- Ostrzegałem cię! - postanowiłem wejść w rolę. - Niedługo wrócę! - rzuciłem do przyjaciół, którzy patrzyli na nas jakby mi bardzo współczuli. - Mówiłem ci, że nie będziesz mogła żyć normalnie, kiedy ją przeczytasz. Ty przynajmniej możesz o niej porozmawiać ze mną, a ja nie miałem nikogo! - próbowałem się nakręcić.
- Nie wiem jak to wytrzymałeś! Przecież on jest niesamowity! Kiedy się spotkali w tej księgarni podczas spotkania autorskiego… - zapiszczała cicho. - To było takie niesamowite! - przeszliśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy. - Nie mam zielonego pojęcia o czym mówię, ale powinnam dostać Oskara za najlepszą grę aktorską. - rzuciła, kiedy tylko przejście zamknęło się za nami. - Chodź, musisz mi powiedzieć o co chodzi!
Oddaliliśmy się na bezpieczną odległość zanim z westchnieniem zacząłem się tłumaczyć.
- Muszę spotkać się z dyrektorem w bardzo ważnej sprawie, ale nikt nie może o tym wiedzieć. To bardzo ważne i ściśle tajne. - cóż, tylko tyle mogłem jej zdradzić.
- Chwila… Ściśle tajne, więc nic mi nie powiesz, a dobrze wiesz, że jestem ciekawską bestią i będzie mnie to teraz zżerało? W takim razie musi to być niesamowicie tajne i musisz być zdesperowany.
- Nie zaprzeczę…
- Dobra, zrobimy tak. Pójdę z tobą pod gabinet dyrektora i zaczekam na ciebie ile będzie trzeba. Na wszelki wypadek schowam się gdzieś żeby mnie nikt nie wiedział. Musisz mi tylko jedno powiedzieć. Cokolwiek robisz, nie krzywdzisz tym Syriusza?
- Nie. - odpowiedziałem od razu. - Poza tym, że mam przed nim tajemnice. Ale robię to dla niego i jego bezpieczeństwa.
Dziewczyna skinęła głową. Szliśmy powoli w stronę schodów mając jeszcze trochę czasu zanim będę musiał stawić się u dyrektora.
- I nie będzie to miało wpływu na wasz związek? - Zardi dopytywała dalej.
- Nie sądzę. Sprawa, którą muszę załatwić nie jest związana z moim życiem miłosnym. - zastanowiłem się chwilę. - To tajemnica wilkołaka. Jest związana z moją lykantropią.
- Dobra, przyjmuję to do wiadomości i akceptuję. Nie musisz mi mówić nic więcej. - dziewczyna posłała mi szczery uśmiech.
Cieszyłem się, że ją miałem, że zawsze mogłem na nią liczyć. Była jedyna w swoim rodzaju i wiedziałem, że jeśli w przyszłości wpakuję się w jakieś tarapaty, ona postara się mi pomóc z nich wyjść. I ile nie mogłem prosić Syriusza o pomoc, kiedy chodziło o łamanie prawa czarodziejów lub coś nie do końca legalnego, o tyle kiedy chodziło o Zardi nie musiałem się martwić. Ona nie miał pracować jako Auror.
Kiedy dotarliśmy pod wejście do gabinetu Dumbledore’a miałem wciąż sporo czasu. Wykorzystałem go więc na rozmowę z przyjaciółką o tematach niezwiązanych z naszą obecnością w tym miejscu. Zardi przyznała, że nie wie co chce robić po szkole, że ma tysiące pomysłów, ale żaden nie jest konkretny i najprawdopodobniej nie wciągnie jej na tyle, aby miała poświęcić temu całą resztę życia. To, co naprawdę ją interesowało nie było niestety opłacalne i nie mogłoby jej w przyszłości utrzymać.
Kiedy nadszedł czas, podałem hasło kamiennemu strażnikowi i wspiąłem się po schodach do gabinetu. Byłem właśnie przed drzwiami, kiedy dyrektor zaprosił mnie do środka, więc wszedłem czując szaleńcze bicie mojego serca i słysząc w uszach jego dudnienie.
Dumbledore był sam, więc nie do końca wiedziałem czego mam się spodziewać.
- Usiądź, Remusie. - wskazał mi krzesło, więc zająłem miejsce przed jego biurkiem.
Cisza, która zapadła była przerażająca, ale może to dlatego, że właśnie warzyły się moje losy. Przyjąłem, że dyrektor chce mi powiedzieć kim będzie mój nauczyciel, ale może chciał mi oświadczyć, że osoba, o której myślał się nie zgodziła. Nie zdziwiłbym się. W końcu nie każdy chciał uczyć wilkołaka.
- Remusie… - zaczął mężczyzna, a ja wstrzymałem oddech.

niedziela, 23 lutego 2020

Bed of Roses

13 maja

Wpatrywałem się w padający za oknem deszcz. Koniec roku był coraz bliżej, a wraz z nim zmiany, na które nie byłem gotowy. Sheva jako pierwszy odciął pępowinę, która łączyła naszą paczkę i w ten sposób pozwolił nam poczuć przynajmniej namiastkę tego, co tak naprawdę czeka nas w najbliższym czasie. Syriusz i James rozpoczną naukę w akademii Aurorów, Peter będzie szkolił się pod okiem mamy pomagając jej w cukierni, Zardi wiedziała tylko, że planuje się nadal uczyć, chociaż nie miała pojęcia w jakim kierunku, Sheva rozpoczynał karierę sportową. Pozostawałem tylko ja. Ja i mój brak możliwości dalszej edukacji poza uczeniem się samemu, ponieważ nikt nie przyjmie wilkołaka do szkoły. Dumbledore był jedynym dyrektorem, który kiedykolwiek zdecydował się na taki krok.
- Pieniążek za twoje myśli. - ramiona Syriusza objęły mnie w pasie, a jego broda spoczęła na moim ramieniu. Jego ciało było cudownie ciepłe, ale w tamtej chwili nawet ono nie przynosiło mi ukojenia.
- Myślę o końcu roku. O zmianach. - odpowiedziałem szczerze.
- Och, Remusie. - uścisk ramion kruczowłosego stał się silniejszy. - Będę wymykał się z Akademii tak często jak tylko się da, podrzucał ci książki, przynosił słodycze. Nie pozwolę żebyś o mnie zapomniał.
Nie odpowiedziałem, ale uśmiechnąłem się wtulając w niego.
- Porozmawiaj z Dumbledore’em.
- Co? - odwróciłem się od okna i spojrzałem na chłopaka.
- Powiedz mu, co planujesz. Zapytaj, czy zna kogoś, kto mógłby cię uczyć. Jeśli nie zna nikogo, powie ci i nic nie zyskasz, ale też nie stracisz. Za to naprawdę możesz zyskać, jeśli okaże się, że jednak jest ktoś, kto mógłby cię szkolić z dala od szkół, akademii i innych miejsc, w których nie chcą wilkołaków. Idź do niego, a ja zaczekam pod gabinetem. Wiem, że to cię męczy, a w ten sposób będzie ci lżej. Chodź! - chłopak odsunął się ode mnie i złapał mnie za rękę, pomagając mi wstać z mojego miejsca przy oknie.
- Nie chcę zawracać mu głowy…
- Daj spokój, Remi! Wiesz doskonale, że on będzie szczęśliwy, że do niego przyszedłeś. To idziemy?
Czy miałem coś do stracenia? Nie. Czy uważałem, że to dobry pomysł? Nie wiem. Mimo wszystko pozwoliłem, aby chłopak wyprowadził mnie z naszego pokoju.
To był szary, leniwy, psychodeliczny niemal dzień, toteż w Pokoju Wspólnym panował spokój i ospała atmosfera. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że wychodzimy, nie wspominając już o tym, że Syriusz nadal trzymał mnie za rękę i ciągnął za sobą.
Droga pod wejście do gabinetu dyrektorka trwała stanowczo zbyt krótko. Żałowałem, że korytarze nie zaczęły się nagle wydłużać lub zmieniać położenie, ponieważ potrzebowałem więcej czasu by zastanowić się nad tym, co powiem, o co zapytam lub by po prostu zwiać. Niestety Syriusz zajął się wszystkim, włącznie z podaniem hasła, które odsłoniło schody prowadzące do gabinetu.
- Idź. - Black wepchnął mnie na schody i uśmiechnął się w sposób, który zapewne miał mi dodać otuchy.
- Nie jestem pewny, czy…
- Matko, Remi! Po prostu idź!
Więc poszedłem. Wspiąłem się po schodach i zapukałem, ponieważ byłem o krok od zawrócenia.
- Wejdź, Remusie. - odrzwi otworzyły się same. Dyrektor siedział za swoim biurkiem i uśmiechał się zachęcająco.
- Skąd pan…
- Nie ukrywam, że usłyszałem zachęcający okrzyk Syriusza. Usiądź, Remusie.
A więc usiadłem. Dumbledore roześmiał się cicho i zachęcił mnie od tego, abym wyrzucił z siebie to, z czym do niego przyszedłem.
Jąkając się, zrobiłem to. Przypomniałem mu, że postanowiłem zostać detektywem, że nawet chcąc uczyć się dalej nie znajdę szkoły, która mnie przyjmie. Zapewniłem, że chcę uczyć się dalej, rozwijać swoje umiejętności, aby przeżyć w pracy, jaką sam sobie wybrałem. Jasne, nie miałem wielkiego wyboru, ale nie zmieniało to faktu, że i tak musiałem się doszkalać.
Mężczyzna kiwał głową potakująco i nie przerywał mi. Kiedy w końcu zapytałem, czy nie zna kogoś, kto mógłby mi pomóc, kto mógłby mnie uczyć, zamruczał zastanawiając się.
- Ministerstwo nie zabrania kształcenia wilkołaków, ale mało kto chce się tego podjąć z powodu uprzedzeń i przekonania o wyższości czarodziejów. Osoba, która podjęłaby się twojej edukacji musiałaby być nie tylko chętna do podjęcia się tego zadania, ale także posiadać odpowiednią wiedzę. - słuchałem uważnie. - Remusie, obawiam się, że żaden nauczyciel nie podejmie się tego zadania.
Wiedziałem, że tak będzie, jednak i tak miałem iskierkę nadziei, która teraz przygasła. 
- Żaden nauczyciel, ale to nie oznacza, że nie znajdzie się inna osoba, która byłaby skłonna to zrobić.
Podniosłem głowę i spojrzałem na dyrektora zaskoczony. Nie do końca wiedziałem jak rozumieć jego słowa.
- Uczenie wilkołaka dla wielu będzie niczym wkładanie broni w ręce kata. Wilkołakom nie można ufać, zdradzą i odgryzą rękę, która ich karmi… To tylko kilka opinii, jakie zacytuję. Osoba, która byłaby skłonna cię uczyć nie byłaby więc szanowanym członkiem społeczności magicznej. Czy mnie rozumiesz?
- Nie… Nie jestem pewny.
- Szukając dla ciebie nauczyciela musiałbym szukać wśród osób znajdujących się na marginesie czarodziejskiej społeczności. Remusie, znam kogoś, kto podjąłby się uczenia cię. Tyle, że nie jest to osoba, o której mogę mówić głośno. To wielki, utalentowany czarodziej, ale także skazany przestępca.
Spojrzenie mężczyzny było utkwione we mnie, a moje oczy musiały w tamtej chwili przypominać spodki. Dumbledore właśnie powiedział mi, że zna przestępcę, który mógłby mnie uczyć. Zdradził mi tajemnicę, której zdradzenie mogłoby wpędzić go w duże kłopoty, a nawet kosztować stanowisko. A jednak zaufał mi.
- Ta… osoba…
- Będzie wymagająca, wyjątkowo wredna, ponieważ nie będzie jej się podobało to, że jesteś wilkołakiem, ale doceni twój talent.
- Skąd pewność, że będzie chciała mnie uczyć? - miałem co do tego mieszane uczucia.
- Zostaw to mi. Jeśli jesteś gotów podjąć się tego, ukrywać swoją naukę, musisz po prostu mi zaufać. Nie ufaj swojemu nauczycielowi, ponieważ tej osobie nie warto ufać, ale zaufaj mi. Nigdzie nie znajdziesz lepszego mentora. Chcesz być detektywem w naszym świecie, musisz mieć dostęp do najgorszych melin, Remusie. Te osoba zapewni ci ten dostęp, powie ci z kim współpracować i w jaki sposób wmieszać się w tłum. Nie musisz podejmować decyzji już teraz.
Wyobraziłem sobie Syriusza, który w Akademii Aurorów będzie uczył się, w jaki sposób walczyć z przestępcami magicznego świata, jak łapać i zabijać wilkołaki takie, jak ja. Wszystko to z błogosławieństwem Ministerstwa Magii. A w tym czasie ja, jego chłopak, kochanek, miłość, poznawałbym podobne sztuczki, ale od tej drugiej strony.
- Do tej pory byłem po prostu Remusem Lupinem, chłopcem, czarodziejem. To pan dał mi tę szansę, to pan otworzył przede mną te drzwi. Ale teraz wychodzę z Hogwartu i mogę zapomnieć o osiągnięciu wielkich rzeczy, ponieważ tutaj kończy się moje edukacja. Nie zmienię tego, że jestem wilkołakiem, a kiedy ludzie dowiedzą się o tym, nie znajdę żadnej pracy. Muszę w końcu objąć to kim jestem. Panie dyrektorze, zgadzam się. Zaufam panu. Chcę nauczyć się tego, czego nie nauczą mnie nigdzie indziej. Chcę znaleźć sposób, aby dalej żyć w tym społeczeństwie.
- A więc zgadzasz się?
- Tak.
Dyrektor skinął głową.
- On się z tobą skontaktuje. Na razie za moim pośrednictwem. Remusie, na pewno już wiesz, że to musi pozostać naszą tajemnicą.
- Nie powiem ani słowa, niezależnie od tego, kim jest osoba, o której pan myśli. Zawdzięczam panu wszystko, co do tej pory osiągnąłem.
- A więc ciesz się resztą dzisiejszego dnia, Remusie. Odezwę się niebawem.
Wymieniliśmy pożegnalne uprzejmości i opuściłem jego gabinet lżejszy i cięższy jednocześnie. 

niedziela, 4 sierpnia 2019

Podsłuch (nie)doskonały

Wielka Sala szybko okazała się strzałem w dziesiątkę. Mogliśmy pogratulować sobie z Syriuszem wyczucia, chociaż przy naszym ograniczonym wyborze miejsc, w których mieścili się wszyscy nauczyciele razem, nie było sensu puchnąć z dumy. Niestety nie wszystko było tak piękne i różowe jakbyśmy sobie życzyli, ponieważ przy Wielkiej Sali znajdowaliśmy się w miejscu tak otwartym, że każda wychodząca osoba mogła nas przypadkiem potrącić lub nawet zobaczyć, jeśli Peleryna Niewidka w jakimś miejscu by się osunęła. Lub gdyby ktoś widział nas mimo niej! Nie wiem jakim cudem, ale wszystko było możliwe. Tym bardziej w tej szkole i przy takim gronie pedagogicznym.
Syriusz trącił mnie lekko łokciem w bok i palcem wskazał miejsce, w które mieliśmy się przesunąć. Skinąłem głowę rozumiejąc go. Do tego nie potrzebowaliśmy słów, ponieważ w pewnych sytuacjach były one po prostu zbędne.
Stając przy ścianie w odległości metra od drzwi Wielkiej Sali, Syri pociągnął mnie za koszulkę uginając lekko kolana. Kolejny raz skinąłem głową dla potwierdzenia, że rozumiem i razem uklęknęliśmy. Chłopak wyciągnął z kieszeni Uszy Dalekiego Zasięgu i rzucił jedno z nich w stronę wejścia, skąd dochodziły nas głosy nauczycieli.
Miałem dobry słuch, poniekąd doskonały, ale nawet ja miałem problem ze zrozumieniem tego, o czym mówiono, więc bez opracowanego przez przyjaciół gadżetu, niewiele moglibyśmy zyskać na podkradaniu się i podsłuchiwaniu.
Niestety ucho okazało się nazbyt gumowe, przez co odbiło się od ziemi i wylądowało w złym, nieprzydatnym miejscu. Użyłem więc różdżki aby poprawić jego ustawienie, podczas gdy Syri trzymał drugie blisko naszych uszu, sprawdzając czy cokolwiek słychać z tego, o czym rozmawiano w Wielkiej Sali.
Na początku pojawiły się jakieś zakłócenia, głosy były skrzeczące i mało wyraźne, więc Syriusz zaczął wyginać muszelkę gumowego ucha w różnych kierunkach, aż w końcu znalazł odpowiedni kształt, który pozwolił na wyostrzenie głosów. Teraz z powodzeniem mogliśmy podsłuchiwać.
Nagle przyszło mi do głowy, że może powinniśmy popracować nad czymś w rodzaju Oczu Dalekiego Zasięgu, ponieważ to wiele mogłoby nam ułatwić. Tym bardziej, że dziwnie było słyszeć, ale nie widzieć, co się dzieje.
Zamknąłem oczy chcąc skupić się na słowach, ale szybko je otworzyłem, ponieważ nie czułem się pewnie nie patrząc na drzwi. W końcu ktoś w każdej chwili mógł się w nich pojawić, a wtedy uszy stałyby się sporym problemem i mogłyby nas zdradzić.
- Wracając do tematu… - usłyszałem głos McGonagall przebijający się ponad szeptami innych. - Musimy porozmawiać z Ministrem. Nie wyobrażam sobie żebyśmy mogli zająć się tą sprawą w jakikolwiek inny sposób.
- Musimy także poprosić o dokładne plany kopanych tuneli. - wtrącił Tenshi. - Rozumiem, że nie powinno do tego dojść, ale w przypadku, kiedy doszłoby do kolejnej detonacji, ziemia ponad tunelem mogłaby się osunąć. Gdyby w tym właśnie miejscu przebywali uczniowie zmierzający do Hogsmeade… - wymownie zwiesił głos.
- To prawda. Krasnale nie słyną z cierpliwości i są bardzo uparte. - odezwał się kolejny znany mi głos, który należał do nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami. - Będą chciały coś wysadzić to wysadzą, a później powiedzą, że to był wypadek. Nie, nie możemy tego tak zostawić. Musimy mieć pewność, że drogi są w pełni bezpieczne.
- Proponuję też spotkanie z mieszkańcami samego Hogsmeade. - znowu odezwała się McGonagall – Miasto również musi być bezpieczne, jeśli mają w nim przebywać nasi uczniowie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy coś by się im stało tylko dlatego, że głupia dachówka się poluzowała i spadłą komuś na głowę.
- Minerwo, to chyba przesada…
- Horacy, wypadki się zdarzają i nie możemy bagatelizować nawet tych najprostszych. Prawdopodobieństwo mechanicznej szkody jakiegokolwiek budynku jest zdecydowanie większe, kiedy w grę wchodzą nieprzewidziane silne wstrząsy. Czy naprawdę muszę ci przypominać, skąd wziął się ten guz na twojej głowie?
- No już, już. Spokojnie moi drodzy. - wydawało mi się, że słyszę dyrektora, ale głos był dziwnie zachrypnięty. Nie wydaje mi się żeby miał się przeziębić w ciągu kilku godzin do kiedy słyszałem go ostatnio. - Wszyscy wiemy jak dziwne sytuacje zdarzają się z winy nieoczekiwanych wstrząsów. Niebezpieczne okazały się zwykłe batony, a nawet własne pięści. To prawdziwe szczęście, że nie ucierpiał żaden uczeń.
- W przeciwieństwie do nas. - rzuciła piskliwie Sprout.
- Poppy zajmie się naszymi oczami, głowami i gardłami w swoim czasie. Prawda?
- Oczywiście, panie dyrektorze. - szkolna pielęgniarka pospieszyła z odpowiedzią. - Kiedy tylko pozbędę się zwierzyńca ze Skrzydła Szpitalnego.
- Przepraszam po raz kolejny, nie sądziłem, że klatka się otworzy. Ale nie sądziłem też, że zamkiem tak zatrzęsie, że ją upuszczę. Przygotowywałem się do jutrzejszej lekcji z opieki z uczniami piątek klasy, ale przecież już to wyjaśniałem.
- No dobrze, a więc Ministerstwo, plany,spotkanie z mieszkańcami. Ale ile czasu nam to zajmie, skoro musimy pozwolić uczniom wyjść z dormitoriów, a nie mamy pewności, czy nie dojdzie do kolejnego wybuchu. Krasnale pewnie dopiero się rozgrzewają. - głos był znajomy, męski. Niestety nie mogłem przypomnieć sobie do kogo należał. To uświadomiło mi, że powinienem przykładać na co dzień większą wagę do szczegółów.
Piśnięcie, skrzypnięcie i nagle ucho znowu zaczęło trzeszczeć. Spojrzałem na Syriusza,który właśnie poddawał inspekcji muszelkę Ucha Dalekiego Zasięgu, ale wszystko wydawało się być z nim w porządku.
I wtedy moje zmysły zarejestrowały obecność myszy. Spojrzałem szybko na ścianę przy której leżało nasze Ucho. Tym razem to ja trąciłem Syriusza i wskazałem miejsce, w które miał spojrzeć, a tym samym źródło naszego problemu. Jakaś cholerna mysz właśnie obgryzała połączenie między Uszami.
Jak mieliśmy ją odgonić nie wydając żadnych dźwięków i nadal będąc niewidzialnymi? W takich chwilach naprawdę przydałaby się nam kotka woźnego, ale tego parszywego kota nigdy nie było tak, gdzie był potrzebny. Zresztą podobnie jak jej właściciela, który zawsze zjawiał się tam, gdzie nie powinien i w najmniej odpowiednim momencie.
Minęła zaledwie chwila, podczas której nic nie wymyśliliśmy, kiedy to mysz poradziła sobie z naszym gadżetem, złapała pewnie za Ucho i najzwyczajniej w świecie zabrała je ze sobą do swojej dziury, która okazała się ukryta za najczęściej szeroko otwartymi drzwiami Wielkiej Sali.
Zostaliśmy z niczym!
Syri wciągnął resztkę łączącego Uszy sznurka i ze złością patrzył na przegryzioną końcówkę. Miałem wrażenie, że mysz nie uniknie jego zemsty, ale ona musiała poczekać.
Zasłoniłem usta Syriusza dłonią, kiedy usłyszałem zbliżające się kroki kogoś kto wychodził z Wielkiej Sali.  Po sekundzie lub dwóch w drzwiach pojawiła się niska, okrągła sylwetka Sprout. Z zaskoczeniem patrzyliśmy na jej podbite oko. A więc to o tym wspominał dyrektor.
Powoli zacząłem łączyć ze sobą fakty. Czyżby podbiła sobie oko własną pięścią, podczas gdy on omal nie zadźgał się jedzonym batonem? A może to Slughorn miał spotkanie bliskiego stopnia ze swoją pięścią i stąd guz, o którym wspominała McGonagall?
Byłem naprawdę ciekaw co im się przytrafiło, ale tego pewnie nigdy się nie dowiemy.
Za Sprout powoli podążali inni nauczyciele, jednak nie wszyscy opuścili Wielką Salę. Ogółem wyszło ich pięcioro. Tylko dlaczego?
Głupia mysz! Gdyby nie ona, wiedzielibyśmy z Syriuszem, co robić dalej. Zostać, a może się wycofać? Prawdę mówiąc bez Uszu i tak nic nie mogliśmy zdziałać.
Zabrałem rękę z ust mojego chłopaka i palcem wskazałem kierunek, gdzie zniknęli nauczyciele. Tym razem to Syri ruchem głowy potwierdzał, że rozumie moje intencje. Podnieśliśmy się więc powoli i cicho, ostrożnie, na palcach, ruszyliśmy w głąb korytarza. Przynajmniej w przypadku tych psorów wiedzieliśmy, że nas nie widzą, ponieważ żaden nie zareagował na naszą obecność na korytarzu.
Miałem ochotę tupać z frustracji, kiedy zauważyłem, że się rozdzielili i każdy poszedł swoją drogą – na prawo, na lewo, schodami do góry. Musieliśmy szybko zdecydować kogo planujemy śledzić i wybór padł na Slughorna, więc od razu odbiliśmy w prawo. Czy słusznie? Tego mieliśmy się dopiero dowiedzieć.

środa, 24 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXV - Albus Dumbledore

- Więc? Co planujesz teraz zrobić? - Gellert leżał na boku i podpierał głowę ramieniem, aby lepiej mnie widzieć. Leżałem obok niego na plecach i wpatrywałem się w sufit zamyślony.
- Nie mam pojęcia. - przyznałem szczerze, chociaż nieszczególnie byłem tym faktem zachwycony. Nienawidziłem sytuacji, w których nie wiedziałem, co robić.
- Mogę spróbować ci jakoś pomóc. - zaoferował, ale jego uśmiech nie zwiastował niczego dobrego.
- Jak? - postanowiłem nie odrzucać jego wyciągniętej w moją stronę pomocnej dłoni.
- A bo ja wiem? - Gellert przewrócił oczyma, jakbym był dzieckiem, które zadaje niemądre pytanie.
- Gellercie, nie chcę żadnych dodatkowych problemów. Ten jeden mi wystarczy, a jeśli musiałbym później jeszcze sprzątać po tobie…
- Tak, tak, wiem. Już to kiedyś przerabialiśmy i teraz ty jesteś bohaterem, a ja tym złym, który siedzi zamknięty w wieży, jak cholerna księżniczka.
- Ale za to jaka księżniczka. Gdyby każda taka była, zamiast być dyrektorem latałbym po świecie i uwalniał je z ich więzień. - rzuciłem zaczepnie.
- Ha! I myślisz, że pozwoliłbym ci na uganianie się za innymi? - wyzywające spojrzenie dzikich oczu mojego kochanka nie pozostawiało miejsca na jakiekolwiek wątpliwości.
Gellert nie lubił się dzielić i obejmowało to także mnie. Miał mnie na wyłączność, nie ważne czy między nami się układało, czy też nie, moim obowiązkiem było pozostać mu wiernym, nawet gdybym miał cierpieć katusze z niezaspokojenia, kiedy on jest daleko.
- Księżniczek mu się zachciewa. - prychnął poirytowany i ukąsił mnie w ucho na tyle mocno, aby wyrwać  moich ust syk bólu. - Zadbam o to, abyś nie miał sił myśleć o czymkolwiek!
*
Godzinę później nie byłem bliższy znalezienia rozwiązania problemu znikających ubrań, chociaż bezsprzecznie czułem się niepokonany i mógłbym przenosić góry, gdybym nie był taki zmęczony.
- Poczekaj aż problem sam się rozwiąże. - Gellert wodził palcem po moim policzku rysując na nim runy dotykiem. - Prędzej czy później musi się wydarzyć coś, co naprowadzi cię na właściwe rozwiązanie. Najlepsze, co możesz zrobić to słuchać, co się mówi. Uczniowie mają nad tobą tę przewagę, że jest ich więcej, a więc więcej widzą i słyszą, a później gadają. Nastaw się na odbiór i poleć zrobić to samo nauczycielom. Pamiętasz dlaczego ja w końcu zostałem pokonany? Myślałem, że dam radę samemu podbić świat. Na początku szło łatwo, później pojawiły się problemy, a ostatecznie ty udowodniłeś, że nie mam szans znaleźć się na szczycie, ponieważ potrzebuję do tego właśnie ciebie.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Miał rację, sam nie mogłem udźwignąć wszystkich odpowiedzialności, jakie na mnie spoczywały, a błądzenie po ciemku nie było rozwiązaniem.
- Masz rację. - przyznałem.
- Wiem o tym. Chociaż myliłem się, kiedy mówiłem, że nie zdołasz odkryć eliksiru na chwilową zmianę płci.
Zarumieniłem się przypominając sobie swoje liczne porażki oraz ostateczny sukces, który zaowocował dokładnie tak, jak chciałem. Żywy dowód mojego sukcesu uczył się teraz w Akademii Magii Beauxbatons. Dowód, o którym nie wiedział nikt poza naszą dwójką oraz samym wspomnianym dowodem. Dziecko, którego się nie spodziewaliśmy, chociaż mieliśmy nadzieję je spłodzić. Nasz największy i najpilniej strzeżony sekret.
- Gdybym był młodszy podjąłbym kolejną próbę, tym razem na sobie. - wyznał, na co spojrzałem na niego zaskoczony. - Byłem młody i wydawało mi się, że mam już wszystko, a teraz żałuję, że nie dałem z siebie więcej. Nie bądź taki zdziwiony! - roześmiał się chyba trochę zawstydzony. - Świadomość, że zostawisz coś lub kogoś po sobie, kiedy się zestarzejesz jest kusząca.
- Nie jesteśmy jeszcze tak starzy.
- Masz rację, przed nami jeszcze wiele lat życia, ale kiedyś przyjdzie na nas czas. Dobra, nie wiem skąd mi się to wzięło! - porzucił melancholijny temat i zmiażdżył moje usta swoimi.
*
Rozkręcaliśmy się dopiero, kiedy przez uchylone okno do sypialni wleciał papierowy ptak z wiadomością. Zignorowalibyśmy go, ale krążył wokół nas z taką zaciętością, że nie byliśmy w stanie skupić się na sobie nawzajem.
Gellert złapał go i zmiażdżył w dłoni zanim mi go nie podał. Rozwinąłem wiadomość karcąc partnera wzrokiem, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami.
- To od Horacego. Chciałby ze mną porozmawiać na temat „ostatnich niepokojących wydarzeń, które na szczęście nie zachwiały jego pozycją poważanego i szanowanego nauczyciela, ale ugodziły w jego dumę”. - przeczytałem na głos.
- Merlinie, on nic się nie zmienił przez wszystkie te lata, co?
- Jest grubszy i starszy, ale jego ego pozostało niezmienione.
- Odpowiedz mu, że pracujesz nad sprawą i znajdziesz dla niego czas dopiero późnym wieczorem.
Kim byłem aby mu się sprzeciwiać? Zrobiłem więc dokładnie tak, jak mi polecił, nie wychodząc nawet z łóżka.
W tym czasie Gellert przygotował dla nas herbatę i przyniósł ciastka. Zrobił to jednak bardziej dla siebie niż dla mnie. Byłem pewny, że zgłodniał i tylko dlatego wysilił się na tyle, co z jakiegoś powodu naprawdę mnie bawiło.
Jedząc wyraził sobie niezadowolenie z faktu, że ciągle nam dzisiaj przeszkadzają, chociaż cieszył się, że nauczyciele w pełni na mnie polegają. Dzięki temu nikt nie podejrzewał, że spotykam się z kimś jego pokroju i że sam pomogłem mu znaleźć sposób na wymykanie się z jego więzienia raz na jakiś czas.
- Ludzie widzą to, co chcą widzieć. - zakończył i zaklęciem pozbył się okruszków ze pościeli oraz pustego talerza i kubków.
Patrzyłem na niego analizując jego ostatnie zdanie. A co jeśli za całe zamieszanie w szkole nie odpowiadał uczeń, który, rozmyślnie lub nie, rzucił jakieś dziwaczne zaklęcie? Przecież nie rozpoznawał go żaden z moich nauczycieli. Gellert proponował podsłuchiwanie uczniów, ale może powinienem sięgnąć dalej, bo do samego Hogsmeade. Osoby w Hogwarcie wywodziły się z podobnych środowisk. Uczniowie byli uczniami, nauczyciele obracali się raczej pośród osób na swoim poziomie. W mieście jednak można było trafić na osoby, z każdego środowiska społecznego i o różnym statusie. Jeśli tam nikt nie słyszałby o podobnym przypadku, mógłbym poczuć się pokonany, ale gdyby jednak ktoś rzucił na to trochę światła…
- Jesteś genialny, Gellercie!
- Hm? Tak wiem, ale możesz mi wyjaśnić dlaczego akurat teraz… - mruknął niewyraźnie, kiedy zgniotłem go w mocnym uścisku swoich ramion.
- Powiem ci później. - zapewniłem i pocałowałem go z nową pasją, jaką w sobie odnalazłem. Był zaskoczony, ale nie opierał się.
Byliśmy parą dorosłych mężczyzn, o których słyszał cały czarodziejski świat, a zachowywaliśmy się jak nastolatkowie. Przy nim czułem się o wiele młodszy niż byłem w rzeczywistości, miałem wrażenie, że czas zatrzymał się na najszczęśliwszych chwilach naszego życia, jakby te przykre nigdy się nie wydarzyły.
Rozpływałem się w jego ramionach i miałem nadzieję, że on rozpływa się w moich. Nie mieliśmy już w prawdzie sił na kolejne namiętności, ale nasze języki kochały się ze sobą między naszymi połączonymi ustami i to w zupełności nam teraz wystarczało. Silne, szczupłe dłonie mężczyzny łapały garściami moje włosy i pociągały za nie lekko, kiedy zmienialiśmy pozycję. Moje w palce pieściły wtedy jego kark i ramiona, jakbym obawiał się, że pod mocniejszym dotykiem jego ciało zacznie pękać i rozpadać się niczym porcelana, z którą ktoś nie obchodził się należycie ostrożnie.
Mieliśmy dla siebie jeszcze tylko tych kilka godzin, zanim mój kochanek nie będzie zmuszony wrócić do swojego więzienia aby nikt nie zauważył jego zniknięcia. Nie chcieliśmy przecież rozsiewać paniki, ale zwyczajnie być ze sobą mimo błędów jakie w życiu popełniliśmy. Każdy czasami błądzi, ale to nie znaczy, że błądzący nigdy nie odnajduje właściwej drogi.
W końcu oderwaliśmy się od siebie, a Gellert opadł na pościel usatysfakcjonowany i wyraźnie zadowolony. Ułożyłem się obok niego i tuliłem się w jego ciało. Objął mnie i wodził palcami po skórze moich pleców jak zawsze, kiedy leżeliśmy spleceni ze sobą ciesząc się po prostu sobą nawzajem.
Ta chwila była nasza, a droga jaką przeszliśmy aby do niej dotrzeć była wyboista, ale nie niemożliwa do pokonania.



poniedziałek, 1 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXII - Albus Dumbledore

Patrzyłem z niedowierzaniem na stojącego przede mną w samej bieliźnie Gellerta, który wypluwał z siebie przekleństwa w naprawdę zadziwiającym tempie. Kiedy przeszył mnie swoim intensywnym spojrzeniem lśniących wściekłością dzikich i pięknych oczu, zadrżałem bynajmniej nie ze strachu.
Gellert był wprawdzie bardzo szczupły, ale jego mięśnie choć słabo zauważalne były twarde i silne. Jego przydługie, posiwiałe włosy i równie srebrna broda z rozkosznym wąsikiem nadawały mu zadziorności, która zawsze tak mi imponowała i rozpalała. Ostry nos, kuszące usta…
Mój wzrok znowu zaczął schodzić w dół po pokrytej bladą skórą piersi czarodzieja.
- Oczy mam wyżej, Dumbledore! - wyrzucił z siebie ochryple, jakby strzelał z bicza.
Znowu zadrżałem, ponieważ doskonale pamiętałem dzień, kiedy daliśmy szansę takiej formie erotycznej rozrywki.
Gellert stojący nade mną z lśniącym złotym blaskiem magicznym pejczem… Krótki, ale intensywny ból zastępowany przez rozkoszne ciepło i drętwienie skóry…
- Znam to spojrzenie, Albusie, i nie radzę ci nadal zmierzać w tym kierunku.
Wziąłem głęboki oddech, który miał mnie uspokoić, chociaż wbrew pozorom wcale tego nie zrobił, a  jedynie bardziej mnie rozpalił, gdyż moje nozdrza wypełnił zapach szamponu i płynu do kąpieli, jako że mężczyzna stojący przede mną niedawno wyszedł z łazienki po długiej kąpieli. Mój wieloletni kochanek nie domyślił się jednak tego, jak na mnie podziałał, nazbyt skupiony na swojej nagości.
- Jeśli trochę ochłonąłeś, powiesz mi co to ma znaczyć? - wskazał na swoje pozbawione ubrań ciało. Jeszcze niedawno miał bowiem na sobie zupełnie nowe szaty, które kupiłem mu specjalnie z okazji naszej randki, którą na dziś zaplanowaliśmy.
- Nie mam pojęcia – przyznałem szczerze. Gellert nie do końca mi chyba dowierzał, biorąc pod uwagę badawcze spojrzenie, jakim mnie przeszywał. - Naprawdę nie wiem! - uniosłem ręce w geście mającym dodatkowo podkreślić moją niewinność. - Z ubraniami wszystko było w porządku i naprawdę liczyłem na to, że dziś gdzieś razem wyjdziemy.
- Niech będzie. Wierzę, ale w takim razie, co…
Jego pytanie zostało przerwane przez kroki słyszane na schodach dzięki stukotowi obcasów. Gellert zaklął po swojemu i zniknął w toalecie, jako że pracujący w mojej szkole nauczyciele na pewno rozpoznaliby go w mgnieniu oka, a ja nie chciałem się tłumaczyć z jego obecności w moim gabinecie. Tym bardziej kiedy miał na sobie wyłącznie bieliznę.
Żałowałem jednak tego, że musiał się schować, ponieważ bardzo podobało mi się to, co do tej pory widziałem. Co z tego, że nie byliśmy już najmłodsi, skoro to co było między nami nadal cechowały żywe i mocne uczucia? I nie chodziło wyłącznie o sentymenty, motylki w brzuchu czy romantyzm, ale także o te bardziej pierwotne uczucia, jak pożądanie czy podniecenie. Gellert nadal był dla mnie atrakcyjny, a mojemu libido niczego nie dało się zarzucić.
- Proszę! - zaprosiłem kobietę, która zapukała do drzwi gabinetu. McGonagall weszła do środka skanując pomieszczenie jakby oczekiwała, że zobaczy tu coś, co mogłoby ją zainteresować. Miała na sobie jakąś mało elegancką suknię, co trochę mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę to, jak zawsze ubierała się z dużą dbałością o szczegóły.
- Panie dyrektorze, mamy problem. Wśród uczniów i nauczycieli wybuchła panika, kiedy nagle zniknęły ubrania, które niektórzy z nich mieli na sobie. Niektórzy zostali zupełnie nadzy. - dodała aby podkreślić powagę sytuacji.
- Proszę usiąść i powiedzieć mi na ten temat coś więcej. - wskazałem krzesło przed biurkiem, które kobieta zajęła posłusznie.
- Nastąpiło to jednocześnie lub niemal jednocześnie w różnych częściach szkoły. U uczniów z różnych domów i każdej płci. Podobnie było z nauczycielami. Sama ucierpiałam przez to wszystko i proszę mi wierzyć, że nie mam pojęcia jak do tego w ogóle doszło, a przecież powinnam mieć chociaż jakieś podejrzenia.
- Mogę sobie to wyobrazić. - moje myśli wróciły do niemal nagiego kochanka, który zapewne podsłuchiwał teraz pod drzwiami toalety. - No cóż, chodźmy sprawdzić, czy nie było to jakieś zaklęcie rzucone przez ucznia, które wymknęło się spod kontroli. - podniosłem się i otworzyłem drzwi koleżance z pracy.
Miałem nadzieję na spędzenie bardzo romantycznego i gorącego dnia z moim kochankiem, ale to musiało poczekać. Im szybciej zajmę się sprawami szkoły, tym szybciej znowu znajdę się z nim sam na sam, a właśnie tego pragnąłem najbardziej w tej chwili.
Opuściłem więc swój gabinet z żalem i bólem, ponieważ czułem między nogami napięcie, od którego mogła mnie uwolnić tylko jedna osoba, a tę musiałem niestety zostawić samą w gabinecie. Że też ze wszystkich dni coś takiego musiało wydarzyć się właśnie dzisiaj!
***
Nic. Jedno wielkie nic. Chociaż wykorzystałem cały arsenał znanych mi zaklęć, które mogły się przydać w odkryciu przyczyny problemu znikających ubrań, nie udało mi się dojść prawdy. Byłem jednocześnie zły i podniecony, jako że z jednej strony moja wiedza zawiodła, zaś z drugiej miałem przed sobą wyzwanie.
- I gdzie moje ubrania? - powitało mnie nadąsane pytanie, zaledwie wróciłem do siebie.
- Nie wiem. Jk na razie nie doszedłem do niczego. - odpowiedziałem przyznając się do porażki.
- Naturalnie, że nie. Beze mnie raczej nie łatwo jest ci dochodzić. - słysząc to zadarłem głowę do góry. Na twarzy Gellerta pojawił się zbereźny uśmieszek. - No dalej, rozbieraj się. Skoro nie możemy wyjść jak planowaliśmy, będziemy mieli randkę tutaj. Już to przemyślałem, kiedy cię nie było. Niech te twoje Skrzaty dostarczą nam tutaj jedzenie, otworzymy wino i zapewnisz mi należytą rozrywkę. Ale nie planuję jako jedyny siedzieć w samej bieliźnie!
- Fala podniecenia rozlała się po moim ciele z niesamowitą siłą. Gellert na pewno wiedział, że właśnie rozbudził we mnie podniecenie, które zdoła tylko w jeden sposób ostudzić. Uśmiechał się do mnie bowiem w ten wiele mówiąc sposób, który od lat doprowadzał mnie do przyjemnego szaleństwa.
- Nie każ mi czekać, Albusie. - upomniał mnie ostro.
Posłusznie wysłałem od razu wiadomość do Skrzatów i przygotowałem wspomniane przez kochanka wino. Następnie rzuciłem zaklęcie na drzwi oraz całe pomieszczenie aby je wyciszyć i uniemożliwić innym dostanie się do środka. Rozebrałem się do bielizny tak, jak chciał tego mój Gellert. Zauważyłem, że jego spojrzenie sunęło po moim ciele tak, jak wcześniej moje przesuwało się po jego.
- Mmm… Rozumiem, że mamy teraz chwilę dla siebie, więc chodź tu do mnie. - zamruczał zmysłowo, co poczułem aż w kroczu, a jego drapieżny chichot powiedział mi, że najprawdopodobniej moje podniecenie było także widać na mojej twarzy.
Postąpiłem kilka kroków w jego kierunku, a on szybko skrócił resztę dzielącego nas dystansu. Nie wiem, co robił, kiedy wyszedłem, ale najwyraźniej miałem z tym wiele wspólnego, jako że mężczyzna złapał mnie zdecydowanie, niemal brutalnie za szyję i przyciągnął do mocnego, wygłodniałego pocałunku. Objąłem go w pasie i poddałem się, kiedy jego gorący język wpełzł w moje usta. Nie było w tym za grosz delikatności, jako że Gellert uwielbiał, kiedy nasze wargi i języki walczyły ze sobą pieszcząc się przy tym gwałtownie i mocno. Tak jak on uwielbiał wygrywać w takich starciach, tak i ja uwielbiałem, kiedy był górą.
- Tfuj! - odsunął się nagle ode mnie i przesunął palcami po języku. - Mam w ustach twoją brodę.
Nie wytrzymałem i roześmiałem się. Jego stwierdzenie było szczere do bólu, obrzydliwe, ale jednocześnie dziwnie intymne. Po tylu latach burzliwego związku nie tylko moją brodę miał już w ustach.
- Nie pozbędę się jej, Gellercie. - od razu zaznaczyłem z mocą.
- Cholera, to ty powinieneś siedzieć zamknięty w wierzy, a nie ja! Wprawdzie z łatwością się z niej wymykam, ale mimo wszystko. - jakiś psotny ognik zalśnił w jego oczach. - Stawałbym pod wierzą, a ty spuszczałbyś swoją brodę abym się po niej wspiął. - roześmiał się rozbawiony niczym dziecko swoim dowcipem. Uspokojenie się zajęło mu dłuższą chwilę. - Roszpunko moja… - rzucił szczerząc ostre zęby i kładąc dłonie na moich biodrach, przysunął mnie bliżej siebie.
Na udzie poczułem jego twardniejącą męskość.
Nawet gdyby świat dowiedział się o nas, nikt by nie uwierzył, że to ten sam czarodziej, który terroryzował magiczną społeczność nie tak znowu dawno temu i którego pokonałem.
Jęknąłem, kiedy mężczyzna zatopił zęby w moim ramieniu i lizał ugryzione miejsce, jakby chciał mi w ten sposób wynagrodzić swoją słabość do podobnych zachowań.
To najwyraźniej miał być bardzo udany dzień, nawet bez obiecanej przed miesiącem randki poza murami zamku.