Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horacy Slughorn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horacy Slughorn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2019

Podsłuch (nie)doskonały

Wielka Sala szybko okazała się strzałem w dziesiątkę. Mogliśmy pogratulować sobie z Syriuszem wyczucia, chociaż przy naszym ograniczonym wyborze miejsc, w których mieścili się wszyscy nauczyciele razem, nie było sensu puchnąć z dumy. Niestety nie wszystko było tak piękne i różowe jakbyśmy sobie życzyli, ponieważ przy Wielkiej Sali znajdowaliśmy się w miejscu tak otwartym, że każda wychodząca osoba mogła nas przypadkiem potrącić lub nawet zobaczyć, jeśli Peleryna Niewidka w jakimś miejscu by się osunęła. Lub gdyby ktoś widział nas mimo niej! Nie wiem jakim cudem, ale wszystko było możliwe. Tym bardziej w tej szkole i przy takim gronie pedagogicznym.
Syriusz trącił mnie lekko łokciem w bok i palcem wskazał miejsce, w które mieliśmy się przesunąć. Skinąłem głowę rozumiejąc go. Do tego nie potrzebowaliśmy słów, ponieważ w pewnych sytuacjach były one po prostu zbędne.
Stając przy ścianie w odległości metra od drzwi Wielkiej Sali, Syri pociągnął mnie za koszulkę uginając lekko kolana. Kolejny raz skinąłem głową dla potwierdzenia, że rozumiem i razem uklęknęliśmy. Chłopak wyciągnął z kieszeni Uszy Dalekiego Zasięgu i rzucił jedno z nich w stronę wejścia, skąd dochodziły nas głosy nauczycieli.
Miałem dobry słuch, poniekąd doskonały, ale nawet ja miałem problem ze zrozumieniem tego, o czym mówiono, więc bez opracowanego przez przyjaciół gadżetu, niewiele moglibyśmy zyskać na podkradaniu się i podsłuchiwaniu.
Niestety ucho okazało się nazbyt gumowe, przez co odbiło się od ziemi i wylądowało w złym, nieprzydatnym miejscu. Użyłem więc różdżki aby poprawić jego ustawienie, podczas gdy Syri trzymał drugie blisko naszych uszu, sprawdzając czy cokolwiek słychać z tego, o czym rozmawiano w Wielkiej Sali.
Na początku pojawiły się jakieś zakłócenia, głosy były skrzeczące i mało wyraźne, więc Syriusz zaczął wyginać muszelkę gumowego ucha w różnych kierunkach, aż w końcu znalazł odpowiedni kształt, który pozwolił na wyostrzenie głosów. Teraz z powodzeniem mogliśmy podsłuchiwać.
Nagle przyszło mi do głowy, że może powinniśmy popracować nad czymś w rodzaju Oczu Dalekiego Zasięgu, ponieważ to wiele mogłoby nam ułatwić. Tym bardziej, że dziwnie było słyszeć, ale nie widzieć, co się dzieje.
Zamknąłem oczy chcąc skupić się na słowach, ale szybko je otworzyłem, ponieważ nie czułem się pewnie nie patrząc na drzwi. W końcu ktoś w każdej chwili mógł się w nich pojawić, a wtedy uszy stałyby się sporym problemem i mogłyby nas zdradzić.
- Wracając do tematu… - usłyszałem głos McGonagall przebijający się ponad szeptami innych. - Musimy porozmawiać z Ministrem. Nie wyobrażam sobie żebyśmy mogli zająć się tą sprawą w jakikolwiek inny sposób.
- Musimy także poprosić o dokładne plany kopanych tuneli. - wtrącił Tenshi. - Rozumiem, że nie powinno do tego dojść, ale w przypadku, kiedy doszłoby do kolejnej detonacji, ziemia ponad tunelem mogłaby się osunąć. Gdyby w tym właśnie miejscu przebywali uczniowie zmierzający do Hogsmeade… - wymownie zwiesił głos.
- To prawda. Krasnale nie słyną z cierpliwości i są bardzo uparte. - odezwał się kolejny znany mi głos, który należał do nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami. - Będą chciały coś wysadzić to wysadzą, a później powiedzą, że to był wypadek. Nie, nie możemy tego tak zostawić. Musimy mieć pewność, że drogi są w pełni bezpieczne.
- Proponuję też spotkanie z mieszkańcami samego Hogsmeade. - znowu odezwała się McGonagall – Miasto również musi być bezpieczne, jeśli mają w nim przebywać nasi uczniowie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy coś by się im stało tylko dlatego, że głupia dachówka się poluzowała i spadłą komuś na głowę.
- Minerwo, to chyba przesada…
- Horacy, wypadki się zdarzają i nie możemy bagatelizować nawet tych najprostszych. Prawdopodobieństwo mechanicznej szkody jakiegokolwiek budynku jest zdecydowanie większe, kiedy w grę wchodzą nieprzewidziane silne wstrząsy. Czy naprawdę muszę ci przypominać, skąd wziął się ten guz na twojej głowie?
- No już, już. Spokojnie moi drodzy. - wydawało mi się, że słyszę dyrektora, ale głos był dziwnie zachrypnięty. Nie wydaje mi się żeby miał się przeziębić w ciągu kilku godzin do kiedy słyszałem go ostatnio. - Wszyscy wiemy jak dziwne sytuacje zdarzają się z winy nieoczekiwanych wstrząsów. Niebezpieczne okazały się zwykłe batony, a nawet własne pięści. To prawdziwe szczęście, że nie ucierpiał żaden uczeń.
- W przeciwieństwie do nas. - rzuciła piskliwie Sprout.
- Poppy zajmie się naszymi oczami, głowami i gardłami w swoim czasie. Prawda?
- Oczywiście, panie dyrektorze. - szkolna pielęgniarka pospieszyła z odpowiedzią. - Kiedy tylko pozbędę się zwierzyńca ze Skrzydła Szpitalnego.
- Przepraszam po raz kolejny, nie sądziłem, że klatka się otworzy. Ale nie sądziłem też, że zamkiem tak zatrzęsie, że ją upuszczę. Przygotowywałem się do jutrzejszej lekcji z opieki z uczniami piątek klasy, ale przecież już to wyjaśniałem.
- No dobrze, a więc Ministerstwo, plany,spotkanie z mieszkańcami. Ale ile czasu nam to zajmie, skoro musimy pozwolić uczniom wyjść z dormitoriów, a nie mamy pewności, czy nie dojdzie do kolejnego wybuchu. Krasnale pewnie dopiero się rozgrzewają. - głos był znajomy, męski. Niestety nie mogłem przypomnieć sobie do kogo należał. To uświadomiło mi, że powinienem przykładać na co dzień większą wagę do szczegółów.
Piśnięcie, skrzypnięcie i nagle ucho znowu zaczęło trzeszczeć. Spojrzałem na Syriusza,który właśnie poddawał inspekcji muszelkę Ucha Dalekiego Zasięgu, ale wszystko wydawało się być z nim w porządku.
I wtedy moje zmysły zarejestrowały obecność myszy. Spojrzałem szybko na ścianę przy której leżało nasze Ucho. Tym razem to ja trąciłem Syriusza i wskazałem miejsce, w które miał spojrzeć, a tym samym źródło naszego problemu. Jakaś cholerna mysz właśnie obgryzała połączenie między Uszami.
Jak mieliśmy ją odgonić nie wydając żadnych dźwięków i nadal będąc niewidzialnymi? W takich chwilach naprawdę przydałaby się nam kotka woźnego, ale tego parszywego kota nigdy nie było tak, gdzie był potrzebny. Zresztą podobnie jak jej właściciela, który zawsze zjawiał się tam, gdzie nie powinien i w najmniej odpowiednim momencie.
Minęła zaledwie chwila, podczas której nic nie wymyśliliśmy, kiedy to mysz poradziła sobie z naszym gadżetem, złapała pewnie za Ucho i najzwyczajniej w świecie zabrała je ze sobą do swojej dziury, która okazała się ukryta za najczęściej szeroko otwartymi drzwiami Wielkiej Sali.
Zostaliśmy z niczym!
Syri wciągnął resztkę łączącego Uszy sznurka i ze złością patrzył na przegryzioną końcówkę. Miałem wrażenie, że mysz nie uniknie jego zemsty, ale ona musiała poczekać.
Zasłoniłem usta Syriusza dłonią, kiedy usłyszałem zbliżające się kroki kogoś kto wychodził z Wielkiej Sali.  Po sekundzie lub dwóch w drzwiach pojawiła się niska, okrągła sylwetka Sprout. Z zaskoczeniem patrzyliśmy na jej podbite oko. A więc to o tym wspominał dyrektor.
Powoli zacząłem łączyć ze sobą fakty. Czyżby podbiła sobie oko własną pięścią, podczas gdy on omal nie zadźgał się jedzonym batonem? A może to Slughorn miał spotkanie bliskiego stopnia ze swoją pięścią i stąd guz, o którym wspominała McGonagall?
Byłem naprawdę ciekaw co im się przytrafiło, ale tego pewnie nigdy się nie dowiemy.
Za Sprout powoli podążali inni nauczyciele, jednak nie wszyscy opuścili Wielką Salę. Ogółem wyszło ich pięcioro. Tylko dlaczego?
Głupia mysz! Gdyby nie ona, wiedzielibyśmy z Syriuszem, co robić dalej. Zostać, a może się wycofać? Prawdę mówiąc bez Uszu i tak nic nie mogliśmy zdziałać.
Zabrałem rękę z ust mojego chłopaka i palcem wskazałem kierunek, gdzie zniknęli nauczyciele. Tym razem to Syri ruchem głowy potwierdzał, że rozumie moje intencje. Podnieśliśmy się więc powoli i cicho, ostrożnie, na palcach, ruszyliśmy w głąb korytarza. Przynajmniej w przypadku tych psorów wiedzieliśmy, że nas nie widzą, ponieważ żaden nie zareagował na naszą obecność na korytarzu.
Miałem ochotę tupać z frustracji, kiedy zauważyłem, że się rozdzielili i każdy poszedł swoją drogą – na prawo, na lewo, schodami do góry. Musieliśmy szybko zdecydować kogo planujemy śledzić i wybór padł na Slughorna, więc od razu odbiliśmy w prawo. Czy słusznie? Tego mieliśmy się dopiero dowiedzieć.

środa, 18 lipca 2018

Dragonik

30 kwietnia
Deszcz… Rozumiem dzień, dwa, może góra trzy, ale kiedy przez dłuższy czas człowiekowi leje na głowę, a słońca jak na lekarstwo, to nic dziwnego, że nawet najwięksi optymiści zamieniają się w wielkie mruki. Mrukliwe zombie – to lepsze określenie, kiedy spojrzy się na Zardi lub Agnes. Teraz przynajmniej było widać, że naprawdę są kuzynkami, ponieważ ich pogodowe reakcje były uderzająco podobne. Wprawdzie moje krótkowłosa przyjaciółka zawsze należała do grupy „nie mów do mnie z rana”, ale teraz wydawało mi się, że przeszła do obozu „nie mów do mnie w ogóle”.
Zresztą ta koszmarna pogoda dała się we znaki także mi i moim przyjaciołom. Dwa dni temu podczas pełni nie pomyśleliśmy o konsekwencjach naszego wypadu do Zakazanego Lasu, więc wracając do Wrzeszczącej Chaty nanieśliśmy do niej tyle błota, że nie obyło się bez sprzątania, co było tym trudniejsze, że mieliśmy do dyspozycji tylko jedną parę łap, jedną kopyt oraz jedne małe łapki gryzonia.
Dlaczego tylko jedną parę łap? A widział ktoś kiedyś sprzątającego wilkołaka? Nie? No właśnie.
Jakby mało było tego, że do niczego się nie przydałem to do teraz przynajmniej trzy razy dziennie kumple nabijali się z tego, że byłem im kulą u nogi i tylko przeszkadzałem, kiedy oni starali się zatrzeć ślady mojego wyjścia, na wypadek gdyby któryś z profesorów wpadł do Wrzeszczącej Chaty.
- Zardi, to wypracowanie na zielarstwo… - dorwałem przyjaciółkę przed portretem Grubej Damy, kiedy wychodziliśmy z Pokoju Wspólnego na obiad, ona jakieś pół minuty przede mną.
Odwróciła się do mnie i posłała mroczne, nadąsane spojrzenie.
- Możesz sobie wziąć mój temat, bo ja go zmieniam. - mruknęła – A przy okazji, nie znasz kogoś, kto pisałby się na przeszczep macicy i jajników? Jak tylko opracują metodę przeszczepu z możliwością rodzenia dzieci to oddaję swoją. - pomasowała brzuch pod pępkiem i skrzywiła się. Nawet nie musiałem pytać, co jej dolega. - Mi nie jest to wszystko potrzebne, więc chętnie oddam jakiejś kochającej się gejowskiej parze, która chciałaby założyć rodzinę. - jej myślenie zawsze zmierzało tylko w jedną stronę, ale nie mogłem mieć jej tego za złe. W końcu była kim była. - A może ty…
- Zapomnij! - powstrzymałem ją przed kończeniem i skrzywiłem się. - Nie chcę żadnych więcej ingerencji w moje ciało. Wystarczy mi kudłaty problem, z którym zmagam się co miesiąc.
- Nie wiesz co tracisz. Czasami przez tydzień śpisz niespokojnie i budzisz się w nocy, oblewają cię zimne poty, masz wahania nastrojów, podwyższone libido, wiecznie jesteś głodny, więc przybierasz na wadze, brzuch ci wydyma, zaczynają się bóle i takie dziwne rwące uczucie, później po prostu krwawisz sobie przez kilka dni bezustannie i odczuwasz to w najróżniejszy sposób… Mogę zachwalać dalej żebyś się skusił… - ironia w jej głosie była przesadna, ale skierowana tylko w jej własną stronę, więc nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Merlinie, jesteście obrzydliwi! - Syriusz klepnął mnie w tyłek. Tempo moje i Zardi było tak powolne, że mój chłopak bez trudu nas dogonił, a przecież kiedy wychodziłem z pokoju, on dopiero się przebierał po kąpieli. Na zajęciach z opieki wylizał go ukochany piesek Hagrida, na którego natknęliśmy się przypadkiem przy Zakazanym Lesie, a że bydle wcale się nie kurczyło, a tylko wydawało się rosnąć coraz bardziej, kilka liźnięć obśliniło Syriusza tak bardzo, że parasol wcale nie był mu potrzebny, ponieważ i tak był już mokry w połowie.
- Obrzydliwi?! - Zardi prychnęła niczym rozdrażniony kot. Nigdy nie nazwałbym ją kotką, nawet we własnych myślach, ponieważ uznałaby to za seksistowskie, upokarzające i chyba znienawidziłaby mnie na tydzień lub cały miesiąc. - Ja to co miesiąc przeżywam i nikt mnie nie pytał, czy się na to piszę, a ty mi mówisz, że to obrzydliwe?! Jestem skazana na tę cholerną obrzydliwość! - Syriusz rozdrażnił smoka.
- Dobra, dobra! - kruczowłosy uniósł dłonie w geście poddania – Zrozumiałem i przepraszam. Ale nadal uważam, że to obrzydliwe… Auć! Nie kop mnie kobieto!
- Ciesz się, że tylko cię kopię, bo mogłabym wymyślić coś zdecydowanie gorszego!
Ich przekomarzania były słodkie. Zachowywali się jak rodzeństwo, które kocha się, ale jednocześnie lubi sobie podokuczać żeby życie nie było zbyt różowe.
W końcu dotoczyliśmy się do Wielkiej Sali, gdzie siedziała już większość uczniów czekających na posiłek. Był tam także James ze swoją cholerną dziewczyną i chociaż najchętniej zająłbym miejsce możliwie najdalej od nich, widziałem zarezerwowane dla nas miejsca u boku przyjaciela, więc nie było szans na ucieczkę od niechcianego towarzystwa.
- Państwo Potworniccy już na was czekają – zauważyła krótkowłosa, której nagle poprawił się humor, jakby znęcanie się nad nami sprawiało jej niewysłowioną przyjemność. Cóż, było to chyba zrozumiałe zważywszy na stan jej hormonów tego dnia.
Ileż ja bym oddał za deszcz meteorytów, który pozwoliłby mi uniknąć jedzenia w towarzystwie Evans. Jej głos sprawiał, że wszystko smakowało okropnie i miałem odruchy wymiotne, kiedy mówiła wyjątkowo słodko flirtując z Jamesem. Fuj!
Czułem się, jakbym szedł na szafot, podczas kiedy po prostu podchodziłem do stolika Gryffindoru.
Migracyjny przemarsz trolli przez tereny zamku?, skupiłem się na myśleniu o tym, co mogłoby skrócić moje męki. Wysyp duchów z czasów Wojen Napoleońskich? 
Stanąłem już przy stole, odsunąłem krzesło i nic się nie wydarzyło, co pozwoliłoby mi uniknąć siedzenia w pobliżu Evans. Zrezygnowany posadziłem więc swój szacowny tyłek i poddałem się.
I wtedy cały zamek aż zadrżał, coś ryknęło, a magiczną kopułę nad naszymi głowami przysłonił cień będący odzwierciedleniem tego, co właśnie działo się ponad zamkiem.
Czyżbym sobie coś wyprosił?
Zadarłem głowę do góry z szybko bijącym sercem i otworzyłem usta ze zdziwienia.
Smok! Nad zamkiem unosił się wielki smok!
Po Wielkiej Sali rozeszły się ciche i głośne westchnienia, pokrzykiwania, szum rozmów. Do środka wpadła także grupa nauczycieli, którzy od razu zaczęli uspokajać tych najbardziej spanikowanych.
Kiedy pierwszy szok opadł, uzmysłowiłem sobie, że w Anglii smoki nie latały samopas, a więc ten musiał albo być gdzieś nielegalnie przetrzymywany, albo przyleciał tu z bardzo daleka. Tę ostatnią opcję jednak odrzucałem, jako że nie odbyłoby się to bez wiedzy zarówno mugolskiej, jak i czarodziejskiej społeczności. Takie wielkie bydle po prostu się widzi!
Smok zaryczał i uderzył cielskiem w barierę ochronną zamku, co wywołało kolejny potężny wstrząs, a ten został nagrodzony kilkoma przerażonymi piskami. Chciałem uniknąć obiadu z Evans i oto lata nad nami ogromne smoczysko. Ma się ten dar przekonywania niebios.
Siedzący obok mnie Syriusz wpatrywał się w bestię ze szczerym zainteresowaniem i podziwem, a kiedy smok zionął ogniem, wydał z siebie podniecone „oooooo...”. Sam również byłem bardzo zafascynowany stworzeniem, które podjęło atak na nasze bariery. Pierwszy raz miałem okazję nie tylko widzieć prawdziwy, żywy okaz, ale także odnieść to takowego całą moją gromadzoną przez lata wiedzę. Jasne, nie czułem się szczególnie komfortowo z myślą, że ta wielka bestia próbuje dostać się na teren Hogwartu, ale jednak fascynacja była silniejsza niż strach. Byłem pewny, że smok upodobał sobie jedną z naszych wież i chciał tam uwić gniazdo i dlatego tak zapamiętale starał się dostać do upragnionego celu. Trochę mnie to pocieszało, ponieważ jego celem nie było świeże ludzkie mięsko. Taką przynajmniej miałem nadzieję.
- Chcę go dosiąść. - drżący z podniety głos Syriusza był ledwie słyszalny przez gwar panujący w szkolnej jadalni. - To może być lepsze nawet od motocykli… Poczuć między nogami taką siłę. A jaką prędkość musi rozwijać w powietrzu! Tak, zdecydowanie chciałbym się na nim przelecieć.
Spojrzałem na mojego chłopaka, któremu oczy utkwione w smoku lśniły pragnieniem posiadania. I już byłem pewny, że szybko mu nie przejdzie. Syri właśnie się napalił.
Jak przez mgłę słyszałem Slughorna mówiącego, że smok nie powinien przebić się przez bariery ochronne, ale na wszelki wypadek powinniśmy przesunąć stoły pod ściany Wielkiej Sali. Musieliśmy się więc odsunąć, aby mógł zaklęciem przemeblować jadalnię. Dzięki temu całe ustawienie stołów uległo zmianie do tego stopnia, że zajmując miejsca na nowo, znalazłem się obok Syriusza, jednak między jakimiś pierwszorocznymi, którzy pojawili się w Wielkiej Sali trochę później. Teraz już zbiegli się nawet spóźnialscy i po długiej, kilkunastominutowej kontemplacji smoka, uspokajaniu strachliwych oraz ujarzmianiu panującego w pomieszczeniu harmidru, podano obiad.
Zabawne, ponieważ byłem potwornie głodny, ale jednocześnie wcale nie chciało mi się jeść. Podejrzewałem, że nie tylko ja tak mam, ponieważ Syri najwyraźniej nie mógł się zdecydować, czy oderwać oczy od smoka i nałożyć sobie jedzenie, czy dać sobie z tym spokój. W końcu wybrał pierwszą opcję, szybko napełnił swój talerz, a następnie pakował jedzenie szybko i nieporadnie do ust, co chwilę unosząc głowę do góry, aby podziwiać tę „siłę i moc”, których chciał dosiąść.

środa, 7 marca 2018

Rewelacje

Czekając na korepetycje w udostępnionej nam w tym celu sali, rozmawialiśmy przyciszonymi głosami podzieleni na mniejsze grupki. Był to podział w pełni naturalny i wynikał ze stopnia zażyłości, więc nikomu to tak naprawdę nie przeszkadzało. Miałem nawet wrażenie, że kilku osobom było to na rękę, jak chociażby Jamesowi, który od dłuższego czasu wyraźnie próbował nam coś powiedzieć, chociaż zupełnie nie mógł się przemóc. Kilkukrotnie zaczynał już zdanie, ale ostatecznie kończył je wiele mówiącym „później”, a wspomniane „później” wydawało się bardzo odległe w czasie, kiedy okularnik walczył sam ze sobą.
- Potter, jeszcze raz zaczniesz i nie skończysz, a wybiję ci zęby! - Syriusz wymiękł jako pierwszy i to on ostrzegł okularnika przed podjęciem kolejnej nieudolnej próby wyjawiania nam czegoś, co go gryzło.
- Ej, to nie jest łatwe! To, co chcę wam powiedzieć to coś wielkiego! - James warknął w odpowiedzi, ale na tyle cicho, aby słyszała to tylko nasza czwórka, czyli on, ja, Syri oraz Peter.
- Wykrztuś to z siebie, człowieku! Zaraz przyjdzie Slughorn ze swoim naręczem notatek i nie porozmawiamy o niczym. - Black był jak zawsze NIEZWYKLE subtelny i wyrozumiały. Czasami nie mogłem uwierzyć, że potrafił być zupełnie inny, kiedy nie chodzi o przyjaciół, ale o mnie. Ten chłopak miał w sobie tyle samo zadziorności, co łagodności i tylko od niego zależało którą stronę siebie komu pokaże.
James wziął głęboki oddech, który najwyraźniej miał mu dodać odwagi i spojrzał nam wszystkim po kolei w oczy.
- Chcą mnie zwerbować. - wydusił w końcu w jednym, krótkim i niezrozumiałym dla mnie zdaniu.
- Hę?! - Syri wyglądał na jeszcze bardziej poirytowanego. I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście minut temu przekomarzaliśmy się i rozmawialiśmy o głupich książkach.
- Przynajmniej raz w tygodniu zaczepia mnie jeden koleś i próbuje mnie namówić do przyłączenia się do… - chłopak rozejrzał się, aby mieć pewność, że żadna z siedzących przy stoliku osób nas nie podsłuchuje – … do Śmierciożerców.
Moje usta uchyliły się nieznacznie, zaś oczy były pewnie dwa lub nawet trzy razy większe niż zazwyczaj. Wpatrywałem się w okularnika osłupiały. Nie spodziewałem się, że pogarszająca się sytuacja w kraju może w jakiś sposób odbić się na którymś z nas. Byliśmy w końcu tylko bandą nastolatków! Teraz dotarło do mnie wyraźnie, że powoli przestawaliśmy być dziećmi, które żyły na uboczu z daleka od problemów dotykających całą społeczność magiczną. Jasne, jakiś czas temu mieliśmy trochę problemów ze Śmierciożercami, ale wtedy były to dopiero początki całej tej kabały i nie sądziłem, że wytrzymają na tyle długo aby się umocnić i na poważnie wedrzeć się w życie nas wszystkich. A może po prostu oszukiwałem się próbując myśleć w ten sposób? W końcu każdy wiedział, że to niebezpieczna banda narwańców, którzy są przekonani o swoich racjach i czystości krwi.
- I pomyśleć, że wyparłem ich z pamięci… - mruknąłem poniekąd sam do siebie, ponieważ było już dla mnie jasne, że przez cały ten czas starałem się po prostu nie myśleć o problemach dotykających ludzi poza szkołą. Byłem w dużym stopniu samolubny, ale nic na to nie mogłem poradzić. Dorastanie i odpowiedzialność nie szły w parze z cieszeniem się szkolnym życiem, a ja jako wilkołak wolałem czerpać z normalności pełnymi garściami, póki miałem ku temu szansę.
- Jesteś pewny, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi i że naprawdę jest… no wiesz kim? - Syriusz od razu przybrał swój „profesorski” ton osoby trzeźwo i racjonalnie patrzącej na świat, co nie zdarzało mu się jakoś szczególnie często.
- Nie uważasz, że to byłby raczej słaby sposób na podryw? - James spojrzał na kruczowłosego jakby ten zadał mu właśnie pytanie o tak oczywistej odpowiedzi, jak to o wynik dodawania dwóch do dwóch.
- Dobra, może trochę przesadzam. - mój chłopak przyznał się do błędu. - Ale sam o tym pomyśl. Dlaczego akurat ty? Przecież jesteś…
Dalszą wypowiedź chłopaka zakłóciło wejście Slughorna, który narobił przy tym tyle hałasu, że nawet gdyby Black dokończył zdanie, niewiele byśmy usłyszeli.
Nauczyciel przytachał ze sobą niewielki kociołek, przenośny podgrzewacz Wędrownego Mistrza Eliksirów oraz kilkanaście składników, które najwyraźniej planował dziś wykorzystać w ramach przypomnienia nam jakiegoś niezbędnego do zapamiętania przepisu, który mógłby pojawić się na egzaminie. Znając Slughorna, mogłem przypuszczać, że ten właśnie eliksir będzie głównym tematem testu praktycznego na zakończenie edukacji, który czekał nas niebawem.
- Niech mi ktoś pomoże, drodzy państwo! - poprosił obładowany profesor, a jego pokaźne ciało zakołysało się dziwacznie, kiedy zarzucił biodrem. - Niech ktoś weźmie materiały na dzisiejszy dzień spod mojej pachy. Syriuszu, jesteś najbliżej, więc gdybyś był tak miły… - znowu wykonał ten okropny gest, który nazwałem właśnie „falującym boczkiem dzika”.
Spojrzenie Syriusza wrzeszczało: Dlaczego ja?!!, kiedy wygrzebywał spod trochę przepoconej ręki nauczyciela przygotowane przez niego notatki. Na polecenie Slughorna przekazał je dalej i ostatecznie każdy miał swój nieszczególnie zachęcająco pachnący egzemplarz.
- No dobrze, od razu przejdę do tematu dzisiejszych korepetycji i zajmiemy się właściwościami eliksirów w zależności od dodawanych do nich składników.
Było bardziej niż pewne, że w takiej sytuacji nie porozmawiamy z Jamesem na temat tego, co aktualnie działo się w jego życiu i kto go nachodził, kiedy nie było przy nim żadnego z nas. Było bowiem jasne, że ktokolwiek zaczepia Jamesa, robi to wtedy, kiedy chłopak jest sam i nie ma nas w pobliżu. A więc zależało im tylko na okularniku lub zwyczajnie tylko do niego zdołali dotrzeć.
Patrząc po twarzach przyjaciół byłem pewny, że każdy z nich miał ochotę dodać coś od siebie aby skomentować całą tę bądź, co bądź dziwaczną sytuację. Z tym jednak musieliśmy poczekać.
Slughorn dawał z siebie wszystko przez dobre dwie godziny i chociaż eliksiry były moją słabą stroną to jednak musiałem przyznać, że ten jeden raz wydawały mi się niezwykle proste i zrozumiałe. Do tytułu geniusza wiele mi brakowało, ale czułem, że gdybym miał więcej czasu to na pewno zdołałbym poradzić sobie z tym przedmiotem lepiej niż dotychczas.
Prawdę mówiąc, nauka sprawiała, że wyznanie Jamesa niemal zupełnie wyleciało mi z głowy. Nic się wtedy nie liczyło, ponieważ do tego stopnia skupiłem się na eliksirach. Zresztą nie tylko ja dałem się temu pochłonąć. Kilka innych osób również dało się pochłonąć, co oznaczało jedno – byliśmy zdesperowani aby zdać egzaminy najlepiej jak się tylko dało.
- Jamesie, bądź tak miły i pomóż mi zabrać się z tym wszystkim. - nauczyciel uśmiechnął się w ten swój przymilny sposób do okularnika i niby to obojętnym ruchem ręki wskazał na swoje szpargały. Nie wiem jak to możliwe, ale miałem wrażenie, że kiedy przyszedł na nasze korepetycje miał tego wszystkiego ze sobą znacznie mniej. A może po prostu nie chciał wracać do siebie obładowany jak muł? Tak czy inaczej, zabierał nam Jamesa, co znowu uniemożliwiało nam rozmowę na temat, który wcześniej narzucił przyjaciel.
- Ależ oczywiście! - J. już był na nogach i zbierał szpargały nauczyciela. Ten chłopak nie potrafiłby przegapić żadnej okazji, aby przypodobać się profesorowi świeżo przed egzaminami. Podejrzewałem nawet, że każdy z nas zachowałby się w takiej sytuacji podobnie, jako że wszystkim nam zależało na przychylnym spojrzeniu grona pedagogicznego. Tutaj chodziło o naszą przyszłość!
Wracając do naszego dormitorium nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Dlaczego? Nie miałem pojęcia. Może chodziło o rewelacje na temat rekrutacji do Śmierciożerców, a może podobnie jak ja przyjaciele analizowali to, czego nauczyli się w ciągu ostatnich godzin.
Kilka razy miałem wrażenie, że Peter chciałby oddzielić się ode mnie i Syriusza, co objawiło się wyraźnym wahaniem oraz spoglądaniem w stronę sowiarni, kiedy akurat przechodziliśmy obok niej. Może właśnie przypomniał sobie, że zapomniał napisać do rodziców? W każdym razie nie zdecydował się na odwiedziny w sowiarni i wrócił z nami do pokoju.
- Co jest, Pet? - Syriusz zwrócił się do chłopaka, kiedy tylko ten zaczął kręcić się niespokojnie siedząc na swoim łóżku i przeglądając notatki z korepetycji. - Jeśli masz jakieś pytania co do tego, co właśnie przerobiliśmy to pytaj póki moja wiedza jest świeża i cokolwiek pamiętam.
Blondynek spojrzał na niego nieruchomiejąc, po czym pokręcił głową.
- Nie, nie. Po prostu zapomniałem o zadaniu z zielarstwa na jutro i teraz mi się przypomniało.
Ach, to wiele tłumaczyło.
- Nie powinienem tego proponować, ale mogę dać ci odpisać. - zaoferowałem, na co chłopak odpowiedział uśmiechem ulgi.
- To bardzo mi pomoże, dzięki. - zaczął przegrzebywać swoją torbę w poszukiwaniu pergaminu, więc i ja to zrobiłem, aby ułatwić mu chociaż trochę życie. W końcu od czego ma się kumpli.

niedziela, 14 stycznia 2018

Libris Cholerus

Chociaż ciężko w to uwierzyć, James uwinął się całkiem szybko ze sprowadzeniem do biblioteki McGonagall. Sądziłem, że zajmie mu to więcej czasu, jako że był zdany na swoje ludzkie nogi, ale okazał się sprawniejszy niż przypuszczałem lub zwyczajnie miał szczęście i nauczycielka była gdzieś niedaleko.
- Czy teraz dowiem się o co chodzi? - usłyszałem jej pełen pretensji głos, kiedy tylko weszła do biblioteki i za nią oraz Jamesem zamknęły się drzwi.
- Po pierwsze. - J. wskazał alejkę półek wypełnionych książkami, z której dochodziło mało rytmiczne mruczenie Slughorna.
- Merlinie, on nawet tańczy! Jego zadek podskakuje jak u…. Ykhm, przepraszam. W każdym razie, kontynuując. Po drugie. - okularnik wskazał ręką na tył biblioteki, gdzie staliśmy ja i Syriusz. Mój chłopak uśmiechał się słodko, jak skończony kretyn.
Mina nauczycielki nie wyrażała niczego, była nieprzenikniona. Z powodzeniem mogła pochwalić nas za zaalarmowanie jej, jak i wściec się, że zawracamy jej głowę głupotami.
- Gdyby miała pani jakieś wątpliwości, zaznaczę. To jest Syriusz Black i to nie jest jego zwyczajowy uśmiech.
- Wiem kto to jest i jak się zachowuje, Potter. - McGonagall obrzuciła chłopaka chłodnym, zmuszającym do przymknięcia się spojrzeniem. Następnie podeszła do nas bliżej, nie spuszczając oczu z Syriusza. - Kiedy zauważyliście, że coś z nim nie tak? - zwróciła się do mnie.
- Może koło pięciu, dziesięciu minut temu.
- A profesor Slughorn? - odpowiedź na to pytanie była trudniejsza.
- Już kiedy podszedł do nas po obiedzie był wyjątkowo radosny. Na początku nie zwróciliśmy na to uwagi, myśleliśmy, że ma po prostu dobry dzień, ale kiedy zaczął mruczeć i niemal śpiewać…
- Współczuję, że musieliście to słyszeć. - przyznała krzywiąc się, ponieważ nauczyciel eliksirów właśnie zaczął głośniej zawodzić. - Czy w tym czasie nie wydarzyło się nic dziwnego? Nic, co zwróciło waszą uwagę? Poza tym uśmiechem, który mrozi mi krew w żyłach… - wyraźnie nie była fanką niewinnego Syriusza i jego uroczego uśmiechu niewiniątka.
- Nie. - J. pokręcił głową udzielając odpowiedzi. Ja zrobiłem to samo.
Nauczycielka westchnęła ciężko.
- Zabierzemy ich do Skrzydła Szpitalnego. Wy zajmijcie się Syriuszem, ja biorę na siebie profesora Slughorna. Nie bójcie się, możecie go dotknąć. Mam pewne podejrzenia, co do tego, co im dolega, ale musimy się upewnić. Tutaj tego nie zrobimy.
Posłuchaliśmy jej bez zadawania zbędnych pytań. Złapałem Syriusza za rękę, a przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, kiedy w odpowiedzi na dotyk dostałem kolejny z tych jego uśmiechów. J. złapał go pod ramię z drugiej strony i niczym straż eskortująca niebezpiecznego więźnia, wyprowadziliśmy Syriusza z biblioteki. Na szczęście nikogo poza nami tu nie było, więc nie zwracaliśmy na siebie niepotrzebnie uwagi.
McGonagall dołączyła do nas niedługo później. Ona również trzymała „swojego podopiecznego” za rękę.
W Skrzydle Szpitalnym, jak zwykle na wiosnę, nie było nikogo. Nauczycielka transmutacji zamieniła kilka słów na osobności z panią Pomfrey. Ponieważ dzieliły nas zamknięte drzwi gabinetu, zaś Slughorn nadal nucił pod nosem, nie słyszałem o czym rozmawiały. Kiedy jednak do nas wyszły, byłem pewny, że zgodziły się, co do postawionej przez McGonagall diagnozy.
- Chłopcy, zasłonicie się parawanem, rozbierzecie swojego kolegę i sprawdzicie uważnie jego skórę. - szkolna pielęgniarka wskazała nam odpowiednie miejsce. - Szukajcie jakichkolwiek śladów ukąszenia przez owada. Zaczerwienienia, zgrubienia skóry lub rozdrapanej rany. Jeśli na coś traficie, dajcie mi od razu znać, dobrze?
Skinieniem daliśmy jej do zrozumienia, że wiemy, co mamy robić. Zabraliśmy więc Blacka za parawan i wspólnymi siłami rozebraliśmy do naga. James mruczał przy tym pod nosem litanię przepełnionych niezadowoleniem komentarzy, ale nie zostawił mnie samego z tym wszystkim. Zastrzegł jednak, że planuje sprawdzać górną część ciała chłopaka, podczas kiedy mi przypadało w udziale oglądanie go od pasa w dół.
Prawdę mówiąc nie miałem nic przeciwko. Znałem ciało Syriusza na pamięć, tak jak on znał moje, więc nie czułem szczególnego skrępowania przyglądając się jego skórze i wodząc po niej palcami, aby mieć pewność, że niczego nie przeoczyłem.
Zajęło nam to sporo czasu, ale ostatecznie trafiliśmy na dwa miejsca, które mogły być śladami po ukąszeniu. Jedno było na łydce, drugie zaś na wewnętrznej stronie ramienia. Ubraliśmy Syriusza w bieliznę i podkoszulek bez rękawów, zanim zawołaliśmy Pomfrey. Nie chciałem żeby więcej osób musiało oglądać mojego chłopaka nago. Może i zachowywał się jak bezmózgi święty, ale na pewno mógłby poczuć się zakłopotany, gdyby dorosła kobieta miała oglądać go takim, jakim go Pan Bóg stworzył.
- Spójrzmy… - pielęgniarka posmarowała znalezione przez nas dwa miejsca jakąś intensywnie pachnącą maścią i odczekała trzydzieści sekund. Jeden punkt, ten na ramieniu, zabarwił się na zielono, zaś ten na łydce przybrał kolor bordowy. - Tak, trafiony-zatopiony. - skomentowała. - Możecie go ubrać, ale może poza spodniami, bo będę musiała jeszcze mieć dostęp do jego łydki. Wejdźcie z nim do gabinetu i zaczekajcie na mnie chwilę.
Wykonaliśmy polecenie.
- Trochę mi jajeczka podwiewa. - zauważył niewinnie Syriusz, a jego komentarz wywołał wybuch śmiechu u Jamesa. Ja po prostu przetarłem twarz dłońmi ze zmęczonym westchnieniem.
- Rozgrzeję ci je, kiedy tylko wrócisz do siebie. - wyszeptałem chłopakowi na ucho, ale obawiam się, że wcale nie zrozumiał znaczenia moich słów, ponieważ tylko uśmiechnął się szeroko i energicznie skinął głową, jakbym zapytał dziecko, czy ma ochotę na czekoladowy budyń.
Po dziesięciu, może nawet piętnastu minutach, dołączyła do nas pozostała trójka. Slughorn był bez koszuli i żałowałem, że muszę go takim oglądać. Jego brzuch był wielki, owłosiony i biały, jakby od wieków nie widział światła słonecznego. W dodatku na jego boku widniał czerwony ślad, taki sam jak na łydce Syriusza.
- Dobra wiadomość jest taka, że to nic poważnego. - zaczęła od razu Pomfrey. - Wasz kolega i nauczyciel zostali ukąszeni przez bardzo uciążliwego owada, który uwielbia gnieździć się wśród starych książek. Wstrzykuje do organizmu człowieka odrobinę jadu, na który każdy organizm działa inaczej, ale zawsze wiąże się to z pozytywnymi doznaniami.
- Dawniej jego jadu używało się jako leku na depresję. - podjęła wątek McGonagall. - Jak łatwo się domyślić, silnie uzależniał i ostatecznie znalazł się na liście substancji zakazanych przez Ministerstwo Magii. Nie musicie się przejmować, uzależnia podany doustnie, nie poprzez ukąszenie.
- Owad nazywa się Libris Cholerus. Nie patrzcie tak na mnie, nie ja wymyślałam tę nazwę! - ciągnęła dalej Pomfrey. - Teraz podam naszym panom antidotum, ale poczują się po nim senni, więc będą musieli zostać tutaj ze mną przynajmniej na pięć godzin. A teraz zła wiadomość. Biblioteka zostanie poddana kwarantannie, póki nie pozbędziemy się wszystkich owadów, jakie mogą się tam jeszcze gnieździć. Będziecie mogli tam wrócić dopiero za dwa dni i wtedy zabrać swoje rzeczy, jeśli jakieś tam zostawiliście.
Przypomniałem sobie o cudownej historii, która tak mnie zachwyciła, a którą naturalnie zostawiłem wśród innych książek w bibliotece. Nie mogłem uwierzyć, że będę musiał wytrzymać bez niej dwa długie dni! Chciałem podzielić się nią z Zardi, a także pokazać ją Syriuszowi, ale patrząc na niego teraz, wolałem jednak odczekać tych kilka dni, aż będzie bezpiecznie.
Pomfrey kazała Syriuszowi położyć się na leżance na brzuchu i przyłożyła do rany na jego łydce niewielki flakonik w kształcie łzy. Dłuższy i cieńszy koniec szklanego naczynia wsunęła do wielkiej strzykawki i zaczęła nią wysysać powietrze z flakonu oraz wciągać w niego skórę Syriusza. Z czerwonego nakłucia na skórze chłopaka wypłynęło kilka kropel galaretowatej, żółtawej substancji zmieszanej z odrobiną krwi. Black zniósł to dzielnie. Pielęgniarka usunęła sprawnie szklaną łzę wraz z jadem, a mocno zaczerwienione miejsce posmarowała śmierdzącą woskiem pszczelim maścią. Następnie dała chłopakowi do wypicia równie nieprzyjemnie pachnący płyn. Podobnie postąpiła ze Slughornem, wyciągając jad z boku jego wielkiego brzucha.
Odprowadziliśmy Syriusza do łóżka, które dla niego wydzielono i zostaliśmy z nim do chwili, kiedy ziewając zamknął oczy. Kiedy jego oddech się wyrównał i mieliśmy już pewność, że śpi, cicho wyszliśmy z Jamesem ze Skrzydła Szpitalnego.
- Libris Cholerus? - rzucił zamyślony James i nagle spojrzał na mnie wielkimi oczyma. - Zapomnieliśmy o Peterze!
- Merlinie! - zasłoniłem usta dłonią przejęty. Naprawdę zapomniałem o blondynku, który swój dział miał w zupełnie innym miejscu niż my wszyscy.
Zawróciliśmy szybko i pobiegliśmy do nadal przebywającej w SS McGonagall.
- W bibliotece był też Peter! - wyrzuciliśmy z siebie jednocześnie jeszcze w progu. - Na zapleczu!
- Idźcie do siebie, my zajmiemy się resztą. - upomniała nas nauczycielka i pospiesznie opuściła Skrzydło Szpitalne.
- Ale z nas przyjaciele… - skomentował krótko James, a ja nie miałem już nic do dodania.

niedziela, 7 stycznia 2018

Jak śliwki w kompot

5 kwietnia
Chociaż żaby zostały usunięte, a uczniowie mieli obiecany dzień wolny od nauki szkolnej, w Wielkiej Sali, na korytarzach, a nawet w bibliotece nie mówiło się o niczym innym, jak o wydarzeniach poprzedniego dnia. Chłopak, który za tym stał, a okazało się, że rzeczywiście był to chłopak, był obiektem kpin kolegów oraz wściekłych spojrzeń koleżanek. Żabi Cassanova, ponieważ tak go teraz nazywano, nie miał łatwego życia. Gdziekolwiek by się nie pojawił, ktoś rzucał jakimś zgryźliwym komentarzem. W odpowiedzi otrzymywali zazwyczaj warknięcia typu: „Wal się”, „Tylko byłem dla niej miły!”, „To ona coś sobie uwaliła!”, „Jestem mężczyzną! Tylko flirtowałem!”, „Pieprz się”. Nie było więc wątpliwości, co do tożsamości winnego.
Zardi odetchnęła dzięki temu z ulgą, ponieważ nie musiała rzucać się na pomoc przypadkowej osobie w tarapatach. Podejrzewałem, że za wspomnianą ulgą jaką odczuła kryło się coś więcej, ale uznałem, że gdyby chciała mi o tym powiedzieć, zrobiłaby to, więc nie pytałem.
- Jestem ciekaw, jak dyrektor to wszystko rozwiązał. - westchnąłem podczas obiadu, spoglądając na stół nauczycielski. Naprawdę zżerała mnie ciekawość, w jaki sposób Dumbledore zdołał załagodzić całą sprawę, pozbyć się żab oraz ocalić życie Ślizgona, który tak naraził się nimfie. W końcu ta wiedza mogłaby mi się kiedyś przydać. Nigdy nie wiadomo.
- Pewnie obiecał jej coś w zamian. - Syriusz wzruszył obojętnie ramionami i porwał z mojego talerza jednego klopsika.
- Albo powiedział, że Ślizgon jest nieletni i pójdzie siedzieć za dobieranie się do niego. - James uśmiechnął się zadowolony ze swojego żartu. Cóż, dobrze, że przynajmniej jego to bawiło.
Syri ukradł mi kolejnego klopsa, więc uderzyłem go lekko po dłoni.
- Nie wolno! - skarciłem chłopaka. - Chcesz to sobie nałóż.
- Nie, nie. Chciałem tylko skosztować i właśnie to zrobiłem. Więcej nie chcę.
Westchnąłem i pokręciłem głową z rezygnacją. Dołożyłem sobie klopsów w zamian za te, które mi zjadł i w spokoju dokończyłem swój obiad. W tym czasie przyjaciele zastanawiali się nad tym, w jaki sposób powinniśmy spożytkować pozostałą resztę tego wolnego dnia, jako że jego bezowocną połowę już mieliśmy za sobą.
Jak łatwo się domyślić, nie doszli do niczego. Pragnęli dodatkowego dnia wolnego od nauki, ale teraz kiedy go mieli, nie potrafili wpaść na żaden sensowny pomysł pozwalający na jego wykorzystanie.
- Możemy pouczyć się do egzaminów. - zaproponowałem, ale spojrzenia jakie mi posłali były więcej niż wymowne. Nauka nie wchodziła w grę. Bezczynne leżenie również nie było opcją do zaakceptowania, ponieważ nie planowałem marnować cennego czasu.
- Nie możemy się nudzić, ale nie planuję też wkuwać, więc naprawdę musimy znaleźć coś innego. - James oparł łokcie o stół i na dłoniach złożył głowę. - Chętnie bym coś przeskrobał, gdyby tylko była ku temu okazja.
- Szkoda więc, że takiej okazji nie ma i nie będzie, ponieważ ci na to nie pozwolę. - powiedziałem poważnie. - Nie chcę pod koniec szkoły narobić sobie większych kłopotów niż dotychczasowe.
- A jakie ty masz teraz kłopoty, Remi? - okularnik spojrzał na mnie z wyraźną wyższością i z zadowoleniem. - Czekaj, czekaj! Nie mów mi, niech sam zgadnę. Żadne!
Pokazałem mu język. Nie miałem kłopotów i chciałem żeby tak zostało. Co w tym złego?
- Nie wierzę, że to mówię, ale chyba się starzejemy. - Black powoli sączył sok. - Mamy osiemnaście lat i zachowujemy się jak banda tetryków. Zboczony dziad uganiający się za krótkimi spódniczkami – wskazał Petera, - wiekowy profesor, który poza swoimi badaniami naukowymi świata nie widzi – tym razem jego palec wystrzelił w moim kierunku, - stary emeryt, który chciałby wykorzystać ostatnie lata życia na szaleństwa, ale wśród ludzi zachowuje się jak neandertal – tym razem był to opis Jamesa, - i w końcu ostatni z tej czwórki, leniwy staruszek, który mógłby robić wiele, gdyby tylko mu się chciało tak jak mu się nie chce. - Black uderzył kciukiem o swoją pierś. - Granica między tak zachowującymi się starymi a młodymi jest cienka, ale wydaje mi się, że w naszym przypadku bardziej pasujemy do tej pierwszej grupy.
Nie mogłem temu nawet zaprzeczyć. Chyba naprawdę przedwcześnie się starzeliśmy. Czy to normalne w przypadku tak młodych osób? Gdybyśmy mieli… trzydzieści, no może czterdzieści lat, uznałbym to za coś naturalnego, ale w wieku głupich osiemnastu lat na pewno nie powinno tak być.
- Musimy zrobić coś, co pozwoli nam się odmłodzić i nie, nie mówię o twoim fotelu tortur ogórkowych, James. - Syri rzucił okularnikowi poważne spojrzenie, nie pozwalając mu dojść do słowa.
- Gdybyśmy mieli jakieś pomysły, nie byłoby tej rozmowy, więc problem nadal pozostaje. - zauważył nieśmiało Peter. - Ja nie mam nic przeciwko podglądaniu przez cały dzień dziewczyn.
Jego słowa wywołały zbiorowe ciężkie westchnienie.
- W to nie wątpimy, Pet. Możesz nam wierzyć. - mój Black chyba się trochę załamał, jeśli wziąć pod uwagę jego minę.
- O, panom się najwyraźniej nudzi! Doskonale! - poczułem na ramieniu uścisk pulchnej dłoni Slughorna, a za sobą jego radosny głos.
„Cholera!” pomyślałem szybko rozglądając się wokół. A więc to dlatego wszyscy tak szybko zaczęli opuszczać Wielką Salę. Musieli zauważyć, że nauczyciel eliksirów szuka jeleni do pomocy i oto udało mu się trafić na takich, którzy zajęci głupią rozmową nie dali nogi na czas.
- Poproszono mnie o pomoc przy porządkach w bibliotece i na jej zapleczu, więc idealnie się nadacie. Tyle par rąk, jestem szczęściarzem! - świergotał uradowany.
- Co on dzisiaj wypalił? - James szepnął cicho do Syriusza, który wzruszył niemal niezauważalnie ramionami.
- Pytanie powinno brzmieć „ile on dzisiaj wypalił?”, bo wystarczy spojrzeć na ten jego uśmiech aby wiedzieć, CO palił.
- Jestem pewny, że każdy z was znajdzie dla siebie działy, które chętnie uporządkuje. No więc, zapraszam, panowie. Zapraszam.
Było oczywiste, że skończyliśmy już obiad, więc nawet nie mogliśmy odwlec tej przymusowej pracy na rzecz szkoły.
- Proszę, oto lista działów, w których musicie poukładać książki w kolejności alfabetycznej. Niektóre autorami, inne tytułami. Wszystko jest napisane pod konkretnym działem. - jego wesoły, wręcz radosny głos doprowadzał mnie do szału.
Byłem zaskoczony tym, jak szybko Peter zaznaczył na otrzymanej od nauczyciela kartce działy, którymi chce się zająć. Slughorn rzucił okiem na jego wybory i uśmiechnął się konspiracyjnie. Nachyliliśmy się z resztą chłopaków nad świstkiem papieru i spojrzeliśmy po sobie. Większość działów znajdowała się a zapleczu, jako że były przeznaczone dla dorosłych czytelników i wielu uczniów nawet nie wiedziało o istnieniu tych książek. Przede wszystkim chodziło o ostre romanse, romanse erotyczne i czyste erotyki. Wcale nas to nie dziwiło.
Wybraliśmy z chłopakami przydział obowiązków dla siebie, nie zwracając szczególnej uwagi na to, co nam się dostało. Syriusz miał dla siebie między innymi jakieś biologiczno-magiczne działy, James dał się wrobić w historyczne, zaś ja wziąłem socjologiczno-psychologiczne. Inaczej mówiąc, do uporządkowania było to, co najmniej interesowało ogół uczniów tej szkoły lub czego po prostu mieli nie ruszać. Zauważyłem, że Slughorn już wcześniej wykreślił dział ksiąg zakazanych, więc podejrzewałem, że ma zamiar zająć się nim samemu. Nie ufał nam więc do końca lub zwyczajnie nie chciał ryzykować, że przypadkiem sprowadzi uczniów na złą drogę.
- To będzie najnudniejszy dzień wolny w historii. - westchnienie Jamesa było słyszalne dla naszej czwórki, ale nie dla idącego przed nami nauczyciela.
- Jest jeden taki, dla którego będzie to najlepszy dzień wolny w historii. - Syriusz kiwnięciem głowy wskazał Petera, na którego twarzy widniał okropny, obleśny uśmiech.
Tak, nie ulegało wątpliwości, że Pettigrew cieszył się z takiego obrotu spraw jak nikt inny. Nie uważałem za rozsądne wpuszczać zboczeńca do działu erotyków w trosce o wszystkie te dziewczyny, które później będzie prześladował, ale z tym akurat będzie musiał radzić sobie Slughorn, jeśli zrobi się z tego afera i ktoś będzie musiał za to odpowiedzieć.
Weszliśmy za nauczycielem eliksirów do biblioteki i stanęliśmy jak spetryfikowani. Do tej pory uważałem, że będzie do zajęcie na góra dwie godziny, ale teraz widząc z czym mieliśmy pracować zwątpiłem, że uwiniemy się z tym nawet do podwieczorku. Góry nowych i starych książek czekających na segregację, ocenę ich stanu i ułożenie na półkach. Wykorzystywanie uczniów do takiej harówki powinno być zakazane. Nawet jeśli w grę wchodziły książki.