Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poppy Pomfrey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poppy Pomfrey. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXIV - Matthew

Przytrzymywałem kumpla na odległość moich wyciągniętych ramion i patrzyłem, jak ociera się o nie policzkiem, jakby był jakimś zagłodzonym szczeniakiem, który właśnie dostał ode mnie kawałek szynki.
- To są, kurka, jakieś jaja! - syknąłem do siebie nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz dzisiejszego dnia.
Stałem z zachowującym się jak w rui Gregoirem na korytarzu pełnym innych podobnych nam osób. Na początku sądziłem, że jakoś uda mi się zapanować nad kumplem, a nawet zaprowadzić go do jakiegoś nauczyciela, aby pokazać mu, jaki mamy problem, ale szybko zostałem zmuszony do porzucenia tego planu. Greg może nie wyrywał mi się jakoś mocno, ale robił to bezustannie.  I nagle zrozumiałem w pełni znaczenie powiedzenia, że kropla drąży skałę nie siłą z jaką spada, ale częstotliwością z jaką to robi.
Nie powiem, na swój sposób mieliśmy jednak wszyscy szczęście, ponieważ po dziesięciu minutach, lub po prostu wydawało mi się, że tyle czasu upłynęło, pojawił się między nami Namida, nauczyciel wróżbiarstwa, i sądząc po tym, jak szybko zniknął, domyślił się, że coś jest nie tak i postanowił donieść o tym dyrektorowi.
Teraz czas dłużył mi się nieubłaganie, kiedy czekałem na jakąś konkretną pomoc. To był w końcu jakiś koszmar, więc każda minuta była dla mnie walką z przyjacielem i z samym sobą. Leciałem na niego, powiedziałbym nawet, że bardzo, a teraz jeszcze miałem świadomość, że gdybym się poddał, mógłbym spełnić swoje fantazje w najdrobniejszych nawet szczegółach. Moje myśli biegły więc w kierunkach, które przyspieszały bicie serca, a ono odpompowywało krew w dolne partie mojego ciała. Nic więc dziwnego, że chciałem żeby ci cholerni nauczyciele pospieszyli się i jakoś powstrzymali to szaleństwo!
- Kiedy dojdziesz do siebie, będziesz umierał z zażenowania! - rzuciłem do i tak nie słuchającego mnie kolegi. - Zamieniłeś się w jakieś miłosne zombie, czy można upaść niżej?
Powoli traciłem siły w ramionach, kiedy przez korytarz przemknęło jasne światło zaklęcia i unieruchomiło wszystkich napalonych uczniów. Mój spetryfikowany przyjaciel zaczął przechylać się na bok i padłby na ziemię jak kłoda, gdyby go szybko nie złapał i nie położył ostrożnie na podłodze. On miał szczęście mając mnie, niektórzy nie byli takimi szczęśliwcami i pewnie właśnie zaliczyli kilka bolesnych guzów.
Spojrzałem na dyrektora podobnie jak inni wciąż świadomi i mogący się poruszać uczniowie, zaś on wodził spojrzeniem po naszych twarzach.
- Rozumiem, że część z was jest zaskoczona i skołowana – tak, zdecydowanie mówił o mnie – zaś inni zaczęli się już domyślać, co właśnie miało miejsce. – to już na pewno nie odnosiło się do mnie – Wasi koledzy i koleżanki zostali zaatakowani przez pozornie sympatyczne i pożądane przez nieszczęśliwych kochanków stworzenie, które uciekło ze swojej klatki w gabinecie obrony przed czarną magią. Nie musicie się martwić, wszyscy nauczyciele szukają już Kupidyna i unieszkodliwią go tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Waszym koleżankom i kolegom podamy zaraz antidotum, które przywróci im jasność myślenia. Musicie jednak uzbroić się w cierpliwość, ponieważ jego przygotowanie chwilę potrwa, a my musimy także złapać istotę odpowiedzialną za całe to zamieszanie, aby nie zaatakowała tej samej osoby raz jeszcze. Jak wiecie, a część z was dopiero się dowie, im więcej razy dana osoba zostaje zaatakowana przez Kupidyna, tym słabiej działa na nią eliksir odtruwający. Dlatego też przeniesiemy waszych znajomych do Skrzydła Szpitalnego, gdzie będziecie mogli zostać razem z nimi do czasu ujęcia Kupidyna oraz sporządzenia antidotum. Pozwolę sobie nadmienić, że wasz udział w sporządzaniu odtrutki jest niezbędny. A teraz proszę, chodźcie za mną.
Dyrektor naprawdę wiedział, jak nas uspokoić. Ciekaw byłem jednak od jak dawna wiedzieli o ucieczce tego małego, tłustego parszywca.
Mężczyzna zamachał różdżką, a sztywne ciała uniosły się nad ziemię i ustawiając się w szeregu zaczęły płynąć korytarzem. Było ich więcej niż się spodziewałem. Około dziecięciu osób.
Nie mając innego wyjścia, wszyscy ruszyli za tym dziwacznym i przerażającym pochodem. Podejrzewałem, że nie jedna osoba z chęcią odbiłaby w bok i ulotniła się, ale nikt tego nie zrobił. Sam pewnie nawet bym się nie wahał gdyby nie fakt, że chodziło o jednego z moich najlepszych kumpli. Mogłem być dupkiem, erotomanem lub kimś jeszcze gorszym, ale za kumplami stałem murem i tak miało być także tym razem.
Dzięki temu, że się zamyśliłem, w mgnieniu okaz dotarłem do Skrzydła Szpitalnego, gdzie szkolna pielęgniarka już na nas czekała. Fakt jej gotowości kazał mi kolejny raz zadać sobie pytanie, od kiedy spodziewano się ataku tego cholernego Kupidyna.
Każdego ze spetryfikowanych uczniów położono na łóżku i Pomfrey pozwoliła dyrektorowi wrócić do ścigania sprawcy tego miłosnego zamieszania. Teraz to ona przejęła pałeczkę i wyraźnie nieźle się czuła w roli lidera.
- Dobrze, moi kochanie, proszę mnie teraz posłuchać! - zwróciła się do nas wszystkich, co uciszyło nieliczne szeptane rozmowy. - Niech każdy z was usiądzie u boku osoby, która zainteresowała się wami po zainfekowaniu.
I tak stałem już przy spetryfikowanym Gregoire’u, który miał wyjątkowo debilną minę i miałem wrażenie, że zaraz będzie mu ciekło z kącika ust.
Pielęgniarka rozejrzała się, aby mieć pewność, że wszyscy zajęli miejsca i żaden spetryfikowany nie został bez „pary”.
- Doskonale. Aby antidotum na trujące zaklęcie Kupidyna zadziałało, potrzebne jest DNA osoby, do której zarażony zapałał nagle dzikim uczuciem. Po tym, jak wasi koledzy i koleżanki zostali trafieni tak zwaną „strzałą kupidyna”, która w rzeczywistości jest po prostu zaklęciem, poczuli zapach osoby będącej najbliżej, co aktywowało truciznę. Niesłusznie mówi się, że chodzi o pierwsze spojrzenie. W rzeczywistości wzrok nie ma nic do rzeczy, ponieważ chodzi o zmysł powonienia, który później uaktywnia hormony, a one wpływają na… potrzebę bliskości, tak to nazwijmy.
Jakie to było pokręcone! Więc Greg rzucił się na mnie, ponieważ poczuł mój zapach? To jakiś Fetysz Kupidyna? Niektórym pewnie coś takiego się podoba, ja nie byłem fanem cudzego potu, więc wolałem nawet zbyt intensywnie o tym nie myśleć. Nawet kochając się z kimś robiłem, co do mnie należało, a później od razu wchodziłem pod prysznic.
- Spokojnie, nie będę was prosić o kropelki potu, ponieważ wystarczy mi wasz włos. Teraz podejdę do każdego z was po kolei i wyrwę po włosie. Nie ruszajcie się ze swoich miejsc, zaraz wrócę. - pielęgniarka zniknęła w swoim gabineciku.
Spojrzałem na Gregoire’a i uśmiechnąłem się pochylając nad jego uchem.
- Będziesz musiał wypić jakiś wywar z mojego włosa, jak ci to odpowiada? - zaśmiałem się. - Bądź mi wdzięczny, bo myłem dzisiaj głowę. A tak serio to współczuję ci. Miałeś cholernego pecha, a teraz wcisną w ciebie jakieś paskudztwo. A mogłeś pozwolić mi wcisnąć w ciebie coś zupełnie innego i obu byłoby nam dzięki temu dobrze. Może wtedy nie trafilibyśmy na tego cholernego Kupidyna, bo spędzilibyśmy więcej czas w Wielkiej Sali żeby się poobściskiwać i wymienić śliną.
Podejrzewałem, że gdyby Greg mógł teraz mówić i był w pełni władz umysłowych, rzuciłby krótką wiązankę wulgaryzmów na określenie mojej osoby oraz moich fantazji. Ach, już zaczynałem tęsknić za tą jego zadziornością, niewyparzonym językiem i spojrzeniem mówiącym: „Chyba cię pojebało, Matthew!”.
Złapałem go za rękę, pogładziłem ją i uśmiechnąłem się do kumpla, chociaż wiedziałem, że nawet nie jest tego świadomy.
Pielęgniarka wyszła ze swojego gabinetu z tacą pełną fiolek. Podeszła do pierwszej osoby, była to jakaś dziewczyna ze Slytherinu, i wyrwała jej długi, kasztanowy włos. Następnie umieściła go w fiolce, na której od razu pojawił się numerek, w tym wypadku jedynka. Przeszła dalej robiąc to samo i kolejna fiolka sama podpisała się dwójką. Szło szybko i sprawnie, sam byłem tym trochę zaskoczony. Podejrzewałem, że najtrudniejsze będzie samo uwarzenie eliksiru, ale jakoś nie dobierałem sobie tego do głowy. Nie ja miałem to robić, więc nie było problemu.
W końcu Pomfrey znalazła się przy mnie i bezceremonialnie wyrwała jeden z moich bezcennych kręconych blond włosów. Jeśli przez to zacznę łysieć, na pewno złożę skargę na tę metodę sporządzania eliksiru, jak również na to, że jakaś cholerna magiczna bestia goni po zamku samopas.
- Teraz zostańcie tutaj ze swoimi znajomymi dopóki Kupidyn nie zostanie złapany, a ja nie skończę antidotum. Jeśli będziecie mieć jakieś pytania, zapraszam do mojego gabinetu. - posłała nam zdawkowy uśmiech i oddaliła się z naszym DNA w fiolkach na tacy.
- To wszystko jest cholernie pokręcone, Greg. - rzuciłem do spetryfikowanego kolegi i rozsiadłem się na krześle obok jego łóżka na tyle wygodnie na ile się dało. To wszystko mogło w końcu potrwać.

niedziela, 21 stycznia 2018

Przyjemnie

Na piętnaście minut przed wyznaczonym przez Pomfrey minimalnym czasem snu mojego chłopaka, udałem się do Skrzydła Szpitalnego planując wykrzesać z siebie nieistniejące pokłady słodyczy i daru przekonywania. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli nie istniały to jakakolwiek próba użycia ich nie miałaby sensu, ale i tak wolałem nastawić się na totalną klapę, żeby później poczuć się mile zaskoczonym, gdyby jednak coś udało mi się zdziałać. W pewnym sensie sam nie rozumiałem tego pesymistycznego podejścia, ale czasami było to silniejsze ode mnie. Tak czy inaczej, będę u boku Syriusza, kiedy się obudzi, to postanowione!
- Przepraszam, czy mogę? - zapytałem pukając do drzwi gabinetu pielęgniarki.
- Och, Remusie, o co chodzi? - spojrzała na mnie uważnie, jakby spodziewała się, że i mi coś dolega.
- Chodzi o Syriusza. - sprostowałem już na wstępie i przedstawiłem jej moją prośbę. - Kiedy coś mi dolegało, on zawsze był przy mnie, dlatego i ja chciałbym zrobić dla niego chociaż tyle. To dla mnie bardzo ważne. - dodałem, kiedy milczała.
- Wiesz, że w takich sytuacjach zazwyczaj odmawiam… - westchnęła w końcu, a ja spróbowałem zrobić wielkie, błagalne oczy. - Ech, dobrze,ten jeden raz niech ci będzie. - machnęła ręką odsyłając mnie. - Kiedy się obudzi, zawołaj mnie i zachowuj się jak należy, żebym nie zmieniła zdania.
- Oczywiście, dziękuję! - byłem tak szczęśliwy, że mógłbym ją w tamtej chwili pocałować.
Zerwałem się z miejsca i wypadłem przez drzwi w pośpiechu. Usadowiłem się przy łóżku śpiącego Syriusza, łapiąc go za rękę i gładząc ją kciukiem.
- Kiedy się obudzisz, mój książę, wycałuję cię jak nigdy dotąd. - szepnąłem cicho do jego ucha. - Przez najbliższe dni będziemy na przerwach zaszywać się w ustronnych miejscach i cieszyć sobą nawzajem. Będziesz miał mnie dosyć, bo tak wiele czasu będziemy spędzać razem, tylko we dwóch. Będę cię rozpieszczał i pozwolę abyś ty rozpieszczał mnie, jeśli tylko będziesz chciał. - snułem dalej swoje plany. Sprawiało mi to radość, a Syriusz nie miał jak na razie nic do powiedzenia, więc mogłem mówić wszystko, na co tylko miałem ochotę.
Zacząłem więc opowiadać Syriuszowi o tym, jak bardzo go kocham i jakim jestem szczęściarzem mając go dla siebie. Mówiłem, mówiłem i mówiłem. Więcej niż kiedykolwiek wcześniej lub po prostu tak mi się wydawało.
- Więc mogę liczyć na to, że zrobisz mi dzisiaj bardzo dobrze?
- Syriuszu! Obudziłeś się! - nie było to zbyt odkrywcze, ale tylko to przyszło mi wtedy do głowy.
- O tak. Obudziłem się i nasłuchałem bardzo interesujących wyznań. - na jego twarzy pojawił się jego typowy, zawadiacki uśmiech, a ja zarumieniłem się znacznie. - Więc? Zrobisz mi dzisiaj dobrze? - domagał się odpowiedzi.
- Tak. - powiedziałem cicho i podniosłem się z krzesła. - Pójdę po Pomfrey. - rzuciłem odchodząc pospiesznie. Musiałem ochłonąć, ponieważ mówienie do śpiącego kochanka to jedno, a świadomość, że wszystko słyszał to coś zupełnie innego.
Pani Pomfrey zbadała Syriusza uważnie i zadała mu kilkanaście pytań, na które musiał szczerze odpowiedzieć. Ton, jakim udzielił odpowiedzi na kilka z nich nie pozostawiał wątpliwości, że był już moim Syriuszem Blackiem, nie zaś słodkim przygłupem, którego zrobił z niego jad owada. Pielęgniarka wcisnęła w niego jeszcze jakiś odtruwający napój i dopiero po jego wypiciu wypuściła mojego chłopaka ze Skrzydła Szpitalnego.
- Panie Lupin, gdzie chciałby pan się ze mną zaszyć na najbliższą godzinę? - Syri złapał mnie za rękę i zatrzymał, kiedy szliśmy obok siebie korytarzem.
Pomyśleć, że jeszcze niedawno byłem taki pewny siebie, a teraz rumieniłem się, jak niewinna dziewczyna.
Black położył dłoń na moim biodrze i przysunął się do mnie na tyle blisko, że nasze ciała stykały się ze sobą. Czułem, jak ciało chłopaka porusza się subtelnie, ocierając o moje. Było to przyjemne i jednocześnie zawstydzające, ponieważ czułem każdy ruch Syriusza na tyle wyraźnie, że moje krocze w każdej chwili mogło na to entuzjastycznie zareagować.
- Nie wiem, ale na pewno nie chcę jeszcze wracać do dormitorium. - wyznałem spuszczając głowę i jednocześnie wzrok. Niestety padł on na nasze złączone ze sobą biodra, więc szybko zadarłem głowę do góry. Syriusz tylko na to czekał, ponieważ nakrył swoje usta moimi w pocałunku.
Zamruczał, a ja w odpowiedzi objąłem go ramionami za szyję. Jego usta były suche i trochę spierzchnięte, ale moje bez wątpienia były na tyle wilgotne, że część tej wilgoci oddały Syriuszowym.
Chociaż niechętnie, oderwałem się od chłopaka, kiedy wyczułem, że powoli się ode mnie odsuwa. Na jego twarzy zakwitł cudowny uśmiech.
- Kto by pomyślał, że kilka godzin pozwoli ci tak się za mną stęsknić. - ujął moje dłonie w swoje i pocałował je w geście, który miał w sobie więcej z perwersji, niż z dżentelmeńskiego odruchu. Nic dziwnego, w końcu byłem mężczyzną, a nie kobietą. - Nie pójdziemy dziś na całość, bo nie czuję się na siłach po tam długim śnie, ale możemy znaleźć sobie cichy kącik na pieszczoty. - zamruczał i pochylił się nade mną. Ukąsił mnie w wargę zaczepnie. - Chodź. - powiedział ciągnąc mnie za sobą.
Tajnymi przejściami, które znaliśmy już na pamięć, przeszliśmy niewidoczni dla nikogo prosto pod jedną z zawsze pustych sal lekcyjnych. To właśnie w niej uwiliśmy sobie miłosne gniazdko w kącie osłoniętym przez biurko i dzięki temu niewidocznym z drzwi. Rozsiedliśmy się na tyle wygodnie, na ile było to możliwe i przytuliliśmy do siebie.
Z początku wsłuchiwałem się w spokojny oddech Syriusza i jego mocno bijące serce, ale kiedy usłyszałem jak jego bicie przyspiesza, odsunąłem głowę od piersi chłopaka. Ująłem jego twarz w dłonie i pocałowałem go. Od razu wiedziałem, że o tym myślał, ponieważ jego usta odpowiedziały bez żadnej zwłoki, a język Syriusza wdarł się między moje chętne wargi. Całowaliśmy się przez długi czas, to oddychając przez nos, to odsuwając się od siebie dla nabrania głębokiego oddechu. Moje dłonie wodziły po karku i plecach Syriusza, jego zaś sunęły po mojej piersi i ramionach.
W pewnym momencie nasze koszulki wylądowały na podłodze, a usta przestały nam wystarczać jako odbiorcy pocałunków. Wargi Blacka drażniły skórę na mojej szyi i sutkach, to znowu moje zajęte były jego uchem i piersią. Czułem wszystkie te pieszczoty w spodniach i kiedy położyłem swoją rękę na kroczu mojego chłopaka, wyczułem, że i w jego przypadku było podobnie.
Oparłem brodę na ramieniu Syriusza, wdychając zapach jego skóry oraz szamponu do włosów. Roześmiałem się cicho, kiedy jednocześnie sięgnęliśmy do guzików swoich spodni. Myśleliśmy o tym samym, to dobrze. Rozpiąłem więc guzik i odsunąłem zamek spodni mojego chłopaka, a w tym samym czasie on robił to samo z moim.
Powoli wodziłem palcami po brzuchu Syriusza, podczas kiedy on bezpardonowo nakrył swoją dłonią moją erekcję i zaczął ją pocierać. Wiele wysiłku kosztowało mnie zapanowanie nad sobą. Zdołałem jeszcze chwilę pobawić się jego ciepłą skórą, zanim nie wsunąłem dłoni pod materiał bielizny kruczowłosego. Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, podobnie jak ja zrobiłem to chwilę wcześniej. Teraz obaj w tym samym tempie pieściliśmy siebie nawzajem. Jego ciało było tak gorące, że niemal wydawało się topnieć, kiedy moje pieszczoty wycisnęły z jego erekcji pierwsze krople nasienia. Nie wątpiłem, że ze mną było podobnie, ponieważ duża, szorstka dłoń Syriusza stymulowała mnie w niebiański niemal sposób.
- Syriuszu… - wydyszałem imię chłopaka. Przymknąłem oczy i chłonąłem wszystkie cudowne doznania.
Objąłem członek Syriusza dłonią w chwili, kiedy on obejmował mój. Teraz sunęliśmy palcami w górę i w dół, dzięki czemu stymulacja była tym przyjemniejsza. Czułem na swoim penisie każde zgrubienie dłoni mojego chłopaka, każdy skurcz mięśni, po prostu wszystko. Słyszałem przy uchu jego ciężki oddech i ciche westchnienia, kiedy kciukiem pocierałem o główkę jego członka.
- Remusie, chciałbym żebyśmy doszli razem. - szepnął mi na ucho i ugryzł je mocno.
Jęknąłem, ponieważ był to jeden z tych wrażliwych punktów, które mogły przybliżyć mnie do orgazmu w zatrważającym tempie.
- Jeśli przestaniesz lizać moje ucho, to może uda mi się wytrzymać na tyle. - burknąłem w odpowiedzi.
Zaśmiał się tylko. Skoro on grał nieuczciwie to i ja mogłem. Wsunąłem więc do jego bokserek drugą rękę i objąłem nią jądra chłopaka. Teraz to on zajęczał wyraźnie bliższy orgazmu.
Rozpoczęła się nasza gra, w której przegranym będzie ten, który jako pierwszy osiągnie szczyt. Znając wszystkie swoje „dobre” miejsca, wykorzystywaliśmy swoje słabości i najczulsze punkty, a ostatecznie i tak doszliśmy niemal jednocześnie. Nie byłem jednak pewny, który z nas tak naprawdę doszedł jako pierwszy, ponieważ było mi zbyt dobrze i wcale się już tym nie przejmowałem.


niedziela, 14 stycznia 2018

Libris Cholerus

Chociaż ciężko w to uwierzyć, James uwinął się całkiem szybko ze sprowadzeniem do biblioteki McGonagall. Sądziłem, że zajmie mu to więcej czasu, jako że był zdany na swoje ludzkie nogi, ale okazał się sprawniejszy niż przypuszczałem lub zwyczajnie miał szczęście i nauczycielka była gdzieś niedaleko.
- Czy teraz dowiem się o co chodzi? - usłyszałem jej pełen pretensji głos, kiedy tylko weszła do biblioteki i za nią oraz Jamesem zamknęły się drzwi.
- Po pierwsze. - J. wskazał alejkę półek wypełnionych książkami, z której dochodziło mało rytmiczne mruczenie Slughorna.
- Merlinie, on nawet tańczy! Jego zadek podskakuje jak u…. Ykhm, przepraszam. W każdym razie, kontynuując. Po drugie. - okularnik wskazał ręką na tył biblioteki, gdzie staliśmy ja i Syriusz. Mój chłopak uśmiechał się słodko, jak skończony kretyn.
Mina nauczycielki nie wyrażała niczego, była nieprzenikniona. Z powodzeniem mogła pochwalić nas za zaalarmowanie jej, jak i wściec się, że zawracamy jej głowę głupotami.
- Gdyby miała pani jakieś wątpliwości, zaznaczę. To jest Syriusz Black i to nie jest jego zwyczajowy uśmiech.
- Wiem kto to jest i jak się zachowuje, Potter. - McGonagall obrzuciła chłopaka chłodnym, zmuszającym do przymknięcia się spojrzeniem. Następnie podeszła do nas bliżej, nie spuszczając oczu z Syriusza. - Kiedy zauważyliście, że coś z nim nie tak? - zwróciła się do mnie.
- Może koło pięciu, dziesięciu minut temu.
- A profesor Slughorn? - odpowiedź na to pytanie była trudniejsza.
- Już kiedy podszedł do nas po obiedzie był wyjątkowo radosny. Na początku nie zwróciliśmy na to uwagi, myśleliśmy, że ma po prostu dobry dzień, ale kiedy zaczął mruczeć i niemal śpiewać…
- Współczuję, że musieliście to słyszeć. - przyznała krzywiąc się, ponieważ nauczyciel eliksirów właśnie zaczął głośniej zawodzić. - Czy w tym czasie nie wydarzyło się nic dziwnego? Nic, co zwróciło waszą uwagę? Poza tym uśmiechem, który mrozi mi krew w żyłach… - wyraźnie nie była fanką niewinnego Syriusza i jego uroczego uśmiechu niewiniątka.
- Nie. - J. pokręcił głową udzielając odpowiedzi. Ja zrobiłem to samo.
Nauczycielka westchnęła ciężko.
- Zabierzemy ich do Skrzydła Szpitalnego. Wy zajmijcie się Syriuszem, ja biorę na siebie profesora Slughorna. Nie bójcie się, możecie go dotknąć. Mam pewne podejrzenia, co do tego, co im dolega, ale musimy się upewnić. Tutaj tego nie zrobimy.
Posłuchaliśmy jej bez zadawania zbędnych pytań. Złapałem Syriusza za rękę, a przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, kiedy w odpowiedzi na dotyk dostałem kolejny z tych jego uśmiechów. J. złapał go pod ramię z drugiej strony i niczym straż eskortująca niebezpiecznego więźnia, wyprowadziliśmy Syriusza z biblioteki. Na szczęście nikogo poza nami tu nie było, więc nie zwracaliśmy na siebie niepotrzebnie uwagi.
McGonagall dołączyła do nas niedługo później. Ona również trzymała „swojego podopiecznego” za rękę.
W Skrzydle Szpitalnym, jak zwykle na wiosnę, nie było nikogo. Nauczycielka transmutacji zamieniła kilka słów na osobności z panią Pomfrey. Ponieważ dzieliły nas zamknięte drzwi gabinetu, zaś Slughorn nadal nucił pod nosem, nie słyszałem o czym rozmawiały. Kiedy jednak do nas wyszły, byłem pewny, że zgodziły się, co do postawionej przez McGonagall diagnozy.
- Chłopcy, zasłonicie się parawanem, rozbierzecie swojego kolegę i sprawdzicie uważnie jego skórę. - szkolna pielęgniarka wskazała nam odpowiednie miejsce. - Szukajcie jakichkolwiek śladów ukąszenia przez owada. Zaczerwienienia, zgrubienia skóry lub rozdrapanej rany. Jeśli na coś traficie, dajcie mi od razu znać, dobrze?
Skinieniem daliśmy jej do zrozumienia, że wiemy, co mamy robić. Zabraliśmy więc Blacka za parawan i wspólnymi siłami rozebraliśmy do naga. James mruczał przy tym pod nosem litanię przepełnionych niezadowoleniem komentarzy, ale nie zostawił mnie samego z tym wszystkim. Zastrzegł jednak, że planuje sprawdzać górną część ciała chłopaka, podczas kiedy mi przypadało w udziale oglądanie go od pasa w dół.
Prawdę mówiąc nie miałem nic przeciwko. Znałem ciało Syriusza na pamięć, tak jak on znał moje, więc nie czułem szczególnego skrępowania przyglądając się jego skórze i wodząc po niej palcami, aby mieć pewność, że niczego nie przeoczyłem.
Zajęło nam to sporo czasu, ale ostatecznie trafiliśmy na dwa miejsca, które mogły być śladami po ukąszeniu. Jedno było na łydce, drugie zaś na wewnętrznej stronie ramienia. Ubraliśmy Syriusza w bieliznę i podkoszulek bez rękawów, zanim zawołaliśmy Pomfrey. Nie chciałem żeby więcej osób musiało oglądać mojego chłopaka nago. Może i zachowywał się jak bezmózgi święty, ale na pewno mógłby poczuć się zakłopotany, gdyby dorosła kobieta miała oglądać go takim, jakim go Pan Bóg stworzył.
- Spójrzmy… - pielęgniarka posmarowała znalezione przez nas dwa miejsca jakąś intensywnie pachnącą maścią i odczekała trzydzieści sekund. Jeden punkt, ten na ramieniu, zabarwił się na zielono, zaś ten na łydce przybrał kolor bordowy. - Tak, trafiony-zatopiony. - skomentowała. - Możecie go ubrać, ale może poza spodniami, bo będę musiała jeszcze mieć dostęp do jego łydki. Wejdźcie z nim do gabinetu i zaczekajcie na mnie chwilę.
Wykonaliśmy polecenie.
- Trochę mi jajeczka podwiewa. - zauważył niewinnie Syriusz, a jego komentarz wywołał wybuch śmiechu u Jamesa. Ja po prostu przetarłem twarz dłońmi ze zmęczonym westchnieniem.
- Rozgrzeję ci je, kiedy tylko wrócisz do siebie. - wyszeptałem chłopakowi na ucho, ale obawiam się, że wcale nie zrozumiał znaczenia moich słów, ponieważ tylko uśmiechnął się szeroko i energicznie skinął głową, jakbym zapytał dziecko, czy ma ochotę na czekoladowy budyń.
Po dziesięciu, może nawet piętnastu minutach, dołączyła do nas pozostała trójka. Slughorn był bez koszuli i żałowałem, że muszę go takim oglądać. Jego brzuch był wielki, owłosiony i biały, jakby od wieków nie widział światła słonecznego. W dodatku na jego boku widniał czerwony ślad, taki sam jak na łydce Syriusza.
- Dobra wiadomość jest taka, że to nic poważnego. - zaczęła od razu Pomfrey. - Wasz kolega i nauczyciel zostali ukąszeni przez bardzo uciążliwego owada, który uwielbia gnieździć się wśród starych książek. Wstrzykuje do organizmu człowieka odrobinę jadu, na który każdy organizm działa inaczej, ale zawsze wiąże się to z pozytywnymi doznaniami.
- Dawniej jego jadu używało się jako leku na depresję. - podjęła wątek McGonagall. - Jak łatwo się domyślić, silnie uzależniał i ostatecznie znalazł się na liście substancji zakazanych przez Ministerstwo Magii. Nie musicie się przejmować, uzależnia podany doustnie, nie poprzez ukąszenie.
- Owad nazywa się Libris Cholerus. Nie patrzcie tak na mnie, nie ja wymyślałam tę nazwę! - ciągnęła dalej Pomfrey. - Teraz podam naszym panom antidotum, ale poczują się po nim senni, więc będą musieli zostać tutaj ze mną przynajmniej na pięć godzin. A teraz zła wiadomość. Biblioteka zostanie poddana kwarantannie, póki nie pozbędziemy się wszystkich owadów, jakie mogą się tam jeszcze gnieździć. Będziecie mogli tam wrócić dopiero za dwa dni i wtedy zabrać swoje rzeczy, jeśli jakieś tam zostawiliście.
Przypomniałem sobie o cudownej historii, która tak mnie zachwyciła, a którą naturalnie zostawiłem wśród innych książek w bibliotece. Nie mogłem uwierzyć, że będę musiał wytrzymać bez niej dwa długie dni! Chciałem podzielić się nią z Zardi, a także pokazać ją Syriuszowi, ale patrząc na niego teraz, wolałem jednak odczekać tych kilka dni, aż będzie bezpiecznie.
Pomfrey kazała Syriuszowi położyć się na leżance na brzuchu i przyłożyła do rany na jego łydce niewielki flakonik w kształcie łzy. Dłuższy i cieńszy koniec szklanego naczynia wsunęła do wielkiej strzykawki i zaczęła nią wysysać powietrze z flakonu oraz wciągać w niego skórę Syriusza. Z czerwonego nakłucia na skórze chłopaka wypłynęło kilka kropel galaretowatej, żółtawej substancji zmieszanej z odrobiną krwi. Black zniósł to dzielnie. Pielęgniarka usunęła sprawnie szklaną łzę wraz z jadem, a mocno zaczerwienione miejsce posmarowała śmierdzącą woskiem pszczelim maścią. Następnie dała chłopakowi do wypicia równie nieprzyjemnie pachnący płyn. Podobnie postąpiła ze Slughornem, wyciągając jad z boku jego wielkiego brzucha.
Odprowadziliśmy Syriusza do łóżka, które dla niego wydzielono i zostaliśmy z nim do chwili, kiedy ziewając zamknął oczy. Kiedy jego oddech się wyrównał i mieliśmy już pewność, że śpi, cicho wyszliśmy z Jamesem ze Skrzydła Szpitalnego.
- Libris Cholerus? - rzucił zamyślony James i nagle spojrzał na mnie wielkimi oczyma. - Zapomnieliśmy o Peterze!
- Merlinie! - zasłoniłem usta dłonią przejęty. Naprawdę zapomniałem o blondynku, który swój dział miał w zupełnie innym miejscu niż my wszyscy.
Zawróciliśmy szybko i pobiegliśmy do nadal przebywającej w SS McGonagall.
- W bibliotece był też Peter! - wyrzuciliśmy z siebie jednocześnie jeszcze w progu. - Na zapleczu!
- Idźcie do siebie, my zajmiemy się resztą. - upomniała nas nauczycielka i pospiesznie opuściła Skrzydło Szpitalne.
- Ale z nas przyjaciele… - skomentował krótko James, a ja nie miałem już nic do dodania.