Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kartka z pamiętnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kartka z pamiętnika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika (Special 2020 - styczeń) - Zardi


Patrzyłam na pustą kartkę papieru, na której jeszcze przed pięcioma minutami planowałam wypisać wszystkie swoje plany i pragnienia na najbliższy rok. Jeszcze niedawno moja głowa była pełna pomysłów, a dusza natchniona – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Więc dlaczego, kiedy w końcu zasiadłam do pracy, która miała napełnić mnie siłą i nadzieją na przyszłość, cały entuzjazm ze mnie uleciał? Czy naprawdę tak wiele od siebie wymagałam? Chyba nie!
Jedynym czego oczekiwałam było odważne, pełne nadziei wejście w najbliższy rok, który przecież miał być dla mnie kluczowy!
Kończyłam Hogwart, musiałam ruszyć dalej w świat, opuścić bezpieczne mury szkoły, która była mi domem, zostawić za sobą przyjaciół, których traktowałam jak rodzinę. To było przerażające i właśnie dlatego poszukiwałam sposobu aby podnieść się na duchu.
Byłam przekonana, że zapisanie na kartce wszystkich planów, pragnień i oczekiwań będzie doskonałym początkiem. Później odznaczałabym sobie wszystko, co udało mi się osiągnąć.
No dobrze, przyznaję, że lista już w założeniu była długa, szczegółowa, bardzo konkretna i wypełniona w większości punktami, które każda inna osoba uznałaby za głupotę lub pierdołę, ale dla mnie wszystkie te „głupoty” i „pierdoły” były bardzo ważne! 
Bogowie! Przecież byłam wciąż małym dzieckiem, nawet jeśli jednocześnie byłam nastolatką!
Poczułam jak moje policzki zaczynają się rozpalać, więc szybko i dyskretnie rozejrzałam się na boki. Nikt w bibliotece nie zwracał na mnie uwagi, więc odetchnęłam z ulgą.
Czytałam niedawno całkiem dobrą książkę, która z początku wydawała mi się trochę… trochę bardzo nie w moim typie, aby w pewnym momencie poczuć, że prawdopodobnie była bardzo w moim typie. Dlaczego? Pojawił się w niej motyw Tatusia i Małego. Tyle, że Tatuś nie był wcale tatusiem, a Mały nie był taki znowu mały. Chodziło o słabostkę, zboczenie, wewnętrzne potrzeby, których nie sposób zaspokoić ze względu na różne czynniki. Jeden trochę starszy facet odczuwał potrzebę zaopiekowania się kimś, kto tego potrzebuje jak małym dzieckiem, zaś młody chłopak, chociaż w sumie to już mężczyzna, nie mógł odnaleźć się w świecie dorosłych, miał na głowie pełno problemów i był zagubiony, potrzebując powrotu do niewinności i zabaw dzieciństwa, mając oparcie w kimś, kto zaopiekowałby się nim pod każdym kątem.
I nagle *puff*, okazuje się, że sama należę do osób, które chciałyby być wciąż dzieckiem mogącym na kimś polegać, mogącym znaleźć siłę w dorosłym, kimś kto odczuwa przyjemność z dziecięcych zabaw, czytania książek dla maluszków, kolorowania malowanek, zabawy zabawkami. Nie znaczyło to, że chciałabym mieć takiego Tatusia, ale jednak pokazało mi, że może moje wielkie zainteresowanie tym, co dziecięce i potrzeba posiadania niektórych dziecięcych przedmiotów może wcale nie być tak normalna, jak się mi wydawało.
Westchnęłam głośno. A więc mało, że niedawno dopiero odkryłam, że jestem aseksualna, to teraz jeszcze dowiedziałam się, że mogę mieć jakieś zboczenie, kinka. Może więc do swojej listy pragnień powinnam dopisać poznanie siebie? W końcu z każdą chwilą okazywało się, że jestem osobą bardziej skomplikowaną, niż sądziłam i w sumie nie wiem o samej sobie zupełnie nic.
Chwała bogom za literaturę, bo chyba nigdy nie dowiedziałabym się nawet w tak niewielkim stopniu kim tak naprawdę jestem. W heteronormatywnym świecie, w którym każdy pozuje na normalnego, cokolwiek oznacza normalność, i idealnego, ciężko zrozumieć samego siebie.
Może właśnie dlatego nieświadomie otoczyłam się osobami, które w jakiś sposób różniły się nudnej większości i za wszelką cenę chciałam im pomagać?
Spojrzałam na swoją wciąż pustą kartkę.
- Dobra, Zardi. Miałaś ją zapełnić, miałaś poczuć się lepiej, miałaś osiągnąć przynajmniej część zapisanych celów w przeciągu najbliższego roku. Więc dlaczego już tego nie czujesz? - mruknęłam bardzo cicho do samej siebie.
Cóż, na tej kartce pewnie powinnam napisać kim chcę zostać po skoczeniu szkoły, ale nie miałam pojęcia, co chcę robić w przyszłości. Nic mi nie odpowiadało, a jednocześnie tak wiele mi się podobało, że nie byłam w stanie wybrać jednego zawodu. Innym problemem było to, że mi zawsze wszystko szybko się nudziło, a więc tak samo miało być pewnie z wybranym zawodem. Kim więc miałam zostać w przyszłości aby już teraz wybrać dalszy kierunek swojej edukacji?
Kolejny z moich problemów. Zbyt wiele myśli, zbyt wiele problemów z samą sobą. Nic dziwnego, że namiętnie czytałam książki, które pozwalały mi oderwać się od rzeczywistości i analizowania samej siebie. Problem w tym, że od niektórych rzeczy nie dało się uciec, nawet jeśli się je w nieskończoność odkładało.
- Dobra, Zardi, wróć do tematu. - znowu próbowałam przywołać się do porządku, bo kto inny miał to zrobić.
Może powinnam podzielić kartkę na kilka części? W zależności od tego czego dotyczyły moje plany, życzenia, pragnienia? A może powinnam mieć do tego specjalny notes? W końcu tych moich drobnych pierdół, które zaśmiecą kartkę będzie do znudzenia dużo. 
Hm, miałam upchnięte w szafce jakieś notesy. Mniejsze, większe, ładniejsze i mniej ładne. Może powinnam więc wykorzystać jeden z nich? Notes? A może jednak lepszy zeszyt? Tego jest dużo, a przynajmniej będzie…
Oparłam się o krzesło i odchyliłam głowę do tyłu.
Byłam beznadziejna. Już nawet straciłam na dzisiaj chęć i natchnienie do realizacji tego małego projektu.
Popatrzyłam na dwa małe, mizerne świstki kartki z kilkoma notatkami dotyczącymi tego, co powinno zaleźć się na mojej liście. To było tylko kilka punktów, wierzchołek góry lodowej. Cała reszta była gdzieś w mojej głowie, w moim sercu.
- Za dużo myślisz.
Aż podskoczyłam, kiedy nade mną pojawiła się znajoma twarz Remusa Lupina.
- Matko! - syknęłam – Chcesz mnie zabić? Zawału mogłam dostać!
Przyjaciel uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- Nad czym tak myślisz? Wiem, że nie nad zadaniami. Znam cię na tyle.
Fakt. Rzadko myślałam o zadaniach, częściej o innych projektach, które sobie wymyślałam, a później denerwowałam się, kiedy nie mogłam ich zrealizować lub miałam na to za mało czasu. Pięknie, sama sobie ściągałam na głowę kłopoty i problemy.
- Poniekąd o życiu.
- Jest krótkie i nawet jeśli jesteś młoda to nie wiesz, kiedy się skończy, więc może je wykorzystaj póki masz okazję? Jeśli zaczniesz działać, a przestaniesz analizować, będziesz miała więcej czasu. Nie patrz tak na mnie. Zamiast przez pięć minut myśleć o tym ile mam nauki, usiądę i po prostu sięgnę po pierwszy podręcznik i zacznę się uczyć, zyskam pięć minut, które później mogę poświęcić chociażby Syriuszowi.
- Hm, to nie takie głupie.
- Oczywiście, że nie. Ale przyznaję, że nie łatwo się tego nauczyć. Ktoś ostatnio czytał jakiś poradnik o myśleniu. Może zapisz się na listę oczekujących i sobie go wypożycz? Ja jestem na liście i stąd wiem, że jest.
Jeśli Remus proponował mi poradnik to niewątpliwie musiałam się nim zainteresować. Remi czytywał różne głupoty, które mu poleciłam lub takie, do których sam dotarł, ale często potrafił wyszukać również wartościowe pozycje, a ta zaproponowana brzmiała nieźle.
Skinęłam głową i pozbierałam swoje rzeczy ze stolika. Nie było sensu siedzieć nad zadaniem, którego i tak nie miałam szans dzisiaj zrealizować. Pewnie niedługo o nim zapomnę, ale co jakiś czas będę sobie o nim przypominać. W końcu jednak zdołam się spiąć w sobie i zrobić tę nieszczęsną listę, która ma mi pomóc w najbliższym roku.
- Wolałabym się nie starzeć. - zmieniłam trochę temat.
- Myślisz, że ja chcę? Dobrze mi tak jak jest, dobrze mi tutaj. Mam przyjaciół, mam Syriusza, z którym mogę w każdej chwili zaszyć się w kąciku i obmacywać, obściskiwać i w ogóle. Jestem tu szczęśliwy, ale nie zatrzymamy czasu.
- Cóż, James próbuje. - rzuciłam z uśmiechem, na co chłopak odpowiedział swoim.
- Zatrzymać czas, odwrócić proces starzenia… Dziwię się, że do tej pory nikogo nie zesypało po tych jego ogórach.
Roześmialiśmy się oboje. Dobrze było mieć przyjaciół, z którymi można było porozmawiać dosłownie o wszystkim. Człowiek od razu czuł się lepiej.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy Remus był bardziej typem Tatusia czy Małego.
Byłam szalona! I kochałam się za to.

środa, 16 stycznia 2019

Kartka z pamiętnika CCCXXXIX - Andrew Sheva

Chociaż oficjalnie treningi w największym paryskim klubie quidditcha miałem rozpocząć dopiero po ukończeniu szkoły, zostałem zaproszony do udziału w jednym nadprogramowym, aby zacząć samodzielnie pracować nad dotrzymaniem tempa swojej przyszłej drużynie, czego nie mogłem zrobić, nie wiedząc, jak ćwiczą na co dzień. Wykorzystałem okazję, aby zatrzymać się na noc w domu, zamiast wracać od razu do szkoły. Fabien wiedział, że planuję spędzić z nim trochę czasu, toteż nie spodziewałem się tego, co zastałem, kiedy tylko przekroczyłem próg
Stałem jak spetryfikowany w drzwiach, patrząc na kochanka, jakbym zobaczył ducha. Chociaż przyznaję, że duch mniej by mnie zaskoczył, niż to, co właśnie miałem przed oczyma.
- Wszystko ci wyjaśnię! - rzucił na wstępnie Fabien, co brzmiało jak „jestem winny wszystkiego, o co właśnie chcesz mnie oskarżyć”.
- Mam nadzieję. - zdołałem się w końcu ruszyć i wszedłem w głąb domu.
Merlinie, naprawdę nie wiedziałem, jak powinienem zareagować widząc mojego wysokiego, barczystego, silnie zbudowanego i umięśnionego kochanka w różowej sukience z falbanek narzuconej na jego codzienne ubrania, z diademem we włosach i w koszmarnym makijażu. No dobrze, nie byłem głupi i nie przyszło mi nawet do głowy, że zrobiłby to specjalnie, ponieważ nagle odkrył w sobie jakąś kobiecą część swojej natury. Mimo wszystko i tak nie wiedziałem, co powiedzieć lub zrobić, kiedy powitało mnie coś takiego.
-  Kuzynka nie miała, co zrobić z córkami, więc podrzuciła je do mnie. - Fabien właśnie starał się wydostać z wściekle różowych falbanek. - Nie zajmuję się na co dzień dziećmi, więc nie wiedziałem, co robić, ale matka tych małych potworków była już przygotowana na wszystko. To ona dała mi tę cholerną szmatę… Pomóż mi z tego wyjść! - westchnął błagalnie, ponieważ właśnie zaklinował się do tego stopnia, że falbanki zasłaniały mu twarz i nie pozwalały się ruszyć w żadną stronę.
Westchnąłem i podchodząc do niego odczepiłem materiał od diademu, w który się zaplątał, po czym pomogłem kochankowi zdjąć sukienkę.
- Dziękuję. - rzucił z westchnieniem ulgi. - Wcisnęła mi też zestaw dziecięcych przyborów do makijażu i powiedziała, że dziewczynki będą wiedziały, co robić. Teraz rozumiem dlaczego nikt inny nie chce się nimi zajmować. - mężczyzna wziął wilgotną chusteczkę i zaczął wycierać nią twarz. Jeśli to w ogóle możliwe, rozmazał „makijaż” jeszcze bardziej, niż był on rozmazany do tej pory. - Powiesz coś? - spojrzał na mnie w sposób, którego nie dało się odczytać. Nie było w nim ani strachu, ani niepewności, w sumie sam nie wiem, czego mógłbym się doszukać zamiast tego.
- Nadal przetwarzam informacje, które mi podałeś i staram się zapomnieć o tym, jak koszmarnie wyglądasz w różowych falbankach.
- Wyobraź sobie, że nie dały mi możliwości wyboru koloru i kroju. - prychnął, a ja w końcu się roześmiałem.
Ryczałem ze śmiechu klęcząc na podłodze i trzymając się za brzuch. Najwyraźniej pierwszy szok opadł i teraz moje emocje w końcu zaczęły docierać tam, gdzie powinny.
- Bardzo zabawne, naprawdę. - w głosie Fabiena nie było jednak za grosz urazy, czy też złości, a jedynie ciepło, które zawsze tam było.
Potrzebowałem dłuższej chwili, aby się uspokoić, co przypłaciłem czkawką. Po zaledwie dwóch minutach czułem już z tego powodu ból żołądka, ale jednak naprawdę sobie na to zasłużyłem.
Fab wziął mnie na ręce i posadził sobie na kolanach, kiedy rozsiadł się w salonie już umyty jak należy. Podał mi kubek soku pomarańczowego i głaskał po biodrze czekając.
Koło dziesięciu minut męski później pozbyłem się czkawki i teraz miałem tylko nadzieję, że nie wróci.
- Nie wierzę, że ubrałeś na siebie coś takiego. - rzuciłem oddychając głęboko, uspokajająco.
- A co miałem zrobić? Błagały, a sądząc po rozmiarze tej sukienki, była robiona specjalnie dla mnie. A to znaczy, że każdy, kto się nimi opiekował musiał przejść przez herbatkę u Królowej. Cieszę się tylko, że nie przyniosły ze sobą małego stolika i tycich krzesełek, bo gdybym jakimś cudem wbił w nie dupsko, to prawdopodobnie teraz byś musiał je rozcinać, żeby mnie uwolnić.
- Było aż tak źle? - uśmiechnąłem się wodząc palcem po jego szyi. Podobał mi się fakt, że mój kochanek nie miał nic przeciwko zajmowaniu się dziećmi. Wprawdzie zakładanie rodziny nam nie groziło, ale uważałem, że mężczyzna opiekujący się maluchami i bawiący się z nimi ma w sobie coś seksownego. Nawet jeśli jest zmuszony do chodzenia w absurdalnych ciuchach i noszenia koszmarnego makijażu robionego przez kilkuletnie dziewczynki.
- Dwie godziny sączenia z pustej filiżanki, która mieściła się w mojej dłoni… Czułem się jak jak olbrzym.
- Przy tych dziewczynkach wyglądałeś na olbrzyma… Merlinie, Fabienie, przecież ty jesteś olbrzymi nawet przy mnie! - zaśmiałem się szczerze.
Nie dało się ukryć, że Fab był sporych rozmiarów mężczyzną i to nie tylko w spodniach. Przy nim moje raczej drobne ciało wydawało się delikatne, a przecież wcale nie prezentowałem się najgorzej. Tyle, że on był zdecydowanie wyższy, o wiele szerszy w ramionach, a tym samym jego kości oraz mięśnie wydawały się dwa, może nawet trzy razy większe od moich. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy na szkolnym korytarzu, nie mogłem mu się oprzeć. Jego ciało obudziło we mnie niesamowite pożądanie. Wcześniej sam nie byłem pewny, jaki typ mężczyzny jest tym moim, ale kiedy poznałem Fabiena, szybko zrozumiałem, że moje życie seksualne byłyby niezadowalające bez tak sporego mężczyzny u mojego boku. Nie chodziło jednak o to, że lubiłem czuć się mały, niewinny i bezbronny, ale o to cudowne uczucie, jakie towarzyszyło wtulaniu się w ciało większe i silniejsze ode mnie.
Ta myśl obudziła we mnie pragnienie dotykania tego imponującego, wspaniałego mężczyzny, który należał tylko i wyłącznie do mnie.
- Zdejmij podkoszulek. - poleciłem mu. Fabien był całkiem niezły w wykonywaniu poleceń, więc byłem pewny, że spełni i to. - Dobrze. - pochwaliłem, kiedy zdziwiony zdjął z siebie ubranie, ale nie zadał ani jednego pytania o cel.
Położyłem dłonie na gorącej skórze jego szerokiej, umięśnionej piersi i przesunąłem po niej rękami, rozkoszując się teksturą jego ciała, łaskotaniem włosków, ruchami mięśni, które napinały się, kiedy potrąciłem w pewnym momencie jego lewy sutek.
- Andrew?
- Cicho, daj mi się pozachwycać! - uciszyłem kochanka i kontynuowałem dotykanie i podziwianie jego klatki piersiowej.
Fabien zdecydowanie zaliczał się do imponujących przedstawicieli naszego gatunku. Nic dziwnego, że ilekroć wyszedł na miasto, kobiety oglądały się za nim i byłem pewny, że ślinka im ciekła na samą myśl o tym, co musi się kryć pod opinającymi jego ciało ubraniami.
- Wiesz, chyba wprowadzę dla ciebie zakaz noszenia podkoszulka, koszuli czy swetra, kiedy jesteśmy obaj w domu.
- Nie widzę problemu, jak długo jest ciepło.
- W weekendy będziesz chodził tylko w bieliźnie. - fantazjowałem nieprzerwanie go dotykając.
Zmieniłem pozycję, siadając okrakiem na kolanach kochanka i przysunąłem się bliżej jego ciała. Wybrzuszenia naszych spodni otarły się o siebie. Zaczynałem się podniecać sunąc to palcami, to znowu całymi dłońmi po jego cudownie zbudowanym ciele.
- Jeśli chcesz. - zamruczał kładąc dłonie na moich pośladkach i ściskając je mocno, czym wyrwał z moich ust zadowolone westchnienie.
Zmieniłem kąt ustawienia dłoni i tym razem dotykałem twardych mięśni na brzuchu Fabiena, co nagrodziło wyraźnie rosnące wybrzuszenie jego spodni.
- Komuś się podoba mój dotyk… - rzuciłem figlarnym tonem.
- Podoba? Ja kocham twój dotyk, kociaku. Mój drugi mózg właśnie przejmuje nade mną kontrolę, więc jeśli nie zabierzesz tych wspaniałych rąk z okolic mojego podbrzusza, przerzucę cię przez oparcie sofy i wezmę tu i teraz bez wspólnego prysznica, a wiem, że cuchnę cukierkami.
Roześmiałem się, ponieważ nie mogłem nawet zaprzeczyć. Fabien pachniał tak słodko, że z trudem mogłem to znieść, kiedy zbliżałem nos bezpośrednio do jego ciała.
- Rozumiem, że czymś cię skropiły?
- Tak. Wylały na mnie połowę jakiegoś różowego, cukierkowego świństwa, które nazywały perfumami, chociaż ja nazwałbym to wodą spod żelek.
- No dobrze. Niech będzie, wykąpiemy się razem i zmyję z ciebie ten zapach dziewczęcych sukienek.
- Będę wdzięczy, kochanie. - Fabien wstał trzymając mnie za pośladki, dzięki czemu bez problemu mogłem opleść go nogami w pasie.
Uwielbiałem jego siłę. Zresztą, było niewiele cech, za którymi nie szalałem, kiedy chodziło o Fabiena.

niedziela, 23 grudnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVIII - Gabriel Ricardo

WESOŁYCH ŚWIĄT I NAPRAWDĘ UDANEGO NOWEGO ROKU!


Niuch, niuch.
Co tak cuchnie?!
Skrzywiłem się, a mój zmęczony umysł powoli pozwalał świadomości przedrzeć się przez gęstą mgłę snu. Zanim zdołałem otworzyć oczy, musiałem je najpierw mocno zamknąć. Miałem wrażenie, że moje mięśnie i nerwy spinają się aby później się rozluźnić. Jeszcze nawet nie uchyliłem powiek, a już wiedziałem, że oczy będą mnie piekły. To było pewne!
Wziąłem głęboki oddech i zaraz tego pożałowałem.
Co u licha…
Otworzyłem w końcu oczy i spojrzałem na znajdującą się przed moją twarzą stopę.
Zerwałem się do siadu i zepchnąłem ją z siebie, ale szybko pożałowałem tak gwałtownych ruchów, ponieważ zakręciło mi się w głowie, a żołądek podszedł mi do gardła.
- Hej, ostrożniej!
Rzuciłem Michaelowi wściekłe spojrzenie.
- To zabieraj kulasa z mojej twarzy. - warknąłem niezadowolony. - Cuchnie jak francuskie sery.
- Tylko nie kulasa! Uwielbiasz moje nózie…
- Od biodra po kostkę, twoje cuchnące stopy to inna sprawa. Zresztą, co twoje syry robiły przy mojej głowie? - powstrzymałem mdłości kilkoma głębokimi oddechami.
- Świętowaliśmy, piliśmy wino, którego nie lubisz, ale i tak je piłeś, ponieważ od dawna nie byłeś pijany i zatęskniłeś za tym cudownym stanem świadomości w nieświadomości. Wróciliśmy do domu, położyłem cię spać, ponieważ byłem w lepszym stanie niż tym, ale kiedy zdejmowałem ci spodnie, sam usnąłem i ostatecznie wylądowaliśmy w pozycji 69. Nie pamiętasz?
Wysiliłem swój umysł w poszukiwaniu wspomnień wczorajszej nocy, ale były raczej zamglone i mętne.
- Coś tam pamiętam. - przyznałem i rozmasowałem palcami płat czołowy pomiędzy oczami.
- No właśnie…
- O Merlinie, co tak jedzie?!
- Sorrki, tak mi się jakoś…
Tym razem zawartość żołądka podeszła mi do gardła z takim zdecydowaniem, że wydarłem z łóżka i pognałem do łazienki nie bacząc na nic. Przytuliłem muszlę klozetową i nakarmiłem ją zalegającym mi jeszcze w żołądku alkoholem, żółcią i jakimiś tostami, które jadłem, a których nie strawiłem.
- Nic ci nie jest? - Michael zajrzał do łazienki, więc obrzuciłem go wściekłym spojrzeniem, które gdyby mogło zabijać, na pewno by to zrobiło.
- Jesteś świnią, wiesz o tym? - syknąłem.
- Przepraszam, ale musiałem dać temu upust…
- Skończ ten temat! - przełknąłem ciężko ślinę, nie pozwalając kolejnej fali mdłości na przewagę. - Masz szczęście, że nie boli mnie głowa i poza problemami z żołądkiem nic mi nie jest, bo chyba bym cię rozszarpał! I nie pierdź więcej!
Michael wzruszył ramionami.
- To przez te wczorajsze grzybki marynowane.
Merlinie, w kim ja się zakochałem.
- Poczekaj.
- Jakbym się gdzieś wybierał. - wymamrotałem i oparłem czoło o ścianę przy kibelku, jako że groziła mi powtórka sprzed chwili. Zamknąłem oczy licząc do dziesięciu, a kiedy skończyłem, zacząłem odliczanie od nowa. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś mnie to uspokajało.
Słyszałem jak Michael wraca do łazienki i siada obok mnie.
- Proszę. - powiedział, co zmusiło mnie do otworzenia oczu. Chłopak trzymał w rękach szklankę z gorącą, niesamowicie mocną herbatą. - Niezbyt zdrowe, ale za to pomaga. - przyznał z nieśmiałym uśmiechem.
- Dziękuję. - wziąłem od niego gorący kubek i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo było mi zimno.
- Kiedy wypijesz, zrobić ci kolejnej, tym razem z sokiem z czarnej porzeczki.
Przypomniał mi dlaczego się w nim zakochałem.
- Wykąp się, śmierdzielu, a kiedy skończysz i ja dopiję herbatę, wykąpiesz mnie.
Michael pojaśniał niczym letnie słońce. Patrzyłem jak się rozbiera, wrzuca ciuchy do kosza na brudną bieliznę i raźnym krokiem wchodzi do wanny.
Sącząc herbatę, podziwiałem jego umięśnione ciało. Znałem je na pamięć i nie miało przede mną żadnych tajemnic, ale i tak nie mogłem wyjść z podziwu, że poniekąd należy do mnie. Bo w końcu Michael był mój i tylko mój.
Chłopak nucił zadowolony siedząc w wannie i polewając się wodą z słuchawki prysznica. Nie wiem, co go tak bardzo cieszyło, ale mogłem się domyślać, że miało to coś wspólnego ze mną i moją propozycją kąpieli.
Udało mi się wypić całą herbatę jeszcze zanim Michael skończył swój prysznic. Musiałem przyznać, że naprawdę poczułem się trochę lepiej. Przypomniałem sobie także, że podczas kiedy ja po prostu piłem, Michael dbał o to, abym także jadł i pił dużo niealkoholowych płynął. Podejrzewałem więc, że mój brat bólu głowy był zasługą jego troskliwej opieki.
- Gotowy? - wysuszony, ale nie ubrany chłopak stanął przede mną z tym swoim rozbrajającym uśmiechem.
Podniosłem się powoli i pozwoliłem rozebrać. Michael pomógł mi wejść do wanny i sam zajął się całą resztą, jak ustawianie temperatury wody, mycie mojego ciała, włosów, uszu. Wyszorował mnie naprawdę dokładnie, a później pomógł wyjść, osuszył zostawił w łazience abym umył zęby, podczas kiedy on poszedł po jakieś ubrania dla nas. Był tak troskliwy, że nie byłem pewny czy przypadkiem czegoś ode mnie nie chce i po prostu próbuje zdobyć kartę przetargową w formie dobrych uczynków.
W dalszym ciągu nie czułem się najlepiej, ale zdecydowanie miałem już więcej sił i mój żołądek się nie buntował, więc wróciłem do pokoju. Michael był właśnie gotowy biec do mnie z ubraniami, więc zamiast bawić się z nimi w łazience, jak cywilizowani ludzie ubraliśmy się w sypialni. Przy okazji dostałem również kilka buziaków, na które nie mogłem liczyć wcześniej, kiedy to z paszczy kopało mi wymiocinami.
- Pościeliłem łóżko, więc siadaj na nim, oprzyj się i poczekaj na mnie. Przyniosę ci herbaty i coś lekkiego do zjedzenia.
- Wiesz, że prawdopodobnie i tak bym zwymiotował, nawet gdybyś nie puścił tego bąka zabójcy? - wolałem postawić sprawę jasno.
- Oczywiście, że wiem, ale nie zaprzeczysz, że jednak pomogłem ci w wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego, co w sobie miałeś.
- I nie zapominajmy, że wąchałem twoje nogi po tym, jak wiele godzin łaziłeś w tych swoich trepach. - dorzuciłem, jakbym już sam nie wiedział, czy mam go podnosić na duchu, czy zgnębić.
On posłał mi jednak zabójczy uśmiech, musnął lekko swoimi ustami moje usta i wyszedł z pokoju tanecznym krokiem. Albo miał naprawdę dobry dzień, kiedy mój był kiepski, albo podobało mu się, że może się o mnie troszczyć. Tak czy inaczej, podobało mi się to, że ten kudłaty głuptas robi wszystko co w jego mocy, aby poprawić moje samopoczucie i doprowadzić moje ciało, a w tym mój żołądek, do stanu użyteczności.
Zamknąłem oczy uśmiechając się do siebie i zacząłem układać w głowie plan tego, w jaki sposób odpłacę mu się za to wszystko. Wprawdzie chłopak pozbędzie się przy tym co najmniej kilkunastu włosów, ponieważ lubił, kiedy w czasie seksu zaciskałem na nich palce. Zresztą były na tyle długie, że niemal same się o to prosiły. Jaki mężczyzna nie ma ochoty złapać kochanka za włosy i przycisnąć do siebie jego głowy, czy to w pocałunku, czy też podczas obciągania? Może i miałem czasami lekką słabość do dominacji, ale nie zmieniało to faktu, że nawet ludzi pierwotnych przedstawiano przecież jako brutali ciągnących swoje wybranki za ich długie włosy.
Roześmiałem się z własnej głupoty. Jeśli takie rzeczy przychodziły mi do głowy w czasie trzeźwienia, może powinienem unikać alkoholu. Żołądek na pewno byłby mi za to wdzięczny.

niedziela, 25 listopada 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVII - Victor Wavele

- Czy ty nie powinieneś przypadkiem pomagać dzieciakom i odzyskiwać mojej koronkowej bielizny? - Noel uniósł brwi z drwiącym uśmiechem na tej swojej cudownej buźce, kiedy leżałem umierający na łóżku i w myślach oskarżałem się o głupotę. Poprzedniej nocy dałem się ponieść i za dużo wypiłem u Slughorna, a teraz cierpiałem za karę.
- Powinieneś być dl mnie wsparciem, a nie nabijać się. - mruknąłem cicho i ochryple.
- Nie oczekuj litości, kiedy robisz coś głupiego. - mój narzeczony pokręcił głową z dezaprobatą. Mimo to bez proszenia nalał wody do szklanki i pod mu ten zbawienny płyn. Usiadł na łóżku patrząc jak wlewam w siebie tę ambrozję dnia dzisiejszego. Następnie odebrał ode mnie puste naczynie i pozwolił abym ułożył głowę na jego kolanach. Delikatnie zaczął mnie głaskać i bawić się moimi włosami.
Zamruczałem zamykając oczy. Może i nie miał dla mnie litości, ale i tak mnie kochał, więc był łagodny. Nawet pomimo ostrych, karcących słów oraz kpin jakimi mnie raczył.
- Mój organizm potrzebuje czasami dużej dawki alkoholu. - stwierdziłem po kilkuminutowej chwili ciszy, kiedy to Noel nucił coś cicho, jakby planował w ten sposób ułożyć dziecko do snu. Nie ze mną te numery, nie byłem dzieckiem i nie planowałam spać, aby oszczędzić mu wysłuchiwania moich jęków bólu i mdłości.
- Doprawdy? - rzucił bez cienia zaufania, co do moich słów.
- To wewnętrzna potrzeba, której czasami muszę ulegać, aby moje ciało było silne, młodzieńcze i dawało ci pełną satysfakcję.
- Kochanie, z tego co wiem od alkoholu ciało szybciej się starzeje, opada z sił, obniża się jego odporność, a to co powinno stać, opada. - na koniec wskazał wymownie na moje krocze.
Cóż, miał prawo tak to ująć. W końcu kiedy przyszedłem pijany do jego gabinetu – sam nie wiem, jakim cudem udało mi się tam dowlec – nie byłem w stanie wykrzesać z siebie niczego, chociaż bardzo chciałem. A przynajmniej na to wskazywał fakt, że się do niego dobierałem, póki nie zasnąłem na klęczkach z głową między jego nogami opartą o materac.
Nie żeby Noel w ogóle na cokolwiek wtedy liczył. Domyślił się, że tak będzie i dlatego, kiedy ja usilnie próbowałem z nim flirtować – nie wiem czy cokolwiek z tego zrozumiał skoro nawet ja nie byłem pewny, co mówię – on przytakiwał znudzony. Kiedy wybełkotałem polecenie aby się położył, rozebrał i rozsunął dla mnie nogi, zrobił to bez szemrania. Uklęknąłem więc między tymi zgrabnymi udami, pochyliłem głowę wyduszając z siebie jakieś sprośności i w następnej chwili odleciałem. Obudziłem się rano obolały w tak nienaturalnych miejscach, że potrzebowałem chwili by domyślić się przyczyny. A mój mózg nie działał zbyt sprawnie wciąż otoczony oparami alkoholu i okropnym bólem głowy.
Poza tym mój narzeczony postanowił udokumentować mój niebywały pijacki wyczyn i pokazał mi zdjęcie, na którym śpię w pozycji „modlitwy do Allaha” między rozsuniętymi zachęcająco udami mojego cudownie nagiego chłopaka.
Co za wstyd. Dobrze, że nie miał tego komu pokazać, chociaż pewnie oprawi to zdjęcie i powiesi na ścianie w naszym domu na pamiątkę.
- Dobrze, przyznaję się, poniosło mnie. - postanowiłem się poddać.
W nagrodę otrzymałem kolejną szklankę wody i dwie tabletki, które wyglądały niczym skompresowane gwieździste niebo.
Połknąłem je i wypiłem całą wodę. Ciężko jednak było mi powiedzieć, czy zaspokoiłem przy tym swoje pragnienie, czy też nie szczególnie. W końcu miałem kaca, jak się patrzy! Plusem było tylko to, że nie wymiotowałem. Na razie.
- Jesteś taki wyrozumiały… - westchnąłem i zamknąłem się, chociaż chciałem dodać „teraz, dlaczego nie od samego początku?”
- Mam zamiar spędzić z tobą resztę życia. Wypada mi być wyrozumiałym, kiedy robisz coś głupiego, ale nie będę ci wtedy matkował. Sam zawalasz, sam cierpisz. Ja mogę ci co najwyżej trochę ulżyć. Ale pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi. Nie powinieneś pomagać i szukać zamiast umierać?
- Zanim poszedłem pić, dowiedziałem się tego i owego, więc nie do końca zmarnowałem wieczór. - teraz musiałem tylko przypomnieć sobie, czego właściwie się dowiedziałem, ponieważ alkohol miał to do siebie, że lubił spuszczać zasłonę niepamięci na niektóre wydarzenia i informacje. Miałem więc nadzieję, że Noel nie zapyta mnie o to, zanim sobie nie przypomnę, co takiego odkryłem w dniu wczorajszym.
Uratowało mnie pojawiające się nagle śniadanie. Nie byłem głodny, a mój żołądek na pewno wywinie orła, kiedy tylko włożę coś do ust, jednak nie mogłem tego powiedzieć Noelowi. Zresztą i tak kazałby mi jeść.
- Specjalnie dla cienie, kleik mleczny. - pokazał mi okropnie wyglądającą papkę. Aż mnie wzięło na wymioty, ale zdołałem się powstrzymać. - Powiedz „am”.
Jeden z mięśni mojej twarzy zadrżał jakby w konwulsjach, kiedy nieznoszący sprzeciwu wzrok mojego pięknego, ale bezlitosnego mężczyzny wydawał się przybijać mnie do łóżka wielkimi, zardzewiałymi gwoździami aby bardziej bolało.
Nie miałem więc wyjścia. Otworzyłem usta i pozwoliłem by Noel zaczął karmić mnie kleikiem. Mimo moich wcześniejszych obaw, nie był najgorszy i jak na razie nie powodował mdłości. Wydawało mi się także, że trochę łagodzi moje dolegliwości, za co byłem niesamowicie wdzięczny.
Dzięki niemu też mnie olśniło i przypomniałem sobie, co odkryłem. Ten cholerny, zboczony skrzat zaszył się pod zamkiem, w lochach. Teraz jednak trzeba było go wykurzyć i jakoś się go pozbyć. No i odzyskać bieliznę Noela.
Jasne, był piękny, przystojny, seksowny we wszystkim co nosił oraz bez niczego na sobie, ale jednak kręcił mnie w tych swoich koronkowych łaszkach i uwielbiałem je z niego zdejmować, więc musiałem odzyskać te, które stracił, jak również umożliwić mu zakładanie innych, w tym także koronkowej koszuli nocnej. Póki cholerny Skrzat był na wolności, mogłem zapomnieć o takiej możliwości.
Merlinie drogi, jakież to było frustrujące! W szczególności, że przed całą tą akcją ze znikającymi ubraniami kupiłem mojemu narzeczonemu bardzo seksowne wdzianko i teraz nawet nie było sensu mu go dawać, ponieważ zaraz by zniknęło, zanim byśmy się nim obaj nacieszyli.
- Nienawidzę tego Skrzata, nienawidzę tego bólu głowy i tej cholernej suszy w ustach. - mruknąłem.
- Ktoś tu się robi jeszcze bardziej nadąsany. Mój mały Victorek. - Noel poklepał mnie po policzku lekko. - Otwieraj paszczę i kończ kleik! - syknął chwilę później wmuszając we mnie ostatki śniadania.
I ja miałem związać się z kimś takim na całe życie… Nie, nie rozmyśliłem się. Jeśli to możliwe to jeszcze bardziej się w nim przez to zakochiwałem. Co mogło świadczyć o moim ukrytym masochizmie, chociaż podejrzewałem, że jednak winą za to należało obarczyć alkohol, który nadal krążył w moich żyłach.
- Skoro ten Skrzat potrafił rzucić zaklęcie okradające ludzi z ulubionych ubrań, inny Skrzat powinien potrafić rzucić takie, które chociaż przez chwilę zablokuje tamto… - sam nie wiem skąd mi się to nagle wzięło. Po prostu przyszło niczym olśnienie. Olśnienie na kacu, to coś nowego. - A więc jeśli przycisnąć jakiegoś Skrzata aby nam pomógł… Ty będziesz przynętą, a ja z tą małą szajką cwaniaków zaczaję się na skrzaciego wariata, który na pewno wyczuje, że coś ogranicza jego zaklęcie i przyjdzie sprawdzić to osobiście. Wtedy się na niego rzucimy… Nie, wróć. Dzieciaki się na niego rzucą, a ja w tym czasie uniemożliwię mu ucieczkę przy pomocy jego magii.
Noel przerwał moje rozważania nad genialnym planem, wycierając mi usta, jak małemu dziecku.
- To jest całkiem niezły pomysł. Muszę tylko wybrać dla ciebie jakieś odpowiednie ubrania i zabezpieczyć cię na wypadek, gdyby plan nie wypalił. Nie pozwolę żeby ktokolwiek podziwiał twoje idealne ciało. Muszę poinformować o tym Syriusza i znaleźć Skrzata gotowego do współpracy po dobroci lub pod przymusem, jeśli nie będzie innej drogi.
- Masz zamiar iść do dormitorium chłopców w Gryffindorze? - mój mężczyzna uniósł pytająco brew. - Masz na tyle sił?
- Napiszę do niego. Nie będę się wygłupiał z głośnymi korytarzami. Zresztą nie mam sił się nawet wykąpać, a śmierdzę jak gorzelnia.
- Uwielbiam to, że jesteś taki szczery z samym sobą. - Noel zachichotał i pocałował mnie w czoło. - Pomogę ci napisać wiadomość, jeśli chcesz.
- Tak, proszę. Nie mam sił utrzymać pióra, więc to naprawdę mi pomoże.
Widziałem, jak Noel przewraca oczyma i kręci głową. Wiedział, że w tym wypadku przesadzam, ale zaakceptował to.
Był idealnym partnerem dla kogoś takiego jak ja.

środa, 14 listopada 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXVI - Andrew Sheva

Wymieniłem porozumiewawcze spojrzenie z Cyrillem. Nie potrzebowaliśmy słów aby się rozumieć, ponieważ obaj myśleliśmy o tym samym: naszemu przyjacielowi odbiło. Widziałem Aarona w wielu sytuacjach i z różnych stron, a podejrzewałem, że Cyrille znając go dłużej mógłby pochwalić się jeszcze większą ich liczbą, jednak obaj byliśmy zgodni, co do tego, że żaden z nas nie widział dotąd Aarona pod tym kątem. Jakikolwiek był to kąt, biorąc pod uwagę to jak dziwacznie się wygiął.
- Co ty, Merlinie drogi, robisz? - zapytałem przechylając głowę na bok. Kątem oka widziałem, jak Pszczoła robi dokładnie to samo.
- Ćwiczę.
- Okeeeeeeeej… - Cyrille spojrzał na mnie szybko, a następnie znowu przeniósł spojrzenie na kumpla. - A co?
- Jogę.
Tym razem ja i rudzielec patrzyliśmy na siebie zdecydowanie dłużej. Niemal naprawdę słyszałem rozmowę, jaką przeprowadzaliśmy bezgłośnie.
„Co to jest joga?”
„Może to rodzaj sadomasochistycznych praktyk.”
„A może ma to coś wspólnego ze skłonnościami samobójczymi? Spójrz na ten nienaturalny kąt wygięcia ciała!”
„Chyba widziałem kota, który robił kiedyś coś podobnego, myślisz, że to może mieć związek z jakimś kultem kotów lub innych zwierząt?”
Powoli powróciliśmy spojrzeniami do Aarona i przechyliliśmy głowy w drugą stronę, kiedy chłopak zmienił pozycję.
- A po co? - Cyrille starał się dowiedzieć jak najwięcej, ale jednocześnie nie alarmować Aarona w żaden sposób. Jeśli mielibyśmy się na niego rzucić aby uratować mu życie, lepiej żeby nie próbował tego uniknąć.
Czarnowłosy westchnął ciężko, usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami i spojrzał na nas z wyraźnym niezadowoleniem. Najwidoczniej nie podobało mu się, że mu przeszkadzamy.
- Po pierwsze, aby poprawić elastyczność ciała. Poza tym jest to podobno forma relaksu. To jednak jest mi obojętne, więc od razu przejdę do punktu drugiego. A więc, po drugie, aby zwiększyć swoje możliwości w łóżku.
- Masz zamiar spać w takiej pozycji? - zapytałem wstrząśnięty takim wyznaniem.
- Oszalałeś?! W łóżku, jako w seksie! - prychnął na mnie. - Florin zaczął ćwiczyć jogę i to, co potrafi wyczyniać kiedy się kochamy przerasta ludzkie pojęcie!
No tak, jak mogłem się nie domyślić, że po ostatniej wizycie w domu Aaronowi chodziło po głowie coś szalonego. W końcu chodził zamyślony, dziwnie uśmiechnięty i jakiś taki inny.
- Człowieku, liczba pozycji, jakie można wykorzystać wzrasta przynajmniej o połowę!
- Merlinie, całe życie z debilami… - Cyrille złapał się za głowę.
Aaron zignorował komentarz przyjaciela i spojrzał na mnie.
- Dla niego nie ma już ratunku, ale dla ciebie… Wierz mi, kiedy Flo zacznie się wyginać podczas seksu… Dotarłem do miejsc, w które nie sądziłem, że kiedykolwiek dotrę.
Czułem jak walczą we mnie dwie idee. Jedna wrzeszczała „dlaczego muszę wysłuchiwać szczegółów jego życia płciowego?!”, druga zaś szeptała kusząco: „Fabienowi na pewno by się to podobało...”.
- Może ci się to też przydać w quidditchu. - Aaron sięgnął po ciężką broń, artyleryjską.
- Jak? - Zapytałem krótko.
- Podnosząc swoją sprawność fizyczną, rozciągając mięśnie, dzięki czemu jesteś w stanie przyjąć na miotle pozycje, jakie dla innych są nieosiągalne.
- Przejdź na ciemną stronę mocy… - mruknął przedrzeźniając Cyrille.
- Pomyślę o tym. - odpowiedziałem w najbardziej taktycznie odpowiedni sposób, jaki znałem.
- Jak tam chcesz. - Czarny wzruszył ramionami i wrócił do swoich ćwiczeń.
Patrzyłem jak wygina się dziwacznie i wyobraziłem sobie do czego może być zdolny z czasem, kiedy zdoła się wprawić w te wszystkie dziwactwa, którymi zaraził go jego chłopak.
Usiedliśmy w Pszczołą na jego łóżku i obserwowaliśmy w ciszy. Nadal nie byliśmy przekonani, co do zdrowia psychicznego przyjaciela, chociaż fakt, jakiś sens w jego słowach dało się dostrzec. W końcu rzeczywiście gdyby tak zwiększyć swoje fizyczne możliwości, człowiek mógłby więcej zyskać. Mógłbym to wykorzystać zarówno w przyszłej pracy, jak i w życiu prywatnym. Upiekłbym dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Spróbowałem wyobrazić sobie jakąś dziwaczną pozycję w czasie seksu z Fabienem. Coś, co mógłby uznać za podniecające i przyjemne, ale jakoś mi to nie wychodziło. Wszystko było albo niewygodne, albo strasznie dziwaczne. Na miotle miało sens, ale podczas seksu?
- Możesz mi wyjaśnić jak zakładanie nogi za głowę może wpłynąć na jakość seksu? - Cyrille marszczył brwi i byłem pewny, że właśnie stara się usilnie znaleźć odpowiedź na swoje pytanie, ale najwyraźniej nie szło mu to podobnie jak zresztą mi.
- Przyznaję, że sam właśnie nad tym myślę. Jestem pewny, że Fab byłby zachwycony, tylko nie wiem jak niby miałoby do tego dojść.
- Wiem, że jestem chyba nieczuły i zabrzmię jak skończony dupek, ale gdybym miał kochać się z dziewczyną, która złożyłaby się jak scyzoryk, pomyślałbym o kalece… No bo wiesz, nienaturalna pozycja ciała i w ogóle… Może ja się lepiej zamknę.
- Wiem o co ci chodzi, więc nie ma problemu, ale przyznaję, że nadal nad tym myślę. Może w niektórych pozycjach to faktycznie ułatwia dostęp do… wybacz, pewnie nie chcesz znać szczegółów.
- Nie martw się tym, od kiedy wiem o Aaronie, zdołał mnie już wdrożyć w takie szczegóły, że dziwię się, jakim cudem potrafię jeszcze spać spokojnie. Ostatnio kiedy byłeś na treningu, strzelił mi wykład na temat tego, że można cytuję: penetrować i być penetrowanym w tym samym czasie, koniec cytatu. Tylko trzeba mieć długiego żeby zamknąć koło.
- O Merlinie… - jęknąłem. - Naprawdę ci o tym opowiadał?
Rudzielec pokiwał głową.
Robiąc wielkie oczy popatrzyłem na Aarona, który właśnie opadł na swoją matę do ćwiczeń i wziął kilka głębokich oddechów. Miałem wrażenie, że od kiedy związał się z Florinem, nie myślał o niczym innym, jak tylko o seksie. W sumie nie mogłem się temu dziwić, sam taki byłem na początku mojego seksualnego przebudzenia i związku z Fabienem. Wcześnie zacząłem, ale też moje ciało było wtedy w pełni gotowe, więc co niby miałem zrobić. Słyszałem dziewczyny rozmawiające o tym, że w wieku jedenastu lat zaczęły się masturbować, chociaż nie do końca nawet wiedziały, co robią, ale potrzebowały pozbyć się seksualnego napięcia, co dotarło do nich dopiero po latach.
- Czemu tak na mnie patrzysz? - Aaron podniósł się i zaczął zwijać matę i zdejmować ubrania, które miał na sobie i które trochę przepocił, kiedy tak się gimnastykował.
- Nie istotne. - mruknąłem – Idź się wykąpać i wracaj tutaj, bo zbliża się pora kolacji, a ja nie zamierzam czekać na ciebie dłużej niż to konieczne.
Chłopak wzruszył ramionami i zniknął w łazience.
Dla mnie i Cyrille’a była to chwila na zebranie myśli, zastanowienie się nad tym, co z winy Aarona zaprzątało nam teraz głowy i do pewnego stopnia także na szybkie przestudiowanie wszystkich za i przeciw wciągnięcia się w jego dziwaczne sadomasochistyczne praktyki o nazwie joga.

niedziela, 21 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXIV - Syriusz Black

Nie ważne jak długo i jak intensywnie nie myślelibyśmy nad sensownym planem szpiegowania Skrzatów i odkrycia miejsca, w którym ukrywają swojego szalonego pobratymcę, i tak nie doszlibyśmy do niczego. Nasze głowy były zupełnie puste, a przynajmniej pusta była moja. Skoro nie mogliśmy wykorzystać Peleryny Niewidki, wszystko wzięło w łeb i po prostu zostaliśmy z niczym. W takiej sytuacji nawet mój Remus nie mógł nas wybawić z opresji. Był naprawdę dobrym czarodziejem, ale nie cudotwórcą.
Moje myśli powoli zaczynały wchodzić na mroczne ścieżki brutalnego wyciskania informacji siłą ze Skrzatów Domowych, kiedy zaraz nad moją twarzą, a leżałem na swoim łóżku z rękami pod głową, pojawiła się doniczka z kwiatkiem w środku.
- Kurwa! - syknąłem nie mogąc powstrzymać przekleństwa i sturlałem się z łóżka na ziemię. Upadek bolał, ale na pewno mniej niż bolałaby doniczka rozbijająca się na mojej głowie. - Nic mi nie jest! - rzuciłem do zaniepokojonych przyjaciół i wczołgałem się na łóżko. Cholerny kwiatek w doniczce, który wylądował na mojej poduszce właśnie wypluwał z siebie zwitek pergaminu.
Cóż, dobrze, że kotary mojego łóżka były zasunięte, ponieważ przyjaciele na pewno zainteresowaliby się czymś takim, a ja wolałem jednak uniknąć tłumaczenia im dlaczego ktoś omal nie roztrzaskał zaczarowanej donicy na mojej głowie. Sam zrobiłem coś podobnego nauczycielowi run, kiedy pokręciłem jedną z nich i nabiłem mu ogromnego guza. Do tej pory mi tego nie zapomniał, a przecież od tamtego czasu minęło już wiele miesięcy, może nawet rok.
Sięgnąłem po wypluty przez kwitek pergamin uświniony chlorofilem i rozwinąłem. Zacząłem czytać wiadomość i musiałem przyznać, że domyślałem się już wcześniej tego, co w nim znajdę. Victor chciał się ze mną spotkać za pięć minut na zakręcie korytarza prowadzącego do mojego Domu.
- Idę zwerbować Victora. - rzuciłem do kolegów biorąc donicę pod pachę.
Na szczęście nie zadawali pytań co do zaczarowanego chwasta, którego niosłem.
Stawiłem się na miejscu spotkania jeszcze przed nauczycielem i krążyłem po korytarzu zataczając kółka. Nie denerwowałem się, po prostu nie lubiłem sterczeć bezczynnie, kiedy chwilę wcześniej podskoczył poziom adrenaliny w mojej krwi, a niewątpliwie w moich żyłach płynęło jej nadal naprawdę sporo po otrzymaniu wiadomości w tak ekstremalnym stylu. Victor Wavele był mściwą bestią, co do tego nie miałem wątpliwości.
Stukot obcasów jego eleganckich butów usłyszałem jeszcze zanim pojawił się w zasięgu mojego wzroku. Ten człowiek był elegancki nawet jeśli musiał ubierać się w co tylko popadło. Podziwiałem go za to. Tym mocniej, że kiedy się zbliżył i miałem okazję obrzucić go szybkim spojrzeniem nie mogłem zaprzeczyć, że wyglądał naprawdę dobrze w tym co miał na sobie. A przecież kolory jego ubrań były prawdziwie paskudne.
- Syriuszu, zapewne domyślasz się dlaczego chciałem z tobą rozmawiać? - nauczyciel nie owijał w bawełnę. Patrzył mi w oczy, jakby sądził, że skłamię w odpowiedzi na jego pytanie, jeśli miałem coś wspólnego z całym dzisiejszym zamieszaniem.
- Wiem. - przyznałem, jako że nie trudno było się domyślić, o co może mu chodzić. - Wiem kto jest za to odpowiedzialny, ale nie chcę aby to się  rozniosło.
- Mów. - to jedno słowo wyrażało od razu zgodę. Czułem to, ponieważ znałem już nauczyciela wystarczająco dobrze, by czasami rozumieć go bez zbędnych słów, czy przydługich wyjaśnień.
- Szalony Skrzat Domowy.
- Co? - wytrzeszczył oczy.
Wziąłem głęboki oddech i powtórzyłem.
- Szalony Skrzat Domowy. Wiem to z pewnego źródła. Cokolwiek zginęło zostanie na pewno w końcu oddane. - dodałem, ponieważ miałem zamiar zadbać by naprawdę tak było. - Rzecz w tym, że osoba, która mi to powiedziała nie chce aby dowiedział się o tym dyrektor, a ja musiałem obiecać, że niczego mu nie zdradzę. Przyznaję, że pańska wiadomość była mi na rękę, ponieważ już wcześniej zastanawiałem się nad poproszeniem o pomoc. Pomijam fakt, że niemal rozwalił mi pan głowę. - rzuciłem nauczycielowi pełne urazy spojrzenie, ale nic sobie z tego nie robił. Po prostu wzruszył ramionami.
- Refleks masz całkiem niezły, jak widzę. - brzmiał jego komentarz.
- Podejrzewamy, że szkolne Skrzaty mogą ukrywać tego wariata. - wróciłem do interesującego nas w tej chwili najbardziej tematu. - Nie wierzymy, że mógłby ukrywać się gdzieś w zamku bez wiedzy innych. Problem w tym, że nasz plan inwigilacji Skrzatów jest dziurawy jak sito. W sumie to dziura na dziurze, więc nie mamy nic czego moglibyśmy się uczepić. Potrzebujemy pomocy aby pozbyć się problemu i odzyskać możliwość normalnego ubierania się, ponieważ swoje ubrania odzyskaliśmy. - dostrzegłem błysk w oczach nauczyciela i domyśliłem się, że musiało zginąć mu coś, na czym bardzo mu zależało. Byłem ciekaw co to takiego, ale nie wtykałem nosa w nie swoje sprawy aż do tego stopnia. Nie chciałem walczyć o życie lawirując między spadającymi donicami.
- Umówmy się, że ty zadbasz aby wszystkie ukradzione rzeczy wróciły do właścicieli, a ja w tym czasie zajmę się ze Skrzatów informacji.
A więc nie myliłem się! Naprawdę mu na czymś zależało.
Wyciągnąłem dłoń w jego stronę, a on uścisnął ją pewnie.
- Tylko proszę pamiętać, że dyrektor nie może się o niczym dowiedzieć.
- Spokojnie, Syriuszu, nie jestem amatorem. Wiem w jaki sposób zmusić kogoś do mówienia bez alarmowania kogokolwiek.
- Proszę mnie nauczyć! - o tak, coś podobnego mogłoby mi się w przyszłości przydać. Tym bardziej jeśli miałbym w jakiś sposób współpracować z Remusem w jego agencji detektywistycznej.
Nauczyciel namyślał się przez dłuższą chwilę.
- Kiedy skończysz szkołę. - powiedział w końcu – To nie jest zgodne z wytycznymi Ministerstwa Magii dotyczącymi używanych przez czarodziejów zaklęć, ale kiedy ukończysz Hogwart, podejmę się tego i nauczę cię.
Czułem, jak mnie usta rozciągają się w szerokim uśmiechu. Tak, wiedziałem, że na tego człowieka mogę liczyć zawsze! Był dla mnie niczym starszy brat i to nie miało się zmienić nawet po zakończeniu szkoły. Pasował mi taki układ.
Zgodziłem się kiwając głową. Wymieniliśmy kilka zdawkowych uprzejmości i w końcu rozeszliśmy się wracając do swoich zajęć. On musiał zabrać się za przepytywanie Skrzatów, zaś ja za nakłanianie Hagrida do jak najszybszego zwrotu ukradzionych przez jego Skrzata ubrań i innych części garderoby.
Zanim jednak przystąpiłem do pisania łzawego listu do gajowego, od którego planowałem zacząć swoją część naszego układu z profesorem, opowiedziałem o spotkaniu przyjaciołom. Uznałem, że skoro i tak siedzimy w tym razem to powinni znać wszystkie szczegóły. Zresztą byłem pewny, że Victor opowie o wszystkim Noelowi, jako swojemu najlepszemu przyjacielowi, który na pewno również ucierpiał na skutek Hagridowego błędu w ocenie sytuacji, jego dobrego serca i głupiej mózgownicy.
Przyjaciele obiecali mi pomóc w pisaniu listu i zmyślaniu rzewnych historii, które przekonałyby Hagrida do działania. Bluzka po zmarłej mamie, prezent od ukochanej babci lub byłego chłopaka, którego nadal się kocha, bluza z autografem idola i inne opowieści mogłyby równie dobrze zamienić się w jakąś książkę dla młodzieży, gdyby tylko trochę ciężej nad tym popracować. Tyle że ja nie potrzebowałem zbioru opowiadań a łzawego listu. Chciałem w nim opisać Hagridowi niby to zasłyszane na korytarzach i w Pokoju Wspólnym historie ukradzionych łaszków. Do tego kilka wstydliwych wyznań o paradowaniu na golasa przed sympatią lub wręcz przeciwnie, przed kimś kogo się nie lubi. Po liście planowałem wybrać się do Hagrida osobiście kolejnego dnia i zabierając ze sobą przyjaciół opowiedzieć mu jeszcze kilka zmyślonych historii, może już nie tak dramatycznych, ale wartych usłyszenia i rozważenia, a później pozostanie mi odczekanie na ruch Hagrida. Jeśli go nie uczyni, wrócę z czymś jeszcze lepszym. Z czymś, czego nie będzie mógł zignorować! Byłem pewny, że gajowy należał do osób w pewnym stopniu przesądnych, więc jeśli rozegrałbym wszystko właściwie, może zdołałbym go wystraszyć i zmusić do pokornego, natychmiastowego zwrotu ubrań, które zalegały w jego chacie. Nie oszukujmy się, na pewno nie miał w planach zabrać się od razu za ich odsyłanie. Obawa, że zostanie odkryty, jako przyczyna problemów była zbyt wielka. Nie, Hagrid nie planował zabrać się do pracy bez zwlekania i nie trzeba czytać w jego myślach by wiedzieć.
Czekało nas naprawdę sporo pracy, jeśli chcieliśmy przekonać tego upartego osła do czegokolwiek.

niedziela, 7 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXIII - Noel Seed

Wybaczcie mi wszelkie literówki, powtórzenia i inne byki T^T

Niemal nagi, mając na sobie tylko bokserki, przegrzebywałem szufladę z koronkową bielizną w poszukiwaniu takiej, która spełniałaby wszystkie wymagania mojego narzeczonego, ale jednocześnie nie zniknęłaby, kiedy tylko ją na siebie założę.
Chociaż początkowo sądziłem, że nie będzie to tak trudne, szybko przekonałem się, jak bardzo się myliłem i powoli zaczynałem wątpić w to, że w ogóle zdołam znaleźć coś odpowiedniego. Obawiałem się, że w grę wchodziły w najbliższym czasie tylko zwyczajne slipy i bokserki, ale to nie zadowalało Victora, który zagustował w koronkach do tego stopnia, że sam zapełnił moją szufladę delikatnymi, seksownymi majtkami o najróżniejszym kroju.
Zza moich pleców rozległo się ciche prychnięcie, nie pierwsze i nie ostatnie dnia dzisiejszego.
Uśmiechnąłem się pod nosem rozbawiony i zasunąłem szufladę poddając się. Odwróciłem się do siedzącego w fotelu, nadąsanego mężczyzny i pokręciłem głową z westchnieniem, jakbym miał do czynienia z upartym, głupiutkim uczniem.
- I pomyśleć, że jeszcze niedawno uważałeś, że powinienem nosić tylko stuprocentowo męską bieliznę, a teraz płaczesz nad koronkowymi majtkami, które zniknęły.
Victor prychnął głośno i nachmurzył się jeszcze bardziej.
- Nie płaczę! - syknął. - Lubiłem cię w tych majtkach. Były bardzo seksowne…
- I zawsze, kiedy je ubierałem twoje drugie ja przejmowało nad tobą kontrolę. - wskazałem wymownie na krocze mężczyzny i zaśmiałem się cicho. Chmurna mina mojego narzeczonego sprawiła mi dziwną radość. Wydawał mi się taki słodki i niewinny w tym swoim nadąsaniu. Ten dumny mężczyzna naprawdę ubolewał nad utratą mojej bielizny, a musiałem przyznać, że nie spodziewałem się tego, że może ją aż tak bardzo lubić. Jasne, podniecała go, ale nie sądziłem, że do tego stopnia.
- Chodź tu! - rzucił rozkazującym tonem wskazując na swoje kolana.
Uśmiechnąłem się i podszedłem. Wspiąłem się na fotel klękając okrakiem nad jego udami i oparłem swoje czoło o jego. Wsunąłem dłonie w gładkie, brązowe włosy mężczyzny bawiąc się nimi na jego karku.
- Jestem… - powiedziałem cicho, niemal szeptem i potarłem swoim nosem o jego.
Victor przesunął dłońmi po moich udach od kolan po biodra i powoli w dół, aby znowu podjąć wędrówkę w górę. Zadrżałem, kiedy zrobił to po raz pierwszy, a później dreszcze sunęły po moim kręgosłupie za każdym razem, gdy zmieniał kierunek, w którym poruszały się jego ręce.
- Jesteś piękny, Noelu. - wymruczał. - Nie ważne, co masz na sobie, ale i tak uwielbiałem cię w tych cholernych majtkach i podwiązkach.
Zamruczałem z aprobatą i lekko musnąłem ciepłe, suche usta mężczyzny.
- Powiedz mi czego chcesz, kochanie. - szepnąłem w jego ucho i przygryzłem wrażliwą muszelkę.
- Wstań, a przekonasz się czego chcę. - zamruczał gardłowo.
Przez całe moje ciało przeszedł cudowny dreszcz podniecenia, który sprawił, że moje serce razem z krwią pompowało rozkosz prosto do krocza.
Zerwałem się na równe nogi wyczekując z niecierpliwością ruchu Victora.
Na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech, który przegonił wcześniejsze niezadowolenie. Mężczyzna również się podniósł i powoli, patrząc mi w oczy, uklęknął przede mną. Powoli przesunął opuszkami palców po skórze moich ud. Oblizał się i przysuwając do mojego krocza, zaczął kąsać je i ssać przez materiał bokserek. Momentalnie zacząłem twardnieć, a on zamruczał z aprobatą. Jego palce wydawały się wodzić po moich udach niczym po strunach harfy.
Zatęskniłem za delikatnymi, lekkimi koronkami, które w tej chwili pozwoliłyby mojemu członkowi na swobodę, czego nie mogły mi zaoferować bokserki. Krępowały mnie, a Victor jakby nic sobie z tego nie robił. W końcu jednak zahaczył palcami o gumkę bielizny i zsunął ją odsłaniając moją pobudzoną męskość.
Patrzyłem w dół, na klęczącego przede mną mężczyznę i widziałem głód w jego oczach, kiedy spoglądał na moje ciało.
- Cudowny… - zamruczał i przechylając głowę w bok, sięgnął wargami moich jąder. Najpierw lizał je lekko, drażniąco, a następnie possał lekko. Jakby dla kontrastu, jego dłonie zacisnęły się mocno na moich pośladkach.
Zajęczałem i gdyby nie silne, zdecydowane dłonie na moim tyłku pewnie ugięłyby się pode mną kolana.
Victor tymczasem przesunął język wyżej i zaczął sunąć po spodniej stronie mojego członka. Wsunąłem dłonie w jego włosy, ale starałem się za nie nie ciągnąć. Nie chciałem żeby mój kochanek martwił się łysieniem na starość w takiej chwili.
W końcu poczułem jak gorąca wilgoć ust mężczyzny zaczyna obejmować cały mój członek od główki po trzon. Jęknąłem głośno i zadrżałem, ale Victor nie pozwolił mi na przegrupowanie sił. Opróżnił policzki i od razu zaczął poruszać głową. Raz miał między wargami tylko koronę mojego penisa, to znowu brał mnie w siebie tak głęboko, że nosem niemal dotykał mojego podbrzusza.
- Bogowie, Victorze! - jęknąłem gardłowo. Odchyliłem głowę do tyłu i łapałem głęboko powietrze. Poczułem, jak palce kochanka wbijają się w moje ciało tak mocno, że na pewno miały zostawić po sobie siniaki.
Nagle rozkosz stymulacji skończyła się, kiedy mężczyzna wstrzymał swoje cudowne ruchy.
- Nie! - wydusiłem z siebie i spojrzałem na to klęczące piękno, które wyczekująco uchyliło usta w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
Zacisnąłem pewniej dłonie na włosach mężczyzny i wypchnąłem biodra do przodu, zagłębiając się w słodkie ciepło chętnych warg.
Zacząłem walić jego usta powoli, ale głęboko, jednak kiedy zobaczyłem z jaką błogością przyjmuje każde pchnięcie, podniecenie sięgnęło zenitu i chyba tylko cudem nie wytrysnąłem w te wspaniałe wargi. Victor wyglądał, jakbym to ja sprawiał mu w tej chwili niewyobrażalną przyjemność, a nie na odwrót. Zwiększyłem tempo ruchów, ale jednocześnie nie wchodziłem już tak głęboko.
Spod półprzymkniętych powiek popatrzyłem na Victora i dostrzegłem, że w czasie kiedy ja pieprzyłem jego usta, on masował swoje pobudzone krocze.
- Mój boże! - jęknąłem, zadrżałem i wytrysnąłem niespodziewanie. Moje ciało poruszało się spazmatycznie, kiedy opróżniałem jądra w te gorące, anielskie usta.
Mój mężczyzna zaczął teraz znowu poruszać głową, aby wyssać ze mnie całe nasienie do ostatniej kropli. Dopiero wtedy wypuścił mnie ze swojego ciepła i oblizał się zadowolony.
- Myślę, że bez tych koronek i tak damy sobie jakoś radę. - zamruczał.
- Doprawdy? A jak on da sobie radę? - wskazałem na wypychającą jego spodnie męskość.
- Hmm… - podniósł się z klęczek i usiadł w fotelu rozchylając zapraszająco uda. - Obaj chcemy abyś zaspokoił go dłońmi. Żebyś go dotykał i pieścił, zapamiętał jego kształt do tego stopnia, abyś przypominał go sobie nawet wtedy, kiedy w toalecie trzymasz w dłoni swojego.
Gdyby nie fakt, że przed chwilą szczytowałem i potrzebowałem dłuższej chwili by się zregenerować, na pewno znowu znajdowałbym się w pełnej gotowości słysząc te słowa. A tak:
- Victorze! - jęknąłem tylko i wziąłem głęboki oddech. Moje serce wydawało się lekkie i skrzydlate.
Uklęknąłem między nogami mężczyzny i dobrałem się do jego spodni. Rozpiąłem je uwalniając spod materiału imponującą, ciężką męskość kochanka.
Pochyliłem się biorąc go w usta, aby rozprowadzić po nim moją ślinę, a następnie odsunąłem się i objąłem go dłonią tak jak tego chciał.
Zacząłem powoli sunąć w górę i w dół gorącego, pulsującego trzonu. Kiedy stwierdziłem, że jest zbyt suchy, znowu go polizałem. W końcu jednak mogłem przyspieszyć ruchy dłoni, a pierwsze wypływające z jego penisa drobne krople nasienia zaczęły ułatwiać mi pracę.
Victor był duży, nabrzmiały od pulsującej krwi. Pod palcami wyczuwałem jego żyły i wiedziałem doskonale kiedy trzon rozszerzał się przechodząc w idealnie kształtną koronę penisa. Mimowolnie przypomniało mi się to cudowne uczucie, kiedy ta pełna główka pokonywała opór moich mięśnie i wnikała we mnie ze słodką mieszaniną rozkoszy i cudownego bólu.
Wróciłem myślami do swojego aktualnego zajęcia. Tak bardzo chciałem zadowolić kochanka, wypełnić jego polecenie i zapamiętać jego kształt i strukturę każdym nerwem.
Przyspieszyłem ruchy i zmieniłem odrobinę kąt, dzięki czemu siła jaką wkładałem w pieszczenie kochanka pozostawała taka sama, ale on mógł odczuwać wszystko dokładniej. Drugą dłonią sięgnąłem jego jąder i zacząłem je masować.
- Noelu! - moje imię wyjęczane zachrypniętym z rozkoszy głosem było niczym muzyka.
Uśmiechnąłem się do siebie i nie przerywałem. Może odrobinę jeszcze zwiększyłem tempo, na tyle na ile byłem w stanie.
Kiedy w końcu poczułem, jak jądra kochanka zbliżają się do jego ciała, a on wypchnął biodra prosto w moją dłoń, przysunąłem wargi do jego ciała zaczynając spijać każdą stróżkę nasienia, które je opuściła.
Victor uwielbiał kiedy to robiłem.
- O tak, Noelu. Właśnie tak. - wydyszał, co było moją małą wygraną, gdyż obaj w tamtej chwili dostaliśmy to czego chcieliśmy.

poniedziałek, 1 października 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXII - Albus Dumbledore

Patrzyłem z niedowierzaniem na stojącego przede mną w samej bieliźnie Gellerta, który wypluwał z siebie przekleństwa w naprawdę zadziwiającym tempie. Kiedy przeszył mnie swoim intensywnym spojrzeniem lśniących wściekłością dzikich i pięknych oczu, zadrżałem bynajmniej nie ze strachu.
Gellert był wprawdzie bardzo szczupły, ale jego mięśnie choć słabo zauważalne były twarde i silne. Jego przydługie, posiwiałe włosy i równie srebrna broda z rozkosznym wąsikiem nadawały mu zadziorności, która zawsze tak mi imponowała i rozpalała. Ostry nos, kuszące usta…
Mój wzrok znowu zaczął schodzić w dół po pokrytej bladą skórą piersi czarodzieja.
- Oczy mam wyżej, Dumbledore! - wyrzucił z siebie ochryple, jakby strzelał z bicza.
Znowu zadrżałem, ponieważ doskonale pamiętałem dzień, kiedy daliśmy szansę takiej formie erotycznej rozrywki.
Gellert stojący nade mną z lśniącym złotym blaskiem magicznym pejczem… Krótki, ale intensywny ból zastępowany przez rozkoszne ciepło i drętwienie skóry…
- Znam to spojrzenie, Albusie, i nie radzę ci nadal zmierzać w tym kierunku.
Wziąłem głęboki oddech, który miał mnie uspokoić, chociaż wbrew pozorom wcale tego nie zrobił, a  jedynie bardziej mnie rozpalił, gdyż moje nozdrza wypełnił zapach szamponu i płynu do kąpieli, jako że mężczyzna stojący przede mną niedawno wyszedł z łazienki po długiej kąpieli. Mój wieloletni kochanek nie domyślił się jednak tego, jak na mnie podziałał, nazbyt skupiony na swojej nagości.
- Jeśli trochę ochłonąłeś, powiesz mi co to ma znaczyć? - wskazał na swoje pozbawione ubrań ciało. Jeszcze niedawno miał bowiem na sobie zupełnie nowe szaty, które kupiłem mu specjalnie z okazji naszej randki, którą na dziś zaplanowaliśmy.
- Nie mam pojęcia – przyznałem szczerze. Gellert nie do końca mi chyba dowierzał, biorąc pod uwagę badawcze spojrzenie, jakim mnie przeszywał. - Naprawdę nie wiem! - uniosłem ręce w geście mającym dodatkowo podkreślić moją niewinność. - Z ubraniami wszystko było w porządku i naprawdę liczyłem na to, że dziś gdzieś razem wyjdziemy.
- Niech będzie. Wierzę, ale w takim razie, co…
Jego pytanie zostało przerwane przez kroki słyszane na schodach dzięki stukotowi obcasów. Gellert zaklął po swojemu i zniknął w toalecie, jako że pracujący w mojej szkole nauczyciele na pewno rozpoznaliby go w mgnieniu oka, a ja nie chciałem się tłumaczyć z jego obecności w moim gabinecie. Tym bardziej kiedy miał na sobie wyłącznie bieliznę.
Żałowałem jednak tego, że musiał się schować, ponieważ bardzo podobało mi się to, co do tej pory widziałem. Co z tego, że nie byliśmy już najmłodsi, skoro to co było między nami nadal cechowały żywe i mocne uczucia? I nie chodziło wyłącznie o sentymenty, motylki w brzuchu czy romantyzm, ale także o te bardziej pierwotne uczucia, jak pożądanie czy podniecenie. Gellert nadal był dla mnie atrakcyjny, a mojemu libido niczego nie dało się zarzucić.
- Proszę! - zaprosiłem kobietę, która zapukała do drzwi gabinetu. McGonagall weszła do środka skanując pomieszczenie jakby oczekiwała, że zobaczy tu coś, co mogłoby ją zainteresować. Miała na sobie jakąś mało elegancką suknię, co trochę mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę to, jak zawsze ubierała się z dużą dbałością o szczegóły.
- Panie dyrektorze, mamy problem. Wśród uczniów i nauczycieli wybuchła panika, kiedy nagle zniknęły ubrania, które niektórzy z nich mieli na sobie. Niektórzy zostali zupełnie nadzy. - dodała aby podkreślić powagę sytuacji.
- Proszę usiąść i powiedzieć mi na ten temat coś więcej. - wskazałem krzesło przed biurkiem, które kobieta zajęła posłusznie.
- Nastąpiło to jednocześnie lub niemal jednocześnie w różnych częściach szkoły. U uczniów z różnych domów i każdej płci. Podobnie było z nauczycielami. Sama ucierpiałam przez to wszystko i proszę mi wierzyć, że nie mam pojęcia jak do tego w ogóle doszło, a przecież powinnam mieć chociaż jakieś podejrzenia.
- Mogę sobie to wyobrazić. - moje myśli wróciły do niemal nagiego kochanka, który zapewne podsłuchiwał teraz pod drzwiami toalety. - No cóż, chodźmy sprawdzić, czy nie było to jakieś zaklęcie rzucone przez ucznia, które wymknęło się spod kontroli. - podniosłem się i otworzyłem drzwi koleżance z pracy.
Miałem nadzieję na spędzenie bardzo romantycznego i gorącego dnia z moim kochankiem, ale to musiało poczekać. Im szybciej zajmę się sprawami szkoły, tym szybciej znowu znajdę się z nim sam na sam, a właśnie tego pragnąłem najbardziej w tej chwili.
Opuściłem więc swój gabinet z żalem i bólem, ponieważ czułem między nogami napięcie, od którego mogła mnie uwolnić tylko jedna osoba, a tę musiałem niestety zostawić samą w gabinecie. Że też ze wszystkich dni coś takiego musiało wydarzyć się właśnie dzisiaj!
***
Nic. Jedno wielkie nic. Chociaż wykorzystałem cały arsenał znanych mi zaklęć, które mogły się przydać w odkryciu przyczyny problemu znikających ubrań, nie udało mi się dojść prawdy. Byłem jednocześnie zły i podniecony, jako że z jednej strony moja wiedza zawiodła, zaś z drugiej miałem przed sobą wyzwanie.
- I gdzie moje ubrania? - powitało mnie nadąsane pytanie, zaledwie wróciłem do siebie.
- Nie wiem. Jk na razie nie doszedłem do niczego. - odpowiedziałem przyznając się do porażki.
- Naturalnie, że nie. Beze mnie raczej nie łatwo jest ci dochodzić. - słysząc to zadarłem głowę do góry. Na twarzy Gellerta pojawił się zbereźny uśmieszek. - No dalej, rozbieraj się. Skoro nie możemy wyjść jak planowaliśmy, będziemy mieli randkę tutaj. Już to przemyślałem, kiedy cię nie było. Niech te twoje Skrzaty dostarczą nam tutaj jedzenie, otworzymy wino i zapewnisz mi należytą rozrywkę. Ale nie planuję jako jedyny siedzieć w samej bieliźnie!
- Fala podniecenia rozlała się po moim ciele z niesamowitą siłą. Gellert na pewno wiedział, że właśnie rozbudził we mnie podniecenie, które zdoła tylko w jeden sposób ostudzić. Uśmiechał się do mnie bowiem w ten wiele mówiąc sposób, który od lat doprowadzał mnie do przyjemnego szaleństwa.
- Nie każ mi czekać, Albusie. - upomniał mnie ostro.
Posłusznie wysłałem od razu wiadomość do Skrzatów i przygotowałem wspomniane przez kochanka wino. Następnie rzuciłem zaklęcie na drzwi oraz całe pomieszczenie aby je wyciszyć i uniemożliwić innym dostanie się do środka. Rozebrałem się do bielizny tak, jak chciał tego mój Gellert. Zauważyłem, że jego spojrzenie sunęło po moim ciele tak, jak wcześniej moje przesuwało się po jego.
- Mmm… Rozumiem, że mamy teraz chwilę dla siebie, więc chodź tu do mnie. - zamruczał zmysłowo, co poczułem aż w kroczu, a jego drapieżny chichot powiedział mi, że najprawdopodobniej moje podniecenie było także widać na mojej twarzy.
Postąpiłem kilka kroków w jego kierunku, a on szybko skrócił resztę dzielącego nas dystansu. Nie wiem, co robił, kiedy wyszedłem, ale najwyraźniej miałem z tym wiele wspólnego, jako że mężczyzna złapał mnie zdecydowanie, niemal brutalnie za szyję i przyciągnął do mocnego, wygłodniałego pocałunku. Objąłem go w pasie i poddałem się, kiedy jego gorący język wpełzł w moje usta. Nie było w tym za grosz delikatności, jako że Gellert uwielbiał, kiedy nasze wargi i języki walczyły ze sobą pieszcząc się przy tym gwałtownie i mocno. Tak jak on uwielbiał wygrywać w takich starciach, tak i ja uwielbiałem, kiedy był górą.
- Tfuj! - odsunął się nagle ode mnie i przesunął palcami po języku. - Mam w ustach twoją brodę.
Nie wytrzymałem i roześmiałem się. Jego stwierdzenie było szczere do bólu, obrzydliwe, ale jednocześnie dziwnie intymne. Po tylu latach burzliwego związku nie tylko moją brodę miał już w ustach.
- Nie pozbędę się jej, Gellercie. - od razu zaznaczyłem z mocą.
- Cholera, to ty powinieneś siedzieć zamknięty w wierzy, a nie ja! Wprawdzie z łatwością się z niej wymykam, ale mimo wszystko. - jakiś psotny ognik zalśnił w jego oczach. - Stawałbym pod wierzą, a ty spuszczałbyś swoją brodę abym się po niej wspiął. - roześmiał się rozbawiony niczym dziecko swoim dowcipem. Uspokojenie się zajęło mu dłuższą chwilę. - Roszpunko moja… - rzucił szczerząc ostre zęby i kładąc dłonie na moich biodrach, przysunął mnie bliżej siebie.
Na udzie poczułem jego twardniejącą męskość.
Nawet gdyby świat dowiedział się o nas, nikt by nie uwierzył, że to ten sam czarodziej, który terroryzował magiczną społeczność nie tak znowu dawno temu i którego pokonałem.
Jęknąłem, kiedy mężczyzna zatopił zęby w moim ramieniu i lizał ugryzione miejsce, jakby chciał mi w ten sposób wynagrodzić swoją słabość do podobnych zachowań.
To najwyraźniej miał być bardzo udany dzień, nawet bez obiecanej przed miesiącem randki poza murami zamku.

środa, 22 sierpnia 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXXI - Andrew Sheva

Od środka rozpierała mnie nieograniczana niczym energia i duma, jakiej nigdy dotąd nie czułem. Wręcz nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście i sukces, jaki osiągnąłem w tak krótkim czasie. Musiałem jak najszybciej podzielić się tą nowiną z przyjaciółmi, jeśli nie chciałem pęknąć od wszystkich tych powstrzymywanych emocji.
Przyznaję, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem o wszystkim powiedzieć w pierwszej kolejności Fabienowi oraz rodzicom, ale po głębszym zastanowieniu uznałem, że przyjaciele są bliżej, a ja muszę wszystko z siebie wyrzucić. Moi bliscy dowiedzą się więc w dalszej kolejności i będą musieli się z tym pogodzić.
Wpadłem do pokoju z tak szerokim uśmiechem, że przyjaciele nie mogli nie zwrócić na to uwagi.
- Głowa zaraz podzieli ci się na dwie części – skomentował moją widoczną radość Aaron.
- Człowieku, świecisz i błyszczysz tak jasno, że zaraz stracimy wzrok! - dodał coś od siebie Cyrille.
- Bardzo zabawne. - pokazałem im język. - Dostałem miejsce w Miotłach Saint-Germain! - wyrzuciłem to w końcu z siebie, a kumple potrzebowali chwili aby w pełni pojąć, co właśnie powiedziałem. Patrzyłem, jak powoli ich oczy stają się coraz większe, a usta uchylają się stopniowo.
- Nie kłamiesz?! - zapiszczał podniecony Pszczoła, a kiedy pokręciłem głową w odpowiedzi, rzucił się na mnie i uściskał, nie robiąc sobie nic z tego, że mężczyznom nie wypada okazywać w ten sposób emocji.
- Cudownie! - Mroczny był wstrzemięźliwszy w swojej radości. Uśmiechał się jednak równie szeroko, co ja chwilę wcześniej. - Chcę mieć bilety w dwóch sztukach na wasze mecze! W loży vipowskiej!
- Obaj macie to jak w banku! - odsunąłem się od Cyrille’a. - Nadal z trudem mogę w to uwierzyć. Pavard przeszedł do innej drużyny, hiszpańskiej i dzięki temu zwolniło się miejsce dla mnie. Od kiedy zacząłem grać w naszej szkolnej drużynie, a tata rozpowiedział w środowisku quidditcha, że planuję jednak pójść w jego ślady, obserwowano moje mecze i postępy. - relacjonowałem podniecony. - Teraz muszę ćwiczyć, jeśli chcę grać, a nie tylko czekać na swoją kolei w przypadku czyjejś kontuzji. Muszę zapracować na miejsce Pavarda.
- I nie jest ci żal, że akurat Pavarda już tam nie ma? - Aaron uśmiechnął się w ten charakterystyczny dla niego, zawadiacki sposób.
- Bardzo zabawne! - znowu pokazałem mu język. - Jest miły dla oka, ale nie w moim typie. Wolę bardziej męskich. - zacząłem zdejmować z siebie eleganckie, drogie ciuchy, które ubrałem na czas spotkania z przedstawicielami pierwszego w mojej rozpoczynającej się dopiero karierze klubu.
- I lepiej zbudowanych, z tego, co zauważyłem. - Cyrille dołączył do naszego małego droczenia się.
- Fakt, ale i tak mam już kogoś na stałe, więc nie przesadzajcie, dobra? Nie jestem tak niedopieszczony żaby się ślinić do nie swoich mężczyzn!
- Skoro tak mówisz… - czarnowłosy zwiesił wymownie głos, więc rzuciłem mu „mordercze” spojrzenie, które tylko go rozbawiło. Zresztą, jak zawsze.
- Idę wysłać wiadomość do domu i Fabiena. Nie mówcie nikomu, że mi się udało dostać do paryskich Mioteł! Po was muszą się dowiedzieć moi bliscy, bo się obrażą.
- Nie martw się, nie piśniemy ani słowa, póki nie pozwolisz. - Cyrille znowu mnie ściskał. - Ale się cieszę!
Uwielbiałem swoich przyjaciół! I musiałem napisać też do tych, których zostawiłem w Anglii. Oni również zasługiwali na to, aby dowiedzieć się jak najszybciej. Uznałem więc, że wyślę sowę od razu także do nich. Remus na pewno będzie ze mnie dumny. Bilety na mój pierwszy mecz podeślę również im. Wprawdzie nie załatwię im wszystkim biletów vipowskich, ale zwyczajne na pewno uda mi się wyprosić.
Wprawdzie zacznę grać dopiero po skończeniu szkoły, jako że teraz czekały mnie egzaminy, których nie mogłem oblać, ale wiedziałem, że ani się obejrzę, a już będę siedział na miotle na stadionie Mioteł Saint-Germain.
Marcel! Nagle przypomniałem sobie, że on również musi się szybko dowiedzieć o moim sukcesie. W końcu sam grał w tym klubie, kiedy był młody i kontuzja nie przekreśliła jeszcze jego kariery. Ludzie nadal nie mogli przeboleć tej straty, a więc byłem pewny, że mówiąc mu o przyjęciu mnie do jego dawnego klubu, zdołam przy okazji przyplusować dzięki niemu u trenera i managerów.
Ach, miałem przed sobą świetlaną przyszłość!
I większą grupę bliskich mi osób niż początkowo sądziłem.
Zaśmiałem się do siebie w pełen duchowej satysfakcji sposób. Miałem kochającą rodzinę, wspaniałego chłopaka, cudownych przyjaciół oraz grono znajomych, a przyjaciół mojego chłopaka, na których zawsze mogłem polegać. Wyobraziłem sobie trybuny zapełnione tymi wszystkimi osobami podczas moich meczy i rozbawiony zachichotałem. Kilka mijających mnie dziewczyn rzuciło mi pytające spojrzenia, jakbym zachowywał się co najmniej dziwacznie, ale całkowicie je zignorowałem.
Skręciłem w skrzydło przeznaczone na menażerię i skierowałem się w stronę sowiarni. Mimowolnie przypomniałem sobie wieczór, kiedy niczego nie podejrzewając, wpakowałem się tam akurat w porze karmienia. To było straszne! Mało, że sowy były wszędzie, to jeszcze musiałem patrzeć, jak ostrymi dziobami rozrywają delikatne skrzydełka oraz małe ciała ciem, które właśnie wpuszczono do pomieszczenia. Od zawsze miałem słabość do motyli oraz ich wieczorno-nocnych odpowiedników, więc był to dla mnie koszmar. Tłuściutka, uziemiona poczwarka przeradza się w końcu w istotę o wiele ładniejszą i w dodatku posiadającą skrzydła, dzięki którym świat stoi otworem i to tylko po to, żeby zostać pożartym przez taką sowę. I pomyśleć, że jako animag właśnie taką formę przyjmowałem.
Ostrożnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do sowiarni. Miałem dziś szczęście, ponieważ nie trafiłem na chwilę karmienia oraz wielkiego polowania na owady. Sowy siedziały spokojnie na kuprach, o ile sowy miały kupry.
Wszedłem do środka i od razu skierowałem kroki i stronę stolika z papeterią.
Spojrzałem w stronę jednej z sów, która właśnie rozdziobywała pająka. Fuj! Nie lubiłem pająków.
Zabrałem się za pisanie wiadomości zaczynając od tej do Fabiena. To właśnie w niej chciałem zawrzeć możliwie najwięcej emocji, jako że z kim, jak nie z moim ukochanym miałbym się nimi dzielić. Byłem pewny, że Fabien postanowi jakoś uczcić mój sukces i już nie mogłem się tego doczekać. Wprawdzie nie wiedziałem, co takiego wymyśli, ale nie wątpiłem, że będzie to bardzo satysfakcjonujące przeżycie.
Następnie napisałem do rodziców i Remusa, również nie kryjąc swojej radości. Byłem bardzo ciekaw ich odpowiedzi, ale na to musiałem poczekać. Na koniec skleciłem kilka słów do Marcela Camusa, skupiając się na czystych faktach oraz prosząc o wszelkie rady, jakich mógłby mi udzielić w temacie gry dla Mioteł Saint-Germian.
Wybrałem trzy szkolne sowy, znajdujące się możliwie daleko od tej, która wcześniej zjadała pająka, i przekazałem im liściki. Patrząc jak odlatują, zastanawiałem się, czy aby na pewno o nikim więcej nie zapomniałem. Byłem tak uradowany swoim osiągnięciem, że z łatwością mogłem pominąć kogoś istotnego.
Nie, na pewno nie. Opuściłem więc menażerię i wróciłem do pokoju tylko po to, aby wyszorować ręce, a następnie z przyjaciółmi u boku skierowałem się w stronę jadalni na obiad. Teraz musiałem udawać powagę i nie dać po sobie poznać, że udało mi się dostać miejsce w klubie. W końcu wszyscy nauczyciele wiedzieli o moim dzisiejszym spotkaniu, więc gdybym tylko dał coś po sobie poznać, zaraz rozpaplaliby tę informację na prawo i lewo. Cała szkoła dowiedziałaby się wszystkiego jeszcze przed moimi rodzicami, przyjaciółmi z Anglii i ukochanym, a to nie byłoby fair. Miałem prawo wybierać kolejność, w jakiej będę rozgłaszał newsy dotyczące mojej osoby.
- Stary, tak mi teraz przyszło do głowy. W świat ludzi sławy planujesz wejść jako singiel, czy osoba zajęta? - Aaron rzucił szeptem, kiedy usiedliśmy przy stole.
- Hm? - nie do końca rozumiałem.
- Młody, atrakcyjny, utalentowany… Tak czy inaczej, będą się za tobą uganiać, ale natężenie pewnie będzie zależało od tego, czy zdeklarujesz się jako singiel czy zajęty. Wiesz chyba o co mi chodzi?
Kurczaczek, jasne, że wiedziałem! 
- Nad tym jeszcze się nie zastanawiałem. - przyznałem.
- W takim razie nie bój nic, pomożemy ci ocenić wszystkie za i przeciw. - Aaron zatarł dłonie.
Co on znowu kombinował?

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kartka (nie) z pamiętnika - Alice Mbappe

Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. Pytana o swoje prorocze sny zawsze wyjaśniała, że jej ciało jest po prostu wrażliwe na wszystkie bodźce odbierane z zewnątrz, które później w formie snów są analizowane przez jej mózg. Wiedziała wprawdzie, że jej babka od strony matki praktykowała voodoo, zaś pradziadek ze strony ojca był szamanem, który narkotyzował się jakimiś roślinami dla sprowadzenia wizji, jednak szczerze wątpiła by miało to jakikolwiek wpływ na nią oraz „dar”, który jej przypisywano, a w który ona nie wierzyła. W końcu nie pamiętała wszystkich swoich snów, a te, które pamiętała, wydawały się raczej łatwe do przewidzenia, kiedy zastanowiła się nad tym głębiej.
To, co działo się z nią w tej chwili było jednak czymś zupełnie innym. To nie był sen, ponieważ nie spała. Była w pełni świadoma tego, że znajduje się na korytarzu otoczona przez tłum uczennic czekających na następne zajęcia przed klasą. Jednocześnie jej umysł odpływał jednak w gęstą, odległą senną mgłę. Czegoś takiego zdecydowanie nie doświadczyła do tej pory na jawie.
A wszystko to przez NIEGO! Przez niego lub te cholerne krewetki, które zjadła na obiad. Może były nieświeże? A może zawierały jakieś trujące związki z powodu zanieczyszczenia środowiska przez ludzi? Jakkolwiek by nie było, wszystko zaczęło się, kiedy przeszedł obok i przypadkiem otarł się o nią ramieniem.
Andrew Sheva. Uczeń wyższego rocznika, z którym nigdy nie rozmawiała, chociaż w pewnym stopniu ją fascynował, coś ją do niego przyciągało, jakby mieli ze sobą coś wspólnego. Nie wiedziała jednak co i nigdy nie zabiegała o to aby się dowiedzieć.
Teraz patrzyła na niego zamglonym wzrokiem i nie była w stanie poruszyć najmniejszym nawet mięśniem ciała.
Mgła, która ją otulała zaczęła rzednąć i na środku szkolnego korytarza, niczym w ekranie telewizora, zaczęła dostrzegać zupełnie inny świat. Widziała wnętrze wielkiego, pięknie urządzonego domu. Jedną ze ścian pokrywała gablota wypełniona pucharami i nagrodami, gdzieś w pobliżu stało biurko zawalone papierami. Dom wessał ją głębiej, szczegóły się zamazały i nagle znowu otoczenie nabrało ostrości. Znajdowała się za drzwiami łazienki, z wnętrza której dochodziły odgłosy wymiotów. Po chwili jednak ustał zastąpiony dźwiękiem spłukiwanej w toalecie wody oraz wody lejącej się z kranu do umywalki.
Drzwi otworzyły się i wyszedł z nich młody, atrakcyjny mężczyzna o zmęczonej twarzy i przekrwionych oczach. Andrew Sheva, choć starszy, niż ten, którego znała z widzenia teraz.
- Wypij, może ci przejdzie. - usłyszała za sobą łagodny męski głos.
Andrew odebrał od kogoś kubek pachnącego miętą naparu i uśmiechnął się słabo.
- Dziękuję. - rzucił i podmuchał parujący napar. Upił łyk, po czym szurając nogami, jakby nie mógł ich unieść nad ziemię, ruszył w stronę jedynych otwartych drzwi.
Zniknął za nimi, a Alice ponownie poczuła, jak coś ją zasysa, jakby była przyklejona do podłogi, a jednocześnie wciągana przez wielki odkurzacz nad sobą. Nie było to przyjemne uczucie i sprawiało, że kręciło jej się w głowie.
Kiedy koszmarne uczucie minęło, stała pośrodku wielkiego, jasnego pokoju. Andrew z podciągniętą pod brodę koszulką oglądał w lustrze swój wystający brzuch.
- Niemożliwe… - mówił do siebie z niedowierzaniem.
Odwrócił się w prawo, następnie znowu w lewo, stanął przodem do lustra i znowu powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą.
- Niemożliwe…
Alice zrobiło się niedobrze, kiedy ssanie powróciło, ale jeszcze to wytrzymała.
Wydawało jej się, że któraś z przyjaciółek stojących obok jej fizycznie prawdziwego ciała coś powiedziała, zaś ona jej odpowiedziała, chociaż nie wiedziała o co chodziło i nie czuła nawet ruchu własnych warg, a jednak miała pewność, że się odezwała i nawet się roześmiała.
Jak to możliwe skoro stała teraz w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które wywołało u niej ciarki na całym ciele? Widziała tył głowy i plecy kobiety siedzącej przed niewielkim monitorem jakiejś szkaradnej, przypominającej pokracznego robota maszyny, obok niego leżał rozebrany do połowy Andrew Sheva. Gdzieś w pobliżu jakiś inny mężczyzna chodził w kółko podenerwowany. Kobieta wycisnęła paskudne gluty na wystający brzuch Andrew i przyłożyła do niego coś, czego dziewczyna nie widziała wyraźnie, ponieważ przysłaniała to ręka kobiety. Prawdę mówiąc wcale nie była ciekawa, co to dokładnie było. Może właśnie miała być świadkiem jakiejś koszmarnej zbrodni? Zabójstwa, którego ofiarą padnie chłopak?
- To niemożliwe… - usłyszała zachrypnięty kobiecy głos.
- Co?! - warknął ten, który dotąd krążył w kółko.
- Niemożliwe…
- Co jest, cholera, niemożliwe?!
Andrew pobladł na twarzy.
- To dziecko. - rzuciła z niedowierzaniem kobieta.
- Co?! - Andrew i mężczyzna, który wydawał się stać za plecami Alice wykrzyknęli jednocześnie.
- Boże, jest w ciąży. - kobieta chyba zasłoniła usta dłonią.
Jasny blask, który niespodziewanie wybuchł przed oczami Alice oślepił ją na chwilę, a ból przeszył głowę, jakby ktoś wbijał jej igłę w skroń. Szarpnął nią odruch wymiotny, ale była pewna, że jej ciało wcale tego nie odczuło, jakby było oddzielone od duszy, chociaż do tego nie doszło. Równie szybko, jak pojawiła się jasność, zapadły ciemności, które ukoiły jej obolały umysł i pozwoliły jej zapanować nad sobą.
Jej oddech się wyrównał, znowu słyszała odgłosy uczennic na korytarzu oraz głosy swoich przyjaciółek, widziała znikającą za rogiem postać Andrew Shevy.
- Alice? - jedna z przyjaciółek położyła jej dłoń na ramieniu. - Zbladłaś, dobrze się czujesz?
- Muszę do toalety. - odpowiedziała pospiesznie i nie zastanawiając się ruszyła w stronę najbliższej łazienki dziewcząt. W głowie miała całkowitą pustkę, która powoli zapełniała się wspomnieniami tego, co działo się z jej ciałem, kiedy duch odpłynął w senne odmęty wizji, majaków, czy czymkolwiek to było.
Biorąc ten sam zakręt, za którym chwilę wcześniej zniknął Andrew Sheva, zdołała dostrzec jeszcze jego plecy i nagle przed oczyma stanął jej jego obraz z wielkim niczym piłka brzuchem, który gładzą dwie pary dłoni.
Szarpnięciem otworzyła drzwi toalety i podbiegła do umywalki. Wszystkie mięśnie jej ciała spięły się, a piersią szarpnęło, kiedy zaczęła wymiotować różowawą mazią, w której mogła jeszcze odróżnić kawałki krewetek od ryżu oraz warzyw, które wydawały się poszatkowane. Kolejne szarpnięcie i kolejna porcja wymiocin wylądowała w umywalce. Alice nie widziała zupełnie nic przez załzawione oczy. Odkręciła wodę i pozwoliła jej spłukać przetrawioną do połowy zawartość żołądka.
Co to cholera było?! Myślała, kiedy zaczęła się uspokajać. Najchętniej skontaktowałaby się teraz z babcią, która może zdołałaby rzucić na to wszystko trochę światła, ale wstydziła się opowiedzieć komukolwiek o tym, co widziała, jeśli w ogóle coś widziała. Merlinie, może to po prostu wytwór jej zestresowanego bliskimi egzaminami umysłu? A może dowód na to, że popada w obłęd, jak jej cioteczna babcia, która kilka lat wcześniej powiesiła się na klamce od drzwi toalety zaraz po świętach bożonarodzeniowych?
Jeśli popadła w obłęd tak jak ona, to nie chciała się do tego przyznawać przed kimkolwiek.
Opłukała usta, otarła oczy i wilgotne policzki, doprowadziła się pospiesznie do prządku i wyszła z łazienki mając nadzieję, że nie doświadczy nigdy więcej tego, przez co przyszło jej przejść niespełna pięć minut wcześniej.
Wróciła do przyjaciółek i uśmiechnęła się do nich przepraszająco.
- To te krewetki. - wyjaśniła zwięźle.
Tego dnia nie odważyła się już rozglądać wokół siebie, aby przypadkiem nie zatrzymać wzroku na tym, który wywołał u miej ten dziwny napad szaleństwa. Nikomu też o tym nie powiedziała, zaś w pamiętniku pod datą zostawiła pustą, niezapisaną stronę, która wydawała się krzyczeć, że wydarzyło się coś, czego wolała nie wspominać.
Bez względy na to, co niejednokrotnie powtarzały jej przyjaciółki, Alice Mbappe nigdy nie uważała się ani za wróżkę, ani jasnowidza, a już na pewno nie za wyrocznię. I rzeczywiście musiała mieć rację, ponieważ nie przewidziała, że ta właśnie pusta strona pamiętnika będzie prześladować ją przez całe życie i nie pozwoli jej zapomnieć o wydarzeniach tamtego dnia.

środa, 27 czerwca 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXIX - Matthew Sorcers

To były dla mnie ciche i upokarzające dni, kiedy tchórzowsko unikałem nie tylko Gregoire’a, ale i reszty przyjaciół.  Nie chciałem z nimi rozmawiać, ponieważ nie planowałem dzielić się z kimkolwiek swoimi problemami oraz odczuwanym strachem przed popełnieniem jakiegoś głupiego błędu. Zresztą Gregoire był powodem moich zmartwień, Alexander i Jace nigdy by mnie nie zrozumieli, a rozmowa z Samem, z którym czasami sypiałem, o moim dziewictwie analnym byłaby zbyt krępująca. Nie oszukujmy się, i tak nie uśmiechały mi się zwierzenia. Od razu moglibyśmy urządzić sobie babski wieczór, piżama-party i pogaduchy przy gorącej czekoladzie.
No błagam! Bez takich jaj!
Może i byłem wybredny, przez co mój problem niestety pozostawał niezmienny i wcale nie byłem bliższy jego rozwiązania, mimo długich godzin analiz, obliczania za i przeciw oraz innych takich głupot, którymi ludzie starają się dojść do porozumienia z rozumem i sercem.
A może po prostu za bardzo się tym wszystkim przejmowałem? Greg mógł chcieć mnie wrobić, żebym się od niego odczepił, więc może właśnie wpadłem po uszy w jego pajęczą sieć?
Nie żebym nie myślał o tym wcześniej. Prawdę mówiąc przychodziło mi to do głowy przynajmniej trzy razy dziennie, ale nigdy nie zbliżyłem się do poznania odpowiedzi na pytanie o uczciwość kumpla i jego rzeczywiste plany spędzenia ze mną jednej, głupiej nocy.
Jakie było prawdopodobieństwo, że Gregoire postanowił się ugiąć i spróbować seksu z facetem, chociaż od dawna już tego odmawiał i nie interesował się tak naprawdę żadną z płci? No dobra, może po prostu nie wiedziałem kto go interesuje, a kto nie, ponieważ nie zwykł o tym mówić, a ja nie naciskałem. Ale i tak zakładałem, że woli laski – miękkie, okrągłe, delikatne tyłki, równie okrągłe i miękkie cycki oraz stanowczo zbyt wielkie jak na mój gust sutki. Nie, kobiety były beznadziejne. Czy to możliwe, że Greg nie dostrzegał piękna w twardym, prężnym ciele mężczyzny? W twardym, ciasnym tyłku, twardej, płaskiej piersi?
Cholera, jak to w ogóle możliwe, że faceci w większości gustowali w babach?
Na myśl o związku mieszanym zrobiło mi się niedobrze. Z jakiegoś powodu ostatnio miałem tak coraz częściej, jakbym wyrabiał w sobie jakiś rodzaj heterofobii. Wyobraziłem sobie słabszą i delikatniejszą kobietę leżącą z rozłożonymi nogami pod większym od niej facetem i skrzywiłem się do siebie. Jakie to upokarzające nie mieć wyboru, czy chce się być górą, czy dołem! Dwój mężczyzn zawsze miało wybór, kiedy jeden decydował się być dołem, a drugi górą. Zawsze też mogli się zamienić. Kobieta zawsze musiała być tą, która przyjmuje w siebie faceta, jeśli była w zwyczajnym związku, jak większość innych. Upodlające.
Na chwilę pozwoliłem swoim myślom ucichnąć i spojrzałem w wpatrzone we mnie szare oczy o całkiem ładnym kształcie. Skupiłem rozbiegany wzrok stwierdzając, że patrząca na mnie dziewczyna marszczy brwi i przechyla głowę w bok, jakby imitowała sowę.
- Czego? - zapytałem z warknięciem.
- Zaraz ktoś pieprznie cię drzwiami prosto w łeb, bo stoisz od kilku minut przed wejściem do klasy, w której właśnie skończyły się zajęcia?
- Kurwa!
Na twarzy dziewczyny pojawił się pełen zadowolenia i wyższości uśmiech. Zadowolona z siebie ruszyła dalej korytarzem, zostawiając mnie z moją złością i wstydem.
Cholerna cwaniara! Drapieżnik od A do Z. Więc dlaczego tworząc ludzi ten Ktoś-Na-Górze nie wziął tego pod uwagę? Dlaczego jednych stworzył fizycznie uległymi, a innych fizycznie dominującymi?
Zastanowiłem się chwilę, po czym ruszyłem szybko za dziewczyną. Nigdzie się jej nie spieszyło, więc zatrzymałem ją zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej i złapałem za rękę.
- Co? - zapytała wyszarpując nadgarstek z mojego niezbyt silnego uścisku.
- Jesteś typem lidera czy robola?
Zmarszczyła czoło patrząc na mnie, jak na idiotę, ale odpowiedziała.
- Lidera w przebraniu robola, ponieważ wtedy unikam brania odpowiedzialności za swoje akcje i jestem leniwa.
- W związku dominujesz czy dajesz się zdominować?
- Nie lubię związków, ale nie daję się zdominować. Dominuję z ukrycia, tak żeby nie musieć się wysilać, ale żeby było po mojemu.
- Góra czy dół? - zapytałem nagle. Nie wiem czy mnie zrozumiała, ale odpowiedziała od razu.
- Góra.
- Dlaczego?
- Góra oznacza władzę i możliwości, pozwala na większą pewność siebie i decydowanie o sobie.
Skinąłem głową, odwróciłem się do niej tyłem i po prostu odszedłem. Kątem oka wydawało mi się, że dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i ruszyła w swoją stronę, jakbym nigdy jej nie zatrzymywał. Byłem pewny, że nie miała pojęcia, co chciałem osiągnąć zadając jej te pytania, ale tego chyba nawet ja sam nie mogłem być do końca pewny. Niemniej jednak utwierdziła mnie w przekonaniu, że świat jest zbudowany nienaturalnie, ponieważ narzuca nam role i nie pozwala na wolne dokonywanie wyborów. Gdyby ta dziewczyna mogła po dorośnięciu wybrać swoją płeć, byłaby mężczyzną. Widziałem to w jej oczach. Była feministką, ponieważ jakiś bóg uczynił ją kobietą i uznała, że musi walczyć o swoje, o wyższość swojej płci, która pod tak wieloma względami była słabsza. Zdawała sobie sprawę z fizycznej przewagi mężczyzn i denerwowało ją to. Nie musiałem jej znać, aby wiedzieć to wszystko na pewno. Wystarczyło zwrócić uwagę na to, jak na mnie patrzyła, jak się do mnie odnosiła i przeanalizować sens jej słów.
A co oznaczało to dla mnie i mojej sytuacji?
Naprawdę wiele!
Ona musiała być silna, ponieważ nie miała innego wyjścia. Musiała zaakceptować swoją uległość albo ją odrzucić. Ja miałem wybór, miałem okazję zgodzić się na to, co mi odpowiadało, co mnie kręciło i płynąć z prądem. W moim przypadku nie chodziło o podporządkowanie się Tym-Lub-Temu-Na -Górze, a więc nie było niczego mało męskiego w podejmowaniu decyzji wiążącej się z przyjemnością dla samego siebie. To tak jakby wybierać czy wolę zjeść słodki batonik, czy słone chipsy. Ja mogłem wybierać i przybierać, a ona miała tylko jedną opcję.
Tak, właśnie porównałem role w seksie do niezdrowych przekąsek.
Teraz musiałem tylko stawić czoła samemu sobie, swoim potrzebom, przeanalizować dokładnie to, czego pragnąłem. Czy chęć całkowitego zbliżenia się do Gregoire’a była uczuciem ogólnym, czy w jakiś sposób ukierunkowanym? Chciałem go nie ważne w jakiej roli, czy może chciałem go po prostu zdominować, zaliczyć, zdobyć?
- Ależ ja jestem głupi! - jęknąłem na głos.
- Nie znam cię, człowieku, ale na pewno masz rację. - jakiś przechodzący obok mnie chłopak poklepał mnie po ramieniu.
Cóż, naprawdę byłem głupi, a jego komentarz tylko to dodatkowo podkreślił. Czy jednak moja głupota miała w tej chwili jakieś znaczenie? Nie. I tak musiałem teraz ogarnąć moje wszystkie sprawy uczuciowe i seksualne.
„Zaliczyć czy dać się zaliczyć? Oto jest pytanie!” myślałem.
Zabawne, ale nagle wcale nie wydawało mi się to już tak istotne, jakbym po prostu musiał uświadomić sobie pewne rzeczy tylko po to, żeby móc spokojniej odetchnąć.
Chwila, chwila, chwila! A gdzie ja tak właściwie właśnie szedłem? Co miałem w planach zanim oddałem się rozmyślaniom i poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące pytania?
Lekcje? Nie, nie lekcje. Miałem wolną godzinę.
Biblioteka? Za żadne skarby świata!
Kibelek! Tak, no przecież! Byłem w drodze do toalety! Cholera, minąłem ją dobrych pięć minut temu. Zawróciłem więc w stronę najbliższej toalety myśląc już tylko o jednym – o tym, że muszę się skupić na życiu i dotrwaniu w jednym, nieroztargnionym kawałku do obiadu, kiedy to wrócę do przyjaciół niczym syn marnotrawny i będę zachowywał się jakbym wcale ich nie unikał przez ostatnie dni. Jeśli będę musiał, nakłamię w tym temacie i nigdy nie dam po sobie poznać, że ogarnęły mnie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące mnie samego. Pewnych słabości po prostu się przed kumplami nie okazywało, nawet jeśli potrafiłoby się powierzyć im życie.
Cóż, męskim światem również rządziły reguły, którym należało się podporządkować, jeśli chciało się zachować pozycję. Nie tylko kobiety miały czasami przekichane. My, faceci również.