Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia na temat życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia na temat życia. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2020

Suknia

18 maja

- James?
- Hm?
- Ściana. - Syriusz wskazał na twardą powierzchnię, której J. z pewnością nie byłby w stanie pokonać, a jedynie nabiłby sobie ogromnego guza.
- Och.
James cały dzień chodził zamyślony, zadumany, może nie smutny, ale i nie zadowolony. Coś wyraźnie nie dawało mu spokoju. Nie mogłem zliczyć ile razy się dzisiaj potknął, wpadł na coś lub na kogoś.
- Dobra, James, mam dosyć. Przecież ty się zabijesz w przeciągu kolejnej godziny! - Syriusz złapał chłopaka za ramię i posadził go na podłodze przy ścianie, a następnie sam usiadł przed nim. Przyłączyłem się do nich. - Co się dzieje?
- I nie mów, że nic. - dodałem.
Okularnik westchnął ciężko.
- Niech będzie. Słuchajcie. Albo nie, lepiej wam pokażę. - sięgnął po swoją torbę i zanurkował w niej. - Jest! - wyjął kolorowy magazyn i wręczył nam go.
Rzuciłem okiem na okładkę i zmarszczyłem brwi na jej widok.
- Suknie ślubne? - rzuciliśmy z Syriuszem jednocześnie.
- Lily chce wiedzieć która podoba mi się najbardziej i w której moim zdaniem będzie jej najlepiej.
- Co? Jesteśmy przed samymi egzaminami, a ona zawraca ci głowę sukniami? - nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
Przyjaciele spojrzeli na mnie jednocześnie.
- Obawiam się, Remusie, że nie to tak męczy Jamesa. - Syriusz poklepał mnie po kolanie.
Cóż, oni może nie martwili się nauką i egzaminami, ale ja tak.
- Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Lily, ale dla mnie to zbyt wcześnie na ślub. Gdyby do tego doszło dwa, trzy lata temu, wtedy pewnie od razu bym się stawił na ślubnym kobiercu. To był ten wiek, kiedy mnie to interesowało. Ale teraz jestem starszy i mądrzejszy. Wolałbym pożyć zanim mnie zaobrączkują. To chyba zrozumiałe.
Skinąłem głową, zaś Syriusz westchnął ciężko.
- Co do tego masz rację. Pamiętasz jacy my z Remusem byliśmy zafiksowani na tym punkcie na początku? Kiedy jesteś młody, takie rzeczy cię interesują, bo są częścią dorosłości. Kiedy dorastasz zaczynasz rozumieć, że to cię ograniczy. Pamiętacie moją kuzynkę? Tę, która zaciążyła? Ilekroć się z nią widzę mówi mi, że nie powinienem się z niczym spieszyć i wysłuchuję całego wykładu na ten temat.
- I ma rację. Lily przynajmniej nie jest w ciąży, więc mogę próbować odwlec ślub w czasie tak daleko jak tylko się da, ale Lily się cieszy, a jej ojciec naciska i niewiele zdziałam. Z tym jest jak z zabawką. Kiedy jest nowa, chcesz się ciągle bawić. Kiedy się znudzisz, bawisz się nią rzadziej, a czasem nawet odkładasz.
- Może powiedz jej, że żadna z tych sukni do ciebie nie przemawia? Evans jest kobietą i na swoim ślubie będzie chciała wyglądać perfekcyjnie. Jeśli ją przekonasz, że żadna z tych sukni nie pasuje do niej, będzie szukać dalej, a to odłoży ślub w czasie. Może nie znacząco, ale zawsze trochę. - pomysł Syriusza miał sens. Nawet jeśli zdecyduje się na szycie, to zajmuje czas.
- A sukni ślubnej nie powinno się szyć magią, ponieważ to zły omen. Jeśli z suknią idzie się na łatwiznę to całe wspólne życie robi się to samo.
- O! Skąd o tym wiesz? Nie sądziłem, że jesteś specjalistą od tematyki ślubnej. - James wyraźnie poweselał.
- Zmyśliłem to na poczekaniu, ale jeśli brzmiało przekonująco to możesz spróbować wcisnąć do Evans. Wtedy na pewno zyskasz czas.
- To może się udać. - James pojaśniał jeszcze bardziej i patrzył na mnie i Syriusza z podziwem. Nie wiem czy jesteście genialni, czy tylko przydatni, ale jeśli Lily to kupi to z pewnością to pierwsze.
- I nie zapomnij o medalu za zasługi. - Syri roześmiał się szczerze i oddał Jamesowi katalog ślubny. - Jeśli chcesz być bardziej przekonujący, znajdź jakąś stronę z suknią, którą obsypiesz komplementami, a później skrytykujesz. Musi myśleć, że naprawdę przeglądałeś katalog i starałeś się coś wybrać.
- Nie chcę źle mówić o dziewczynach, ale większość z nich jest próżnych i jeśli to wykorzystasz masz szansę odwlec ślub nawet o kilka miesięcy. - pozwoliłem sobie zauważyć. Znałem w końcu wiele dziewczyn, które potwierdzały tę regułę swoim zachowaniem oraz kilka takich, które były wyjątkami.
Kruczowłosy pomógł wstać Jamesowi i objął go ramieniem.
- Dasz sobie radę, stary. Pomożemy ci na tyle, na ile będziemy w stanie.
- Dzięki.
James wyraźnie czuł się teraz lepiej i lżej. Jego krok nie był tak ociężały, plecy zgięte, a wzrok zamglony. Biedny chłopak naprawdę musiał martwić się tą suknią i faktem, że wisi nad nim widmo rychłego ślubu. Jego sytuacja pomogła mi docenić moją. Ja nie musiałem martwić się naciskiem z niczyjej strony, nie groziła mi ciąża, a mój związek nie przysparzał mi problemów. Byłem naprawdę szczęśliwy, że nie znalazłem się na miejscu Jamesa.
Dzięki temu mogłem skupić się na egzaminach i przygotowaniu do sprawdzianu mojego przyszłego nauczyciela, a później do lekcji z nim. Naprawdę byłem w dobrej sytuacji, przynajmniej pod tym względem.
Koniec szkoły, ślub Jamesa, nasze dalsze kariery. Przed nami rozciągało się długie pasmo zmian, które miały zakończyć ten etap naszego życia i rozpocząć kolejny. Gdybym miał na to jakiś wpływ, chciałbym żeby żeby nauka w Hogwarcie trwała dłużej. Jeszcze przynajmniej dwa lata, a najlepiej od razu trzy.
Problemy Jamesa uzmysłowiły mi chyba najdokładniej fakt, że wszystko się kiedyś musi zmienić. Po tak wielu latach spędzonych z chłopakami, bałem się samotności, jaka miała nadejść. Oni rozpoczną naukę w nowej szkole, a ja będę musiał uczyć się sam. Podziwiałem Anderw, który był w stanie przeprowadzić się w nieznane miejsce, rozpocząć naukę w nowej szkole i zostawić nas tutaj. To był pierwszy wielki krok jaki zrobił, kolejnym była jego kariera. On również będzie kończył w tym roku edukację. Czy po tym, jak musiał się rozstać z naszą paczką będzie my łatwiej pożegnać się z nowymi kumplami? A może tego nie da się wyćwiczyć w żaden sposób i znowu czeka go ból, samotność, smutek po kolejnym rozstaniu?
Dorastanie było do kitu!
Wchodząc na korytarz, który rozgałęział się później prowadząc do poszczególnych Domów, zauważyłem stojący przy jednej ze ścian straganik. Odwrócona do nas tyłem osoba właśnie wykładała na blat szklanki.
- Zardi? - poczułem jej zapach i od razu skojarzyłem figurę oraz ruchy jakie wykonywała. Każdy porusza się w charakterystyczny sposób, co dla mnie było tym łatwiejsze do zauważenia.
Podeszliśmy bliżej. To naprawdę była Zardi.
- Co ty robisz? - Syriusz stanął przed jej stoiskiem z lemoniadą, jak pisało na banerze nad naszymi głowami.
- To, co widać. - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Sprzedaję lemoniadę na środku korytarza.
- Dobra, zadałem złe pytanie. Dlaczego sprzedajesz lemoniadę na środku szkolnego korytarza stojąc za stoiskiem, które powinno stać na rynku, a nie w szkolnym budynku?
- Przegrałam zakład, potrzebuję kasy, a to jedyny pomysł na zarobek jaki przyszedł mi do głowy. Dodam, że odrabianie prac domowych za kogoś to żadna zabawa, więc od razy zrezygnowałam z tej opcji.
- I uznałaś, że zarobisz więcej na lemoniadzie? - rzuciłem z niedowierzaniem.
- Ludzie są ciekawi tego, co mam i jak smakuje, więc kupują. Poza tym, lemoniada jest wzbogacona zaklęciem musującym. Dla prawdziwych śmiałków mam wybuchającą…
- Chcę wybuchającą! - James od razu położył na blacie pieniądze, a oczy błyszczały mu jasno, jakby właśnie znalazł nową ulubioną zabawkę.
- Mówiłam, że ludzie płacą. - Zardi wyszczerzyła się do nas zadowolona i nalała okularnikowi jego lemoniady.
To mogło być bardzo ciekawe.

niedziela, 31 maja 2020

Special: One More Light (31 maja 2020 r.)

Dzisiaj zmarła moja babcia (mama mojej mamy). W dobie Koronawirusa zmarła na zapalenie płuc. Nie ważne czy w to wierzę. Nie jestem patologiem, nic nie mogę zrobić.
Chociaż nie. Jest coś co mogę zrobić. Mogę wrócić do pisania, mogę odnaleźć siebie, zwalczyć depresję i żyć dalej.
Kocham Cię, Babciu.



- Co się dzieje? - zapytałem siadając na podłodze obok Zardi, która zajmowała ciasny i w połowie ukryty kącik Pokoju Wspólnego. Cały dzień trzymała się z boku i chociaż starała się rozmawiać z każdym normalnie, czasami widziałem jak ocierała załzawione oczy.
- Na świecie istnieją wielkie choć znane tylko niewielu wspaniałe czarownice. Kobiety pełne ciepła, miłości, wywołujących uśmiech przywar. Cudowne, prawdziwie magiczne kobiety, które potrafią zmieniać ludzkie żucie, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Taka była moja babcia. Od kilku miesięcy była w domu opieki. Czasami wiedziała kto ją odwiedza, czasami nie do końca kontaktowała. Miała problemy psychiczne, ale to od bardzo dawna, więc brała leki i funkcjonowała. Później zachorowała i zaniemogła. Wiesz, ona była grubsza, więc kiedy miała problemy z chodzeniem, dźwiganie jej było niesamowicie trudne. W domu nie miała stałej opieki, a dziadek jest od niej o dziesięć lat starszy, więc musieliśmy umieścić ją w zakładzie, gdzie zawsze był ktoś, kto się nią zajmował. Wszystko było dobrze, póki nie zabroniono odwiedzin z powodu działań Voldemorta. - w oczach dziewczyny znowu pojawiły się łzy. - Moja mama uważa, że babcia mogła się załamać, kiedy nikt jej nie odwiedzał. Czasami była świadoma tego, co się dzieje, a czasami nie, szybko wszystko zapominała, więc nawet jeśli powiedzieli jej, że odwiedziny są zabronione, nie koniecznie zdawała sobie z tego sprawę. Nawet podana przyczyna jej śmierci wydaje mi się podejrzana i nazbyt bliska tego, co teraz się dzieje. Ale nie mogę sprawdzić, czy mówią nam prawdę.
- Merlinie, tak bardzo mi przykro.
- Wiem i dziękuję. - uśmiechnęła się przez łzy. - Ludzkie życie jest jak płomień świecy, który w pewnym momencie gaśnie. Wiele osób wierzy, że jakaś niewidzialna ręka zapali ten płomień na nowo. Ja nie wiem w co mam wierzyć, więc mam nadzieję, że to w co ona wierzyła będzie prawdziwe w jej przypadku. Wiesz, teraz jestem na etapie doszukiwania się w tym teorii spiskowych i znaków, jak na przykład zegarek, który się wczoraj zatrzymał. Wcześniej było obwinianie się, że jej nie odwiedziłam od dawna. Nie byłam w stanie, ale i tak czułam się winna. To normalne. Ludzie często się obwiniają o coś, na co nie mają wpływu, ponieważ gdyby mieli drugą szansę, gdyby wiedzieli wcześniej, co się stanie, zrobiliby coś inaczej z nadzieją, że to odmieni los. Nie koniecznie by się udało, ale ta nadzieja jest w nas zawsze. Jednocześnie nie mogąc nic zmienić w przeszłości, chcemy żeby ta śmierć miała znaczenie dla przyszłości. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. - Zardi wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła nos. - Przepraszam. - rzuciła zdławionym głosem i zasłaniając twarz zaczęła płakać.
Objąłem ją mocno.
Po kilku minutach dziewczyna uspokoiła się, wysiąkała nos, otarła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Tak jest przez cały dzień. - wyznała. - Płaczę, przestaję, znowu zaczynam płakać. To jest takie nierealne. Nagle ktoś znika z twojego życia na zawsze i nic nie jest już takie samo, nic już takie nie będzie. Życie jest do dupy, Remusie. Chcę żeby śmierć mojej babci miała znaczenie, żeby coś zmieniła…
- Dlatego tutaj jesteśmy. - rzuciłem cicho. - Aby coś się zmieniło.
Uśmiechnęła się do mnie lekko i skinęła głową. Wiedziała o co mi chodzi, rozumiała.
- Od dawna nie straciłam nikogo bliskiego. Ta śmierć jest początkiem pasma bolesnych rozstań, a każde z nich będzie coraz trudniejsze. Czasami zastanawiam się, czy któreś z nich mnie w końcu złamie.
- Wiesz, że masz mnie…
- Wiem, Remusie. Ale jeśli sama nie będę w stanie stać na nogach, nie wiem czy ktokolwiek będzie w stanie mi pomóc.
Znowu ją objąłem.
- Będzie łatwiej. To przerażające i niesprawiedliwe, ale tak właśnie jest. Z czasem po prostu jest łatwiej. Jeśli przetrwamy ten najtrudniejszy okres, będzie nam łatwiej i będziemy silniejsi.
Zardi złapała mnie za rękę i ścisnęła ją.
Siedzieliśmy w ciszy wpatrzeni w sufit Pokoju Wspólnego. Nie wiem, co działo się w głowie przyjaciółki, ale podejrzewałem, że jej myśli wirowały we wszystkich kierunkach, jak płatki poruszane przez wiatr. Taka była w końcu Zardi. Miała tysiące pomysłów i myśli na minutę, ciągle coś tworzyło, chociaż sama nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Była jedną z najsilniejszych osób, jakie znałem i podejrzewałem, że odziedziczyła to po innych silnych osobach w swojej rodzinie.
- Wiesz, jak tak teraz o tym myślę to kiedy zaczynaliśmy się przyjaźnić mówiło się, że nikt nie wie kim są twoi rodzice, że zrodzili cię bogowie…
- Prawda? - roześmiała się cicho. - Wyjątkowa, inna niż wszyscy. A tak naprawdę od zawsze byłam tylko sobą. Moi rodzice są równie zwyczajni. No dobra, może nie do końca, ale to chyba oczywiste skoro stworzyli mnie. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś, Remusie. Jest mi zdecydowanie lepiej. Wprawdzie od płaczu boli mnie głowa, czuję się jakby mi twarz paliło, ale i tak jest mi lżej. Moja babcia mieszkała na wsi i miała małą obsesję na punkcie jajek. Za każdym razem, kiedy ją odwiedzaliśmy, musiała nam dać jajka, chociażby tylko pięć, ale musiała. Biedne kury przeżywały wtedy dramat, bo co godzinę goniła i sprawdzała czy zniosły jeszcze jakieś. Dlatego dzisiaj na śniadanie jadłam jajecznicę. Żeby ją uczcić. I później władowałam w siebie budyń, ponieważ uwielbiała słodycze i miała kiedyś fazę na budynie. To niewiele, ale w moim dziwnym świecie takie drobiazgi są ważne, to mój sposób na oddanie czci komuś wyjątkowemu. Zrobienie czegoś, co się nam z nim kojarzy. No dobrze, koniec o tym. - dziewczyna wzięła kilka głębokich oddechów.
- Niech zgadnę. Koniec, ale tak naprawdę nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić, prawda?
- Tak. Niestety. Nie mam na nic ochoty. Nie mogę się odnaleźć. Pewnie będę tu siedzieć do wieczora, a później pójdę coś poczytać i spać. Jutro wyjeżdżam na pierwsze uroczystości pogrzebowe. Mam taką małą nadzieję, że coś się wydarzy takiego wielkiego, przełomowego. Wiesz, nagle pojawi się jej duch, albo aniołowie, usłyszymy głos Boga, w którego wierzyła, albo światła, zielone ludziki, wielkie spotkanie pierwszego stopnia, czy cokolwiek. Naturalnie nie zdarzy się nic, będzie jak w przypadku miliardów innych osób, ale i tak ta iskierka nadziei jest.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym?
- Taaak, i bardzo zmęczona. W sumie to chyba pójdę się położyć.
- Ale obiecaj, że jeśli będzie bardzo źle to przyjdziesz do mnie i wspólnie będziemy sobie próbowali poradzić z tą sytuacją.
- Obiecuję.
Dziewczyna pocałowała mnie w policzek i wstała ze swojego kącika. Patrzyłem jak wlecze się do dormitorium dziewczyn i znika za drzwiami swojego pokoju. Zardi tyle razy mi pomagała, tak często zjawiała się w kluczowych momentach i wyciągała pomocną dłoń, że niemal zapomniałem, że i ona jest człowiekiem takim jak ja. Ona również miewa trudne dni, ale zawsze jest gotowa porzucić swoje problemy, aby zająć się moimi. Kochałem ją za to i miałem nadzieję, że znajdzie sposób, by dać upust swojemu smutkowi. Może będzie to kolejny szalony projekt, a może coś niewielkiego, ale o wielkim znaczeniu emocjonalnym dla niej. Z Zardi nigdy nic nie wiadomo.
Wyjątkowa dziewczyna, która miła być córką Nemesis, bogini losu w rzeczywistości jest zwyczajną nadzwyczajną dziewczyną, która przeżywa takie same wzloty i upadki, co każdy z nas. Tylko że ona przeżywa wszystko głębiej od nas. Jest Wysoko Wrażliwą. Czytałem o nich ostatnio. Niby są tacy jak wszyscy, a jednak są inni, są bardziej narażeni na świat i jednocześnie bardziej z nim zjednoczeni. Fillip Camus również do nich należał. On także był Wysoko Wrażliwym. Może wbrew pozorom należeli do innej rasy? Jakiejś udoskonalonej, niczym wielcy myśliciele, geniusze, odkrywcy?
- Powodzenia, Zardi. - szepnąłem do siebie.
Wstałem i wróciłem do pokoju, gdzie moi przyjaciele zajęci byli grą w szachy.
To niesprawiedliwe, ale życie toczy się dalej.
„Życie jest do dupy” powiedziała Zardi i miała rację. Życie jest do dupy, a my musimy po prostu żyć, ponieważ nic innego nam nie pozostaje, innego nie mamy.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLII - Fabien Trezeguet

🐣🐤🐥Wesołych, zdrowych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych! Może i spędzamy je w cieniu epidemii, / zarazy / apokalipsy, ale i tak powinniśmy się z nich cieszyć. Nie wiemy przecież czy i w jakich warunkach doczekamy kolejnej Wielkanocy. 🐰🐇🐓

P.S. Jako że od jakiegoś czasu nie "czuję" pary, jaką są Fabien i Andrew, postanowiłam o nich napisać, aby odnaleźć na nowo ich uczucia i drogę, którą mają podążać.


Siedząc przy obiedzie, przypatrywałem się entuzjastycznie opowiadającemu o swoich przygodach na boisku oraz nowych kolegach Andrew. Rumieńce na twarzy, błysk w oku, niemal piskliwy z podekscytowania głos. I nie miało to nic wspólnego ze mną.
Czy znowu odsuwaliśmy się od siebie? Nie byłem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Andrew rozpoczął nowy etap życia, był młody, pełen energii. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, która pozwalała mu na różnego rodzaju życiowe eksperymenty. Także w kwestii miłości.
Nie, nie chciałem się nim dzielić z nikim! Ale czy mogłem mu zabronić czegokolwiek? Gdyby chciał się rozstać, serce by mi pękło, ale nie odmówiłbym mu. Byłem od niego o wiele straszy, moja praca była czasami niebezpieczna i za wszelką cenę musiałem unikać jakichkolwiek przejawów sławy, czy też zainteresowania publicznego, jeśli nie chciałem wylądować w więzieniu. Jakby tego było mało, byłem ślepy na jedno oko, wzrok w drugim zaczął mi się trochę zamazywać przy czytaniu, więc niechybnie musiałem zainwestować w okulary, a we włosach zaczęło pojawiać się coraz więcej siwych włosów. Co więc poza rozmowami o quidditchu miałem do zaoferowania?
Kochałem go. Oczywiście, że go kochałem. Ale czasami miłość oznacza, że musisz pozwolić komuś odejść. Nie możesz trzymać ukochanej osoby przy sobie na siłę. Ale co z walką o miłość? Walczyć warto, ale tylko wtedy, kiedy ta druga osoba chce abyś o nią walczył.
- Marszczysz się. - słowa Andrew połączone z lekkim dotykiem jego palca na moim czole sprowadziły mnie na ziemię. - Dlaczego tak się marszczysz? - chłopak zaczął przyglądać mi się podejrzliwie. - Mam dla ciebie prezent, czekaj.
Nagła zmiana tematu bardzo mnie zaskoczyła. Chociaż jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt prezentu. Czy powinienem odebrać to jako zły znać? Czytałem artykuł, w którym autor sugerował, że kiedy mąż zaczyna przynosić żonie kwiaty bez okazji może to oznaczać zdradę. Ot, chce zabić poczucie winy prezentem.
- Proszę. - Andrew położył przede mną prostokątne pudełeczko. - No dalej, otwórz.
Podniosłem je i potrząsnąłem.
- Jeśli zepsujesz, nie odpowiadam za to. - przewrócił oczyma.
Otworzyłem więc pakunek ostrożnie i wyjąłem z niego etui, w którym znajdowały się okulary. Spojrzałem na mojego partnera tym mocniej marszcząc czoło, byłem tego świadomy.
- Coraz częściej mrużysz oczy i marszczysz czoło, kiedy na coś patrzysz, starasz się coś przeczytać. Przykro mi, ale czas zainwestować w pierwsze okulary. Przymierz.
Szlag. Co innego samemu zdawać sobie z czegoś sprawę, a co innego, kiedy partner daje ci do zrozumienia, że się starzejesz.
Nie mając innego wyjścia, założyłem okulary. Na początku wszystko było rozmazane, ale po chwili obraz wyostrzył się, kiedy szkła same dostosowały się do mojej wady wzroku.
- Wow, mmm….
Spojrzałem na Andrew, który przyglądał mi się z uśmiechem.
- Nawet nie podejrzewałem, że będziesz w nich wyglądał tak seksownie. Taki gorący bibliotekarz lub profesor.  A może powinienem mówić do ciebie „Tatusiu”?
- Co?
- No dobrze, wiem, że okulary nie mają nic do tego, ale tak mi się powiedziało…
- Nie rozumiem…
- Eh, a więc słuchaj mój ty człowieku jaskiniowy. Bo widzę, że zatrzymałeś się na erze wciągania za włosy do jaskini… Chodzi o takie… zboczenie, z braku w tej chwili innego określenia, kiedy to jeden z partnerów nazywany jest Tatusiem, Tatuśkiem, Tatkiem, wiesz o co chodzi, a drugi Chłopcem. I teraz, słoneczko moje przyćmione, słuchaj uważnie. Tatuś to osoba, która zazwyczaj odczuwa wewnętrzną potrzebę zajmowania się, opiekowania swoim partnerem jakby był dzieckiem. Tymczasem Chłopiec to ktoś, kto potrzebuje aby ktoś się nim zajął w takim czy innym stopniu, jakby był wspomnianym dzieckiem.
Patrzyłem na niego marszcząc się, jak sucha śliwka, co najpewniej mówiło więcej niż tysiąc słów.
- Dobrze, podam ci przykład i zacznę od Chłopca. Wyobraź sobie mężczyznę, który sprawuje istotną funkcję, zawsze musi być w pełnej gotowości, odpowiada za wszystko i wszystkich, ma bardzo dużo na głowie. I ta osoba potrzebuje wytchnienia, potrzebuje chwili, kiedy nie musi martwić się niczym, decydować, kiedy ktoś inny decyduje za nią, a ona po prostu sobie jest, jak dziecko. Wiek tego dziecka to już kwestia indywidualna. I tutaj na scenę wchodzi Tatuś. Osoba, która ma naturalną potrzebę i predyspozycje do zajmowania się tamtym mężczyzną, zapewnienia mu opieki i poczucia bezpieczeństwa, przejęcia kontroli. I tutaj też „wiek” Chłopca zależy od tego, jakie potrzeby ma Tatuś. Taki związek nie musi mieć podłoża seksualnego. Chodzi o zaspokojenie pewnych wewnętrznych, powiedziałbym, że psychologicznych potrzeb. Rozumiesz?
Skinąłem głową.
- Jak widzisz to nie ma nic wspólnego z twoimi okularami, tak mi się tylko głupio powiedziało. Nie potrzebuję też tatusia, ale gdybyś kiedyś…
- Nie, dziękuję! - przerwałem mu szybko.
- No to doskonale. Skoro to mamy za sobą… - Andrew wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Usadowił się na moich kolanach. - To wróćmy do tematu seksownego bibliotekarza lub profesora. - zaczął wodzić palcem po mojej brodzie i policzku. - Która rola bardziej ci odpowiada?
- Więc chcesz mi powiedzieć, że ja w okularach już ci nie wystarczam i potrzebujesz zabaw? - wiedziałem, że tak nie jest, ale i tak chciałem żeby obsypywał mnie zapewnieniami. W końcu jeszcze chwilę wcześniej zastanawiałem się nad tym, czy mu wystarczam, czy może powinienem zrobić miejsce dla kogoś młodszego kto stanąłby u jego boku.
- Hm, niech pomyślę. W sumie to odpowiedź brzmi tak i nie.
- Hę?
- Wystarczasz mi, ale czasami zabawy erotyczne urozmaicają, a ja lubię urozmaicenia.  Więc dopóki nie przyzwyczaję się do okularów na nosie mojego srebrnego lisa, mam zamiar tę sytuację wykorzystywać. - Andrew zaczął palcem gładzić mój nos. - Zanim jednak przyjdą ci do głowy jakieś głupoty, a wiem, że przyjdą, ponieważ już przez to przechodziliśmy, zaznaczę wyraźnie i z dużym naciskiem, że w tych zabawach musisz uczestniczyć ty. Nie chcę byle jakiego bibliotekarza czy psora, chociażby byli nie wiem jak przystojni. Chodzi mi o ciebie.
Położyłem dłonie na jego pośladkach i ścisnąłem, co wywołało radosne mruczenie mojego chłopaka.
- Powiedz mi więcej. - zażądałem. Najwyraźniej potrzebowałem się dowartościować, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy.
- Widzisz, mój ty wątpiący w siebie mężczyzno… Tak się składa, że lubię starszych od siebie mężczyzn. I nie ukrywam, że lubię też twoje wysportowane ciało. Będę się nim cieszył póki nie zaczniesz przybierać na wadze i zarastać tłuszczykiem. Wtedy przerzucę się na twoje dodatkowe centymetry. Podobają mi się twoje przeplatane siwizną włosy, ale kiedy będziesz całkiem siwy, wtedy będą podobały mi się tylko takie. Nie szczególnie leciałem na okulary, póki ty ich nie założyłeś. Mówiąc najprościej, chcę ciebie, Fabienie. I kiedy ty martwisz się tym, że się starzejesz… nie zaprzeczaj!
Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rzeczywiście planowałem zaprzeczyć.
- Kiedy ty martwisz się tym, że przybywa ci lat, ja martwię się tym, że jestem za młody i nie mogę zaoferować ci stabilizacji życiowej, której na pewno potrzebujesz. Nadal jedziemy na tym samym wózku wątpliwości.
- Nie sądziłem, że masz czas o tym wszystkim myśleć. - przyznałem trochę zawstydzony. - Przy twoich treningach, meczach, spotkaniach z kolegami, nie myślałem, że masz czas martwić się takimi rzeczami. - oparłem czoło o jego głowę.
- Oczywiście, że się martwię. Nie chcę żebyś był nieszczęśliwy i znudzony mną. Może i jestem twoją drugą połówką, ale to wcale nie znaczy, że nie musisz być ze mną szczęśliwy. Tym bardziej, że się zmieniam, a to znaczy, że cały czas musisz swoje uczucia dostosowywać to tych zmian…
- Niczego nie dostosowuję, Andrew. Kocham cię takim, jakim jesteś. To, co jest w tobie najgłębiej się nie zmienia nigdy.
Na twarzy chłopaka pojawił się słodki uśmiech.
- Doskonale. W takim razie będzie pan pracownikiem biblioteki, panie Trezeguet. Proszę zasuwać do salonu i zastanowić się jaką książkę mi pan poleci. Podpowiem, że powinna być to kamasutra.
Przewróciłem oczyma przez co zarobiłem kuksańca w bok. Andrew zsunął się z moich kolan i zgonił mnie z krzesła. Najwyraźniej naprawdę planował wykorzystać swój pomysł, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko pozwolić mu na wszystko.
Tak, bezsprzecznie owinął sobie mnie wokół palca.

niedziela, 23 lutego 2020

Bed of Roses

13 maja

Wpatrywałem się w padający za oknem deszcz. Koniec roku był coraz bliżej, a wraz z nim zmiany, na które nie byłem gotowy. Sheva jako pierwszy odciął pępowinę, która łączyła naszą paczkę i w ten sposób pozwolił nam poczuć przynajmniej namiastkę tego, co tak naprawdę czeka nas w najbliższym czasie. Syriusz i James rozpoczną naukę w akademii Aurorów, Peter będzie szkolił się pod okiem mamy pomagając jej w cukierni, Zardi wiedziała tylko, że planuje się nadal uczyć, chociaż nie miała pojęcia w jakim kierunku, Sheva rozpoczynał karierę sportową. Pozostawałem tylko ja. Ja i mój brak możliwości dalszej edukacji poza uczeniem się samemu, ponieważ nikt nie przyjmie wilkołaka do szkoły. Dumbledore był jedynym dyrektorem, który kiedykolwiek zdecydował się na taki krok.
- Pieniążek za twoje myśli. - ramiona Syriusza objęły mnie w pasie, a jego broda spoczęła na moim ramieniu. Jego ciało było cudownie ciepłe, ale w tamtej chwili nawet ono nie przynosiło mi ukojenia.
- Myślę o końcu roku. O zmianach. - odpowiedziałem szczerze.
- Och, Remusie. - uścisk ramion kruczowłosego stał się silniejszy. - Będę wymykał się z Akademii tak często jak tylko się da, podrzucał ci książki, przynosił słodycze. Nie pozwolę żebyś o mnie zapomniał.
Nie odpowiedziałem, ale uśmiechnąłem się wtulając w niego.
- Porozmawiaj z Dumbledore’em.
- Co? - odwróciłem się od okna i spojrzałem na chłopaka.
- Powiedz mu, co planujesz. Zapytaj, czy zna kogoś, kto mógłby cię uczyć. Jeśli nie zna nikogo, powie ci i nic nie zyskasz, ale też nie stracisz. Za to naprawdę możesz zyskać, jeśli okaże się, że jednak jest ktoś, kto mógłby cię szkolić z dala od szkół, akademii i innych miejsc, w których nie chcą wilkołaków. Idź do niego, a ja zaczekam pod gabinetem. Wiem, że to cię męczy, a w ten sposób będzie ci lżej. Chodź! - chłopak odsunął się ode mnie i złapał mnie za rękę, pomagając mi wstać z mojego miejsca przy oknie.
- Nie chcę zawracać mu głowy…
- Daj spokój, Remi! Wiesz doskonale, że on będzie szczęśliwy, że do niego przyszedłeś. To idziemy?
Czy miałem coś do stracenia? Nie. Czy uważałem, że to dobry pomysł? Nie wiem. Mimo wszystko pozwoliłem, aby chłopak wyprowadził mnie z naszego pokoju.
To był szary, leniwy, psychodeliczny niemal dzień, toteż w Pokoju Wspólnym panował spokój i ospała atmosfera. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że wychodzimy, nie wspominając już o tym, że Syriusz nadal trzymał mnie za rękę i ciągnął za sobą.
Droga pod wejście do gabinetu dyrektorka trwała stanowczo zbyt krótko. Żałowałem, że korytarze nie zaczęły się nagle wydłużać lub zmieniać położenie, ponieważ potrzebowałem więcej czasu by zastanowić się nad tym, co powiem, o co zapytam lub by po prostu zwiać. Niestety Syriusz zajął się wszystkim, włącznie z podaniem hasła, które odsłoniło schody prowadzące do gabinetu.
- Idź. - Black wepchnął mnie na schody i uśmiechnął się w sposób, który zapewne miał mi dodać otuchy.
- Nie jestem pewny, czy…
- Matko, Remi! Po prostu idź!
Więc poszedłem. Wspiąłem się po schodach i zapukałem, ponieważ byłem o krok od zawrócenia.
- Wejdź, Remusie. - odrzwi otworzyły się same. Dyrektor siedział za swoim biurkiem i uśmiechał się zachęcająco.
- Skąd pan…
- Nie ukrywam, że usłyszałem zachęcający okrzyk Syriusza. Usiądź, Remusie.
A więc usiadłem. Dumbledore roześmiał się cicho i zachęcił mnie od tego, abym wyrzucił z siebie to, z czym do niego przyszedłem.
Jąkając się, zrobiłem to. Przypomniałem mu, że postanowiłem zostać detektywem, że nawet chcąc uczyć się dalej nie znajdę szkoły, która mnie przyjmie. Zapewniłem, że chcę uczyć się dalej, rozwijać swoje umiejętności, aby przeżyć w pracy, jaką sam sobie wybrałem. Jasne, nie miałem wielkiego wyboru, ale nie zmieniało to faktu, że i tak musiałem się doszkalać.
Mężczyzna kiwał głową potakująco i nie przerywał mi. Kiedy w końcu zapytałem, czy nie zna kogoś, kto mógłby mi pomóc, kto mógłby mnie uczyć, zamruczał zastanawiając się.
- Ministerstwo nie zabrania kształcenia wilkołaków, ale mało kto chce się tego podjąć z powodu uprzedzeń i przekonania o wyższości czarodziejów. Osoba, która podjęłaby się twojej edukacji musiałaby być nie tylko chętna do podjęcia się tego zadania, ale także posiadać odpowiednią wiedzę. - słuchałem uważnie. - Remusie, obawiam się, że żaden nauczyciel nie podejmie się tego zadania.
Wiedziałem, że tak będzie, jednak i tak miałem iskierkę nadziei, która teraz przygasła. 
- Żaden nauczyciel, ale to nie oznacza, że nie znajdzie się inna osoba, która byłaby skłonna to zrobić.
Podniosłem głowę i spojrzałem na dyrektora zaskoczony. Nie do końca wiedziałem jak rozumieć jego słowa.
- Uczenie wilkołaka dla wielu będzie niczym wkładanie broni w ręce kata. Wilkołakom nie można ufać, zdradzą i odgryzą rękę, która ich karmi… To tylko kilka opinii, jakie zacytuję. Osoba, która byłaby skłonna cię uczyć nie byłaby więc szanowanym członkiem społeczności magicznej. Czy mnie rozumiesz?
- Nie… Nie jestem pewny.
- Szukając dla ciebie nauczyciela musiałbym szukać wśród osób znajdujących się na marginesie czarodziejskiej społeczności. Remusie, znam kogoś, kto podjąłby się uczenia cię. Tyle, że nie jest to osoba, o której mogę mówić głośno. To wielki, utalentowany czarodziej, ale także skazany przestępca.
Spojrzenie mężczyzny było utkwione we mnie, a moje oczy musiały w tamtej chwili przypominać spodki. Dumbledore właśnie powiedział mi, że zna przestępcę, który mógłby mnie uczyć. Zdradził mi tajemnicę, której zdradzenie mogłoby wpędzić go w duże kłopoty, a nawet kosztować stanowisko. A jednak zaufał mi.
- Ta… osoba…
- Będzie wymagająca, wyjątkowo wredna, ponieważ nie będzie jej się podobało to, że jesteś wilkołakiem, ale doceni twój talent.
- Skąd pewność, że będzie chciała mnie uczyć? - miałem co do tego mieszane uczucia.
- Zostaw to mi. Jeśli jesteś gotów podjąć się tego, ukrywać swoją naukę, musisz po prostu mi zaufać. Nie ufaj swojemu nauczycielowi, ponieważ tej osobie nie warto ufać, ale zaufaj mi. Nigdzie nie znajdziesz lepszego mentora. Chcesz być detektywem w naszym świecie, musisz mieć dostęp do najgorszych melin, Remusie. Te osoba zapewni ci ten dostęp, powie ci z kim współpracować i w jaki sposób wmieszać się w tłum. Nie musisz podejmować decyzji już teraz.
Wyobraziłem sobie Syriusza, który w Akademii Aurorów będzie uczył się, w jaki sposób walczyć z przestępcami magicznego świata, jak łapać i zabijać wilkołaki takie, jak ja. Wszystko to z błogosławieństwem Ministerstwa Magii. A w tym czasie ja, jego chłopak, kochanek, miłość, poznawałbym podobne sztuczki, ale od tej drugiej strony.
- Do tej pory byłem po prostu Remusem Lupinem, chłopcem, czarodziejem. To pan dał mi tę szansę, to pan otworzył przede mną te drzwi. Ale teraz wychodzę z Hogwartu i mogę zapomnieć o osiągnięciu wielkich rzeczy, ponieważ tutaj kończy się moje edukacja. Nie zmienię tego, że jestem wilkołakiem, a kiedy ludzie dowiedzą się o tym, nie znajdę żadnej pracy. Muszę w końcu objąć to kim jestem. Panie dyrektorze, zgadzam się. Zaufam panu. Chcę nauczyć się tego, czego nie nauczą mnie nigdzie indziej. Chcę znaleźć sposób, aby dalej żyć w tym społeczeństwie.
- A więc zgadzasz się?
- Tak.
Dyrektor skinął głową.
- On się z tobą skontaktuje. Na razie za moim pośrednictwem. Remusie, na pewno już wiesz, że to musi pozostać naszą tajemnicą.
- Nie powiem ani słowa, niezależnie od tego, kim jest osoba, o której pan myśli. Zawdzięczam panu wszystko, co do tej pory osiągnąłem.
- A więc ciesz się resztą dzisiejszego dnia, Remusie. Odezwę się niebawem.
Wymieniliśmy pożegnalne uprzejmości i opuściłem jego gabinet lżejszy i cięższy jednocześnie. 

niedziela, 12 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLI - Andrew Sheva

Leżąc w łóżku obok śpiącego Fabiena, przyglądałem się jego twarzy. W jego włosach pojawiło się kilka siwych pasm, a wokół oczu skórę załamywały drobne, jeszcze dosyć płytkie zmarszczki. Jak ktoś tak cudowny mógł chcieć kogoś takiego jak ja? Co tak naprawdę miałem mu do zaoferowania?
Dobra, może i Fab nie miał wyjścia i musiał się we mnie zakochać lub przynajmniej ze mną być ze względu na całą tą duszę Anioła, czy w co tam wierzyła jego rodzina, ale mój problem pozostawał moim zdaniem nierozwiązany. W końcu jakieś tam machinacje losu nie sprawiały, że w jakikolwiek stopniu byłem partnerem odpowiednim dla Fabiena.
Marcelowi udało się znaleźć ideał, więc nic dziwnego, że był w nim zakochany po uszy. Fillip był przecież niesamowicie przystojny, inteligentny, łagodny i troskliwy, ale kiedy musiał, potrafił zamienić się w bestię.
A ja? Byłem młody i pod wieloma względami po prostu głupi. Udawałem, że wiem wszystko i jestem mądrzejszy, niż w rzeczywistości. Może i podobałem się niektórym osobom, ale tak naprawdę na swój wygląd pracowałem od zawsze, starając się wyróżniać w jakiś sposób.
Bogowie! Miałem durne siedemnaście lat, podczas gdy on był dorosłym mężczyzną! Byłem dzieciakiem, który dopiero kończył szkołę, zaś Fabien stał na czele Rodu!
Kiedyś już nasz związek przeżywał kryzys spowodowany moimi negatywnymi myślami, które sam nie wiem skąd się wzięły. Pewnie z tego samego miejsca, co te męczące mnie teraz. Czy gdybym poznał Fabiena później moje nastawienie byłoby inne? Czy uważałbym wtedy, że jestem go wart, tak jak teraz wydawało mi się, że nie przedstawiam sobą żądnej wartości? Może i byłem u progu kariery sportowej, ale wiele w tym temacie zawdzięczałem ojcu.
Westchnąłem cicho i pocałowałem Fabiena w czoło wymykając się z łóżka.
Dalsze bezczynne leżenie nie miało najmniejszego sensu.
Skoro w moim żyłach płynęła krew szamanów, cokolwiek miało to oznaczać, jako że nikt do końca nigdy nie wyjaśnił mi tej kwestii, to może jednak było coś, co mogłem zrobić, aby w końcu pozbyć się swoich wątpliwości.
Zaszyłem się w bibliotece, niewielkim, ale przytulnym pokoju, który uwielbiałem nie tylko ja, ale także Fabien. Doskonale wiedziałem, że żadna ze zgromadzonych tam książek mi nie pomoże. Znałem je doskonale i większość z nich zaliczała się do najnowszych powieści, w tym także romansów, bez których nie mogłem się obejść. Żadnych magicznych, starych druków. Najnowsze tytuły, które dla wielu osób nie przedstawiały żadnej wartości.
Skoro byłem szamanem to musiałem mieć jakąś dodatkową moc. Szamani wprawiali się w trans za pomocą halucynogenów, więc może gdybym tego spróbował, mógłbym dotrzeć do swoich korzeni.
Nie wiem nawet dlaczego przyszło mi to do głowy, ale jak przystało na niedojrzałego dzieciaka, lubiłem czasami realizować swoje durne i równie niedojrzałe i niepoparte niczym pomysły. Ten niewątpliwie do takich należał.
Tylko czym miałem się niby wprawić w trans? Trudno, musiałem improwizować. Może gdybym tak nadmiernie się wyluzował… Mieszanka rumianku, melisy i dziurawca? Te zioła przynajmniej miałem w kuchni, więc mogłem spróbować. Wypić czy zapalić i nawdychać się dymu?
Postanowiłem postawić na bezpieczniejszą opcję, a więc picie.
Nie chcąc czekać ani chwili, jako że mogłem zmienić zdanie lub pójść po rozum do głowy, poczłapałem na bosaka do kuchni i zabrałem się za robienie silnego, paskudnego w smaku wywaru, który później zabrałem z powrotem do biblioteki. Tam rozsiadłem się w fotelu i dmuchałem w wielki kubek śmierdzącego napoju.
- Jak ci, Sheva, pikawa siądzie to będziesz miał pozamiatane. - rzuciłem do siebie na chwilę przed pierwszym łykiem. Paskudztwo! Smakowało trawskiem i wykrzywiało twarz. Mimo wszystko dmuchałem i piłem gorący wywar dalej.
W połowie kubka poczułem, że moje ciało się rozluźnia, co było normalne biorąc pod uwagę mieszankę jaką sporządziłem. Po wlaniu w siebie trzech czwartych, zrobiło mi się bardzo wesoło, co podobno było normalne jeśli wywar z dziurawca jest zbyt silny. Krótko mówiąc, coś się działo, a to chyba dobrze.
Ile czasu minęło zanim usnąłem? Sam nie wiem, ale niewątpliwie mi się przysnęło, ponieważ obudziłem się obolały z powodu niewygodnej pozycji i trochę zziębnięty. Moje ciało nadal było rozluźnione, ale nie cieszyła mnie już każda rzecz i każda myśl, jak wcześniej, kiedy piłem ten paskudny roztwór z zielska. Nie wywołałem też żadnego transu, chociaż naprawdę myślałem, że może mi się to udać.
Wróciłem do łóżka i wsunąłem się pod ciepłą kołdrę obok nadal śpiącego Fabiena. I nagle przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro nie mogłem cofnąć czasu i przekonać się jak wyglądałoby moje życie i spotkanie z Fabienem, gdyby doszło do niego dopiero teraz lub nawet jeszcze później, to mogłem przecież spróbować czegoś innego. Zamiany ciałami! Zobaczyłbym siebie jego oczyma, może nawet zdołałbym zachować tylko swoją świadomość i poczuć dokładnie to, co on czuł do mnie. Wtedy naprawdę mógłbym dowiedzieć się o sobie i naszym związku czegoś więcej. Tylko jak to zrobić? Czy udałoby mi się sporządzić eliksir, który przeniósł by moją świadomość do ciała Fabiena i odwrotnie?
Musiałem przecież coś zrobić! Nie mogłem zostawić swoich wątpliwości samym sobie, ponieważ urosłyby do niebywałych rozmiarów.
- Fab! - potrząsnąłem ramieniem mojego chłopaka. - Fab, obudź się, mam pytanie.
Mężczyzna wymruczał coś niezrozumiałego, co dziwnie przypominało wiązankę przekleństw i przetarł oczy ziewając.
- Andrew, dlaczego mnie budzisz? - wymamrotał, ale nie otworzył oczu.
Cóż, nie musiał mnie widzieć, aby mi odpowiedzieć, więc nie było to problemem.
- Chcę zamienić się ciałami. - odpowiedziała mi cisza.
- Czekaj! Coś mi się chyba przyśniło. Że co?
- Chcę zamienić się ciałami. Chcę poczuć to, co czujesz ty, zobaczyć to, co widzisz ty.
- Po jaką cholerę?
- Po prostu tego potrzebuję, dobra? - mogłem spodziewać się takiej a nie innej reakcji z jego strony. - Potrafiłbyś zrobić eliksir lub znasz kogoś kto potrafi?
- Boże, jest środek nocy, a ty budzisz mnie po coś takiego?
- To ważne!
- Dobrze, nie krzycz. Tak, znam kogoś, ale porozmawiamy o tym rano, jeśli nadal będziesz pamiętał tę głupią zachciankę.
- No… Niech będzie. - zgodziłem się, chociaż najchętniej już teraz zaplanowałbym wszystko. Gdyby to Fab potrafił sporządzić eliksir od razu wygoniłbym go do pracy nad nim. Już nie mogłem doczekać się chwili, kiedy będę Fabienem, a on będzie mną. To mogło skończyć się katastrofą, nie wywrzeć na nas żadnego wrażenia lub okazać się przełomem.
- Fabien, śpisz?
- Boże, Andrew, serio? - jego męczeński jęk sprawił, że było mi go trochę żal, ale tylko trochę.
- Co ty we mnie widzisz?
Mężczyzna westchnął, przetarł twarz dłońmi i z trudem uchylił powieki aby na mnie spojrzeć.
- Na pewno nie pobudki w środku nocy. - rzucił kąśliwie na początek. - Co się dzieje, Andrew? Ale tak serio.
- Gdybyś spotkał mnie dopiero teraz, co byś pomyślał? Czułbyś to samo, co dawniej?
Kolejne westchnienie. Fab objął mnie i przycisnął do swojej piersi.
- Na pewno nie czułbym tego samego. Obaj bylibyśmy starsi, ja może lepiej panowałbym nad swoją euforią i ciałem, a ty byłbyś pewnie bardziej doświadczony i nie koniecznie zwróciłbyś na mnie uwagę. Musiałbym znaleźć sposób, aby jakoś cię poznać i zainteresować sobą, co byłoby trudne biorąc pod uwagę mój wiek. Na pewno poświęciłbym więcej czasu na to żebyś mnie poznał i żeby poznać ciebie. Nie rzuciłbym się na ciebie tak jak to zrobiłem. Patrzyłbym na ciebie i widział zabawnego, pewnego siebie, często szalonego chłopaka, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, której nie chciałbym zrujnować, chociaż i tak nie potrafiłbym po prostu odejść i pozwolić ci po prostu żyć beze mnie obok. Nie znalazłbym w sobie na tyle siły. Czy teraz mogę już spać?
- A śpij sobie, dziadku! - prychnąłem, ale przytuliłem się do niego mocniej.
Czy Fab spotkałby mnie teraz na ulicy, czy może jakimś cudem na meczu, który bym rozgrywał? Czy spadłbym z miotły widząc go na widowni? A może wpadłbym na niego po meczu?
Gdyby tylko przeszłość dało się napisać na nowo.

niedziela, 5 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika (Special 2020 - styczeń) - Zardi


Patrzyłam na pustą kartkę papieru, na której jeszcze przed pięcioma minutami planowałam wypisać wszystkie swoje plany i pragnienia na najbliższy rok. Jeszcze niedawno moja głowa była pełna pomysłów, a dusza natchniona – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Więc dlaczego, kiedy w końcu zasiadłam do pracy, która miała napełnić mnie siłą i nadzieją na przyszłość, cały entuzjazm ze mnie uleciał? Czy naprawdę tak wiele od siebie wymagałam? Chyba nie!
Jedynym czego oczekiwałam było odważne, pełne nadziei wejście w najbliższy rok, który przecież miał być dla mnie kluczowy!
Kończyłam Hogwart, musiałam ruszyć dalej w świat, opuścić bezpieczne mury szkoły, która była mi domem, zostawić za sobą przyjaciół, których traktowałam jak rodzinę. To było przerażające i właśnie dlatego poszukiwałam sposobu aby podnieść się na duchu.
Byłam przekonana, że zapisanie na kartce wszystkich planów, pragnień i oczekiwań będzie doskonałym początkiem. Później odznaczałabym sobie wszystko, co udało mi się osiągnąć.
No dobrze, przyznaję, że lista już w założeniu była długa, szczegółowa, bardzo konkretna i wypełniona w większości punktami, które każda inna osoba uznałaby za głupotę lub pierdołę, ale dla mnie wszystkie te „głupoty” i „pierdoły” były bardzo ważne! 
Bogowie! Przecież byłam wciąż małym dzieckiem, nawet jeśli jednocześnie byłam nastolatką!
Poczułam jak moje policzki zaczynają się rozpalać, więc szybko i dyskretnie rozejrzałam się na boki. Nikt w bibliotece nie zwracał na mnie uwagi, więc odetchnęłam z ulgą.
Czytałam niedawno całkiem dobrą książkę, która z początku wydawała mi się trochę… trochę bardzo nie w moim typie, aby w pewnym momencie poczuć, że prawdopodobnie była bardzo w moim typie. Dlaczego? Pojawił się w niej motyw Tatusia i Małego. Tyle, że Tatuś nie był wcale tatusiem, a Mały nie był taki znowu mały. Chodziło o słabostkę, zboczenie, wewnętrzne potrzeby, których nie sposób zaspokoić ze względu na różne czynniki. Jeden trochę starszy facet odczuwał potrzebę zaopiekowania się kimś, kto tego potrzebuje jak małym dzieckiem, zaś młody chłopak, chociaż w sumie to już mężczyzna, nie mógł odnaleźć się w świecie dorosłych, miał na głowie pełno problemów i był zagubiony, potrzebując powrotu do niewinności i zabaw dzieciństwa, mając oparcie w kimś, kto zaopiekowałby się nim pod każdym kątem.
I nagle *puff*, okazuje się, że sama należę do osób, które chciałyby być wciąż dzieckiem mogącym na kimś polegać, mogącym znaleźć siłę w dorosłym, kimś kto odczuwa przyjemność z dziecięcych zabaw, czytania książek dla maluszków, kolorowania malowanek, zabawy zabawkami. Nie znaczyło to, że chciałabym mieć takiego Tatusia, ale jednak pokazało mi, że może moje wielkie zainteresowanie tym, co dziecięce i potrzeba posiadania niektórych dziecięcych przedmiotów może wcale nie być tak normalna, jak się mi wydawało.
Westchnęłam głośno. A więc mało, że niedawno dopiero odkryłam, że jestem aseksualna, to teraz jeszcze dowiedziałam się, że mogę mieć jakieś zboczenie, kinka. Może więc do swojej listy pragnień powinnam dopisać poznanie siebie? W końcu z każdą chwilą okazywało się, że jestem osobą bardziej skomplikowaną, niż sądziłam i w sumie nie wiem o samej sobie zupełnie nic.
Chwała bogom za literaturę, bo chyba nigdy nie dowiedziałabym się nawet w tak niewielkim stopniu kim tak naprawdę jestem. W heteronormatywnym świecie, w którym każdy pozuje na normalnego, cokolwiek oznacza normalność, i idealnego, ciężko zrozumieć samego siebie.
Może właśnie dlatego nieświadomie otoczyłam się osobami, które w jakiś sposób różniły się nudnej większości i za wszelką cenę chciałam im pomagać?
Spojrzałam na swoją wciąż pustą kartkę.
- Dobra, Zardi. Miałaś ją zapełnić, miałaś poczuć się lepiej, miałaś osiągnąć przynajmniej część zapisanych celów w przeciągu najbliższego roku. Więc dlaczego już tego nie czujesz? - mruknęłam bardzo cicho do samej siebie.
Cóż, na tej kartce pewnie powinnam napisać kim chcę zostać po skoczeniu szkoły, ale nie miałam pojęcia, co chcę robić w przyszłości. Nic mi nie odpowiadało, a jednocześnie tak wiele mi się podobało, że nie byłam w stanie wybrać jednego zawodu. Innym problemem było to, że mi zawsze wszystko szybko się nudziło, a więc tak samo miało być pewnie z wybranym zawodem. Kim więc miałam zostać w przyszłości aby już teraz wybrać dalszy kierunek swojej edukacji?
Kolejny z moich problemów. Zbyt wiele myśli, zbyt wiele problemów z samą sobą. Nic dziwnego, że namiętnie czytałam książki, które pozwalały mi oderwać się od rzeczywistości i analizowania samej siebie. Problem w tym, że od niektórych rzeczy nie dało się uciec, nawet jeśli się je w nieskończoność odkładało.
- Dobra, Zardi, wróć do tematu. - znowu próbowałam przywołać się do porządku, bo kto inny miał to zrobić.
Może powinnam podzielić kartkę na kilka części? W zależności od tego czego dotyczyły moje plany, życzenia, pragnienia? A może powinnam mieć do tego specjalny notes? W końcu tych moich drobnych pierdół, które zaśmiecą kartkę będzie do znudzenia dużo. 
Hm, miałam upchnięte w szafce jakieś notesy. Mniejsze, większe, ładniejsze i mniej ładne. Może powinnam więc wykorzystać jeden z nich? Notes? A może jednak lepszy zeszyt? Tego jest dużo, a przynajmniej będzie…
Oparłam się o krzesło i odchyliłam głowę do tyłu.
Byłam beznadziejna. Już nawet straciłam na dzisiaj chęć i natchnienie do realizacji tego małego projektu.
Popatrzyłam na dwa małe, mizerne świstki kartki z kilkoma notatkami dotyczącymi tego, co powinno zaleźć się na mojej liście. To było tylko kilka punktów, wierzchołek góry lodowej. Cała reszta była gdzieś w mojej głowie, w moim sercu.
- Za dużo myślisz.
Aż podskoczyłam, kiedy nade mną pojawiła się znajoma twarz Remusa Lupina.
- Matko! - syknęłam – Chcesz mnie zabić? Zawału mogłam dostać!
Przyjaciel uśmiechnął się do mnie łobuzersko.
- Nad czym tak myślisz? Wiem, że nie nad zadaniami. Znam cię na tyle.
Fakt. Rzadko myślałam o zadaniach, częściej o innych projektach, które sobie wymyślałam, a później denerwowałam się, kiedy nie mogłam ich zrealizować lub miałam na to za mało czasu. Pięknie, sama sobie ściągałam na głowę kłopoty i problemy.
- Poniekąd o życiu.
- Jest krótkie i nawet jeśli jesteś młoda to nie wiesz, kiedy się skończy, więc może je wykorzystaj póki masz okazję? Jeśli zaczniesz działać, a przestaniesz analizować, będziesz miała więcej czasu. Nie patrz tak na mnie. Zamiast przez pięć minut myśleć o tym ile mam nauki, usiądę i po prostu sięgnę po pierwszy podręcznik i zacznę się uczyć, zyskam pięć minut, które później mogę poświęcić chociażby Syriuszowi.
- Hm, to nie takie głupie.
- Oczywiście, że nie. Ale przyznaję, że nie łatwo się tego nauczyć. Ktoś ostatnio czytał jakiś poradnik o myśleniu. Może zapisz się na listę oczekujących i sobie go wypożycz? Ja jestem na liście i stąd wiem, że jest.
Jeśli Remus proponował mi poradnik to niewątpliwie musiałam się nim zainteresować. Remi czytywał różne głupoty, które mu poleciłam lub takie, do których sam dotarł, ale często potrafił wyszukać również wartościowe pozycje, a ta zaproponowana brzmiała nieźle.
Skinęłam głową i pozbierałam swoje rzeczy ze stolika. Nie było sensu siedzieć nad zadaniem, którego i tak nie miałam szans dzisiaj zrealizować. Pewnie niedługo o nim zapomnę, ale co jakiś czas będę sobie o nim przypominać. W końcu jednak zdołam się spiąć w sobie i zrobić tę nieszczęsną listę, która ma mi pomóc w najbliższym roku.
- Wolałabym się nie starzeć. - zmieniłam trochę temat.
- Myślisz, że ja chcę? Dobrze mi tak jak jest, dobrze mi tutaj. Mam przyjaciół, mam Syriusza, z którym mogę w każdej chwili zaszyć się w kąciku i obmacywać, obściskiwać i w ogóle. Jestem tu szczęśliwy, ale nie zatrzymamy czasu.
- Cóż, James próbuje. - rzuciłam z uśmiechem, na co chłopak odpowiedział swoim.
- Zatrzymać czas, odwrócić proces starzenia… Dziwię się, że do tej pory nikogo nie zesypało po tych jego ogórach.
Roześmialiśmy się oboje. Dobrze było mieć przyjaciół, z którymi można było porozmawiać dosłownie o wszystkim. Człowiek od razu czuł się lepiej.
Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy Remus był bardziej typem Tatusia czy Małego.
Byłam szalona! I kochałam się za to.

środa, 27 czerwca 2018

Kartka z pamiętnika CCCXXIX - Matthew Sorcers

To były dla mnie ciche i upokarzające dni, kiedy tchórzowsko unikałem nie tylko Gregoire’a, ale i reszty przyjaciół.  Nie chciałem z nimi rozmawiać, ponieważ nie planowałem dzielić się z kimkolwiek swoimi problemami oraz odczuwanym strachem przed popełnieniem jakiegoś głupiego błędu. Zresztą Gregoire był powodem moich zmartwień, Alexander i Jace nigdy by mnie nie zrozumieli, a rozmowa z Samem, z którym czasami sypiałem, o moim dziewictwie analnym byłaby zbyt krępująca. Nie oszukujmy się, i tak nie uśmiechały mi się zwierzenia. Od razu moglibyśmy urządzić sobie babski wieczór, piżama-party i pogaduchy przy gorącej czekoladzie.
No błagam! Bez takich jaj!
Może i byłem wybredny, przez co mój problem niestety pozostawał niezmienny i wcale nie byłem bliższy jego rozwiązania, mimo długich godzin analiz, obliczania za i przeciw oraz innych takich głupot, którymi ludzie starają się dojść do porozumienia z rozumem i sercem.
A może po prostu za bardzo się tym wszystkim przejmowałem? Greg mógł chcieć mnie wrobić, żebym się od niego odczepił, więc może właśnie wpadłem po uszy w jego pajęczą sieć?
Nie żebym nie myślał o tym wcześniej. Prawdę mówiąc przychodziło mi to do głowy przynajmniej trzy razy dziennie, ale nigdy nie zbliżyłem się do poznania odpowiedzi na pytanie o uczciwość kumpla i jego rzeczywiste plany spędzenia ze mną jednej, głupiej nocy.
Jakie było prawdopodobieństwo, że Gregoire postanowił się ugiąć i spróbować seksu z facetem, chociaż od dawna już tego odmawiał i nie interesował się tak naprawdę żadną z płci? No dobra, może po prostu nie wiedziałem kto go interesuje, a kto nie, ponieważ nie zwykł o tym mówić, a ja nie naciskałem. Ale i tak zakładałem, że woli laski – miękkie, okrągłe, delikatne tyłki, równie okrągłe i miękkie cycki oraz stanowczo zbyt wielkie jak na mój gust sutki. Nie, kobiety były beznadziejne. Czy to możliwe, że Greg nie dostrzegał piękna w twardym, prężnym ciele mężczyzny? W twardym, ciasnym tyłku, twardej, płaskiej piersi?
Cholera, jak to w ogóle możliwe, że faceci w większości gustowali w babach?
Na myśl o związku mieszanym zrobiło mi się niedobrze. Z jakiegoś powodu ostatnio miałem tak coraz częściej, jakbym wyrabiał w sobie jakiś rodzaj heterofobii. Wyobraziłem sobie słabszą i delikatniejszą kobietę leżącą z rozłożonymi nogami pod większym od niej facetem i skrzywiłem się do siebie. Jakie to upokarzające nie mieć wyboru, czy chce się być górą, czy dołem! Dwój mężczyzn zawsze miało wybór, kiedy jeden decydował się być dołem, a drugi górą. Zawsze też mogli się zamienić. Kobieta zawsze musiała być tą, która przyjmuje w siebie faceta, jeśli była w zwyczajnym związku, jak większość innych. Upodlające.
Na chwilę pozwoliłem swoim myślom ucichnąć i spojrzałem w wpatrzone we mnie szare oczy o całkiem ładnym kształcie. Skupiłem rozbiegany wzrok stwierdzając, że patrząca na mnie dziewczyna marszczy brwi i przechyla głowę w bok, jakby imitowała sowę.
- Czego? - zapytałem z warknięciem.
- Zaraz ktoś pieprznie cię drzwiami prosto w łeb, bo stoisz od kilku minut przed wejściem do klasy, w której właśnie skończyły się zajęcia?
- Kurwa!
Na twarzy dziewczyny pojawił się pełen zadowolenia i wyższości uśmiech. Zadowolona z siebie ruszyła dalej korytarzem, zostawiając mnie z moją złością i wstydem.
Cholerna cwaniara! Drapieżnik od A do Z. Więc dlaczego tworząc ludzi ten Ktoś-Na-Górze nie wziął tego pod uwagę? Dlaczego jednych stworzył fizycznie uległymi, a innych fizycznie dominującymi?
Zastanowiłem się chwilę, po czym ruszyłem szybko za dziewczyną. Nigdzie się jej nie spieszyło, więc zatrzymałem ją zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej i złapałem za rękę.
- Co? - zapytała wyszarpując nadgarstek z mojego niezbyt silnego uścisku.
- Jesteś typem lidera czy robola?
Zmarszczyła czoło patrząc na mnie, jak na idiotę, ale odpowiedziała.
- Lidera w przebraniu robola, ponieważ wtedy unikam brania odpowiedzialności za swoje akcje i jestem leniwa.
- W związku dominujesz czy dajesz się zdominować?
- Nie lubię związków, ale nie daję się zdominować. Dominuję z ukrycia, tak żeby nie musieć się wysilać, ale żeby było po mojemu.
- Góra czy dół? - zapytałem nagle. Nie wiem czy mnie zrozumiała, ale odpowiedziała od razu.
- Góra.
- Dlaczego?
- Góra oznacza władzę i możliwości, pozwala na większą pewność siebie i decydowanie o sobie.
Skinąłem głową, odwróciłem się do niej tyłem i po prostu odszedłem. Kątem oka wydawało mi się, że dziewczyna wzruszyła obojętnie ramionami i ruszyła w swoją stronę, jakbym nigdy jej nie zatrzymywał. Byłem pewny, że nie miała pojęcia, co chciałem osiągnąć zadając jej te pytania, ale tego chyba nawet ja sam nie mogłem być do końca pewny. Niemniej jednak utwierdziła mnie w przekonaniu, że świat jest zbudowany nienaturalnie, ponieważ narzuca nam role i nie pozwala na wolne dokonywanie wyborów. Gdyby ta dziewczyna mogła po dorośnięciu wybrać swoją płeć, byłaby mężczyzną. Widziałem to w jej oczach. Była feministką, ponieważ jakiś bóg uczynił ją kobietą i uznała, że musi walczyć o swoje, o wyższość swojej płci, która pod tak wieloma względami była słabsza. Zdawała sobie sprawę z fizycznej przewagi mężczyzn i denerwowało ją to. Nie musiałem jej znać, aby wiedzieć to wszystko na pewno. Wystarczyło zwrócić uwagę na to, jak na mnie patrzyła, jak się do mnie odnosiła i przeanalizować sens jej słów.
A co oznaczało to dla mnie i mojej sytuacji?
Naprawdę wiele!
Ona musiała być silna, ponieważ nie miała innego wyjścia. Musiała zaakceptować swoją uległość albo ją odrzucić. Ja miałem wybór, miałem okazję zgodzić się na to, co mi odpowiadało, co mnie kręciło i płynąć z prądem. W moim przypadku nie chodziło o podporządkowanie się Tym-Lub-Temu-Na -Górze, a więc nie było niczego mało męskiego w podejmowaniu decyzji wiążącej się z przyjemnością dla samego siebie. To tak jakby wybierać czy wolę zjeść słodki batonik, czy słone chipsy. Ja mogłem wybierać i przybierać, a ona miała tylko jedną opcję.
Tak, właśnie porównałem role w seksie do niezdrowych przekąsek.
Teraz musiałem tylko stawić czoła samemu sobie, swoim potrzebom, przeanalizować dokładnie to, czego pragnąłem. Czy chęć całkowitego zbliżenia się do Gregoire’a była uczuciem ogólnym, czy w jakiś sposób ukierunkowanym? Chciałem go nie ważne w jakiej roli, czy może chciałem go po prostu zdominować, zaliczyć, zdobyć?
- Ależ ja jestem głupi! - jęknąłem na głos.
- Nie znam cię, człowieku, ale na pewno masz rację. - jakiś przechodzący obok mnie chłopak poklepał mnie po ramieniu.
Cóż, naprawdę byłem głupi, a jego komentarz tylko to dodatkowo podkreślił. Czy jednak moja głupota miała w tej chwili jakieś znaczenie? Nie. I tak musiałem teraz ogarnąć moje wszystkie sprawy uczuciowe i seksualne.
„Zaliczyć czy dać się zaliczyć? Oto jest pytanie!” myślałem.
Zabawne, ale nagle wcale nie wydawało mi się to już tak istotne, jakbym po prostu musiał uświadomić sobie pewne rzeczy tylko po to, żeby móc spokojniej odetchnąć.
Chwila, chwila, chwila! A gdzie ja tak właściwie właśnie szedłem? Co miałem w planach zanim oddałem się rozmyślaniom i poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące pytania?
Lekcje? Nie, nie lekcje. Miałem wolną godzinę.
Biblioteka? Za żadne skarby świata!
Kibelek! Tak, no przecież! Byłem w drodze do toalety! Cholera, minąłem ją dobrych pięć minut temu. Zawróciłem więc w stronę najbliższej toalety myśląc już tylko o jednym – o tym, że muszę się skupić na życiu i dotrwaniu w jednym, nieroztargnionym kawałku do obiadu, kiedy to wrócę do przyjaciół niczym syn marnotrawny i będę zachowywał się jakbym wcale ich nie unikał przez ostatnie dni. Jeśli będę musiał, nakłamię w tym temacie i nigdy nie dam po sobie poznać, że ogarnęły mnie jakiekolwiek wątpliwości dotyczące mnie samego. Pewnych słabości po prostu się przed kumplami nie okazywało, nawet jeśli potrafiłoby się powierzyć im życie.
Cóż, męskim światem również rządziły reguły, którym należało się podporządkować, jeśli chciało się zachować pozycję. Nie tylko kobiety miały czasami przekichane. My, faceci również.