niedziela, 12 marca 2023

- la fièvre - new moonlight secret

ZUPEŁNIE NOWA ODSŁONA BLOGA POJAWI SIĘ POD ADRESEM:


 https://ace-in-the-picture.blogspot.com


Hannibal Lecter i Will Graham (Hannibal TV) w uniwersum Harry'ego Pottera.


P.S. Muszę dać upust temu pomysłowi, jak również mojej zdecydowanie zbyt wielkiej miłości do serialu Hannibal.






piątek, 18 marca 2022

INFORMACJA!

 KOCHANI, WIEM, ŻE NIE MA MNIE JUŻ OD DAWNA, ALE JA WRÓCĘ!

MOIM CELEM BĘDZIE POPRAWIENIE STARYCH NOTEK, ODPOWIEDNIE ICH PRZEPISANIE.

JEST COŚ JESZCZE, O CZYM CHCIAŁAM WSPOMNIEĆ. PAMIĘTACIE ZAPEWNE, ŻE JEDEN Z MOICH KLUCZOWYCH BOHATERÓW JEST UKRAIŃCEM. CHODZI NATURALNIE O SHEVĘ. POWSTAŁ, JAKO MANIFESTACJA MOJEJ SŁABOŚCI DO TEGO KRAJU, KRAJU, KTÓRY ZOSTAŁ ZAATAKOWANY PRZEZ STARZEJĄCEGO SIĘ POTWORA.

PROSZĘ, POMAGAJCIE JAK MOŻECIE UKRAIŃCOM UCIEKAJĄCYM Z OGARNIĘTEGO WOJNĄ KRAJU, OTWÓRZCIE DLA NICH SERCA. TRZYMAJCIE KCIUKI ZA TYCH, KTÓRZY WALCZĄ W OBRONIE UKRAINY.

A JEŻELI BĘDZIE TAKA POTRZEBA, NIE BÓJCIE SIĘ STANĄĆ DO WALKI ZA NASZĄ POLSKĘ.




środa, 22 lipca 2020

Suknia

18 maja

- James?
- Hm?
- Ściana. - Syriusz wskazał na twardą powierzchnię, której J. z pewnością nie byłby w stanie pokonać, a jedynie nabiłby sobie ogromnego guza.
- Och.
James cały dzień chodził zamyślony, zadumany, może nie smutny, ale i nie zadowolony. Coś wyraźnie nie dawało mu spokoju. Nie mogłem zliczyć ile razy się dzisiaj potknął, wpadł na coś lub na kogoś.
- Dobra, James, mam dosyć. Przecież ty się zabijesz w przeciągu kolejnej godziny! - Syriusz złapał chłopaka za ramię i posadził go na podłodze przy ścianie, a następnie sam usiadł przed nim. Przyłączyłem się do nich. - Co się dzieje?
- I nie mów, że nic. - dodałem.
Okularnik westchnął ciężko.
- Niech będzie. Słuchajcie. Albo nie, lepiej wam pokażę. - sięgnął po swoją torbę i zanurkował w niej. - Jest! - wyjął kolorowy magazyn i wręczył nam go.
Rzuciłem okiem na okładkę i zmarszczyłem brwi na jej widok.
- Suknie ślubne? - rzuciliśmy z Syriuszem jednocześnie.
- Lily chce wiedzieć która podoba mi się najbardziej i w której moim zdaniem będzie jej najlepiej.
- Co? Jesteśmy przed samymi egzaminami, a ona zawraca ci głowę sukniami? - nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem.
Przyjaciele spojrzeli na mnie jednocześnie.
- Obawiam się, Remusie, że nie to tak męczy Jamesa. - Syriusz poklepał mnie po kolanie.
Cóż, oni może nie martwili się nauką i egzaminami, ale ja tak.
- Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Lily, ale dla mnie to zbyt wcześnie na ślub. Gdyby do tego doszło dwa, trzy lata temu, wtedy pewnie od razu bym się stawił na ślubnym kobiercu. To był ten wiek, kiedy mnie to interesowało. Ale teraz jestem starszy i mądrzejszy. Wolałbym pożyć zanim mnie zaobrączkują. To chyba zrozumiałe.
Skinąłem głową, zaś Syriusz westchnął ciężko.
- Co do tego masz rację. Pamiętasz jacy my z Remusem byliśmy zafiksowani na tym punkcie na początku? Kiedy jesteś młody, takie rzeczy cię interesują, bo są częścią dorosłości. Kiedy dorastasz zaczynasz rozumieć, że to cię ograniczy. Pamiętacie moją kuzynkę? Tę, która zaciążyła? Ilekroć się z nią widzę mówi mi, że nie powinienem się z niczym spieszyć i wysłuchuję całego wykładu na ten temat.
- I ma rację. Lily przynajmniej nie jest w ciąży, więc mogę próbować odwlec ślub w czasie tak daleko jak tylko się da, ale Lily się cieszy, a jej ojciec naciska i niewiele zdziałam. Z tym jest jak z zabawką. Kiedy jest nowa, chcesz się ciągle bawić. Kiedy się znudzisz, bawisz się nią rzadziej, a czasem nawet odkładasz.
- Może powiedz jej, że żadna z tych sukni do ciebie nie przemawia? Evans jest kobietą i na swoim ślubie będzie chciała wyglądać perfekcyjnie. Jeśli ją przekonasz, że żadna z tych sukni nie pasuje do niej, będzie szukać dalej, a to odłoży ślub w czasie. Może nie znacząco, ale zawsze trochę. - pomysł Syriusza miał sens. Nawet jeśli zdecyduje się na szycie, to zajmuje czas.
- A sukni ślubnej nie powinno się szyć magią, ponieważ to zły omen. Jeśli z suknią idzie się na łatwiznę to całe wspólne życie robi się to samo.
- O! Skąd o tym wiesz? Nie sądziłem, że jesteś specjalistą od tematyki ślubnej. - James wyraźnie poweselał.
- Zmyśliłem to na poczekaniu, ale jeśli brzmiało przekonująco to możesz spróbować wcisnąć do Evans. Wtedy na pewno zyskasz czas.
- To może się udać. - James pojaśniał jeszcze bardziej i patrzył na mnie i Syriusza z podziwem. Nie wiem czy jesteście genialni, czy tylko przydatni, ale jeśli Lily to kupi to z pewnością to pierwsze.
- I nie zapomnij o medalu za zasługi. - Syri roześmiał się szczerze i oddał Jamesowi katalog ślubny. - Jeśli chcesz być bardziej przekonujący, znajdź jakąś stronę z suknią, którą obsypiesz komplementami, a później skrytykujesz. Musi myśleć, że naprawdę przeglądałeś katalog i starałeś się coś wybrać.
- Nie chcę źle mówić o dziewczynach, ale większość z nich jest próżnych i jeśli to wykorzystasz masz szansę odwlec ślub nawet o kilka miesięcy. - pozwoliłem sobie zauważyć. Znałem w końcu wiele dziewczyn, które potwierdzały tę regułę swoim zachowaniem oraz kilka takich, które były wyjątkami.
Kruczowłosy pomógł wstać Jamesowi i objął go ramieniem.
- Dasz sobie radę, stary. Pomożemy ci na tyle, na ile będziemy w stanie.
- Dzięki.
James wyraźnie czuł się teraz lepiej i lżej. Jego krok nie był tak ociężały, plecy zgięte, a wzrok zamglony. Biedny chłopak naprawdę musiał martwić się tą suknią i faktem, że wisi nad nim widmo rychłego ślubu. Jego sytuacja pomogła mi docenić moją. Ja nie musiałem martwić się naciskiem z niczyjej strony, nie groziła mi ciąża, a mój związek nie przysparzał mi problemów. Byłem naprawdę szczęśliwy, że nie znalazłem się na miejscu Jamesa.
Dzięki temu mogłem skupić się na egzaminach i przygotowaniu do sprawdzianu mojego przyszłego nauczyciela, a później do lekcji z nim. Naprawdę byłem w dobrej sytuacji, przynajmniej pod tym względem.
Koniec szkoły, ślub Jamesa, nasze dalsze kariery. Przed nami rozciągało się długie pasmo zmian, które miały zakończyć ten etap naszego życia i rozpocząć kolejny. Gdybym miał na to jakiś wpływ, chciałbym żeby żeby nauka w Hogwarcie trwała dłużej. Jeszcze przynajmniej dwa lata, a najlepiej od razu trzy.
Problemy Jamesa uzmysłowiły mi chyba najdokładniej fakt, że wszystko się kiedyś musi zmienić. Po tak wielu latach spędzonych z chłopakami, bałem się samotności, jaka miała nadejść. Oni rozpoczną naukę w nowej szkole, a ja będę musiał uczyć się sam. Podziwiałem Anderw, który był w stanie przeprowadzić się w nieznane miejsce, rozpocząć naukę w nowej szkole i zostawić nas tutaj. To był pierwszy wielki krok jaki zrobił, kolejnym była jego kariera. On również będzie kończył w tym roku edukację. Czy po tym, jak musiał się rozstać z naszą paczką będzie my łatwiej pożegnać się z nowymi kumplami? A może tego nie da się wyćwiczyć w żaden sposób i znowu czeka go ból, samotność, smutek po kolejnym rozstaniu?
Dorastanie było do kitu!
Wchodząc na korytarz, który rozgałęział się później prowadząc do poszczególnych Domów, zauważyłem stojący przy jednej ze ścian straganik. Odwrócona do nas tyłem osoba właśnie wykładała na blat szklanki.
- Zardi? - poczułem jej zapach i od razu skojarzyłem figurę oraz ruchy jakie wykonywała. Każdy porusza się w charakterystyczny sposób, co dla mnie było tym łatwiejsze do zauważenia.
Podeszliśmy bliżej. To naprawdę była Zardi.
- Co ty robisz? - Syriusz stanął przed jej stoiskiem z lemoniadą, jak pisało na banerze nad naszymi głowami.
- To, co widać. - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Sprzedaję lemoniadę na środku korytarza.
- Dobra, zadałem złe pytanie. Dlaczego sprzedajesz lemoniadę na środku szkolnego korytarza stojąc za stoiskiem, które powinno stać na rynku, a nie w szkolnym budynku?
- Przegrałam zakład, potrzebuję kasy, a to jedyny pomysł na zarobek jaki przyszedł mi do głowy. Dodam, że odrabianie prac domowych za kogoś to żadna zabawa, więc od razy zrezygnowałam z tej opcji.
- I uznałaś, że zarobisz więcej na lemoniadzie? - rzuciłem z niedowierzaniem.
- Ludzie są ciekawi tego, co mam i jak smakuje, więc kupują. Poza tym, lemoniada jest wzbogacona zaklęciem musującym. Dla prawdziwych śmiałków mam wybuchającą…
- Chcę wybuchającą! - James od razu położył na blacie pieniądze, a oczy błyszczały mu jasno, jakby właśnie znalazł nową ulubioną zabawkę.
- Mówiłam, że ludzie płacą. - Zardi wyszczerzyła się do nas zadowolona i nalała okularnikowi jego lemoniady.
To mogło być bardzo ciekawe.

niedziela, 14 czerwca 2020

Nowy pomysł Jamesa

17 maja

Nie wiem, czy byłem w stanie podnieść jedną brew, ale miałem wrażenie, że właśnie to zrobiłem, kiedy patrzyłem, jak James Potter wnosi do naszego pokoju stertę książek. Wymieniliśmy z Syriuszem pytające, zaniepokojone spojrzenia, podczas gdy Peter starł wpatrzony w okularnika z otwartymi ze zdziwienia oczyma. Sam nie wiem, co miał otwarte szerzej, oczy czy usta.
James potknął się o swoje własne rozrzucone po podłodze buty, książkowa konstrukcja zadrżała i przełamała się w połowie zwalając się ciężko na ziemię. Dobrze, że chłopak w ostatniej chwili przechylił się do przodu, ponieważ książki spadły w bezpiecznej odległości od jego stóp, co oszczędziło mu sporego bólu.
- Niech to! - James tupnął kilka razy ze złością nogą. Było to może dziecinne zachowanie, ale już niejednokrotnie przekonałem się na własnej skórze, że pomaga rozładować negatywne emocje przynajmniej w pewnym stopniu. - Pomóżcie mi to pozbierać, proszę. - zwrócił się do nas błagalnie. - Tak mnie dzisiaj bolą plecy, że jeśli się schylę to już się nie wyprostuję i będę musiał pełzać do wieczora.
Nie miałem nic przeciwko, więc zabrałem się za zbieranie książek. Zresztą, byłem bardzo ciekaw, co tak pochłonęło Jamesa, że postanowił przynieść do pokoju górę książek. Podejrzewałem, że ciekawość kierowała także Syriuszem i Peterem, ponieważ i oni bez mrugnięcia okiem postanowili pomóc przyjacielowi.
- Chiński? - spojrzałem pytająco na okularnika, który właśnie odłożył na swoją szafkę nocną pozostałą w jego rękach połowę książek. - Jesteśmy u progu egzaminów końcowych, a ty planujesz uczyć się chińskiego?
- Lepiej późno niż wcale…
- Stary, na co ci chiński? - Syriusz podał okularnikowi podręczniki, które podniósł.
Ja i Peter zrobiliśmy to samo, a Potter położył je na innych ponownie tworząc z nich wielką górę, a następnie wskoczył na swoje łóżko, które zaskrzypiało niebezpiecznie.
- Wiecie, że pracuję nad kilkoma projektami, jak eliksir młodości, zmiany płci i męskiej ciąży. Źródeł w języku angielskim jest niewiele, a niektóre z nich to tłumaczenia. No i tu pojawia się problem. Chłopaki, jestem u progu przełomowego odkrycia. Znalazłem książkę, w której znajdę wszystkie tajniki zakazanych eliksirów. Rzecz w tym, że tłumaczenie angielskie woła o pomstę do nieba. W życiu nie czytałem czegoś tak koszmarnego. Zostaje mi więc oryginał… - zwiesił głos.
- Który jest po chińsku. - dokończyłem jego zdanie.
- Dokładnie. Szkoła nie ma oryginału, ale go zdobędę. Tylko, że muszę znać chiński. Nie muszę mówić w tym języku, muszę tylko czytać. Jestem u progu odkrycia, które zmieni świat! Czy tam raczej ponownego odkrycia, skoro już kiedyś ktoś to odkrył, ale tego zakazano i ludzie zapomnieli, jaką wiedzę kiedyś posiadali.
- Jeśli to zakazane eliksiry, skąd pewność, że pozwolą ci na to odkrycie? - Syriusz sięgnął po jedną z książek Jamesa i zaczął ją przeglądać. - Merlinie…
- To banalnie proste, mój młody padawanie. Dokonuję odkrycia, piszę o tym do wszystkich gazet, robi się o tym głośno. W końcu dowiaduje się o tym Ministerstwo Magii i zakazuje mi o tym mówić, cenzuruje moją wiedzę. Znowu robi się o tym głośno, bo wszystkie gazety piszą o tym, że Ministerstwo Magii interweniowało, a wiadomości o moim odkryciu rozchodzą się na cały świat. Coś takiego dojdzie do większej liczby osób, mogę cię zapewnić. Tylko najpierw muszę coś odkryć.
- Niech będzie. Rozumiem twój sposób myślenia. Ale ty wiesz, że niektóre z tych znaków są tak trudne, że będziesz uczył się jednego przez dwa tygodnie, jeśli nie dłużej? - Black pokazał chłopakowi przykład, który sprawił, że ciarki przeszły mi po plecach.
Miałem wrażenie, że James pobladł. 
- Cóż, od początku wiedziałem, że nie będzie łatwo…
Syriusz przerzucał strony książki pokazując chłopakowi coraz to nowsze „krzaczki”.
- Przestań! - James zabrał mu podręcznik i odłożył go na miejsce.
- Angielski to jeden z najłatwiejszych języków świata, a i tak robisz w nim błędy. - zauważył Peter – I mimo to chcesz uczyć się pewnie jednego z najtrudniejszych języków jakie istnieją?
- Jeśli macie inny pomysł, słucham. I pamiętajcie, że nie mogę tego dać do tłumaczenia komukolwiek, bo czarodziej przywłaszczy sobie moje odkrycia lub od razu powiadomi Ministerstwo, a mugol nigdy tego nie zrozumie, nie mówiąc już o tym, że mógłbym narobić sobie kłopotów. Zaklęcia tłumaczące testowałem na innych językach i jeśli na chińskim zadziałają podobnie to leżę i kwiczę tak jak teraz z tym, co znalazłem. Niektóre zdania wydają się składane na zasadzie pociętego słownika. Zbierasz kawałki losowo, sklejasz i wychodzi ci zdanie. Lub raczej coś co zdaniem miało być, ale nie spełnia podstawowych funkcji gramatycznych. I mówię wam to ja! A jeśli ja to mówię to znaczy, że jest bardzo, ale to bardzo źle.
- Niech będzie, nie mam pomysłu. Ucz się tego chińskiego, ale na moją pomoc nie licz. - Syriusz podniósł ręce w geście poddania oraz umywania ich od całej sprawy.
- Ja również ci nie pomogę. Nie znam chińskiego i nie wyobrażam sobie uczyć się go teraz. Wiem tylko, że ma tony, a ton zmienia znaczenie słowa. No i od egzaminów dzielą nas tak naprawdę tygodnie, więc nie czuję się na siłach angażować się w coś więcej. Po egzaminach mogę ci pomóc, ale nie wcześniej.
- Nawet na to nie liczyłem. To mój projekt i mój pomysł, więc to ja muszę dać sobie z tym radę. A teraz pozwólcie, że od razu przejdę do rzeczy, bo mam mało czasu żeby zabłysnąć.
James położył się na swoim łóżku, otworzył pierwszą książkę i zaczął czytać. Jego oczy po chwili stały się wielkie jak spodki. Odłożył podręcznik patrząc prosto przed siebie. Byłem pewny, że w jego głowie kłębią się teraz tysiące myśli i pytań, z czego jedno dominuje: „W co ja się wpakowałem?!”.
Po chwili na jego twarzy pojawiła się mina: „Dasz radę, James. Dasz sobie radę, bo jak nie ty to kto”.
I kolejna: „Merlinie, przecież ja w życiu tego nie ogarnę!”
„Nie denerwuj się, James. Dasz radę. Powoli i do przodu. Zapomnij, że ci się spieszy, powolutku, znak po znaku, cholerny krzaczek po cholernym krzaczku. Nie musisz mówić, musisz tylko czytać”.
- Nie mogę prosić o pomoc w tłumaczeniu, ale może poproszę o pomoc w nauce.
- Przed egzaminami? J., zapomnij. - nie chciałem niszczyć jego marzeń, ale naprawdę wątpiłem by ktokolwiek chciał się w coś takiego bawić.
- Spójrz na to z innej strony. - Syriusz uśmiechnął się pokrzepiająco do przyjaciela. - Mogła ci się trafić nauka arabskiego, a tam podobno litery się zmieniają w zależności od tego, z jaką inną literą sąsiadują. Tak przynajmniej słyszałem, ale nie wiem ile w tym prawdy. Nigdy nie chciałem uczyć się arabskiego. Prędzej tureckiego, bo jeden z moich ulubionych bohaterów jest turkiem, ale to podobno całkiem prosty język, więc i tak jestem w dobrej sytuacji.
- Nie wiem czy mnie to pociesza.
- Przeglądałeś już te podręczniki? - postanowiłem w jakikolwiek sposób doradzić koledze.
- Pobieżnie.
- Więc na początek przejrzyj je dokładniej, porównaj. Wybierz taki, który twoim zdaniem wydaje się najłatwiej skonstruowany i najlepiej wszystko wyjaśnia. Zacznij od najłatwiejszego, nawet jeśli okaże się dla dzieci.
- Masz rację, porównanie i wybranie najłatwiejszego to dobry pomysł. Tym bardziej, że już na początku mam ochotę paść twarzą w dół, bo zacząłem się gubić przy pierwszych zdaniach tej książki, a nawet do znaków nie dotarłem.
- Ale pomyśl jak zaimponujesz Lily. - odezwał się w końcu Peter. - Jeśli się dowie, że znasz chiński, nawet jeśli tylko podstawy, oszaleje na twoim punkcie jeszcze bardziej.
- O tym nie pomyślałem. - na twarzy Jamesa pojawił się bardzo szeroki, bardzo znaczący uśmiech. Peter trafił w dziesiątkę z motywacją. J. chciał zaimponować swojej dziewczynie bardziej, niż pragnął sławy i dokonania niesamowitych odkryć. - Peter, jesteś geniuszem!
Miałem wrażenie, że nagle nauka stanie się dla chłopaka o wiele łatwiejsza, a „krzaczki” zaczną same wchodzić mu do głowy. Przynajmniej na początku.

niedziela, 7 czerwca 2020

Spotkanie we mgle

Nawet nie wiem jak do tego doszło, ale mężczyzna wyrósł przede mną jakby spod ziemi. Nie było go, mrugnąłem i już stał przede mną, w moim odczuciu stanowczo zbyt blisko.
Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, albo po prostu nie pamiętałem podobnej sytuacji, ale odskoczyłem do tyłu i warknąłem. Byłem w pełnej gotowości do walki. Nie jako czarodziej, ale jako wilkołak.
Mężczyzna był raczej niski i szczupły, może nawet chudy, ciężko było mi to jednoznacznie stwierdzić. Wydawał się stary, chociaż jeszcze nie „dziadkowaty”. Jego spojrzenie było ostre, przenikliwe, przeszywało mnie niczym jadeitowy nóż. Siwe słody miał zaczesane do tyłu, a szpiczastą budkę zadbaną, chociaż niewątpliwie sprawiała, że wyglądał na jeszcze ostrzejszego niż musiał być w rzeczywistości. Wydawało mi się, że go kojarzę, gdzieś już widziałem, ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i kiedy.
- Miałem uczyć chłopca, a nie zwierzę. - odezwał się nagle z silnym zagranicznym akcentem i zaczął obchodzić mnie dookoła nie spuszczając ze mnie spojrzenia. - Spodziewałem się kogoś bardziej imponującego. Jest raczej drobny, niski…
Przyganiał kocioł garnkowi – pomyślałem.
- Drobny i niski, powiadasz? - Dumbledore stanął obok mężczyzny i spojrzał na niego z góry. Dyrektor był od tego mężczyzny zdecydowanie wyższy.
Nieznajomy rzucił Dumbledore’owi wściekłe spojrzenie i kontynuował obchodzenie mnie dookoła.
- Remus to inteligentny i sprytny chłopak, dobry czarodziej. Jest wilkołakiem, a to wiąże się z bardzo dobrym węchem, słychem i wzrokiem oraz dużą sprawnością fizyczną, w tym siłą i szybkością. Kiedy dodasz do tego magię, otrzymasz więcej niż tylko czarodzieja.
- Niemal broń… - twarz mężczyzny rozjaśnił niemal szalony uśmiech. - Tak, że też wcześniej o tym nie pomyślałem. To wiele tłumaczy… Uznajmy ich za niegodnych, nie uczmy, a dzięki temu łatwiej będzie nad nimi zapanować. Szkoła czarodziejstwa dla wilkołaków to świetny pomysł, Albusie. Pod warunkiem, że ten chłopak zda egzamin.
- Jestem pewny, że tak będzie. Jest ambitny.
Teraz już wiedziałem, jak czują się ludzie, o których rozmawia się jakby wcale ich nie było, podczas gdy oni stoją obok i wszystko słyszą. Wiedziałem, że niektórych ludzi to denerwuje, chociaż nie rozumiałem do końca dlaczego. Aż do teraz. Uznałem jednak, że wtrącanie się w ich rozmowę nie miałoby sensu. Chciałem tylko dalej się uczyć, zdobywać niezbędną wiedzę, aby móc w przyszłości żyć normalnie. Nie ważne, co później planowali Dumbledore i jego znajomy. Zresztą, miałem wrażenie, że dyrektor przytakiwał nieznajomemu tylko po to, aby w końcu mieć pewność, że ten będzie mnie uczył.
- Niech będzie. - mężczyzna spojrzał na mnie poważnie. - W dniu egzaminów końcowych będę chciał osobiście sprawdzić twoje umiejętności. - zwrócił się w końcu bezpośrednio do mnie. - Widziałem twoje wyniki podczas normalnych zajęć, będę miał wgląd w wyniki twoich egzaminów, ale chcę kilka rzeczy sprawdzić sam i właśnie wtedy będę miał ku temu okazję nie wzbudzając przy tym niczyjego zainteresowania. Nie powiem ci co będę sprawdzał, ponieważ wtedy mój egzamin nie miałby najmniejszego sensu.
- Chcę mieć wgląd w twój egzamin zanim się odbędzie. - Dumbledore położył dłoń na moim ramieniu zwracając się do niższego mężczyzny, którzy przeniósł poirytowane spojrzenie ze mnie na niego.
- Nie ufasz mi?
- Ani trochę.
- Łamiesz mi serce, ale niech będzie. Hej, dzieciaku. Wiesz w ogóle kim jestem?
Przełknąłem ślinę z trudem czując, że się czerwienię. Pokręciłem przecząco głową.
- Eh, jestem zawiedziony, Albusie. Czego wy w ogóle te dzieci uczycie? Ale dobrze, skoro nie wiesz to niech tak na razie pozostanie.
Nieznajomy zaczął wspinać się po schodach prowadzących na wyższy poziom gabinetu, a po chwili zniknął mi całkowicie z oczu.
Czułem się jak dzieciak lub po prosu głupek. Nie powiedziałem nic na poziomie, milczałem przez niemal całe spotkanie z moim nowym nauczycielem, nie pokazałem mu się od najlepszej strony. Nic dziwnego, że chciał mnie przetestować i nie chciał ze mną porozmawiać.
- Świetnie poszło, Remusie. - Dumbledore ścisnął moje ramię, po czym podszedł do swojego biurka przekładając na nim swoje papiery jakby czegoś w nich szukał. - Po tym, co widziałem jestem pewny, że po zakończeniu szkoły będziesz mógł kontynuować naukę pod okiem kogoś naprawdę utalentowanego. Musisz być jednak gotowy na to, że najczęściej nie będzie w tak dobrym humorze jak dzisiaj. A jeśli tak będzie to wiedz, że coś kombinuje i z pewnością nie jest to nic dobrego. No cóż, Remusie. Myślę, że na dzisiaj to tyle. Inaczej to sobie zaplanowałem, ale przy nim – machnął ręką w stronę schodów, po których wszedł mężczyzna. - rzadko cokolwiek wychodzi tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. To dzikus. Jest czarujący, ale niewątpliwie jest też dzikusem, który robi co mu się podoba i jak mu się podoba.
- Więc… Więc mogę już sobie iść? - zapytałem niepewnie.
- Tak, Remusie. Jeśli będziesz jeszcze potrzebny, zaproszę cię do siebie. Na dzisiaj to tyle.
- Dziękuję. - skinąłem głową dyrektorowi i wyszedłem z jego gabinetu.
Na schodach zatrzymałem się na chwilę i potrząsnąłem głową. Czułem się jakbym właśnie wyszedł z mgły, która nie otaczała jednak mojego ciała, ale umysł.
Czy to zapach dymu?
Pomasowałem palcami głowę między oczyma. Nie bolała mnie, jednak nie byłem sobą. Zupełnie jakbym wstał po popołudniowej drzemce, która często spowalniała tempo pracy mojego umysłu, co nie pozwalało mi się skoncentrować, zebrać myśli.
To nie miało sensu.
Wyszedłem na korytarz, na którym czekała na mnie Zardi.
- I co? - zapytała od razu. Złapała mnie za rękę i zaczęła odciągać od wejścia do królestwa Dumbledore’a.
Streściłem przyjaciółce wydarzenia z gabinetu dyrektora na tyle, na ile byłem w stanie. Niektóre informacje chciałem pominąć, ale uznałem, że nie ma to sensu, bo jeśli nie mogłem zaufać Zardi to komu mogłem?
Przyznałem się przed dziewczyną, że nie wiem kim jest niski, starszy mężczyzna, którego poznałem i który miał być moim nauczycielem. Przyjaciółka obiecała jednak, że pomoże mi do tego dojść, abym czuł się z tym bardziej komfortowo.
- Jeśli dyrektor traktował go jak równego sobie to na pewno mamy do czynienia z kimś ważnym. Pytał, czy go kojarzysz, a więc istnieje możliwość, że mógłbyś gdzieś natknąć się na informacje o nim oraz zdjęcia. Niechętnie to proponuję, ale przejrzyjmy najnowszą historię magii w naszych podręcznikach, a jeśli tam nic nie znajdziemy, poszperamy trochę w bibliotece. Lub ja będę szperać i szukać mając w pamięci twój opis, a jeśli na coś wpadnę to dam ci znać jeśli będziesz chciał.
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się do dziewczyny. Rozumiałem dlaczego nie chciała mnie angażować, ale w tej chwili nie czułem się gotowy do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Byłem zagubiony, zagubiony we własnej głowie, chociaż myśli pływały w smole.
Czy to możliwe, że ktoś niepostrzeżenie rzucił na mnie zaklęcie? Nie, to nie mogło być zaklęcie.
Zapach dymu – przypomniałem sobie. - Może to ten dym. 
To miałoby sens. Jest wiele roślin, które palone mogły otumanić, spowolnić, a nawet pozbawić pamięci. Może ten mały, dziki czarodziej chciał mieć pewność, że jeśli go rozpoznam to nie zdołam zareagować na czas? Nie zaatakuję, nie złapię… 
- Pomogę ci szukać w książkach i Proroku Codziennym. - zdecydowałem.
Musiałem się dowiedzieć, co się dzieje i czy to możliwe, że zostałem otumaniony aby zapewnić bezpieczeństwo człowiekowi, który był na bakier z prawem, a którego dyrektor tak doskonale znał.
- Zardi, jeśli do jutra z jakiegoś powodu zapomnę o tym, co się dzisiaj wydarzyło, opowiedz mi o wszystkim. - postanowiłem się ubezpieczyć na każdą ewentualność.
Przyjaciółka spojrzała na mnie poważnie i skinęła głową. Rozumiała moje obawy, nawet jeśli nie znała wszystkich szczegółów.

niedziela, 31 maja 2020

Special: One More Light (31 maja 2020 r.)

Dzisiaj zmarła moja babcia (mama mojej mamy). W dobie Koronawirusa zmarła na zapalenie płuc. Nie ważne czy w to wierzę. Nie jestem patologiem, nic nie mogę zrobić.
Chociaż nie. Jest coś co mogę zrobić. Mogę wrócić do pisania, mogę odnaleźć siebie, zwalczyć depresję i żyć dalej.
Kocham Cię, Babciu.



- Co się dzieje? - zapytałem siadając na podłodze obok Zardi, która zajmowała ciasny i w połowie ukryty kącik Pokoju Wspólnego. Cały dzień trzymała się z boku i chociaż starała się rozmawiać z każdym normalnie, czasami widziałem jak ocierała załzawione oczy.
- Na świecie istnieją wielkie choć znane tylko niewielu wspaniałe czarownice. Kobiety pełne ciepła, miłości, wywołujących uśmiech przywar. Cudowne, prawdziwie magiczne kobiety, które potrafią zmieniać ludzkie żucie, chociaż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Taka była moja babcia. Od kilku miesięcy była w domu opieki. Czasami wiedziała kto ją odwiedza, czasami nie do końca kontaktowała. Miała problemy psychiczne, ale to od bardzo dawna, więc brała leki i funkcjonowała. Później zachorowała i zaniemogła. Wiesz, ona była grubsza, więc kiedy miała problemy z chodzeniem, dźwiganie jej było niesamowicie trudne. W domu nie miała stałej opieki, a dziadek jest od niej o dziesięć lat starszy, więc musieliśmy umieścić ją w zakładzie, gdzie zawsze był ktoś, kto się nią zajmował. Wszystko było dobrze, póki nie zabroniono odwiedzin z powodu działań Voldemorta. - w oczach dziewczyny znowu pojawiły się łzy. - Moja mama uważa, że babcia mogła się załamać, kiedy nikt jej nie odwiedzał. Czasami była świadoma tego, co się dzieje, a czasami nie, szybko wszystko zapominała, więc nawet jeśli powiedzieli jej, że odwiedziny są zabronione, nie koniecznie zdawała sobie z tego sprawę. Nawet podana przyczyna jej śmierci wydaje mi się podejrzana i nazbyt bliska tego, co teraz się dzieje. Ale nie mogę sprawdzić, czy mówią nam prawdę.
- Merlinie, tak bardzo mi przykro.
- Wiem i dziękuję. - uśmiechnęła się przez łzy. - Ludzkie życie jest jak płomień świecy, który w pewnym momencie gaśnie. Wiele osób wierzy, że jakaś niewidzialna ręka zapali ten płomień na nowo. Ja nie wiem w co mam wierzyć, więc mam nadzieję, że to w co ona wierzyła będzie prawdziwe w jej przypadku. Wiesz, teraz jestem na etapie doszukiwania się w tym teorii spiskowych i znaków, jak na przykład zegarek, który się wczoraj zatrzymał. Wcześniej było obwinianie się, że jej nie odwiedziłam od dawna. Nie byłam w stanie, ale i tak czułam się winna. To normalne. Ludzie często się obwiniają o coś, na co nie mają wpływu, ponieważ gdyby mieli drugą szansę, gdyby wiedzieli wcześniej, co się stanie, zrobiliby coś inaczej z nadzieją, że to odmieni los. Nie koniecznie by się udało, ale ta nadzieja jest w nas zawsze. Jednocześnie nie mogąc nic zmienić w przeszłości, chcemy żeby ta śmierć miała znaczenie dla przyszłości. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. - Zardi wyjęła z kieszeni chusteczkę i wytarła nos. - Przepraszam. - rzuciła zdławionym głosem i zasłaniając twarz zaczęła płakać.
Objąłem ją mocno.
Po kilku minutach dziewczyna uspokoiła się, wysiąkała nos, otarła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów.
- Tak jest przez cały dzień. - wyznała. - Płaczę, przestaję, znowu zaczynam płakać. To jest takie nierealne. Nagle ktoś znika z twojego życia na zawsze i nic nie jest już takie samo, nic już takie nie będzie. Życie jest do dupy, Remusie. Chcę żeby śmierć mojej babci miała znaczenie, żeby coś zmieniła…
- Dlatego tutaj jesteśmy. - rzuciłem cicho. - Aby coś się zmieniło.
Uśmiechnęła się do mnie lekko i skinęła głową. Wiedziała o co mi chodzi, rozumiała.
- Od dawna nie straciłam nikogo bliskiego. Ta śmierć jest początkiem pasma bolesnych rozstań, a każde z nich będzie coraz trudniejsze. Czasami zastanawiam się, czy któreś z nich mnie w końcu złamie.
- Wiesz, że masz mnie…
- Wiem, Remusie. Ale jeśli sama nie będę w stanie stać na nogach, nie wiem czy ktokolwiek będzie w stanie mi pomóc.
Znowu ją objąłem.
- Będzie łatwiej. To przerażające i niesprawiedliwe, ale tak właśnie jest. Z czasem po prostu jest łatwiej. Jeśli przetrwamy ten najtrudniejszy okres, będzie nam łatwiej i będziemy silniejsi.
Zardi złapała mnie za rękę i ścisnęła ją.
Siedzieliśmy w ciszy wpatrzeni w sufit Pokoju Wspólnego. Nie wiem, co działo się w głowie przyjaciółki, ale podejrzewałem, że jej myśli wirowały we wszystkich kierunkach, jak płatki poruszane przez wiatr. Taka była w końcu Zardi. Miała tysiące pomysłów i myśli na minutę, ciągle coś tworzyło, chociaż sama nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Była jedną z najsilniejszych osób, jakie znałem i podejrzewałem, że odziedziczyła to po innych silnych osobach w swojej rodzinie.
- Wiesz, jak tak teraz o tym myślę to kiedy zaczynaliśmy się przyjaźnić mówiło się, że nikt nie wie kim są twoi rodzice, że zrodzili cię bogowie…
- Prawda? - roześmiała się cicho. - Wyjątkowa, inna niż wszyscy. A tak naprawdę od zawsze byłam tylko sobą. Moi rodzice są równie zwyczajni. No dobra, może nie do końca, ale to chyba oczywiste skoro stworzyli mnie. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś, Remusie. Jest mi zdecydowanie lepiej. Wprawdzie od płaczu boli mnie głowa, czuję się jakby mi twarz paliło, ale i tak jest mi lżej. Moja babcia mieszkała na wsi i miała małą obsesję na punkcie jajek. Za każdym razem, kiedy ją odwiedzaliśmy, musiała nam dać jajka, chociażby tylko pięć, ale musiała. Biedne kury przeżywały wtedy dramat, bo co godzinę goniła i sprawdzała czy zniosły jeszcze jakieś. Dlatego dzisiaj na śniadanie jadłam jajecznicę. Żeby ją uczcić. I później władowałam w siebie budyń, ponieważ uwielbiała słodycze i miała kiedyś fazę na budynie. To niewiele, ale w moim dziwnym świecie takie drobiazgi są ważne, to mój sposób na oddanie czci komuś wyjątkowemu. Zrobienie czegoś, co się nam z nim kojarzy. No dobrze, koniec o tym. - dziewczyna wzięła kilka głębokich oddechów.
- Niech zgadnę. Koniec, ale tak naprawdę nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić, prawda?
- Tak. Niestety. Nie mam na nic ochoty. Nie mogę się odnaleźć. Pewnie będę tu siedzieć do wieczora, a później pójdę coś poczytać i spać. Jutro wyjeżdżam na pierwsze uroczystości pogrzebowe. Mam taką małą nadzieję, że coś się wydarzy takiego wielkiego, przełomowego. Wiesz, nagle pojawi się jej duch, albo aniołowie, usłyszymy głos Boga, w którego wierzyła, albo światła, zielone ludziki, wielkie spotkanie pierwszego stopnia, czy cokolwiek. Naturalnie nie zdarzy się nic, będzie jak w przypadku miliardów innych osób, ale i tak ta iskierka nadziei jest.
- Jesteś wyjątkowa, wiesz o tym?
- Taaak, i bardzo zmęczona. W sumie to chyba pójdę się położyć.
- Ale obiecaj, że jeśli będzie bardzo źle to przyjdziesz do mnie i wspólnie będziemy sobie próbowali poradzić z tą sytuacją.
- Obiecuję.
Dziewczyna pocałowała mnie w policzek i wstała ze swojego kącika. Patrzyłem jak wlecze się do dormitorium dziewczyn i znika za drzwiami swojego pokoju. Zardi tyle razy mi pomagała, tak często zjawiała się w kluczowych momentach i wyciągała pomocną dłoń, że niemal zapomniałem, że i ona jest człowiekiem takim jak ja. Ona również miewa trudne dni, ale zawsze jest gotowa porzucić swoje problemy, aby zająć się moimi. Kochałem ją za to i miałem nadzieję, że znajdzie sposób, by dać upust swojemu smutkowi. Może będzie to kolejny szalony projekt, a może coś niewielkiego, ale o wielkim znaczeniu emocjonalnym dla niej. Z Zardi nigdy nic nie wiadomo.
Wyjątkowa dziewczyna, która miła być córką Nemesis, bogini losu w rzeczywistości jest zwyczajną nadzwyczajną dziewczyną, która przeżywa takie same wzloty i upadki, co każdy z nas. Tylko że ona przeżywa wszystko głębiej od nas. Jest Wysoko Wrażliwą. Czytałem o nich ostatnio. Niby są tacy jak wszyscy, a jednak są inni, są bardziej narażeni na świat i jednocześnie bardziej z nim zjednoczeni. Fillip Camus również do nich należał. On także był Wysoko Wrażliwym. Może wbrew pozorom należeli do innej rasy? Jakiejś udoskonalonej, niczym wielcy myśliciele, geniusze, odkrywcy?
- Powodzenia, Zardi. - szepnąłem do siebie.
Wstałem i wróciłem do pokoju, gdzie moi przyjaciele zajęci byli grą w szachy.
To niesprawiedliwe, ale życie toczy się dalej.
„Życie jest do dupy” powiedziała Zardi i miała rację. Życie jest do dupy, a my musimy po prostu żyć, ponieważ nic innego nam nie pozostaje, innego nie mamy.

niedziela, 3 maja 2020

⚠️MOONLIGHT SECRET ZAWIESZONE DO ODWOŁANIA ⚠️


⚠️MOONLIGHT SECRET ZAWIESZONE DO ODWOŁANIA ⚠️

🔸 Prawdopodobnie na okres miesiąca
🔸 Wraz z Moonlight Secret wróci także Ai no Tenshi

niedziela, 12 kwietnia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLII - Fabien Trezeguet

🐣🐤🐥Wesołych, zdrowych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych! Może i spędzamy je w cieniu epidemii, / zarazy / apokalipsy, ale i tak powinniśmy się z nich cieszyć. Nie wiemy przecież czy i w jakich warunkach doczekamy kolejnej Wielkanocy. 🐰🐇🐓

P.S. Jako że od jakiegoś czasu nie "czuję" pary, jaką są Fabien i Andrew, postanowiłam o nich napisać, aby odnaleźć na nowo ich uczucia i drogę, którą mają podążać.


Siedząc przy obiedzie, przypatrywałem się entuzjastycznie opowiadającemu o swoich przygodach na boisku oraz nowych kolegach Andrew. Rumieńce na twarzy, błysk w oku, niemal piskliwy z podekscytowania głos. I nie miało to nic wspólnego ze mną.
Czy znowu odsuwaliśmy się od siebie? Nie byłem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Andrew rozpoczął nowy etap życia, był młody, pełen energii. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, która pozwalała mu na różnego rodzaju życiowe eksperymenty. Także w kwestii miłości.
Nie, nie chciałem się nim dzielić z nikim! Ale czy mogłem mu zabronić czegokolwiek? Gdyby chciał się rozstać, serce by mi pękło, ale nie odmówiłbym mu. Byłem od niego o wiele straszy, moja praca była czasami niebezpieczna i za wszelką cenę musiałem unikać jakichkolwiek przejawów sławy, czy też zainteresowania publicznego, jeśli nie chciałem wylądować w więzieniu. Jakby tego było mało, byłem ślepy na jedno oko, wzrok w drugim zaczął mi się trochę zamazywać przy czytaniu, więc niechybnie musiałem zainwestować w okulary, a we włosach zaczęło pojawiać się coraz więcej siwych włosów. Co więc poza rozmowami o quidditchu miałem do zaoferowania?
Kochałem go. Oczywiście, że go kochałem. Ale czasami miłość oznacza, że musisz pozwolić komuś odejść. Nie możesz trzymać ukochanej osoby przy sobie na siłę. Ale co z walką o miłość? Walczyć warto, ale tylko wtedy, kiedy ta druga osoba chce abyś o nią walczył.
- Marszczysz się. - słowa Andrew połączone z lekkim dotykiem jego palca na moim czole sprowadziły mnie na ziemię. - Dlaczego tak się marszczysz? - chłopak zaczął przyglądać mi się podejrzliwie. - Mam dla ciebie prezent, czekaj.
Nagła zmiana tematu bardzo mnie zaskoczyła. Chociaż jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt prezentu. Czy powinienem odebrać to jako zły znać? Czytałem artykuł, w którym autor sugerował, że kiedy mąż zaczyna przynosić żonie kwiaty bez okazji może to oznaczać zdradę. Ot, chce zabić poczucie winy prezentem.
- Proszę. - Andrew położył przede mną prostokątne pudełeczko. - No dalej, otwórz.
Podniosłem je i potrząsnąłem.
- Jeśli zepsujesz, nie odpowiadam za to. - przewrócił oczyma.
Otworzyłem więc pakunek ostrożnie i wyjąłem z niego etui, w którym znajdowały się okulary. Spojrzałem na mojego partnera tym mocniej marszcząc czoło, byłem tego świadomy.
- Coraz częściej mrużysz oczy i marszczysz czoło, kiedy na coś patrzysz, starasz się coś przeczytać. Przykro mi, ale czas zainwestować w pierwsze okulary. Przymierz.
Szlag. Co innego samemu zdawać sobie z czegoś sprawę, a co innego, kiedy partner daje ci do zrozumienia, że się starzejesz.
Nie mając innego wyjścia, założyłem okulary. Na początku wszystko było rozmazane, ale po chwili obraz wyostrzył się, kiedy szkła same dostosowały się do mojej wady wzroku.
- Wow, mmm….
Spojrzałem na Andrew, który przyglądał mi się z uśmiechem.
- Nawet nie podejrzewałem, że będziesz w nich wyglądał tak seksownie. Taki gorący bibliotekarz lub profesor.  A może powinienem mówić do ciebie „Tatusiu”?
- Co?
- No dobrze, wiem, że okulary nie mają nic do tego, ale tak mi się powiedziało…
- Nie rozumiem…
- Eh, a więc słuchaj mój ty człowieku jaskiniowy. Bo widzę, że zatrzymałeś się na erze wciągania za włosy do jaskini… Chodzi o takie… zboczenie, z braku w tej chwili innego określenia, kiedy to jeden z partnerów nazywany jest Tatusiem, Tatuśkiem, Tatkiem, wiesz o co chodzi, a drugi Chłopcem. I teraz, słoneczko moje przyćmione, słuchaj uważnie. Tatuś to osoba, która zazwyczaj odczuwa wewnętrzną potrzebę zajmowania się, opiekowania swoim partnerem jakby był dzieckiem. Tymczasem Chłopiec to ktoś, kto potrzebuje aby ktoś się nim zajął w takim czy innym stopniu, jakby był wspomnianym dzieckiem.
Patrzyłem na niego marszcząc się, jak sucha śliwka, co najpewniej mówiło więcej niż tysiąc słów.
- Dobrze, podam ci przykład i zacznę od Chłopca. Wyobraź sobie mężczyznę, który sprawuje istotną funkcję, zawsze musi być w pełnej gotowości, odpowiada za wszystko i wszystkich, ma bardzo dużo na głowie. I ta osoba potrzebuje wytchnienia, potrzebuje chwili, kiedy nie musi martwić się niczym, decydować, kiedy ktoś inny decyduje za nią, a ona po prostu sobie jest, jak dziecko. Wiek tego dziecka to już kwestia indywidualna. I tutaj na scenę wchodzi Tatuś. Osoba, która ma naturalną potrzebę i predyspozycje do zajmowania się tamtym mężczyzną, zapewnienia mu opieki i poczucia bezpieczeństwa, przejęcia kontroli. I tutaj też „wiek” Chłopca zależy od tego, jakie potrzeby ma Tatuś. Taki związek nie musi mieć podłoża seksualnego. Chodzi o zaspokojenie pewnych wewnętrznych, powiedziałbym, że psychologicznych potrzeb. Rozumiesz?
Skinąłem głową.
- Jak widzisz to nie ma nic wspólnego z twoimi okularami, tak mi się tylko głupio powiedziało. Nie potrzebuję też tatusia, ale gdybyś kiedyś…
- Nie, dziękuję! - przerwałem mu szybko.
- No to doskonale. Skoro to mamy za sobą… - Andrew wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie. Usadowił się na moich kolanach. - To wróćmy do tematu seksownego bibliotekarza lub profesora. - zaczął wodzić palcem po mojej brodzie i policzku. - Która rola bardziej ci odpowiada?
- Więc chcesz mi powiedzieć, że ja w okularach już ci nie wystarczam i potrzebujesz zabaw? - wiedziałem, że tak nie jest, ale i tak chciałem żeby obsypywał mnie zapewnieniami. W końcu jeszcze chwilę wcześniej zastanawiałem się nad tym, czy mu wystarczam, czy może powinienem zrobić miejsce dla kogoś młodszego kto stanąłby u jego boku.
- Hm, niech pomyślę. W sumie to odpowiedź brzmi tak i nie.
- Hę?
- Wystarczasz mi, ale czasami zabawy erotyczne urozmaicają, a ja lubię urozmaicenia.  Więc dopóki nie przyzwyczaję się do okularów na nosie mojego srebrnego lisa, mam zamiar tę sytuację wykorzystywać. - Andrew zaczął palcem gładzić mój nos. - Zanim jednak przyjdą ci do głowy jakieś głupoty, a wiem, że przyjdą, ponieważ już przez to przechodziliśmy, zaznaczę wyraźnie i z dużym naciskiem, że w tych zabawach musisz uczestniczyć ty. Nie chcę byle jakiego bibliotekarza czy psora, chociażby byli nie wiem jak przystojni. Chodzi mi o ciebie.
Położyłem dłonie na jego pośladkach i ścisnąłem, co wywołało radosne mruczenie mojego chłopaka.
- Powiedz mi więcej. - zażądałem. Najwyraźniej potrzebowałem się dowartościować, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy.
- Widzisz, mój ty wątpiący w siebie mężczyzno… Tak się składa, że lubię starszych od siebie mężczyzn. I nie ukrywam, że lubię też twoje wysportowane ciało. Będę się nim cieszył póki nie zaczniesz przybierać na wadze i zarastać tłuszczykiem. Wtedy przerzucę się na twoje dodatkowe centymetry. Podobają mi się twoje przeplatane siwizną włosy, ale kiedy będziesz całkiem siwy, wtedy będą podobały mi się tylko takie. Nie szczególnie leciałem na okulary, póki ty ich nie założyłeś. Mówiąc najprościej, chcę ciebie, Fabienie. I kiedy ty martwisz się tym, że się starzejesz… nie zaprzeczaj!
Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rzeczywiście planowałem zaprzeczyć.
- Kiedy ty martwisz się tym, że przybywa ci lat, ja martwię się tym, że jestem za młody i nie mogę zaoferować ci stabilizacji życiowej, której na pewno potrzebujesz. Nadal jedziemy na tym samym wózku wątpliwości.
- Nie sądziłem, że masz czas o tym wszystkim myśleć. - przyznałem trochę zawstydzony. - Przy twoich treningach, meczach, spotkaniach z kolegami, nie myślałem, że masz czas martwić się takimi rzeczami. - oparłem czoło o jego głowę.
- Oczywiście, że się martwię. Nie chcę żebyś był nieszczęśliwy i znudzony mną. Może i jestem twoją drugą połówką, ale to wcale nie znaczy, że nie musisz być ze mną szczęśliwy. Tym bardziej, że się zmieniam, a to znaczy, że cały czas musisz swoje uczucia dostosowywać to tych zmian…
- Niczego nie dostosowuję, Andrew. Kocham cię takim, jakim jesteś. To, co jest w tobie najgłębiej się nie zmienia nigdy.
Na twarzy chłopaka pojawił się słodki uśmiech.
- Doskonale. W takim razie będzie pan pracownikiem biblioteki, panie Trezeguet. Proszę zasuwać do salonu i zastanowić się jaką książkę mi pan poleci. Podpowiem, że powinna być to kamasutra.
Przewróciłem oczyma przez co zarobiłem kuksańca w bok. Andrew zsunął się z moich kolan i zgonił mnie z krzesła. Najwyraźniej naprawdę planował wykorzystać swój pomysł, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko pozwolić mu na wszystko.
Tak, bezsprzecznie owinął sobie mnie wokół palca.

niedziela, 29 marca 2020

Kiedy przyjaciele nie mogą wiedzieć...

16 maja

Otrzymałem od dyrektora wiadomość z prośbą o spotkanie dotyczące naszej ostatniej rozmowy. Została mi dostarczona w sposób tak dyskretny, że nawet moi przyjaciele o niczym nie wiedzieli. I chciałem aby tak zostało. Syriusz wiedząc o spotkaniu chciałby abym powiedział mu kim ma być mój nauczyciel, a ja nie wiedziałbym, co mu powiedzieć, aby nie zdradzić jego tożsamości. Zresztą, podejrzewałem, że kiedy w końcu sam się dowiem, będę w szoku, który uniemożliwi mi myślenie, a co dopiero zmyślanie. Nie, Syriusz nie mógł się dowiedzieć o niczym.
W związku z tym pojawiał się inny problem, ponieważ musiałem pojawić się w gabinecie dyrektora o wyznaczonej godzinie, ale moi przyjaciele nie mogli wiedzieć, że w ogóle tam idę.
Jak ja w ogóle miałem to zrobić?
Wymknięcie się pod pozorem nauki w bibliotece odpadało. Byliśmy przed egzaminami, a więc szybko znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mi towarzyszyć, a znając życie byłby to Syriusz. Zamknięcie się w toalecie również byłoby bezsensowne, a kąpiel w łazience prefektów również mogłaby skończyć się towarzystwem Syriusza, więc znowu wracałem do punktu wyjścia.
Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że moje życie aż w takim stopniu było zdominowane przez przyjaciół, a w szczególności przez mojego chłopaka. Nagle czułem się osaczony.
Zamyślony spojrzałem w bok i nagle wiedziałem już co muszę zrobić.
Podczas przerwy między zajęciami wykorzystałem wymówkę z toaletą aby napisać wiadomość do Zardi. Poprosiłem ją w niej o pomoc, podając godzinę, o której chciałem aby po mnie przyszła, zaznaczając, że chcę by była moim alibi oraz dodając informację o potrzebie bycia z nią sam na sam. Tym samym znalezienie wymówki zrzucałem na jej barki, ale wiedziałem, że nie będzie miała mi tego za złe. A przynajmniej nie do końca.
Kiedy wróciłem do przyjaciół czekających na eliksiry, stanąłem obok przyjaciółki udając, że próbuję podsłuchać jej rozmowę z koleżankami. W tym czasie starając się zrobić to niepostrzeżenie, wsunąłem jej w dłoń swój liścik. Zardi drgnęła i spojrzała na mnie zaskoczona.
- Ale mi serce podskoczyło! - syknęła – Nie czaj się tak obok! - skarciła mnie aby ukryć swoją reakcję na moje zachowanie i wiadomość, którą jej dałem, a której się nie spodziewała. Nie wiedziała o co chodzi, ale i tak zacisnęła dłoń na liściku. Ufała mi, a ja ufałem jej.
- Przecież wcale się nie czaiłem! - odpowiedziałem z udawaną urazą.
- Byłam zajęta rozmową, a tu nagle taki Lupin! Oczywiście, że się czaiłeś!
- Starałem się dowiedzieć o czym rozmawiacie i to otwarcie, więc…
- Milcz i nie podsłuchuj! - dziewczyna prychnęła, wydęła dolną wargę, a następnie uśmiechnęła się do mnie, ale jednocześnie odgoniła mnie od siebie i koleżanek.
Wiedziałem, że robi to tylko po to, aby lepiej ukryć mój liścik. Była niesamowita i dlatego byłem pewny, że znajdzie sposób, aby wyrwać mnie z macek przyjaciół na tych kilka chwil niezbędnych na spotkanie z dyrektorem.
Jej odpowiedź ma moją wiadomość otrzymałem po eliksirach, kiedy wychodząc z sali poklepała mnie po ramieniu nie mówiąc zupełnie nic. Nie musiała. Wiedziałem, że przeczytała liścik i chociaż nie mogła wiedzieć o co chodzi, zgodziła się mi pomóc.

O wyznaczonej godzinie siedziałem z przyjaciółmi przy stoliku w Pokoju Wspólnym, kiedy Zardi wyrosła przy nas jakby spod ziemi.
- Remiiii… - zajęczała prosząco. - Ta książka, którą mi ostatnio poleciłeś! - zaczęła mówić przejęta, spięta i jakby zasapana. - O, Merlinie! Nie wiem, czy mam cię przytulać, czy dusić! Jest niesamowita i tyle się w niej dzieje! Nie, nie, nie! Muszę się wygadać, po prostu muszę! - złapała mnie za ramię i pociągnęła w górę. - Kradnę wam Remusa. - rzuciła do chłopaków, a następnie znowu zwróciła się do mnie. - Nie usiedzę, tyle emocji! Idziemy pokręcić się pod szkole, żebym rozładowała napięcie. Merlinie, Remi! Gdybym wiedziała, że ta książka jest tak niesamowita wcześniej… - mówiła szybko, głośno, jak nakręcona i powoli odciągała mnie od chłopaków.
- Ostrzegałem cię! - postanowiłem wejść w rolę. - Niedługo wrócę! - rzuciłem do przyjaciół, którzy patrzyli na nas jakby mi bardzo współczuli. - Mówiłem ci, że nie będziesz mogła żyć normalnie, kiedy ją przeczytasz. Ty przynajmniej możesz o niej porozmawiać ze mną, a ja nie miałem nikogo! - próbowałem się nakręcić.
- Nie wiem jak to wytrzymałeś! Przecież on jest niesamowity! Kiedy się spotkali w tej księgarni podczas spotkania autorskiego… - zapiszczała cicho. - To było takie niesamowite! - przeszliśmy przez dziurę za portretem Grubej Damy. - Nie mam zielonego pojęcia o czym mówię, ale powinnam dostać Oskara za najlepszą grę aktorską. - rzuciła, kiedy tylko przejście zamknęło się za nami. - Chodź, musisz mi powiedzieć o co chodzi!
Oddaliliśmy się na bezpieczną odległość zanim z westchnieniem zacząłem się tłumaczyć.
- Muszę spotkać się z dyrektorem w bardzo ważnej sprawie, ale nikt nie może o tym wiedzieć. To bardzo ważne i ściśle tajne. - cóż, tylko tyle mogłem jej zdradzić.
- Chwila… Ściśle tajne, więc nic mi nie powiesz, a dobrze wiesz, że jestem ciekawską bestią i będzie mnie to teraz zżerało? W takim razie musi to być niesamowicie tajne i musisz być zdesperowany.
- Nie zaprzeczę…
- Dobra, zrobimy tak. Pójdę z tobą pod gabinet dyrektora i zaczekam na ciebie ile będzie trzeba. Na wszelki wypadek schowam się gdzieś żeby mnie nikt nie wiedział. Musisz mi tylko jedno powiedzieć. Cokolwiek robisz, nie krzywdzisz tym Syriusza?
- Nie. - odpowiedziałem od razu. - Poza tym, że mam przed nim tajemnice. Ale robię to dla niego i jego bezpieczeństwa.
Dziewczyna skinęła głową. Szliśmy powoli w stronę schodów mając jeszcze trochę czasu zanim będę musiał stawić się u dyrektora.
- I nie będzie to miało wpływu na wasz związek? - Zardi dopytywała dalej.
- Nie sądzę. Sprawa, którą muszę załatwić nie jest związana z moim życiem miłosnym. - zastanowiłem się chwilę. - To tajemnica wilkołaka. Jest związana z moją lykantropią.
- Dobra, przyjmuję to do wiadomości i akceptuję. Nie musisz mi mówić nic więcej. - dziewczyna posłała mi szczery uśmiech.
Cieszyłem się, że ją miałem, że zawsze mogłem na nią liczyć. Była jedyna w swoim rodzaju i wiedziałem, że jeśli w przyszłości wpakuję się w jakieś tarapaty, ona postara się mi pomóc z nich wyjść. I ile nie mogłem prosić Syriusza o pomoc, kiedy chodziło o łamanie prawa czarodziejów lub coś nie do końca legalnego, o tyle kiedy chodziło o Zardi nie musiałem się martwić. Ona nie miał pracować jako Auror.
Kiedy dotarliśmy pod wejście do gabinetu Dumbledore’a miałem wciąż sporo czasu. Wykorzystałem go więc na rozmowę z przyjaciółką o tematach niezwiązanych z naszą obecnością w tym miejscu. Zardi przyznała, że nie wie co chce robić po szkole, że ma tysiące pomysłów, ale żaden nie jest konkretny i najprawdopodobniej nie wciągnie jej na tyle, aby miała poświęcić temu całą resztę życia. To, co naprawdę ją interesowało nie było niestety opłacalne i nie mogłoby jej w przyszłości utrzymać.
Kiedy nadszedł czas, podałem hasło kamiennemu strażnikowi i wspiąłem się po schodach do gabinetu. Byłem właśnie przed drzwiami, kiedy dyrektor zaprosił mnie do środka, więc wszedłem czując szaleńcze bicie mojego serca i słysząc w uszach jego dudnienie.
Dumbledore był sam, więc nie do końca wiedziałem czego mam się spodziewać.
- Usiądź, Remusie. - wskazał mi krzesło, więc zająłem miejsce przed jego biurkiem.
Cisza, która zapadła była przerażająca, ale może to dlatego, że właśnie warzyły się moje losy. Przyjąłem, że dyrektor chce mi powiedzieć kim będzie mój nauczyciel, ale może chciał mi oświadczyć, że osoba, o której myślał się nie zgodziła. Nie zdziwiłbym się. W końcu nie każdy chciał uczyć wilkołaka.
- Remusie… - zaczął mężczyzna, a ja wstrzymałem oddech.

niedziela, 15 marca 2020

Bezsenność we dwoje

TRZYMAJCIE SIĘ ZDROWO, KOCHANI! STARAJCIE SIĘ SIEDZIEĆ W DOMU I NIE DAJCIE SIĘ KORONAWIRUSOWI!
P.S. NIE SĄDZIŁAM, ŻE BĘDĘ ŻYŁA W TAKICH CZASACH. SYTUACJA NA ŚWIECIE, I PEWNIE NIEDŁUGO TAKŻE W NASZYM KRAJU, PRZYPOMINA HISTORIĘ Z KSIĄŻKI. PRZYZNAJCIE SIĘ, ILE OSÓB CZYTA POSTAPO ;) ?

P.S.(2) Najlepiej kontaktować się ze mną przez facebooka lub twittera :)

Opowiedziałem Syriuszowi o mojej rozmowie z dyrektorem ujawniając tylko tyle, na ile mogłem sobie pozwolić. Wprawdzie gryzło mnie sumienie, jednak przyznanie się do wszystkiego nie byłoby rozsądne. Tym bardziej, że Dumbledore wyraźnie narażał się dla mojego dobra, mojej przyszłości i robił to na moją prośbę. Już i tak zawiodłem jego zaufanie w kwestii mojego wilkołactwa, nie chciałem więc robić tego ponownie. Nie w sytuacji, kiedy obaj moglibyśmy skończyć w Azkabanie.
Jasne, nie miałem wątpliwości, że teraz Syriusz trzymałby wszystko w tajemnicy, ale kiedy zacznie szkolić się na Aurora? Wiedza o tym, co robię mogłaby być dla niego ciężarem, a może nawet w pewnym momencie stwierdziłby, że musi interweniować dla mojego dobra. W końcu ludzie naprawdę się tak zachowują, nie tylko w czytanych przeze mnie książkach. Są przekonani, że robią coś z myślą o tobie, ponieważ nie potrafią pewnych rzeczy pojąć, zrozumieć, nie stawiają się w twojej sytuacji.
Tak naprawdę jednak nie niedopowiedzenia, ukryte prawdy i małe lub większe kłamstwa spędzały mi sen z powiek, ale pytanie kto będzie moim nauczycielem. Dyrektor postawił sprawę jasno, nie ukrywał, że kimkolwiek będzie mój przyszły mentor będzie typem spod ciemnej gwiazdy. Nie interesowałem się szczególnie przestępcami w naszym społeczeństwie, więc nie miałem pojęcia kogo dyrektor mógł mieć na myśli, więc na mojej ciekawości musiało się skończyć. Nie ważne ile bym nie próbował wpaść na jakiś pomysł, nie miałem żadnego. Musiałem jednak oswoić się z myślą o niecodziennym psorze, ponieważ nie chciałem wyjść na osła, kiedy go poznam i ze zdziwienia stracę zimną krew. O ile w ogóle będę potrafił ją zachować.
- Nie wiem o czym myślisz, Lupin, ale przestań. - głos Jamesa zakłócił ciszę sypialni. - Ja wiem, myślenie to dobre przyzwyczajenie, ale rzucasz się po łóżku jakbyś miał w nim robale. Nie mogę spać.
Naprawdę kręciłem się po łóżku i zmieniałem położenie tyle razy, że Jamesowi zaczęło to przeszkadzać? Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy.
- Wybacz. - odparłem szeptem. - Postaram się leżeć spokojnie.
- Mam nadzieję, bo naprawdę mam dosyć twojego kręcenia się. Słyszę każdy szelest, skrzypnięcie sprężyny, niedługo będę nawet w stanie odróżnić półdupek, na którym leżysz.
- J., czy ty się czegoś nawąchałeś? Ja z moimi zmysłami mogę powiedzieć, że słyszę to wszystko, ale ty? Powiedz prawdę, piłeś coś nielegalnego, jadłeś lub wąchałeś?
- Nie! - prychnął oburzony. - No, dobra. Może i wąchałem, ale to w gabinecie u Slughorna, kiedy mnie wezwał na rozmowę w sprawie takiego jednego eliksiru, o który go pytałem. Nie wiem, co tak u niego cuchnęło, ale aż dławiło. Później kręciło mi się w głowie, ale to chyba normalne skoro nawąchałem się dymowego, słodko, duszącego zapachu sam nie wiem czego. Tak czy inaczej, to nie może być od tego, bo dopiero teraz słyszę jak się rzucasz, a wcześniej moje zmysły miały się dokładnie tak, jak zawsze. Dlatego przestań się kręcić, przestań myśleć i po prostu śpij. Kołysany chrapaniem Petera.
- Ha! A więc jego chrapanie ci nie przeszkadza, ale moje kręcenie się już tak?
- Remi, on chrapie równomiernie i od zawsze. Za to ty kręcisz się co jakiś czas. Prawie zasypiam, a tu kręć, kręć, kręć, szelest, szelest, skrzyp. Znowu zasypiam, znowu kręć, kręć, kręć, szelest, szelest, skrzyp.
- Przesadzasz.
- Skoro tak mówisz, zacznij słuchać odgłosów jakie wydajesz, kiedy zmieniasz pozycję.
Prychnąłem tylko w odpowiedzi. Nie zamierzałem niczego sprawdzać. Za to ostentacyjnie i bardzo głośno zmieniłem pozycję kładąc się na boku. Przypuszczałem, że James przewrócił oczyma słysząc to, ponieważ ja właśnie tak był postąpił na jego miejscu.
W każdym razie ułożyłem się, zwinąłem w kłębek i znowu pozwoliłem myślom płynąć.
Lekcje z typem spod ciemnej gwiazdy. Ciekawe, czy będzie wilkołakiem jak ja. Nie, to niemożliwe.  Dyrektor nigdzie nie znalazłby dobrze wykształconego wilkołaka. Młode wilkołaki nie miały szans na naukę, zaś dorośli stosunkowo rzadko przeżywali przemianę, więc czarodziej zamieniony w wilkołaka w kwiecie wieku był ogromną rzadkością.
Zresztą, przecież dyrektor sam mówił, że ta osoba nie będzie zachwycona z faktu, że jestem wilkołakiem, więc na pewno sama też nim nie jest. A więc czarodziej lub czarownica. Większe było prawdopodobieństwo, że to jednak czarodziej. Czarownice rzadziej były przestępcami poszukiwanymi przez Aurorów. To jednak też się zdarzało. No dobrze, więc płeć nieokreślona, ale będzie to osoba władająca dobrze magią, która ma wilkołaki za niższą rasę. O to akurat nie trudno. Większość osób miała nas za niewarte zachodu zwierzęta. Niebezpieczne dla ludzi i potrafiące wmieszać się w tłum. Wilki w owczych skórach.
Prawie odwróciłem się na drugi bok, ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Może James miał rację i kręciłem się wcześniej nie zdając sobie z tego sprawy?
Z jakiegoś powodu z kręceniem się w łóżku było podobnie jak ze swędzeniem. Kiedy o tym myślisz, nagle coś się dzieje. Kiedy myślisz o swędzeniu, zaczyna swędzieć tu, tam, gdzieś tam. Kiedy myślisz o przewracaniu się na boki, a nie możesz tego robić, nagle czujesz się niewygodnie, niekomfortowo, tu cię uwiera, tam ci nos zatyka, siam coś gniecie. Jednym słowem – musiałem zmienić pozycję.
Starając się jak tylko było to możliwe zachowywać cicho, zacząłem przewracać się na plecy, a później na drugi bok.
- I tak to słyszę, więc już po prostu się przekręć i miejmy to z głowy.
- Wybacz.
- Tak, tak. Widać dzisiaj obaj jesteśmy skazani na bezsenność.
- Naprawdę tak bardzo, ci to przeszkadza?
- Sam nie wiem. Męczy mnie trochę myślenie o końcu szkoły. Wiesz, że wisi nade mną widmo zaręczyn oficjalnych, bo w przeciwnym razie ojciec Lily urwie mi jajka. A więc pójdę do akademii Aurorów zaręczony i zamiast używać życia, będę musiał meldować się jak najczęściej w domu Lily żeby jej ojciec wziął mnie na przesłuchanie i miał pewność, że mu córki nie zdradzam. Nie chcę tego, nie chcę takich zobowiązań już teraz. Im bliżej końca roku, tym bardziej mnie to męczy. Kocham Lily, ale dla mnie to za wcześnie. Powiedziałbym mu o tym, ale to nie człowiek, z którym da się rozmawiać.
- James, nie wiem co poradzić ci na sytuację z przyszłym teściem, ale na razie może nie powinieneś się tym martwić. W końcu masz jeszcze trochę czasu. On może zmienić zdanie i dać ci więcej luzu.
- Albo Lily mnie rzuci, to też byś dodał, gdybyś nie chciał mnie urazić, co?
Nie odpowiedziałem, ponieważ tak właśnie było.
Nasza chwila milczenia nie trwała na pewno dłużej niż pięć minut, kiedy nagle usłyszałem ciche pochrapywanie Jamesa. Niemal się roześmiałem, na szczęście w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać. Nie chciałem go obudzić, a przecież dopiero przed chwilą zmorzył go sen, więc na pewno nie spał jeszcze na tyle twardo bym go nie obudził wybuchem wesołości.
Najwyraźniej okularnik potrzebował się komuś wyżalić, aby jego zmartwienia w końcu zelżały na tyle, by zdołał zasnąć. Lub to dlatego, że rozmawiając z nim nie kręciłem się już więcej i to dało mu szansę na zaśnięcie. Zdecydowanie wolałem tę pierwszą opcję i przy niej obstawałem. W końcu moje kręcenie się w łóżku nie mogło być gorsze niż mówienie. Najważniejsze było jednak to, że James zdołał usnąć. Tym bardziej, jeśli męczyły go myśli o przyszłości i obowiązkach, jakie zostaną mu narzucone tylko dlatego, że w wieku nastoletnim związał się z dziewczyną, której ojciec był koszmarny. 
Cóż, rodzice Syriusza również nie należeli do najprzyjemniejszych, jednak ich kontakty z synem były na tyle kiepskie, że ja wcale nie musiałem się nimi przejmować. Nie akceptowali Syriusza, a co dopiero mnie. Regulus był zupełnie innym przypadkiem. Z jednej strony był w końcu bardzo fajnym chłopcem, a jednak czasami odsuwał od siebie wszystkich wkoło. Odsunięcie się Syriusza od rodziny niewątpliwie sprawiło, że na barkach Regulusa spoczywała większa odpowiedzialność, ponieważ to od niego oczekiwano tego, czego nie mógł rodzicom dać mój kruczowłosy chłopak.
Może więc fakt, że po szkole zamieszkam z moimi kochającymi i wyrozumiałymi rodzicami nie był tak zły? Nie czułem się przez to komfortowo, ponieważ robiłem wielki krok w tył, niemal wracałem do czasów dzieciństwa, ale przecież wiele osób było zmuszonych do tego samego. Nie każdy od razu wyprowadzał się z rodzinnego domu na stałe.
Wziąłem głęboki oddech i postanowiłem za wszelką cenę uciszyć swoje myśli. Nie wiem jakim cudem zatoczyły tak ogromne koło, ale znowu czułem, że zacznę myśleć o dyrektorze i jego znajomym, moim przyszłym nauczycielu. 
Miałem nadzieję, że i do mnie sen niebawem przyjdzie.

niedziela, 23 lutego 2020

Bed of Roses

13 maja

Wpatrywałem się w padający za oknem deszcz. Koniec roku był coraz bliżej, a wraz z nim zmiany, na które nie byłem gotowy. Sheva jako pierwszy odciął pępowinę, która łączyła naszą paczkę i w ten sposób pozwolił nam poczuć przynajmniej namiastkę tego, co tak naprawdę czeka nas w najbliższym czasie. Syriusz i James rozpoczną naukę w akademii Aurorów, Peter będzie szkolił się pod okiem mamy pomagając jej w cukierni, Zardi wiedziała tylko, że planuje się nadal uczyć, chociaż nie miała pojęcia w jakim kierunku, Sheva rozpoczynał karierę sportową. Pozostawałem tylko ja. Ja i mój brak możliwości dalszej edukacji poza uczeniem się samemu, ponieważ nikt nie przyjmie wilkołaka do szkoły. Dumbledore był jedynym dyrektorem, który kiedykolwiek zdecydował się na taki krok.
- Pieniążek za twoje myśli. - ramiona Syriusza objęły mnie w pasie, a jego broda spoczęła na moim ramieniu. Jego ciało było cudownie ciepłe, ale w tamtej chwili nawet ono nie przynosiło mi ukojenia.
- Myślę o końcu roku. O zmianach. - odpowiedziałem szczerze.
- Och, Remusie. - uścisk ramion kruczowłosego stał się silniejszy. - Będę wymykał się z Akademii tak często jak tylko się da, podrzucał ci książki, przynosił słodycze. Nie pozwolę żebyś o mnie zapomniał.
Nie odpowiedziałem, ale uśmiechnąłem się wtulając w niego.
- Porozmawiaj z Dumbledore’em.
- Co? - odwróciłem się od okna i spojrzałem na chłopaka.
- Powiedz mu, co planujesz. Zapytaj, czy zna kogoś, kto mógłby cię uczyć. Jeśli nie zna nikogo, powie ci i nic nie zyskasz, ale też nie stracisz. Za to naprawdę możesz zyskać, jeśli okaże się, że jednak jest ktoś, kto mógłby cię szkolić z dala od szkół, akademii i innych miejsc, w których nie chcą wilkołaków. Idź do niego, a ja zaczekam pod gabinetem. Wiem, że to cię męczy, a w ten sposób będzie ci lżej. Chodź! - chłopak odsunął się ode mnie i złapał mnie za rękę, pomagając mi wstać z mojego miejsca przy oknie.
- Nie chcę zawracać mu głowy…
- Daj spokój, Remi! Wiesz doskonale, że on będzie szczęśliwy, że do niego przyszedłeś. To idziemy?
Czy miałem coś do stracenia? Nie. Czy uważałem, że to dobry pomysł? Nie wiem. Mimo wszystko pozwoliłem, aby chłopak wyprowadził mnie z naszego pokoju.
To był szary, leniwy, psychodeliczny niemal dzień, toteż w Pokoju Wspólnym panował spokój i ospała atmosfera. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że wychodzimy, nie wspominając już o tym, że Syriusz nadal trzymał mnie za rękę i ciągnął za sobą.
Droga pod wejście do gabinetu dyrektorka trwała stanowczo zbyt krótko. Żałowałem, że korytarze nie zaczęły się nagle wydłużać lub zmieniać położenie, ponieważ potrzebowałem więcej czasu by zastanowić się nad tym, co powiem, o co zapytam lub by po prostu zwiać. Niestety Syriusz zajął się wszystkim, włącznie z podaniem hasła, które odsłoniło schody prowadzące do gabinetu.
- Idź. - Black wepchnął mnie na schody i uśmiechnął się w sposób, który zapewne miał mi dodać otuchy.
- Nie jestem pewny, czy…
- Matko, Remi! Po prostu idź!
Więc poszedłem. Wspiąłem się po schodach i zapukałem, ponieważ byłem o krok od zawrócenia.
- Wejdź, Remusie. - odrzwi otworzyły się same. Dyrektor siedział za swoim biurkiem i uśmiechał się zachęcająco.
- Skąd pan…
- Nie ukrywam, że usłyszałem zachęcający okrzyk Syriusza. Usiądź, Remusie.
A więc usiadłem. Dumbledore roześmiał się cicho i zachęcił mnie od tego, abym wyrzucił z siebie to, z czym do niego przyszedłem.
Jąkając się, zrobiłem to. Przypomniałem mu, że postanowiłem zostać detektywem, że nawet chcąc uczyć się dalej nie znajdę szkoły, która mnie przyjmie. Zapewniłem, że chcę uczyć się dalej, rozwijać swoje umiejętności, aby przeżyć w pracy, jaką sam sobie wybrałem. Jasne, nie miałem wielkiego wyboru, ale nie zmieniało to faktu, że i tak musiałem się doszkalać.
Mężczyzna kiwał głową potakująco i nie przerywał mi. Kiedy w końcu zapytałem, czy nie zna kogoś, kto mógłby mi pomóc, kto mógłby mnie uczyć, zamruczał zastanawiając się.
- Ministerstwo nie zabrania kształcenia wilkołaków, ale mało kto chce się tego podjąć z powodu uprzedzeń i przekonania o wyższości czarodziejów. Osoba, która podjęłaby się twojej edukacji musiałaby być nie tylko chętna do podjęcia się tego zadania, ale także posiadać odpowiednią wiedzę. - słuchałem uważnie. - Remusie, obawiam się, że żaden nauczyciel nie podejmie się tego zadania.
Wiedziałem, że tak będzie, jednak i tak miałem iskierkę nadziei, która teraz przygasła. 
- Żaden nauczyciel, ale to nie oznacza, że nie znajdzie się inna osoba, która byłaby skłonna to zrobić.
Podniosłem głowę i spojrzałem na dyrektora zaskoczony. Nie do końca wiedziałem jak rozumieć jego słowa.
- Uczenie wilkołaka dla wielu będzie niczym wkładanie broni w ręce kata. Wilkołakom nie można ufać, zdradzą i odgryzą rękę, która ich karmi… To tylko kilka opinii, jakie zacytuję. Osoba, która byłaby skłonna cię uczyć nie byłaby więc szanowanym członkiem społeczności magicznej. Czy mnie rozumiesz?
- Nie… Nie jestem pewny.
- Szukając dla ciebie nauczyciela musiałbym szukać wśród osób znajdujących się na marginesie czarodziejskiej społeczności. Remusie, znam kogoś, kto podjąłby się uczenia cię. Tyle, że nie jest to osoba, o której mogę mówić głośno. To wielki, utalentowany czarodziej, ale także skazany przestępca.
Spojrzenie mężczyzny było utkwione we mnie, a moje oczy musiały w tamtej chwili przypominać spodki. Dumbledore właśnie powiedział mi, że zna przestępcę, który mógłby mnie uczyć. Zdradził mi tajemnicę, której zdradzenie mogłoby wpędzić go w duże kłopoty, a nawet kosztować stanowisko. A jednak zaufał mi.
- Ta… osoba…
- Będzie wymagająca, wyjątkowo wredna, ponieważ nie będzie jej się podobało to, że jesteś wilkołakiem, ale doceni twój talent.
- Skąd pewność, że będzie chciała mnie uczyć? - miałem co do tego mieszane uczucia.
- Zostaw to mi. Jeśli jesteś gotów podjąć się tego, ukrywać swoją naukę, musisz po prostu mi zaufać. Nie ufaj swojemu nauczycielowi, ponieważ tej osobie nie warto ufać, ale zaufaj mi. Nigdzie nie znajdziesz lepszego mentora. Chcesz być detektywem w naszym świecie, musisz mieć dostęp do najgorszych melin, Remusie. Te osoba zapewni ci ten dostęp, powie ci z kim współpracować i w jaki sposób wmieszać się w tłum. Nie musisz podejmować decyzji już teraz.
Wyobraziłem sobie Syriusza, który w Akademii Aurorów będzie uczył się, w jaki sposób walczyć z przestępcami magicznego świata, jak łapać i zabijać wilkołaki takie, jak ja. Wszystko to z błogosławieństwem Ministerstwa Magii. A w tym czasie ja, jego chłopak, kochanek, miłość, poznawałbym podobne sztuczki, ale od tej drugiej strony.
- Do tej pory byłem po prostu Remusem Lupinem, chłopcem, czarodziejem. To pan dał mi tę szansę, to pan otworzył przede mną te drzwi. Ale teraz wychodzę z Hogwartu i mogę zapomnieć o osiągnięciu wielkich rzeczy, ponieważ tutaj kończy się moje edukacja. Nie zmienię tego, że jestem wilkołakiem, a kiedy ludzie dowiedzą się o tym, nie znajdę żadnej pracy. Muszę w końcu objąć to kim jestem. Panie dyrektorze, zgadzam się. Zaufam panu. Chcę nauczyć się tego, czego nie nauczą mnie nigdzie indziej. Chcę znaleźć sposób, aby dalej żyć w tym społeczeństwie.
- A więc zgadzasz się?
- Tak.
Dyrektor skinął głową.
- On się z tobą skontaktuje. Na razie za moim pośrednictwem. Remusie, na pewno już wiesz, że to musi pozostać naszą tajemnicą.
- Nie powiem ani słowa, niezależnie od tego, kim jest osoba, o której pan myśli. Zawdzięczam panu wszystko, co do tej pory osiągnąłem.
- A więc ciesz się resztą dzisiejszego dnia, Remusie. Odezwę się niebawem.
Wymieniliśmy pożegnalne uprzejmości i opuściłem jego gabinet lżejszy i cięższy jednocześnie. 

niedziela, 26 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika (Special 2020 - styczeń II) - Fenrir Greyback

Nienawidziłem tych dni. Dni, kiedy czułem się źle fizycznie z powodu zbliżającej się pełni, a dodatkowo czułem, że jestem zmęczony psychicznie. W dni takie jak ten, miałem tylko dwa wyjścia – dać upust kotłującym się we mnie niezidentyfikowanym do końca emocjom wyżywając się na innych ludziach lub na samym sobie. Czy mogłem powiedzieć, że budziła się we mnie bestia skoro nią byłem? Od wybuchu dzieliła mnie bardzo cienka granica, którą z łatwością mogłem przekroczyć. Wyobrażałem ją sobie jako przezroczystą niemal powłokę przypominającą tkankę ludzkiego ciała, którą wystarczyło naciąć pazurem. Najpierw wydałaby odgłos przypominający pęknięcie, a następnie prucie. Wypełniona drobnymi żyłkami, krwawiłaby obficie.
Uśmiechnąłem się do siebie. Tak, to było cudowne wyobrażenie, cudowne porównanie.
Szlag, naprawdę nienawidziłem dni takich jak ten. Im więcej obowiązków na siebie brałem, tym trudniej było mi się pozbierać, ogarnąć wszystko. Do moich licznych projektów dochodziły jeszcze obowiązki narzucane mi przez ludzki, z którymi współpracowałem, co tylko pogarszało moje samopoczucie i pogarszało mój stan, ilekroć nie miałem czasu na odpoczynek.
- Szlag! Szlag! Szlag! - syknąłem zaciskając dłonie na włosach i ciągnąc za nie. Ból fizyczny sprawiał mi rozkosz, ponieważ łączył się z tym psychicznym, ze zmęczeniem i przekształcał wszystko to w coś zupełnie nowego, rozkosznego.
Tak, uwielbiałem zadawać ból i rozkoszowałem się jego otrzymywaniem w odpowiednich chwilach. Dziś była to właśnie taka chwila, taki dzień. Potrzebowałem dać upust emocjom, zmęczeniu, destrukcyjnej silne, która we mnie tkwiła.
- Wychodzę! - warknąłem do swoich ludzi i trzaskając bezceremonialnie drzwiami, opuściłem nasze legowisko pod Londynem.
Nie bawiąc się w uprzejmości rozpychałem się między ludźmi zapełniającymi chodniki miasta. Większość z nich nie miała pojęcia kim jestem. Byli pewni, że mają do czynienia z kolejnym pijakiem, których w Londynie było pełno. Nie, zdecydowanie nie byłem pijakiem, a oni nawet nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie dla nich stanowiłem. Wystarczyłby jeden mały wybuch.
Bardziej poczułem ją wszystkimi zmysłami niż zobaczyłem. Stała przed sklepem, patrzyła w moją stronę z błyskiem w oku, jaki widziałem u niewielu ludzi. Zupełnie jakbym był zwierzęciem w zoo, które widziała po raz pierwszy, a które ją podniecało.
Była piękna. Średniego wzrostu. Szczupła, chociaż gdyby straciła jeszcze kilka kilogramów byłaby po prostu chuda. Długie, proste, czarne i cudownie lśniące włosy opadały jej na ramiona, a duże, sarnie oczy były ciemne niczym czekolada. Apetyczna Azjatka. Zapragnąłem jej tak, jak ona ewidentnie pragnęła mnie.
Zapatrzony w nią przeszedłem przez ulicę. W tym samym czasie ze sklepu wyszedł mężczyzna, który podszedł do niej, a widząc jej zainteresowanie również zwrócił na mnie uwagę. Jego oczy były większe niż jej, ale równie ciemne. Rysy raczej mongolskie, skóra miała cudowny odcień latte. Włosy ciemne, idealnie ułożone. Miałem ochotę zanurzyć w nich dłoń, zacisnąć palce i pociągnąć z całych sił. Zadbana bródka i wąsik dodawały mu wyglądu mężczyzny, a nie chłopca. Szlag, był przystojny.
Jeśli wcześniej sądziłem, że ona patrzy na mnie jak na zwierzątko, które ją kręci, on zdecydowanie bił ją na głowę. Widząc mnie podskoczył i zapiszczał nie robiąc sobie nic z otaczających go ludzi. Jego członek wypychał cholernie drogie spodnie, które miał na sobie. Jeśli jego reakcja nie była wystarczającym dowodem jego zainteresowania to reakcje jego ciała nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości.
Stanąłem przed atrakcyjną dwójką nie mówiąc nic. Górowałem nad nimi, z łatwością mogłem skręcić im karki, rozedrzeć ich pazurami. Tylko po co?
- Chodź z nami, kociaczku. - rzucił śpiewnie chłopak.
- Nie jestem kociaczkiem. - warknąłem, a on oblizał lubieżnie wargi.
- Więc ja będę twoim, jeśli ruszysz ten swój tyłeczek.
Nie czekając na moją odpowiedź ruszył w dół ulicy.
- Nie pożałujesz. - dziewczyna uśmiechnęła się słodko i złapała mnie pod ramię ciągnąc za sobą.
Cóż, tego szukałem. Kogoś, kto pozwoli mi odpocząć, zrelaksować się. Pozwoliłem więc by dziewczyna mnie prowadziła śladem chłopaka. Mój wzrok utkwiony był w jego ciasnym tyłku, który planowałem dzisiaj zjeść.
Tak jak podejrzewałem, zabrali mnie od razu do hotelu. Drogiego hotelu.
Drzwi nie zamknęły się nawet dobrze za nami, kiedy chłopak wspiął się na mnie wsuwając dłonie w moje włosy, sięgając moich ust. Nie miałem nic do stracenia, pozwoliłem mu na pocałunek. Był niemal brutalny, wygłodniały. Wbiłem palce w jego pośladki. Były twardsze niż sądziłem, idealne. W tym czasie dziewczyna napuszczała wody do wanny.
- Gdzie się ukrywałeś zwierzaczku przez cały ten czas? Jestem Dima.
- Fen. - rzuciłem tylko w odpowiedzi i tym razem to ja zmusiłem go do pocałunku.
Jego penis wbijał się w mięśnie mojego brzucha.
- Panowie, panowie! - karcący głos dziewczyny zmusił mnie do odsunięcia się. - Kąpiel gotowa, zapraszam.
Dima zsunął się z mojego ciała i uśmiechnął, kiedy niechętnie go puściłem.
Rozebrali mnie wspólnie do naga, ich dłonie wodziły po całym moim ciele, po każdej bliźnie.
Kiedy ja byłem już w wodzie, oni zafundowali mi wspaniałe przedstawienie, kiedy sami zaczęli się rozbierać. Wanna była wystarczająco wielka by pomieścić naszą trójkę, więc kiedy tylko i oni wsunęli się do środka, moje palce zaczęły badać ich wypielęgnowane ciała, gładką skórę, każde zagłębienie i wzgórek.
Kiedy przeszliśmy z łazienki do sypialni, w końcu mogłem pozwolić sobie na prawdziwe i pełne rozkoszowanie się ich ciałami.
Nie byłem delikatny, ponieważ nie tego chciałem i oni równie tego nie chcieli. Pochłaniałem ich powoli, kawałek po kawałku. Moje usta i język badały ich ciała, skórę, każde intymne miejsce. Byli idealni. Dima pragnął bólu i rozkoszy, dziewczyna, która nie przedstawiła się, a ja nie planowałem pytać jej o imię, uwielbiała ból zadawać.
Pozwoliłem więc by wbijała we mnie swoje ostre, wypielęgnowane paznokcie, by wykręcała i kąsała moje sutki. Kiedy okazało się, że w swojej małej torebeczce miała bicz, mój mózg niemal eksplodował.
Lizałem Dimę, pożerałem jego słodki, mały tyłeczek, a w tym czasie Azjatka sprawiała mi słodki ból. Robiła to nadal, kiedy pieprzyłem Dimę mocno, wsłuchując się w jego zadowolone piski i krzyki. Nie wiem jak łóżko to wytrzymało, ale najwyraźniej drogie hotele miały nawet meble o wiele trwalsze niż tanie, obskurne przybytki dla biedoty.
Po wszystkim byłem bez reszty zachwycony, usatysfakcjonowany, wysączony ze spermy do ostatniej kropelki. Bolały mnie usta, język, lepiłem się od potu i soków ich ciał. Tych dwoje było najlepszymi kochankami jakich miałem od dawna. Piękni, zdecydowanie bogaci, głodki seksu, którego nie mógł dać im nikt inny.
Cholera, miałem ochotę spotkać się z nimi kolejny raz, skosztować ich ponownie, spijać ich westchnienia rozkoszy, pokrywać ich ciała niegroźnymi ranami.
Podczas gdy oni spali, ja ubrałem się z zamiarem wyjścia.
- Zaczekaj. - usłyszałem zaspany głos Dimy, który z pewnym trudem wstał z łóżka. Zataczał się i podtrzymywał, kiedy wyjmował z kieszeni spodni wizytówkę, którą wcisnął w moją dłoń. - Zadzwoń, kiedy będziesz miał ochotę to powtórzyć. Od dawna nikt mnie tak nie zmasakrował, może nawet nigdy. Chcę więcej, kiedy tylko moje ciało dojdzie w pełni do siebie. Nie ważne kim jesteś, chcę cię.
Obrzuciłem go uważnym spojrzeniem. Nagi, piękny, pokryty ranami, potem i spermą. Z trudem trzymał się na nogach.
Skinąłem mu tylko głową i schowałem jego wizytówkę do kieszeni. Tak, miałem ochotę zadzwonić do niego, spotkać się z nim ponownie.
- A ona…? - wskazałem na dziewczynę śpiącą w najlepsze.
- Będzie ze mną. Zadzwoń i masz nas oboje.
Skinąłem i wyszedłem. Byłem pewny, że znowu się z nimi spotkam. Nawet jeśli miałbym wziąć ich siłą.

niedziela, 12 stycznia 2020

Kartka z pamiętnika CCXLI - Andrew Sheva

Leżąc w łóżku obok śpiącego Fabiena, przyglądałem się jego twarzy. W jego włosach pojawiło się kilka siwych pasm, a wokół oczu skórę załamywały drobne, jeszcze dosyć płytkie zmarszczki. Jak ktoś tak cudowny mógł chcieć kogoś takiego jak ja? Co tak naprawdę miałem mu do zaoferowania?
Dobra, może i Fab nie miał wyjścia i musiał się we mnie zakochać lub przynajmniej ze mną być ze względu na całą tą duszę Anioła, czy w co tam wierzyła jego rodzina, ale mój problem pozostawał moim zdaniem nierozwiązany. W końcu jakieś tam machinacje losu nie sprawiały, że w jakikolwiek stopniu byłem partnerem odpowiednim dla Fabiena.
Marcelowi udało się znaleźć ideał, więc nic dziwnego, że był w nim zakochany po uszy. Fillip był przecież niesamowicie przystojny, inteligentny, łagodny i troskliwy, ale kiedy musiał, potrafił zamienić się w bestię.
A ja? Byłem młody i pod wieloma względami po prostu głupi. Udawałem, że wiem wszystko i jestem mądrzejszy, niż w rzeczywistości. Może i podobałem się niektórym osobom, ale tak naprawdę na swój wygląd pracowałem od zawsze, starając się wyróżniać w jakiś sposób.
Bogowie! Miałem durne siedemnaście lat, podczas gdy on był dorosłym mężczyzną! Byłem dzieciakiem, który dopiero kończył szkołę, zaś Fabien stał na czele Rodu!
Kiedyś już nasz związek przeżywał kryzys spowodowany moimi negatywnymi myślami, które sam nie wiem skąd się wzięły. Pewnie z tego samego miejsca, co te męczące mnie teraz. Czy gdybym poznał Fabiena później moje nastawienie byłoby inne? Czy uważałbym wtedy, że jestem go wart, tak jak teraz wydawało mi się, że nie przedstawiam sobą żądnej wartości? Może i byłem u progu kariery sportowej, ale wiele w tym temacie zawdzięczałem ojcu.
Westchnąłem cicho i pocałowałem Fabiena w czoło wymykając się z łóżka.
Dalsze bezczynne leżenie nie miało najmniejszego sensu.
Skoro w moim żyłach płynęła krew szamanów, cokolwiek miało to oznaczać, jako że nikt do końca nigdy nie wyjaśnił mi tej kwestii, to może jednak było coś, co mogłem zrobić, aby w końcu pozbyć się swoich wątpliwości.
Zaszyłem się w bibliotece, niewielkim, ale przytulnym pokoju, który uwielbiałem nie tylko ja, ale także Fabien. Doskonale wiedziałem, że żadna ze zgromadzonych tam książek mi nie pomoże. Znałem je doskonale i większość z nich zaliczała się do najnowszych powieści, w tym także romansów, bez których nie mogłem się obejść. Żadnych magicznych, starych druków. Najnowsze tytuły, które dla wielu osób nie przedstawiały żadnej wartości.
Skoro byłem szamanem to musiałem mieć jakąś dodatkową moc. Szamani wprawiali się w trans za pomocą halucynogenów, więc może gdybym tego spróbował, mógłbym dotrzeć do swoich korzeni.
Nie wiem nawet dlaczego przyszło mi to do głowy, ale jak przystało na niedojrzałego dzieciaka, lubiłem czasami realizować swoje durne i równie niedojrzałe i niepoparte niczym pomysły. Ten niewątpliwie do takich należał.
Tylko czym miałem się niby wprawić w trans? Trudno, musiałem improwizować. Może gdybym tak nadmiernie się wyluzował… Mieszanka rumianku, melisy i dziurawca? Te zioła przynajmniej miałem w kuchni, więc mogłem spróbować. Wypić czy zapalić i nawdychać się dymu?
Postanowiłem postawić na bezpieczniejszą opcję, a więc picie.
Nie chcąc czekać ani chwili, jako że mogłem zmienić zdanie lub pójść po rozum do głowy, poczłapałem na bosaka do kuchni i zabrałem się za robienie silnego, paskudnego w smaku wywaru, który później zabrałem z powrotem do biblioteki. Tam rozsiadłem się w fotelu i dmuchałem w wielki kubek śmierdzącego napoju.
- Jak ci, Sheva, pikawa siądzie to będziesz miał pozamiatane. - rzuciłem do siebie na chwilę przed pierwszym łykiem. Paskudztwo! Smakowało trawskiem i wykrzywiało twarz. Mimo wszystko dmuchałem i piłem gorący wywar dalej.
W połowie kubka poczułem, że moje ciało się rozluźnia, co było normalne biorąc pod uwagę mieszankę jaką sporządziłem. Po wlaniu w siebie trzech czwartych, zrobiło mi się bardzo wesoło, co podobno było normalne jeśli wywar z dziurawca jest zbyt silny. Krótko mówiąc, coś się działo, a to chyba dobrze.
Ile czasu minęło zanim usnąłem? Sam nie wiem, ale niewątpliwie mi się przysnęło, ponieważ obudziłem się obolały z powodu niewygodnej pozycji i trochę zziębnięty. Moje ciało nadal było rozluźnione, ale nie cieszyła mnie już każda rzecz i każda myśl, jak wcześniej, kiedy piłem ten paskudny roztwór z zielska. Nie wywołałem też żadnego transu, chociaż naprawdę myślałem, że może mi się to udać.
Wróciłem do łóżka i wsunąłem się pod ciepłą kołdrę obok nadal śpiącego Fabiena. I nagle przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro nie mogłem cofnąć czasu i przekonać się jak wyglądałoby moje życie i spotkanie z Fabienem, gdyby doszło do niego dopiero teraz lub nawet jeszcze później, to mogłem przecież spróbować czegoś innego. Zamiany ciałami! Zobaczyłbym siebie jego oczyma, może nawet zdołałbym zachować tylko swoją świadomość i poczuć dokładnie to, co on czuł do mnie. Wtedy naprawdę mógłbym dowiedzieć się o sobie i naszym związku czegoś więcej. Tylko jak to zrobić? Czy udałoby mi się sporządzić eliksir, który przeniósł by moją świadomość do ciała Fabiena i odwrotnie?
Musiałem przecież coś zrobić! Nie mogłem zostawić swoich wątpliwości samym sobie, ponieważ urosłyby do niebywałych rozmiarów.
- Fab! - potrząsnąłem ramieniem mojego chłopaka. - Fab, obudź się, mam pytanie.
Mężczyzna wymruczał coś niezrozumiałego, co dziwnie przypominało wiązankę przekleństw i przetarł oczy ziewając.
- Andrew, dlaczego mnie budzisz? - wymamrotał, ale nie otworzył oczu.
Cóż, nie musiał mnie widzieć, aby mi odpowiedzieć, więc nie było to problemem.
- Chcę zamienić się ciałami. - odpowiedziała mi cisza.
- Czekaj! Coś mi się chyba przyśniło. Że co?
- Chcę zamienić się ciałami. Chcę poczuć to, co czujesz ty, zobaczyć to, co widzisz ty.
- Po jaką cholerę?
- Po prostu tego potrzebuję, dobra? - mogłem spodziewać się takiej a nie innej reakcji z jego strony. - Potrafiłbyś zrobić eliksir lub znasz kogoś kto potrafi?
- Boże, jest środek nocy, a ty budzisz mnie po coś takiego?
- To ważne!
- Dobrze, nie krzycz. Tak, znam kogoś, ale porozmawiamy o tym rano, jeśli nadal będziesz pamiętał tę głupią zachciankę.
- No… Niech będzie. - zgodziłem się, chociaż najchętniej już teraz zaplanowałbym wszystko. Gdyby to Fab potrafił sporządzić eliksir od razu wygoniłbym go do pracy nad nim. Już nie mogłem doczekać się chwili, kiedy będę Fabienem, a on będzie mną. To mogło skończyć się katastrofą, nie wywrzeć na nas żadnego wrażenia lub okazać się przełomem.
- Fabien, śpisz?
- Boże, Andrew, serio? - jego męczeński jęk sprawił, że było mi go trochę żal, ale tylko trochę.
- Co ty we mnie widzisz?
Mężczyzna westchnął, przetarł twarz dłońmi i z trudem uchylił powieki aby na mnie spojrzeć.
- Na pewno nie pobudki w środku nocy. - rzucił kąśliwie na początek. - Co się dzieje, Andrew? Ale tak serio.
- Gdybyś spotkał mnie dopiero teraz, co byś pomyślał? Czułbyś to samo, co dawniej?
Kolejne westchnienie. Fab objął mnie i przycisnął do swojej piersi.
- Na pewno nie czułbym tego samego. Obaj bylibyśmy starsi, ja może lepiej panowałbym nad swoją euforią i ciałem, a ty byłbyś pewnie bardziej doświadczony i nie koniecznie zwróciłbyś na mnie uwagę. Musiałbym znaleźć sposób, aby jakoś cię poznać i zainteresować sobą, co byłoby trudne biorąc pod uwagę mój wiek. Na pewno poświęciłbym więcej czasu na to żebyś mnie poznał i żeby poznać ciebie. Nie rzuciłbym się na ciebie tak jak to zrobiłem. Patrzyłbym na ciebie i widział zabawnego, pewnego siebie, często szalonego chłopaka, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, której nie chciałbym zrujnować, chociaż i tak nie potrafiłbym po prostu odejść i pozwolić ci po prostu żyć beze mnie obok. Nie znalazłbym w sobie na tyle siły. Czy teraz mogę już spać?
- A śpij sobie, dziadku! - prychnąłem, ale przytuliłem się do niego mocniej.
Czy Fab spotkałby mnie teraz na ulicy, czy może jakimś cudem na meczu, który bym rozgrywał? Czy spadłbym z miotły widząc go na widowni? A może wpadłbym na niego po meczu?
Gdyby tylko przeszłość dało się napisać na nowo.